Zlituj się nad swoim dzieckiem.

Tak się składa, że z wykształcenia jestem również pedagogiem i skutkiem, a może przyczyną tego jest zainteresowanie tematami dzieciowymi. A z racji mojej obecności na wczorajszej konferencji ‚Dziecko w rozwodzie”, gdzie przez większość czasu siedziałam w szoku, z niedowierzaniem kiwając głową, nasunęły mi się pewne wnioski. Przykłady, które przywołam pochodzą z autentycznych rozpraw sądowych, o których opowiadali Prelegenci.

Naturalnie można rozpocząć długą i burzliwą dyskusję… 

Zaczynając od tego dokąd zmierza świat, omówić wady i zalety postępu technologicznego, później płynnie przejść do dysfunkcyjnych relacji – w kontekście przeniesienia życia do świata wirtualnego. Można wrzucić szczyptę samotności w sieci i bez sieci, dodać narodową skłonność do cierpienia i poświęceń, zahaczyć o wszechobecną hipokryzję bo przecież jestem dobrym człowiekiem, chodzę do kościoła ale jak zupa za słona to wpierdol albo nie dam ci kasy na nowe spodnie. Następnie gładko wszedłby temat olbrzymiej wartości jaką jest małżeństwo, bo przecież zawsze warto walczyć – za wszelką cenę. Otóż nie zawsze i nie za wszelką cenę, bo moje życie nie podlega przetargom, ale o tym cicho sza, przecież to niemoralne dbać o własne sprawy, szczęście, pieniądze. I właściwie jesteśmy już blisko meritum, bo jeśli szczęście i pieniądze to przecież nic nie da Ci w życiu takiej radości i nie będzie Cię tyle kosztowało co dzieci. Jeśli nie masz dzieci to przecież „nie znasz życia” i nie wiesz co to studnia bez dna. Jeśli niedajboże dbasz przy okazji o siebie i/lub masz pieniądze – przegrałaś życie. Heh.

Ale wróćmy do dzieci.

Jestem gorącym zwolennikiem filozofii nie płakania nad rozlanym mlekiem – i w pracy i w życiu prywatnym ale też w odżywianiu. Oczywiście mogę zawsze kupować żywność eko, nieprzetworzoną itp., ale nadejdzie w końcu taki moment, że nie będzie innej opcji: kupię coś innego i już. Jestem gorącym przeciwnikiem bycia w małzeństwie za wszelką cenę. Jeśli obydwie (!) osoby uważają, że jest co ratować – ok. Ale w sytuacji, gdy pozostał tylko popiół, warto dać sądowi ten popiół posprzątać. 

Co tam w sądzie słychać?

Temat rzeka. W opinii Prelegentów – mnóstwo do zrobienia, do zmiany, do poprawy. Momentami tragedia. Brak tablic alimentacyjnych. Sąd ma dbać o dobro dzieci. Bo Rodzice nie są w stanie.

Włos mi się zjeżył na głowie, gdy usłyszałam o walkach (przed sądem!) o punkty na kartach lojalnościowych w sklepach. Jak to powiedziała właśnie jedna z Prelegentek – sąd jest od sprzątania popiołu. Nie od idiotycznych dyskusji jaki kolor bluzek ma nosić dziecko (autentyk). Historie jakie usłyszałam nie mieszczą mi się w głowie, bo nie potrafię zrozumieć jak można być takim potworem dla swojej ukochanej pociechy. Oddzielnym tematem są sprawy finansowe – chyba na osobny wpis bo to co się dzieje również nie mieści się w głowie. Smutne i prawdziwe. 

Dziecko w rozwodzie.

Najtrudniejsze tematy to te związane z ochroną dzieci. Nie rozumiem rodziców, którzy mają w dupie dobro swoich dzieci, wciągając je w zagrywki między sobą. Rozumiem, że rozstanie jest bardzo trudne i bolesne, że niektórzy czują potrzebę odwetu, pokazania, udowodnienia czegoś komuś – ja to wszystko doskonale rozumiem. Wiem, że to jest bardzo ciężki okres dla wszystkich, że potrzeba czasu, pomocy specjalistycznej bardzo często, że samemu trudno to nie raz udźwignąć. Ale dlaczego, do kurwy nędzy, wciągasz w to swoje dziecko? Udowadniaj, walcz, rób co Ci serce podpowiada – to Twoje życie. Ale nie krzywdź dziecka!

Ludzie ludziom zgotowali ten los.

Serio. Zaskakujące i szokujące są dla mnie matki i ojcowie, którzy tak wiele uwagi, dbałości i poświęcenia ofiarowali swoim dzieciom, a następnie bez żalu jadą walcem po psychice swojego ukochanego maleństwa – zabraniając czy utrudniając kontakty z matką/ojcem, która/y dotychczas zachowywał/a się wobec dziecka bez zarzutu. A robią to dla zasady. Żeby mu/jej pokazać. Ale co pokazać? I nie mam na myśli teraz, podkreślam to jeszcze raz, rodzin, gdzie ojcowie czy matki mieli w dupie dzieci i nagle się obudzili i też – dla zasady – walczą.

Człowieku, opanuj się! DLA JAKIEJ ZASADY TY TO ROBISZ?

Dlaczego robisz to swojemu dziecku? Ono ma tak wiele stresu, cierpienia – czemu dokładasz mu swoje brudy? Czemu smarujesz to biedne dziecko swoim gównem? Ono później chodzi – do przedszkola, do szkoły – umazane, oblepione.

Tak. Właśnie tak to sobie teraz wyobraź, bo tak to wygląda: dziecko chodzi oblepione gównem Twoich kłamliwych historii, Twojego napuszczania, robienia zdjęć dowodowych, wypytywania, nastawiania, angażowania w dowolny sposób. To bardzo ciężkie brzemię, czy naprawdę chcesz aby je nosiło?

Weź się w garść.

Załatw te bardzo trudne, wyczerpujące sprawy w czterech ścianach BEZ obecności dzieci. Musisz wzbić się na wyżyny swojej inteligencji, również tej emocjonalnej i wszelkie spory, pokazywanie kto, co i dlaczego, śledzenie i inne genialne pomysły – załatwić w cztery oczy. Nie w sześć, nie w osiem.  W cztery.

Poszukaj pomocy specjalisty – warto! Nie wszyscy są dodatkowo płatni. Rozmawiaj ze swoim dzieckiem o wszystkim SZCZERZE. Tłumacz trudne zagadnienia, w przeciwnym razie dziecko sobie dopowie – niekoniecznie prawdę. Nie pozwalaj, by dziecko było Twoim opiekunem, pocieszycielem.

A tak serio…

Czasem warto po prostu odpuścić. Zemsta niewiele daje. Zranienie jest straszne, to prawda. Otwarta rana goi się powoli, na pewno. Ale wszelkie dziwne i wykańczające akcje niewiele tak naprawdę zmieniają. Pogodzenie się z pewnymi sprawami, spokój wewnętrzny i pozytywne nastawienie są bardzo korzystne dla nas pod kątem zdrowotnym. A jeśli chodzi o dzieci… Pamiętaj proszę, że dziura którą robisz swojemu dziecku w mózgu, zachowując się jak idiotka/ta, ograniczając kontakty bez wyraźnej przyczyny, walcząc w obecności dziecka, wciągając je we wszystko, budując fałszywy obraz i zabierając poczucie równowagi, bezpieczeństwa – pozostanie w tej małej główce na zawsze. I nie zmienią tego tony drogich zabawek, zagraniczne wyjazdy czy odwracanie uwagi słodyczami i wizytami w makdonaldzie.

Tylko TY możesz to zmienić. Twoje dziecko na to zasługuje, bo ono nie jest winne temu, że Wam nie wyszło.

Zagryź zęby i nie pytaj, nie mów, nie kłam, nie podpowiadaj, nie szantażuj. Spróbuj coś zmienić – nawet drobiazg, jeśli jest Ci teraz bardzo trudno. Zrób to. Niech to będzie dobry weekend, pierwszy z wielu następnych. Wiem, że potrafisz.

 

  • Emi Dz

    Amen!

  • Tekstualna

    <3

  • Tekst jak najbardziej adekwatny w mojej sytuacji. Niestety potrzeba do tego 2 mądrych ludzi. Nawet jeśli jedno to rozumie, a drugie lepi w gównie to dziecko w tym gównie umazane pozostanie.

  • mika

    jestem dorosłym dzieckiem rozwiedzionych rodziców – mając lat 12 rodzice, a właściwie mama zafundowała mi cyrk pt „klasyczny polski rozwód”. było szarpanie się która babcia jest fajniejsza, kto kupi lepsze zabawki, mama w sądzie histeryzowała, że ojciec kupuje mi „rozciagniete t-shiry” (a były to moje wymarzone koszulki big stara – w tamtych czasach luksus), obie rodziny szczuły na siebie nawzajem, przeciągając mnie na swoje strony. mama każde słowo ojca potrafiła obrócić tak, żeby wyszło z tego coś strasznego i niestety wygrała. wmówiła mi, że ojciec to okropny człowiek, a ja przez lata ostentacyjnie nie mówiłam mu nawet „cześć” na ulicy. a potem dorosłam, popatrzyłam wstecz i dotarło do mnie, że to wszystko było naciągniętą do granic możliwości kpiną. efekt tego po kilkunastu latach jest taki, że z mamą kontakt mam tylko wtedy kiedy muszę (nigdy nie miałyśmy żadnej szczególnej więzi) a z tatą dopiero od kilku lat mam ponowny „kontakt” który polega na wysyłaniu sobie smsów z życzeniami (o których mama nie wie, bo znowu byłaby histeria). przez chwile miałam żal do ojca, że odpuśił i o mnie nie walczył, ale z czasem przestałam mu się dziwić, wtedy to była chyba faktycznie najlepsza dla mnie opcja, żeby skończyć to przedstawienie. gdyby nie mąż i dzieci byłabym zupełnie sama – mam oboje rodziców, a żyję jakbym była sierotą, tylko dlatego, że te naście lat wstecz urażona duma była ważniejsza od dziecka. piszę tak ku przestrodze, bo konsekwencje takich decyzji odbijają się na życiu dziecka i trwają latami – nie znikają w momencie rozwodu.

  • mika

    jestem dorosłym dzieckiem rozwiedzionych rodziców – mając lat 12 rodzice, a właściwie mama zafundowała mi cyrk pt „klasyczny polski rozwód”. było szarpanie się która babcia jest fajniejsza, kto kupi lepsze zabawki, mama w sądzie histeryzowała, że ojciec kupuje mi „rozciagniete t-shiry” (a były to moje wymarzone koszulki bg stara – w tamtych czasach luksus), obie rodziny szczuły na siebie nawzajem, przeciągając mnie na swoje strony. po rozwodzie jeszcze przez chwile widywałam się regularnie z tatą, ale za każdym razem gdy wróciłam w dobrym humorze do mamy, ta obrażała się i miała ogromny „żal” że tak dobrze się bez niej bawiłam. każde słowo ojca potrafiła obrócić tak, żeby wyszło z tego coś strasznego i niestety wygrała. wmówiła mi, że ojciec to okropny człowiek, a ja przez lata ostentacyjnie nie mówiłam mu nawet „cześć” na ulicy. a potem dorosłam, popatrzyłam wstecz i dotarło do mnie, że to wszystko było naciągniętą do granic możliwości kpiną. efekt tego po kilkunastu latach jest taki, że z mamą kontakt mam tylko wtedy kiedy muszę (nigdy nie miałyśmy żadnej szczególnej więzi) a z tatą dopiero od kilku lat mam ponowny „kontakt” który polega na wysyłaniu sobie smsów z życzeniami (o których mama nie wie, bo znowu byłaby histeria). przez chwile miałam żal do ojca, że odpuśił i o mnie nie walczył, ale z czasem przestałam mu się dziwić, wtedy to była chyba faktycznie najlepsza dla mnie opcja, żeby skończyć to przedstawienie. mam prawie 30lat, gdyby nie mąż i dzieci byłabym zupełnie sama – mam oboje rodziców, a żyję jakbym była sierotą, tylko dlatego, że te naście lat wstecz urażona duma była ważniejsza od dziecka. piszę tak ku przestrodze, bo konsekwencje takich decyzji odbijają się na życiu dziecka i trwają latami – nie znikają w momencie rozwodu.

  • To trudny temat i trudna rzecz do przejscia tez dla rodzicow. Im tez nalezy sie troche wyrozumialosci, bo wychowanie dziecka jest naprawde trudnym zadaniem. Pozdrawiam serdecznie Beata