Jedzenie dla dzieci

Lunchbox dla zabieganych.

Zbliża się nieuchronny początek jesieni, roku studenckiego, mamy początek tygodnia i jaki tam sobie jeszcze początek znajdziecie. Myślę, że to doskonały moment aby zrezygnować z jedzenia gównianych rzeczy na mieście i przerzucić się na własny, ulubiony, zdrowy lunchbox.

Jeszcze raz powtórzę to co pisałam ostatnio. Praktycznie codziennie dostaję od Was pytania gdzie coś można kupić – przepraszam Was, nie zawsze jestem w stanie każdemu odpowiedzieć od razu, chociaż bardzo się staram. Z drugiej strony zdarzyło się kilka razy, że znalezionych produktów nigdzie nie było, ba! Sama wracając do tego samego sklepu trafiałam na puste miejsce na półce. Aby ułatwić Wam i sobie życie – podświetliłam wybrane przeze mnie w sklepach produkty na czerwono – jak ktoś chce coś sprawdzić, może kliknąć i od ręki ma gdzie daną rzecz można kupić + w jakiej cenie. Można też od razu kupić jak komuś nie chce się szukać w sklepach i/lub przepłacać.

Wpis nie jest sponsorowany przez żadnego producenta przedstawionych rzeczy.

Kiedyś.

Parę lat temu śmiałam się z ludzi biorących drugie śniadanie ze sobą. Jeszcze wam, kurka, jajka na twardo z solą brakuje – uszczypliwie komentowałam w myślach laski wyciągające kanapki w pociągu. Później posypał mi się układ pokarmowy i skończyło się rumakowanie. Nadal lubię jeść poza domem ale zdarza się, że niezależnie od renomy knajpy czy posiłku, mam poźniej pół dnia bóle brzucha i inne atrakcje – mój układ pokarmowy to jeden wielki detektor jedzeniowy, cóż zrobić.

Właśnie chodzi o to, że można coś zrobić, np. durne kanapki w trasę. Lunchbox to dla mnie często jedyne wyjście również z braku czasu w ciągu dnia, poza tym nie dość, że zdrowiej to jeszcze taniej (chociaż to zależy).

Obiad.

Jeśli macie opcję podgrzania i spokojnego zjedzenia własnego obiadu w pracy – sprawa jest ułatwiona. Można zapakować to co lubicie najbardziej (może sałatkę? Jakiś ryż czy makaron z warzywami? Naleśniki?), to co zostało z poprzedniego dnia itd. Jeśli potrzebujecie czegoś ‚na szybko’ – mam na to sposób.

Mój lunchbox.

Ma kilka elementów wspólnych z wersją dziecięcą, o której pisałam tu. Nie jestem mega uzdolnioną kucharką, swoje umiejętności kulinarne oceniam na przeciętne, do tego dochodzi chroniczny brak czasu – właśnie dlatego staram się przyrządzać proste, szybkie rzeczy, maksymalnie wypełnione wartościami odżywczymi.

Przed ciężkim dniem, zwykle przygotowuję kanapki i przekąski dzień wcześniej. Prosty chleb, dobrej jakości masło, dobry ser (poszukaj u siebie lokalnego produktu – bez barwnika i konserwantu, ciężko znaleźć ale niektóre dobre sery są już w większości delikatesów, np. ser Koryciński) lub przygotowana raz na kilka dni pasta warzywna (o tym napiszę w kolejnym wpisie dotyczącym lunchboxów), sałata. Wędlin nie będę polecała – chyba, że macie dostęp do produktów bez konserwantów.

Jogurt?

Jeśli ktoś ma możliwość i lubi brać do roboty czy szkoły jogurt – proszę bardzo byle nie owocowy. Wszystkie bogate są w cukier, niektóre nawet we fruktozę. Jest kilka lepszych, zawierających przecier owocowy, ja jednak stawiam na naturalny bez dwóch zdań (wersja eko). Można wziąć oddzielnie owoc (pokrojony) jak ktoś koniecznie musi mieć jogurt owocowy. A jak ktoś kocha słodkie to z polskim miodem (poszukajcie gdzieś wśród znajomych). Ewentualnie rozcieńczać naturalnym ten z przecierem. Coś innego do jogurtu? O musli już pisałam tu, napiszę też oddzielny wpis o konkretnych produktach bo to temat rzeka jeśli pamiętacie tamto porównanie. Najprościej – zwykle płatki owsiane (wersja eko, wersja bezglutenowa). Jeśli nie ulubione owoce sezonowe to suszone, np. daktyle jak ktoś kocha na słodko, morele (zaraz o morelach więcej) jak ktoś lubi słodko i kwaskowato.

Coś do chrupania.

Wiadomo, że się przydaje. Warto wziąć ulubione sezonowe warzywo i/lub owoc. Obrana, pokrojona w słupki marchewka, ogórek (może małosolny lub kiszony?), jabłko – co kto lubi. Najlepiej jeśli mamy warzywa do każdego posiłku.

A jeśli ktoś kocha żelki?

Np. ja parę lat temu! Kiedyś nie było opcji, żebym na nocną zmianę w aptece nie wzięła paczusi pseudo-zdrowych żelków, serio. Opędzlowanie 100g zajmowało mi jakiś 10min. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że w ciągu tych kilku – kilkunastu minut przyjęłam ni mniej ni więcej tylko 12-13 (!) łyżeczek cukru i moja trzustka właśnie odtwarza sobie marsz żałobny na ipodzie…

Dziś jem sporadycznie, może raz w roku. Zamiast tego mam w zanadrzu coś równie słodkiego (taa…) ale zdrowszego. Morele naturalnie suszone (bez związków siarki) – są ciemniejsze niż siarkowane, smaczniejsze oraz zdrowsze. To bardzo fajne źródło beta-karotenu oraz innych potrzebnych składników.
Tak na marginesie: warto kupić opakowanie 400g lub  nawet 1000g bo się cenowo opłaca i wbrew pozorom szybko znika. To duże wychodzi nawet taniej niż za te z Rossmanna. Ps. Morele fantastycznie działają na skórę (przeciwstarzeniowo) i na oczy! Do tego m.in. poprawiają trawienie, zapobiegają anemii oraz regulują ciśnienie i pracę nerek itd.

Must have.

Fajnym rozwiązaniem (i rzeczą bez której nie ruszam się z domu) są orzechy. Najlepiej kupować niełuskane (teraz sezon!)  ale jeśli nie macie czasu bawić się w łupanie – trzeba sobie jakoś radzić. Jeśli ktoś kocha słodycze, proponuję zacząć od nerkowców (są bardziej miękkie, słodsze. Można z nich zrobić łatwe i pyszne mleko orzechowe tak przy okazji). Ja uwielbiam  włoskie i laskowe. Orzechy to kopalnia cennych składników dla wszystkich – niezależnie od tego co w życiu robicie. Organizm jest bardzo szczęśliwy jak podrzucacie mu garść dziennie.

Batonika?

Jeśli nie ma opcji na babranie się z orzechami – spróbujcie batonów zawierających orzechy. Jest to alternatywa bezwartościowych batonów z toną cukru i tłuszczu utwardzonego. Te również zawierają cukier i to nie mało ale:

  1. prócz tego jest też wiele innych ciekawych składników (np. tu ze śliwką, słonecznikiem i siemieniem lnianym, a tu z kakao),
  2. gramatura przeważnie jest mniejsza (np. 30 – 35 g zamiast 60 – 75 g) więc oczywiste, że zjemy prawie o połowę MNIEJ – jak widać da się.

Proponuję wybierać batony z jak najwyższą zawartością orzechów kosztem owoców (jeśli nie lubicie ziemnych to tu z samymi nerkowcami ale droższy) . Są też batony jaglane (niestety droższe), bananowe – każdy znajdzie coś dla siebie. Przypominam, że podobne batony można spokojnie zrobić samemu w domu, opakować w fajny papier, przewiązać oldschoolowym sznurkiem itp. jeśli ktoś ma czas. Ps. Są też batoniki warzywno-owocowe dla fanów kwaskowatych atrakcji.

Czekoladowy problem.

Lubię ale staram się nie jeść na kilogramy. O czekoladzie napiszę oddzielny tekst – to temat rzeka jak się domyślacie. W moim przypadku tabliczka starcza na kilka – kilkanaście dni i najczęściej jestem w stanie zapłacić za dobry skład parę złotych więcej.
Zawsze szukam produktu dobrej jakości, np. taka, tzn. bez zbędnych, głupich składników. Najczęściej jem kawałek + orzechy bo działają synergistycznie czyli lepiej razem niż osobno (tu gotowa z orzechami ale bardziej opłaca się kupować oddzielnie czekoladę i orzechy)! Prawie zawsze preferuję gorzką  – ta dobrej jakości zawiera tylko 3 składniki!

Ostatnia deska ratunku.

A co jeśli nie macie czasu lub opcji na lunchbox czy robienie kanapek? Trzeba mieć jakąś ostatnią deskę ratunku. Może być jakieś chrupkie pieczywo z pestkami i ziarnami (np. Chrupak, który ma nienajgorszy skład – niedawno wrzuciłam foto na ig,  ciężko dostać go w sieci), w ostateczności (!) coś w ten deseń, np. żytnie krakersy z ziarnami i pestkami lub chociaż żytnie paluszki. Inne deski ratunku to np. ciekawe wafelki ryżowe (np. wieloziarniste, a na słodko z cynamonem i stewią) lub bezglutenowe: ryżowe z algami morskimi lub kukurydziane. To ostatnia deska ratunku – sporadycznie kupuję bo skład nie jest idealny plus często wysoki indeks glikemiczny ale coż – zdarza się.

Także tak.

Macie opcje zjedzenia lunchu w sprawdzonym miejscu gdzie dbają o jakość? To super. Jeśli nie – też da się coś wykombinować. Jak widzicie lunchbox to nie fizyka kwantowa – można to jakoś ograć. Z pewnością Wasz organizm byłby zachwycony gdybyście chociaż raz na jakiś czas spróbowali i wzieli jedzenie ze sobą zamiast wpieprzać fast-foody, sztuczne drożdżówki lub pseudo-obiady za rogiem. Nie oszukujmy się, drożdżówka za 1pln nie jest na maśle i mleku a trzydaniowy obiad za 9.90pln to nie same świeże i cenne składniki. To PSEUDO-ŻARCIE z proszku, cukier + wypełniacze, byle co. No z czego ten biedny organizm ma budować włosy, skórę, paznokcie? Z czego brać substancje poprawiające nastrój i wydolność organizmu? Siedzi taki biedny i płacze jak wciągacie te durne hot-dogi za 1pln – ale zajebiście, udało się nażreć za 5pln. Wy się cieszycie a on siedzi i płacze. Chociaż durne pestki słonecznika za 3pln sobie kupcie albo orzechy jak już totalnie nic Wam się nie chce szykować.

 

Ps. Jeśli spodobał Wam się wpis – przekażcie go dalej, może komuś też się przyda – razem zmieniajmy rzeczywistość!