babci

List do Babci i Dziadka.

Drodzy Babcie i Dziadkowie!

Co Wy do cholery odwalacie? Przepraszam za słownictwo ale już nie wiem jak do Was trafić. Praktycznie codziennie dostaje wiadomości, komentarze, sygnały od zrozpaczonych matek – one nie wiedzą już co mają zrobić! Jak trafić do Babci i Dziadka?

Jeszcze w ciąży dbają o to co jedzą, po porodzie gotują i przecierają te cholerne papki, pilnują aby cukier pojawił się w życiu dziecka jak najpóźniej i w jak najbardziej przyjaznej formie, minimum chemii i nagle bum! Przyjeżdżają dziadkowie: hulaj dusza piekła nie ma. Pół działu typu ‚łakocie, witaminy, zdrowy start, mleko i zboża’ i co tam jeszcze wymyślicie ze sklepu spożywczego ląduje na stole. Jak trafić do Babci i Dziadka?

Super – będzie na zapas.

Albo ‚bo zła matka nie daje dziecku niczego słodkiego’, ‚bo dzieci potrzebują cukru’, ‚bo Wnusia tak prosiła’, ‚bo kocham’… No kurtka na wacie! Rozumiem, że chcecie jak najlepiej. Wiem, że Dziadkowie są od rozpieszczania. Rozumiem, że możecie nie wiedzieć – producenci są sprytni a jak przyciśnie się ich do muru to udają głupków  ale uwierzcie: Wasze dzieci, synowe, zięciowie są często doskonale zorientowani, WYSTARCZY ZAPYTAĆ.

Chcecie kupić coś dzieciakom?

Kupcie książkę, kolorowankę z naklejkami za 2.99pln, gazetkę z durnym chińskim gratisem, który cieszy czasem bardziej niż milion dolarów, śmieszne plasterki z bohaterami z bajek (zawsze wiszą przy kasie), albo jak już – jakąś alternatywę, np. bakalie, batonika owocowo-orzechowego. Jeśli MUSI być czekolada – dobrej jakości, czyli minimum składników (a nie nadziewana). Niech dzieci kojarzą słodycze z owocami, orzechami, polskim miodem naturalnym, a nie z gównem w kolorowym opakowaniu. Słodzony napój w kolorze marchewki nie zastąpi marchewki choćbyście się nie wiem jak starali. Do picia służy woda a nie łoter z siugar.

Kochasz?

To zadbaj o ich przyszłość. Nie funduj cukrzycy. Nie funduj otyłości i w konsekwencji problemów psychologicznych, hormonalnych itd. Nie każde dziecko potrafi ‚zostawić na później’. Nie każde biega cały dzień po podwórku jak kiedyś…

Te słodkości za którymi tęsknicie, których najczęściej w Waszych domach nie było – już NIE ISTNIEJĄ! W ich miejsce, taśmą produkcyjną płynie najczęściej ściek. Na sklepowych półkach leży BYLE CO z dobrym marketingiem, dobrą reklamą telewizyjną. Te uśmiechnięte dzieciaki ze szklanego ekranu nawet kijem nie dotkną gówna, które reklamują, które Wy tak ufnie kupujecie.

Jeśli kochacie swoje wnuki – poświęćcie im czas, opowiedzcie ciekawe historie, zróbcie wspólnie zdrowe, smaczne ciasto ale błagam – NIE KUPUJCIE GÓWNIANYCH PRODUKTÓW.

O to proszą Was Wasze Dzieci, za to podziękują Wam Wasze Wnuki.

  • Ewa Bednarczyk

    Sześć lat walczę! Chipsy.. Na litość boską nie dociera.. Zgadzam się.. Już wolę chińskie badziewia niż tonę słodyczy. W punkt.

    • Tak, to trudny kawalek macierzynstwa. Czasem trzeba cos poswiecic ale nie jest to ani mile ani proste…

  • Zgadza się jak diabli. Jedno tylko nie do końca. Otóż rodzice też nie zawsze WIEDZĄ lepiej od dziadków. Wciąż natykam się na maluchy w wózeczkach opychające sie chrupkami kukurydzianymi – po co to dziecku, chyba tylko żeby zająć mu buzię? No i jeszcze widok mamusi rozpakowującej w pośpiechu jeszcze przed kasą w sklepie jakiś batonik bo maluch sie drze. Dwulatek juz został nauczony słodkiego smaku, juz zdążył się od tych śmieci uzależnić.

    • To trudny temat – fakt. Bywaja sytuacje wyjatkowe i trzeba jakos sobie wtedy radzic. ALE jesli obzeranie sie slodyczami staje sie standardem- zaczyna byc groznie.

    • Trzeba edukować, nie ma rady! To nic złego nie wiedzieć. Nie każdy jest do końca świadomy. Ale wiedzieć i mimo to dawać- to już słabe i głupie!

  • Ula

    Dobrze, że nie jestem taka durna. Mojej wnusi muszę zawsze przynieść coś do przedszkola, jak ją odbieram, więc przynoszę jej np.:obraną marchewkę, kawałek ogórka, rzodkiewkę, banana lub mandarynkę. Cieszy się tak samo jakbym dała jej batonik lub cukierek a zdrowo jednak

    • Wow, super! Oby więcej takich mądrych, wspaniałych Babć!

  • Niewyspana

    Ja próbowałam wytłumaczyć, (teraz jak słyszę tylko próbę podjęcia tematu przez dziadka mojego bąbelka to wpadam w furię) dlaczego lizaczek jest złym pomysłem. Dodam że dziecko ma 10 miesięcy. Raz już nacięłam się, gdy zostawiłam bąbla na 15 minut! z dziadkiem. Zdążył opędzlować prawie ćwierć torcika wedlowskiego. Nie miał z tym problemu, ponieważ swobodnie już gryzie, co jego dziadek „sprytnie” wykorzystał. Dziecko przez 2 dni nie mogło dojść do siebie, nigdy wcześniej nie próbowało ani kakao ani takiego słodkiego chłamu. Ja miałam 2 nieprzespane noce i problemy z podaniem jakiegokolwiek jedzenia, a maluch dzięki Bogu nie dostał uczulenia, tylko go trochę przytkało, pomógł dopiero mus z suszonych śliwek. Dajcie mi siły bo ja chyba tego człowieka kiedyś uduszę…

    • Standard. Bardzo trudna sytuacja, czasem wręcz beznadziejna. Zdarza się, że można tłumaczyć milion razy i nic ale bywa, że w końcu dociera. I tego się trzymajmy.