ser

Odpowiedź Producenta

Jakiś czas temu, podczas rutynowego przeglądu etykiet w jednym ze sklepów zaciekawiła mnie informacja o barwniku. Najczęściej jeśli obserwowałam substancje dodatkowe w serach „żółtych” było to annato. Tym razem pojawiła się nowa rzecz: annato NORBIKSYNA.

Annato nie budziło mojego zdziwienia, ludzie chcą kupować ser o określonym, powtarzalnym kolorze. Jeśli żółty, to ma być ŻÓŁTY, a nie białawo-żółtawy, więc klient nasz pan. Producenci barwią na żółto i wszyscy są szczęśliwi. Jednak tym razem zauważyłam annato NORBIKSYNA.

Jeśli dobrze pamiętam, annato to mieszanina biksyny rozpuszczalnej w tłuszczach i norbiksyny rozpuszczalnej w wodzie. Zatem obniżając zawartość tłuszczu, być może muszę dodać barwnik w innej proporcji niż w klasycznym serze o wyższej zawartości tłuszczu?


Czemu więc zainteresowałam się akurat NORBIKSYNĄ?

ADI norbiksyny jest na poziomie 0.6 mg / kg m.c. a zatem 20 x mniej niż biksyny (12 mg / kg, widziałam też materiały gdzie ADI biksyny było określone na poziomie 6 mg / kg, a norbiksyny 0.3 mg / kg m.c.).
Więc gdybym kierowała, się w życiu tabelką z wartościami ADI, powinnam jeść mniej sera z norbiksyną. Jednak czy w tym przypadku ma to znaczenie? I czy w ogóle warto interesować się wartościami ADI?

Co to jest to ADI?

Żeby zrozumieć specyfikę problemu oraz zastanowić się nad innymi obszarami, gdzie to o czym tu piszę jest ważne w kontekście zdrowia, warto poznać sens określania ADI.

ADI – w dużym uproszczeniu – podaje nam na tacy informacje ile czego możemy zjeść, aby spożywając to codziennie przez całe życie – było w miarę ok. Nie jest to najszczęśliwszy wskaźnik, bo ludzie w życiu codziennym nie za bardzo są w stanie z tego skorzystać (na etykietach nie ma słowa o zagrożeniu oraz ilościach + jest jeszcze coś takiego jak synergia, działanie wielu substancji razem itp. itd) ale dziś nie o tym. Dziś lepszy taki niż żaden.

Ogólnie sytuacja wygląda tak: substancje dodatkowe charakteryzuje określona wartość ADI („dopuszczalne dzienne spożycie”), dzięki temu producent wie ile czego można dodać do surowca, a konsument wie ile czego można zjeść. Jak sytuacja wygląda w praktyce? Różnie, co widać w raportach (zdarzają się przekroczone ilości) oraz w sklepach spożywczych (nikt nie chodzi z kalkulatorem i nie wylicza, nie ma nawet z czego wyliczać, bo nie ma takich informacji na etykietach).

Kto pyta nie błądzi.

Zapytałam więc producenta ile dodaje barwnika, zakładając że poziom jest w normie. Zawsze zakładam, że przytomni producenci żywności gdzie w ekipie pracują inteligentni ludzie o bujnej wyobraźni przestrzennej, chociażby w trosce o dobre imię marki i przyszłą sprzedaż, nie robią wałków. Z logicznego punktu widzenia to się po prostu nie opłaca.

W tym jednak przypadku bardziej interesowały mnie konkretne ilości norbiksyny, a zatem informacja ile jest barwnika w 100g sera, a co za tym idzie – najbardziej przydatna rzecz z punktu widzenia konsumenta czyli konkretnie: ILE MOGĘ ZJEŚĆ.

Maila z prywatnej skrzynki wysłałam w sobotę, odpowiedź otrzymałam w poniedziałek rano. Po upewnieniu się, że dane są jawne, przekazuję zawartości norbiksyny w tym konkretnym produkcie.

Wedle odpowiedzi Producenta Rycki Edam Light zawiera 222 mg barwnika w 1 kg sera.

Barwnik zawiera 1.2% norbiksyny, zatem w 1 kg sera znajduje się 2.66 mg norbiksyny.

To oznacza, że w 100 g sera mamy 0.266 mg norbiksyny.

Zatem paczka (w tym przypadku jest to 135 g) tego sera zawiera 0.359 mg norbiksyny.

Ile mogę zjeść?

Dla fanów sera nie ma czegoś takiego jak „za dużo”. Jednak znając zawartość norbiksyny przyjrzyjmy się jak to się ma do ADI, czyli jak mogę wykorzystać wartości ADI w życiu codziennym.

Jeśli ADI dla norbiksyny zostało określone na poziomie 0.6 mg / kg m.c., aby nie wystąpiły skutki uboczne po wieloletnim, codziennym spożyciu produktu zawierającego norbiksynę, dopuszczalne dzienne spożycie dla osoby ważącej 50 kg nie powinno przekroczyć:

0.6 mg na 1 kg masy ciała

x mg na 50 kg masy ciała

x = 30 mg

Jeśli 135 g sera zawiera 0.359 mg norbiksyny, jest to niższa wartość niż 30 mg.

Zatem spożywając jedną paczkę (135 g) sera na śniadanie, plus drugą paczkę (135 g) na kolację codziennie przez całe życie, przy założeniu, że nie jem nic innego zawierającego annato (norbiksynę) oraz że norbiksyna nie wchodzi w reakcje z innymi substancjami – nic złego związanego z poziomem norbiksyny w organizmie nie powinno się wydarzyć.

Gdyby przyjąć ADI dla norbiksyny na poziomie 0.3 mg / kg m.c., osoba ważąca 50 kg może spożywać 15 mg dziennie, czyli również sporo więcej niż 0.359 mg. W tym przypadku, w optymalnych warunkach, mogę zjeść maksymalnie 41 opakowań (135 g) tego sera dziennie.

To w czym problem?

W przypadku tego sera? W niczym.

Jednak w temacie ADI – mimo, że wartości podawane są z pewnym marginesem – mam kilka uwag pod rozwagę, zwłaszcza dla osób kochających przetworzoną żywność, pijących litry kolorowych napojów, również z dodatkiem alkoholu.

  1. Na etykietach nie ma podanych zawartości substancji, które łatwo przedawkować spożywając kilka różnych produktów o podobnym składzie. W wielu przypadkach bardzo ciężko przedawkować daną substancję, bo w spożywanych napojach czy jedzeniu ilości są bardzo niewielkie. Może w przypadku określonych substancji na etykiecie powinna znaleźć się informacja ile można spożyć oraz notka dotycząca spożycia produktów pokrewnych? Może warto dodać na etykiecie również informacje dotyczące cukru czy tłuszczów trans w CAŁYM opakowaniu? Bo te iluzoryczne porcje, których nikt przecież nie przestrzega nie mają kompletnie sensu.
  2. Nie wiemy jak dokładnie działają substancje w mieszaninach oraz w połączeniu z innymi substancjami z innych produktów, gdy spożywamy je (często w wysokich dawkach) przez wiele lat.
  3. Nie wiadomo jak działają określone substancje w określonych połączeniach z innymi substancjami z naszego środowiska (można rzucić okiem na zawartości określonych substancji w wodzie, żywności, powietrzu).
  4. Nie wiemy jak sytuacja wygląda przy wieloletnim spożyciu mieszanek z wieloletnim spożywaniem alkoholu i leków.

Przykład? Proszę bardzo.

Załóżmy, że napój zawiera substancję X o ADI na poziomie 40 mg / kg m.c.

To oznaczałoby, że osoba ważąca 50 kg nie powinna przekraczać spożycia na poziomie 2000 mg w ciągu dnia. Całkiem sporo, więc chyba luz.

Osoba ta lubi określony napój, w którym producent dodaje 585 mg substancji X na 1 litr.

Osoba ta spożywa w ciągu całego dnia 2.5 litra tego napoju, co oznacza spożycie substancji X na poziomie 1462.5 mg dziennie. 1462.5 mg to mniej niż 2000 mg, zatem poziom bezpieczny. Problem niestety w tym, że substancję X osoba ta dostarcza sobie codziennie również z innego napoju, który spożywa w ilości 2 x puszka 250 mL dziennie, oraz z produktów spożywczych w ilości 250 g dziennie. CODZIENNIE. Więc może warto zapytać producenta napoju w puszcze oraz producentów pozostałych produktów ile dodają substancji X na 100 mL oraz na 100 g aby zorientować się, czy przypadkiem nie przekraczamy dopuszczalnego dziennego spożycia. Ale kto by się tam przejmował, oj tam oj tam. Na coś trzeba umrzeć.

I na tym właśnie polega dwustronny medal jeśli chodzi o produkty typu LIGHT, sugarfree, glutenfree itp. itd. Asortyment ten ma swoje zalety, jest produkowany z myślą o konsumentach z wielu względów unikających cukru, wysokich dawek tłuszczu itd. Niestety wiele osób zakłada, że jeśli coś nie zawiera cukru lub zawiera mniej tłuszczu, to można wypić / zjeść więcej, a to nie zawsze prawda.

Jak żyć?

Przede wszystkim spokojnie.

Nie da się ogarniać zawsze wszystkiego i wszędzie, podobnie jak nie da się mieć prywatnej oczyszczalni wody czy żyć w bańce z czystym powietrzem. Skupiajmy się zatem na tym, na czym możemy.

  1. Eliminujmy niepotrzebne substancje – mimo, że w większości przypadków ryzyko przedawkowania jest niewielkie, warto jeść jak najwięcej żywności niskoprzetworzonej wtedy kiedy mamy taką możliwość.
  2. Dbajmy o jak najbardziej zbilansowany i zróżnicowany jadłospis zamiast codziennie kupować te same, słabe produkty. Być może kasza, natka pietruszki czy kapusta kiszona nie są na pierwszych stronach gazet, nie ma też ich na uśmiechniętych zdjęciach influencerów jednak nie oznacza to, że mamy o nich zapominać. Proste, normalne jedzenie jest bardziej wartościowe i cenne dla organizmu niż pięknie reklamowany wypchany mieloną tekturą z dodatkiem mrożonego mięsa flak z psudobułą i sosem z toną cukru.
  3. Przyjrzyjmy się również innym parametrom takim jak odpowiednia ilość snu, odpoczynku, zarządzanie stresem – ma to kolosalne znaczenie w trosce o zdrowie fizyczne i psychiczne.

Tak, istnieje też świat poza jedzeniem, ADI i substancjami dodatkowymi, co nie oznacza, że mamy totalnie olewać to, co wkładamy do ust. Wręcz przeciwnie – to co ląduje w naszym koszyku w spożywczym, a następnie na talerzu i w brzuchu buduje nasz organizm (szerzej pisałam o tym tu – kliknij). Zatem nie ma przesady w sformułowaniu, że jesteśmy tym, co jemy.

#

Tortilla o prostym składzie

Sprawdzając składy produktów spożywczych w poszukiwaniu dobrego placka typu tortilla, doszłam do jednego wniosku.

Albo tortilla albo prosty skład.

Jak się okazało w żadnym – naprawdę w żadnym, a sprawdzam składy od lat – popularnym sklepie nie znalazłam jeszcze produktu typu tortilla o prostym składzie, czyli bez litanii dodatków spożywczych.

I oczywiście można by się tymi dodatkami nie przejmować, zwłaszcza gdy ktoś kupuje tego typu produkt raz czy dwa razy w roku, a po spożyciu nie odczuwa dolegliwości. Jednak wiele razy pisały do mnie osoby, które jedzą placek typu tortilla zdecydowanie częściej. Co wtedy?

W ostatnich dniach znalazłam ciekawą alternatywę, która może być stosowana zamiennie zamiast placka typu tortilla. Nazywa się Piada, a sprzedawana jest w Lidlu, zdaje się że jedynie sezonowo (termin „Najlepiej spożyć przed” daje nam możliwość zrobienia zapasu na 3 miesiące).

Co ze składem?

Prosty: mąka, woda, smalec, sól, drożdże. Jednak i tym razem nie ma róży bez kolców, wszystko ma swoje wady i zalety. Owszem, skład jest prosty, bez udziwnień, 6 linijek dodatków spożywczych i niepotrzebnych wielu osobom konserwantów, ALE smalec wieprzowy NIE jest surowcem, który chciałabym polecać, zwłaszcza osobom z nadmierną podażą tłuszczów zwierzęcych w diecie.

Jak żyć?

Spokojnie. Bez nadmiernego stresu spożywczego.

Piada czy tortilla raz na jakiś czas nie powinny nikomu zaszkodzić, natomiast warto pamiętać o tym, że tłuszcze zwierzęce i kilogramy dodatków spożywczych nie są czymś pożądanym w naszej diecie. Jeśli ktoś potrzebuje alternatywy dla bułek, chleba czy naleśników – warto szukać PITY. Produkty typu pita w większości sprawdzanych przeze mnie sklepów miały bardzo proste składy i mogą być ciekawą alternatywą dla fanów pieczywa i placków. Więcej informacji na ten temat oraz proste wskazówki jak zadbać o siebie i o rodzinę znajdziesz na mojej platformie edukacyjnej (klik).

kanapki

Kanapki – cała prawda.

Jeśli kupujesz kanapki, musisz wiedzieć jedno – czytanie składu w pewnych przypadkach nie ma sensu. Tak, dobrze czytasz. Zobacz dlaczego.

Krótki skład.

Sformułowanie „krótki skład” jeśli chodzi o kanapki z kilkudniowym terminem ważności raczej nie istnieje.

Są kanapki, które mają prosty skład ale to te robione na świeżo, które trzeba zjeść teraz:

  • chleb: 3-4 składniki,
  • ser: 2-4 składniki,
  • masło,
  • warzywa.

Jak widać z opisu może być: „chleb, ser, masło, sałata”- fajnie. Ale w rzeczywistości i tak zamykamy się w 10-12 składnikach w sytuacji najbardziej luksusowej.

Cała prawda o kanapkach.

Dla jasności – moim celem nigdy nie jest niszczenie marki czy producenta. Zawsze naświetlam problem, oczywiście na konkretnych przykładach ale tylko dlatego, że chcę pokazać Ci na co należy zwrócić uwagę.

Oto etykieta popularnych kanapek:

kanapki

Wygląda fajnie, prawda? Całkiem prosto i gdyby brać życie tak prosto, to żyłoby nam się o wiele łatwiej.

Niestety tak nie jest. Kupując takie kanapki, w rzeczywistości jesz to:

kanapki

Ale jak to?

Myślisz, że oni są tacy źli i niedobrzy? Tak wygląda skład niemal wszystkich kanapek więc nie ma sensu wieszać psów na konkretnej marce. Jedyna moja uwaga to fakt, że niektórzy producenci podają total skład jak należy, a innym „nie starczyło miejsca”. I o tyle o ile znam przepisy i wiem, że na etykiecie bochenka chleba, czyli papierku wielkości 2 cm kwadratowych faktycznie czasami się NIE DA, o tyle wiem, że niektórzy jednak na tak małym świstu dają radę – bo to zależy od składu i CHĘCI.

I tu jest pies pogrzebany, bo skład to czasami litania, plus tych chęci jak widać niektórym brakuje.

Co teraz?

To nie jest koniec tej sprawy, jak wiesz. Chcę dowiedzieć się więcej, chce sprawdzić, czy faktycznie nie da się NIC zmienić, mam przeczucie, że się da.

Nie walczę z firmami, markami, nie tępię, nie niszczę – nie mam na to ani ochoty ani czasu.

Zależy mi na odgórnej zmianie, grzebaniu w przepisach oraz budowaniu świadomości konsumenckiej. Bo tak serio to MY, konsumenci, mamy bardzo dużo do powiedzenia, tylko Ty jeszcze o tym nie wiesz.

Ale nie martw się, ja Ci to wszystko wytłumaczę.

Mleko kokosowe – dlaczego zawiera dodatki?

Odpowiedź jest właściwie bardzo podobna jak w przypadku wielu innych produktów spożywczych, ale zacznijmy od początku.

 

Co to jest 'mleko’ kokosowe?

Tak naprawdę nie 'mleko kokosowe’ bo termin 'mleko’ zarezerwowany jest dla wydzieliny gruczołów mlecznych ssaków. Zatem kokosowy może być napój. Ale i tak wszyscy mówią potocznie 'mleko’.

To rozdrobniony miąższ orzecha kokosowego z wodą. Nie ma w tym wielkiej filozofii, tak jak niezbyt trudne jest zrobienie takiego mleka w domu. Ot, wiórki z wodą, blender i po sprawie.

Dlaczego napoje roślinne czasem wyglądają brzydko?

Gdy odstawisz 'mleko roślinne’ na jakiś czas, zaobserwujesz rozdzielenie się faz. Cięższe cząsteczki opadną na dno naczynia, na gorze zostanie wodnista breja. Czy jest w tym coś złego? Nie, to proces sedymentacji, który wynika z grawitacji działającej na cząsteczki zawiesiny. Osobnym tematem jest niemieszanie się warstwy tłuszczowej z warstwą wodną. Łatwo zaobserwować to w sosie z dodatkiem oliwy lub w rosole na tłustym mięsie. Czy jest w tym coś złego? Nie, oliwa i inne tłuszcze nie mieszają się z wodą i już. A wracając do napojów roślinnych – mieszaninę wystarczy energicznie zmieszać i ponownie mamy biały, jednolity płyn. 

Dlaczego producenci dodają bajery?

Ponieważ nie wszyscy akceptują proces sedymentacji i niemieszania się cieczy. Otwierając opakowanie danego produktu, rozwarstwiona zawartość może (niepotrzebnie) budzić podejrzenia. Producenci spieszą zatem z pomocą. Wystarczy dodatek zagęstników, stabilizatorów i emulgatorów, by otrzymany produkt zawsze wyglądał idealnie!

Czy to coś groźnego? 

Nie, substancje te raczej nie powinny budzić Twojego niepokoju, dopóki nie jesz żywności przetworzonej na tony i dobrze czujesz się po spożyciu tego typu dodatków. Glicerydy kwasów tłuszczowych są elementem naszej diety natomiast polimery typu karboksymetyloceluloza czy guma ksantanowa to już inna bajka. Wzdęcia, zaparcia, biegunki to typowy efekt uboczny po tego typu substancjach ale tylko u niektórych z nas. 

Czy da się znaleźć mleko kokosowe bez dodatków?

Tak, proste napoje roślinne bywają niemal w każdym sklepie i to mnie cieszy.

Jeśli obawiasz się nieestetycznego wyglądu – przed otwarciem wstrząśnij, nic więcej.

 

   

 

 Ps. Jeśli interesuje Cię temat innych mlek roślinnych, to np. tu pisałam o alpro (kliknij). Natomiast jeśli chcesz zmienić nawyki żywieniowe i / lub myślisz o poszerzeniu wiedzy na temat zdrowego odżywiania – bez wychodzenia z domu, w prosty, bezstresowy sposób, już niebawem rusza 14 – dniowy kurs online na ten temat, zapisy i lista tematów tu (kliknij).

azotany dziecko

Dlaczego robicie to naszym DZIECIOM?

IARC ogłosiło temat rakotwórczości mięsa przetworzonego, może skłoni to kogoś do przemyślenia tematu spożywania mięsa kilka razy dziennie. Ja już jakiś czas temu ograniczyłam spożycie wędlin, a jeśli już – szukam produktów o wysokiej zawartości mięsa i bez zawartości azotynów.

Nie da się ich uniknąć zupełnie, to oczywiste. Ale ograniczając spożycie mięsa oraz świadomie wybierając produkty, można próbować zmniejszyć podaż. O tym dlaczego warto unikać tych substancji pisałam tu.

Dziś w nocy naszło mnie na przeglądanie stron rządowych, a konkretnie Rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie dozwolonych substancji dodatkowych, a zwłaszcza załącznika dotyczącego warunków stosowania w żywności dla niemowląt i małych dzieci.

Wnioski.

Jeśli mam aktualną wersję, to na liście dozwolonych substancji NIE MA azotynów (o działaniu rakotwórczym). Czyli produkty dla niemowląt i małych dzieci NIE MAJĄ PRAWA ich zawierać.
 
Ale już parówy i szyneczki dla starszych dzieci – luzik. Producenci ochoczo ładują w mięso konserwant i bez mrugnięcia okiem opakowują to w kolorowe kwiatuszki, serduszka, świnki, ludziki i Bóg wie co jeszcze.

Problem polega na tym, że…

Piszą do mnie Mamy niemowląt i małych dzieci, pytając które parówki mogą dać dziecku. Odpowiadam im zwykle: ŻADNE.

Rodzice nie zdają sobie sprawy, że żywność zawierająca dodatek azotynu nie jest odpowiednia dla dzieci, ani dla nich samych. Wystarczy nam już tych substancji dookoła, serio.

Droga Kancelario, Panie Ministrze i wszyscy, którzy możecie coś zrobić.

Dlaczego ktoś dopuszcza do obrotu produkt z założenia dla dzieci, w którym jest zaledwie 54% mięsa, a reszta to długa historia o niczym, z dodatkiem rakotwórczego konserwantu? Przecież nazwa „Bobaski” sugeruje, że produkt mogą spożywać małe dzieci, ale czy na pewno…?

parówki parówki

Na cholerę tu te uśmiechnięte dzieci i słoneczko? Bo mnie, szczerze mówiąc jest totalnie nie do śmiechu widząc takie rarytasy w sklepie.

Dlaczego na opakowaniach z żywnością zawierającą dodatek azotynu sodu typu szynka czy parówki nie ma informacji dotyczących ich szkodliwości, tak jak jest na innych produktach zawierających szkodliwe substancje?

Tak, wiem, że są normy.

Tak, wiem, że źródłem azotanów(V) i azotanów(III) (azotynów) w codziennej diecie człowieka są jeszcze warzywa i woda pitna.

Tak, wiem, że mięso bez konserwantu też może być szkodliwe, a zepsute to już dno.

Tak, wiem, że azotany i azotyny są wszędzie i nie da się znakować wszystkiego.

ALE WĘDLINY ZAWIERAJĄCE DODANE AZOTYNY W ILOŚCIACH KONSERWUJĄCYCH SIĘ DA, ZWŁASZCZA TE DLA DZIECI, PRAWDA?

Wszystko się da, tylko trzeba chcieć. Ale ktoś tu ewidentnie nie chce. A szkoda.

rosół

Kostka rosołowa.

Przeciętna kostka rosołowa to utwardzony tłuszcz z solą i wzmacniaczem smaku. Działa jak diabli jeśli chodzi o poprawianie, ponieważ sól podkreśla smak potraw, wzmacniacz też (plus wpływa na odczucie), a tłuszcz jest nośnikiem smaku. Proste jak drut w kieszeni. No właśnie, w kieszeni.

Czy kostka rosołowa jest zdrowa?

Nie jest. Tłuszcz utwardzony jest składnikiem wpływającym negatywnie na zdrowie, tak samo jak nadmiar soli. Wybrane wzmacniacze smaku (nie mówię tu o glutaminianie, tylko o innych wzmacniaczach) też nie są takie obojętne dla organizmu. Podsumowując: nie, nie i nie. To sam SYF.

Czy kostka rosołowa BIO jest zdrowa?

Nie. To zwykle dokładnie ten sam produkt tylko przygotowany z surowców bio. Ewentualnie mniej syfiastych składników (np. wzmacniaczy) na rzecz ekstraktu drożdżowego, ale to niewielkie pocieszenie.

bio kostkabio-kostka

Czy da się zastąpić kostkę?

Tak. Umiejętny dobór świeżych warzyw, ziół, przypraw, zdrowy tłuszcz i gotowe! Tak jak robili to ludzie zawsze.

Czy istnieją zdrowe gotowce?

Tak i nie. Jeśli są to suszone warzywa z toną soli to też trochę nie ma sensu, bo duża ilość soli w diecie nie jest dobra, zwłaszcza dla kobiet w ciąży oraz osób z chorobami towarzyszącymi typu nadciśnienie. Wybrałabym same suszone warzywa lub warzywa z ziołami i/lub przyprawami. Klasyk w stylu zioło angielskie i liść laurowy można wzbogacić dodatkiem lubczyka itp. Warto zapytać speców od rosołu co dodają do bazy w zależności od jej późniejszego przeznaczenia.

Innym rozwiązaniem są sosy typu AJVAR. Można dodać np. łyżkę stołową do dania lub zupy i też sprawa załatwiona. Lubie te sosy (pod warunkiem, że mają prosty skład) bo składają się prawie wyłącznie z warzyw. Do tego odrobina octu dla podkreślenia smaku (byle nie przesadzać, zwłaszcza dzieciom i osobom 'wrażliwym’) i gotowe!

bulionwarzywa suszonewarzywa suszone

Co robić?

Zrobić samodzielnie wywar przy użyciu 'prawdziwych’ składników lub kupić suszone warzywa lub suszone warzywa z ziołami. Sól, jeśli ktoś nie potrafi bez, warto dodać samemu – wedle uznania. Jest duże prawdopodobieństwo, że dodamy tej soli o wiele mniej niż producent zastosował w gotowej mieszance. I o to chodzi.

Ważne.

Pozbądź się wyrzutów sumienia. Czasem każdy z nas używa półproduktów typu mrożonki i gotowce – nie ma w tym nic złego, potrzebujemy zaoszczędzonego czasu na inne – również ważne – sprawy. Bo życie nie polega tylko na ciągłym myśleniu o jedzeniu. A przynajmniej nie powinno, hehe.

 

Więcej o zdrowych zamiennikach w kuchni dowiecie się już niebawem tu: http://maszwybor.edu.pl.

Fałszowanie żywności

Fałszowanie żywności – typowe oszustwa.

Nie każdy producent oszukuje, ale fałszowanie żywności jest powszechne. Wg niektórych raportów z ostatnich lat prawie 50% kontrolowanych partii wybranych produktów było zafałszowanych. Oto typowe przykłady w jaki sposób producenci robią Cię w konia, a Ty jeszcze za to płacicisz.

Typowe oszustwa:

  • wydłużenie przez producenta daty minimalnej trwałości (to może być groźne),
  • wykaz składników nie zawiera wszystkich składników (to też może być groźne),
  • określenia „Tradycyjne przysmaki” oraz „100% tradycyjnego smaku” mimo zastosowania w procesie produkcji substancji dodatkowych, np. substancji konserwującej, „bieszczadzki”, mimo braku dowodów uzasadniających użycie powyższego wyrażenia,
  • użycie nazwy „staropolski” podczas gdy surowiec nie pochodzi z Polski oraz produkt nie jest wytwarzany ani dawnymi metodami, ani na podstawie dawnych receptur, ani z użyciem składników stosowanych dawniej do produkcji produktu.
  • określenie „wiejska”, mimo że do produkcji użyto substancję konserwującą.

Chcesz więcej szczegółów?

Przejrzałam kilkadziesiąt raportów, najwięcej było tych dotyczących wędlin i pieczywa. Oto niektóre oszustwa:

Wędliny. Tu jest dramat, więc ZAWSZE czytaj skład.

  • obecność fosforanów oraz azotanów i azotynów mimo, że nie ma ich na etykiecie,
  • zaniżenie zawartości białka,
  • więcej wody niż zadeklarowana ilość,
  • producent „zapomniał” wspomnieć na etykiecie o dodatku: stabilizatora E450, glukozy, przeciwutleniacza E300, hydrolizatu białka sojowego (alergen) wzmacniacza smaku E621 i E635, regulatora kwasowości E330, barwnika E150c i aromatu, a także przypraw, aromatu (zawierającego ekstrakt drożdżowy, hydrolizat białka roślinnego oraz przyprawy), oleożywicy naturalnej przypraw (ekstrakt naturalny przypraw) i alergenu dwutlenku siarki (SO2), będących składnikami mieszanek funkcjonalnych użytych do produkcji, azotynu sodu stosowanego do produkcji,
  • za długi termin przydatności do spożycia (2 x dłuższy niż powinien! Groźne!).

Jaja. Ciężko sprawdzić bez aparatury.

  • błędne oznaczenie pochodzenia jaj (kupujesz 'jedynki’, a w rzeczywistości to 'trójki’),
  • zmiana terminu przydatności do spożycia, może być groźne.

Produkty ekologiczne – ufam i sprawdzam?

  • logo EKO mimo, że produkt nie był wyprodukowany w warunkach ekologicznych.

Pieczywo. „Oj, zapomniałem dopisać” czyli ZAWSZE czytaj skład.

  • zastosowanie nazwy 'Chleb orkiszowy’, chociaż orkisz nie jest dominującym składnikiem w wyrobie, stanowi jedynie 3%,
  • na etykiecie pominięto: smalec i polepszacz o składzie: mąka ze słodu pszennego, cukier, emulgator E472e, mąka sojowa, dekstroza, środek do przetwarzania mąki kwas askorbinowy, enzymy, użyte do produkcji pieczywa. Czyli kupujesz prostą, pachnącą drożdżówkę, ale okazuje się, że to produkt z wieloskładnikowej mieszanki zawierającej alergeny – to może być groźne dla zdrowia!
  • użycie w nazwie produktu określenia „wiejski”, a pieczywo wyprodukowane z użyciem polepszacza,
  • „produkowany na naturalnym zakwasie bez polepszaczy”, ale badania laboratoryjne nie potwierdziły obecności bakterii fermentacji mlekowej.
  • w wykazie składników pominięto kwas askorbinowy będący składnikiem mieszanki funkcjonalnej użytej w produkcji, oraz wykazano tłuszcz roślinny palmowy, gluten pszenny plus niewłaściwą zawartość procentową mąki pszennej i mąki żytniej.

Słodycze. Bywa różnie.

  • Czekolada: użycie do produkcji niezadeklarowanych przez producenta odpowiedników (zamienników) tłuszczu kakaowego. Bo taniej.
  • Ciastka: 

– napis „Bez konserwantów”, ale składnik z konserwantem,

– napis „polewa czekoladowa” , ale do produkcji użyto „polewę kakaową” (wolę czekoladową),

– sformułowanie „Domowe”, mimo że do produkcji użyto barwnik E160a oraz emulgator,

– w wykazie składników pominięto: glutentłuszcz palmowy oraz laktozę – składniki mieszanki tłuszczowo-cukrowej użytej do produkcji. Dla alergików – może być groźne!

Nabiał. Jest lepiej, ale może być jeszcze lepiej.

  • Mleko – obecność wody, obecność wody w mleku narusza definicję „mleka”.
  • Sery: brak surowca owczego w oscypku (mleka owczego), KOMEDIA! To jak pizza salami bez salami. W innym serze nie napisali o substancjach dodatkowych: natamycynie E235, barwniku Annatto E160b, plus zaniżona masa partii czyli kupujesz ser 150g ale waży on np. 132g.
  • Masło – obecność tłuszczu roślinnego, co narusza definicję „masła”. Masło to produkt zawierający tłuszcz WYŁĄCZNIE z mleka.

Alkohol. Well…

  • zamieszczenia elementu graficznego w postaci wizerunku liścia i kiści winogron mimo, ze do produkcji nie użyto winogron,
  • wykazania w wykazie składników substancji słodzących: E951, E950, E961, E954, E300, E202 i E220 mimo, że nie użyto ich do produkcji.

Napoje. ZAWSZE czytaj skład.

  • użycie przez producenta w nazwie słowa winogrono, mimo że do produkcji użyto tylko 0,2% odtworzonego zagęszczonego soku winogronowego, który nie wpływa w istotny sposób na smak produktu. W rzeczywistości smak wyrobu pochodzi od zastosowanych substancji aromatycznych. Standard.

Oleje roślinne. Raczej nie do sprawdzenia.

  • Original Extra Virgin – zawyżona zawartość estrów etylowych kwasów tłuszczowych (56 ± 9 mg/kg) w stosunku do wymagań rozporządzenia Komisji (EWG) nr 2568/91 (nie więcej niż 35 mg/kg), tym samym produkt nie należy do wskazanej kategorii oliwy z oliwek najwyższej jakości z pierwszego tłoczenia. Czyli ściek zamiast wysokiej jakości?
  • Wiejski olej rzepakowy – użycie w nazwie sformułowania „Wiejski”, mimo że w procesje produkcji zastosowano etap rafinowania. Słabo.

Ryby. Trzeba uważać, ale da się.

  • niewłaściwa nazwa produktu: zastosowanie nazwy nieadekwatnej do zastosowanego surowca i technologii produkcji,
  • pominięto składnik stosowany w produkcji – substancję konserwującą benzoesan sodu (E 211),
  • w oznakowaniu podano informację „ręcznie przyprawiane” podczas gdy nie stosowano przypraw. Komedia.
  • zaniżenie procentowej zawartości ryby w produkcie (deklarowano 50 %, a badania laboratoryjne wykazały 36,2 %).

Gotowce. Temat rzeka. A właściwie ściek.

  • nie wyszczególnienie w wykazie wszystkich składników użytych do produkcji: glutaminianu monosodowego E621 oraz białka sojowego, oraz zamieszczenie informacji „bez dodatku glutaminianu sodu”, czyli zapychacz z polepszaczem zamiast wartościowych składników, super!
  • podany na etykiecie wykaz składników nie zawierał wszystkich składników mieszanki funkcjonalnej oraz tłuszczu wieprzowego (słonina), czyli kupujesz np. pierogi z mięsem ale bez mięsa. Ale ze słoniną. Smacznego!
  • ilość błonnika użyta przy produkcji wyrobu nie jest wystarczająca, aby zasadne było stosowanie w oznakowaniu zapisów „produkt o podwyższonej zawartości błonnika” i „żywność o podwyższonych walorach żywieniowych”. A miało być tak zdrowo.

 

Nie mamy możliwości unikania fałszowanej żywności, bo nikt nie chodzi na zakupy z podręcznym laboratorium. ALE im mniej przetworzoną żywność kupujemy, tym mniejsze ryzyko nadziania się na byle co.

 

Cytowane dane pochodzą z raportów i decyzji Głównego Inspektoratu Jakości Handlowej Artykułów Rolno – Spożywczych.

masło orzechowe

Czy masło orzechowe jest niezdrowe?

Ponieważ wiele osób pisze, że masło orzechowe jest fatalne, bo surowiec może być spleśniały itp. itd. oraz korzystając z okazji, że firma Primvika jest Partnerem Konferencji FOOD & HEALTH CONFERENCE, postanowiłam zadać im kilka niewygodnych pytań pytań o produkty. Bo lubię wiedzieć co jem.

1. Skąd pochodzi surowiec do produkcji Państwa masła orzechowego i czy jest badany przed użyciem?

Orzechy do produkcji naszego masła orzechowego pochodzą z certyfikowanych plantacji i badane pod kątem bakterii/pleśni. 
Pochodzenie orzechów użytych przy produkcji naszych maseł:
– migdały – USA
– arachidy – Argentyna
– arachidy BIO – Chiny
– tahina BIO – Burkina Faso
– tahina – Pakistan
– laskowy – Turcja
– nerkowiec – Wietnam/Indie

2. Od czego zależy skład masła orzechowego? Dlaczego niektóre są z samych orzechów, a niektóre z dodatkami typu olej palmowy?

Większość naszych maseł orzechowych posiada w swoim składzie od 99% do 100% orzechów, staramy się aby nasze masła miały dużą wartość % orzechów. Stawiamy na prosty i naturalny skład. 

3. Czy można zastąpić tłuszcz palmowy w produktach typu masło orzechowe innym tłuszczem i dlaczego tak/nie (pomijając aspekt finansowy)?

Tłuszcz palmowy dodawany jest w celu ulepszenia konsystencji i opóźnienia wydzielania naturalnego tłuszczu z orzechów. Nie ma konieczności dodawania oleju palmowego do masła orzechowego ani zastępowaniem go innymi produktami – najlepiej wybierać produkty naturalne, bez zbędnych dodatków.

4. Od czego zależy dodatek substancji konserwującej (niektóre produkty zawierają, a niektóre nie)?

Producenci dodają substancję konserwujące w celu wydłużenia terminu przydatności. Warto wybierać produkty pasteryzowane, których proces utrwalania pozwala na wydłużenie daty przydatności do spożycia bez dodatkowego dodawania konserwantów. 
A może Wy też macie jakieś pytania do Primaviki? Piszcie śmiało!

Pieczywo mrożone, komentarz Tomasza Oskroby.

Jakiś czas temu napisał do mnie pan Tomasz Oskroba, pozwolił opublikować swoją wiadomość tak więc zapraszam do czytania!

(Odpowiedzi na pytania dotyczące pieczywa z ciasta mrożonego znajdziecie tu.)

„Dzień dobry,

tytułem uzupełnienia do http://doktorania.pl/czym-rozni-sie-pieczywo-z-ciasta-gleboko-mrozonego-od-tradycyjnego/

przesyłam informację o przepisach związanych z mrożeniem.

Ważna wydaja się zwłaszcza klasyfikacja rodzaju mrożenia w odniesieniu do temperatur zamrożonego produktu.

Wychodzi na to, że nie wszystko co mrożone jest głeboko mrożone. Termin „głębokie mrożenie” został ostatnio zdemonizowany:

W sprawie środków spożywczych, do których zastosowano technologie mrożenia w przepisach prawa są następujące przepisy:

  • „W oznakowaniu opakowanych środków spożywczych głęboko mrożonych przeznaczonych bezpośrednio dla konsumenta podaje się dodatkowo informacje:
  1. „produkt głęboko mrożony”
  2. określające okres przechowywania przez konsumenta wraz z temperaturą przechowywania lub wymaganym rodzajem wyposażenia do przechowywania
  3. „nie zamrażać powtórnie” albo podobne określenie (obwieszczenie MRiRW § 26.1)

„W przypadku pieczywa – dodatkowo:

  • informację „pieczywo produkowane z ciasta mrożonego” albo „pieczywo produkowane z ciasta głęboko-mrożonego” w przypadku zastosowania takich procesów technologicznych (obwieszczenie MRiRW § 17.1, pkt 5b).

W rozporządzeniu 1169/2011 jest również następujący zapis uzasadniający konieczność odpowiedniego znakowania takich produktów. „W ostatnich  dziesięcioleciach technologie zamrażania środków spożywczych znacznie się rozwinęły i są obecnie powszechnie stosowane w celu poprawy obiegu towarów na rynku wewnętrznym Unii oraz ograniczenia zagrożeń dotyczących bezpieczeństwa żywności. Jednak zamrażanie, a następnie rozmrażanie niektórych środków spożywczych (zwłaszcza produktów mięsnych i produktów rybołówstwa, ogranicza możliwości dalszego użycia tych środków spożywczych, a ponadto może wpływać na bezpieczeństwo, smak , a także właściwości fizyczne tych środków spożywczych. Z kolei w przypadku innych produktów, zwłaszcza masła, zamrażanie nie powoduje takich skutków. Dlatego też, jeżeli dany produkt został rozmrożony, należy o tym odpowiednio poinformować konsumenta finalnego”.

Uwagi dotyczące zamrażania środków spożywczych

  • Zamrażanie żywności jest metodą jej utrwalania,

– wstrzymuje działanie drobnoustrojów powodujących psucie się żywności,

– zwalnia przebieg reakcji chemicznych oraz procesów enzymatycznych i biochemicznych, jakie zachodzą w żywności niezamrożonej.

  • Produkt głęboko mrożony to produkt, który zamraża się w temperaturze do -35odo uzyskania wewnątrz produktu temperatury -18oC.
  • Produkt mrożony – produkt, który wewnątrz ma temperaturę co najmniej -12oC.

Pozdrawiam,

Tomasz Oskroba

Technolog”

Tyle w temacie.

mleko

Mleko roślinne – dlaczego go nie lubię?

Wiele osób pyta mnie dlaczego nie lubię alpro. Spieszę zatem uprzejmie z odpowiedzią: nie chodzi o alpro. Chodzi o napoje typu 'mleko roślinne’ (nazwa potoczna) NA BOGATO. (Czyli większość.)

Ale niech będzie przykładowo 'mleko roślinne’ alpro.

'Każdy napój wyprodukowany jest z wyselekcjonowanych ziaren soi…’ bla bla bla. Siedzi kurde selekcjoner i selekcjonuje te ziarna. A później nagle, nie wiadomo czemu, napój light zawiera fruktozę, a 'mleko roślinne’ dedykowane dzieciom maltodekstrynę, syrop fruktozowo-glukozowy lub cukier trzcinowy i fruktozę itd. Chyba w każdym alpro są: regulator kwasowości (fosforany potasu), aromaty, stabilizator (guma gellan i inne) + różne przecudne i niezbędne z pewnością substancje wzbogacające.

Przecież to niewielkie ilości niegroźnych substancji – powiecie.

Więc w czym problem?

Absolutnie popieram ideę napojów roślinnych. Ba! Dla mnie takie mleko roślinne to codzienność! Poszłabym nawet na kompromis: jeśli piłabym te alpro czy inne produkty wzbogacone sporadycznie lub na naparstki (np. odrobinę do kawki) – spoko, nie ma sprawy.

ALE spożywając 0.5-1L takiego napoju dziennie (kawa jedna, kawa druga, płatki śniadaniowe, pudding, naleśniki etc.) z niewinnych (średnio) 6g cukru na 100g 'mleka’, robi się nagle 6-12 ŁYŻECZEK cukru dziennie – Z SAMEGO TYLKO napoju.

PLUS reszta cudnych wzbogacaczy, czyniących z produktu aksamitny w odbiorze dar od bogów (podobno nr 1 w Polsce).

Ale wiecie co?

W dupie mam ten odbiór, te witaminy i poprawiacze. Mnie nie przeszkadza, że proste 'mleko roślinne’ nie smakuje jak woda z cukrem (bo nie przywalili syropu) i że przed użyciem muszę wymieszać czy wstrząsnąć zawartość (bo nie ma stabilizatora).

Jak mam ochotę na słodszą wersję, dodaję np. 2 – 5g (na 250g produktu niesłodzonego) miodu naturalnego z Polski i po sprawie. 2 – 5g! Zamiast 15g cukru z automatu (3 łyżeczki) jak w tym z kartonu.

Poza tym wkurza mnie, że wszędzie walą ten fosforan potasu! No Ludzie, ile można? Mam dookoła naprawdę sporo fosforanów i zapewniam Was, nie potrzebuję wypijać ich dodatkowo z kawą czy jeść z płatkami.

I jeszcze teksty w stylu 'jesteś gotowy na chwilę relaksu?’ Albo: 'porzuć wyrzuty sumienia i delektuj się napojem!’

Kto im to pisał???

(Selekcjoner ziaren soi?)

babci

List do Babci i Dziadka.

Droga Babciu, drogi Dziadku!

Zanim powiesz, że wiesz lepiej, że kiedyś było inaczej, że mam nie zabierać dzieciństwa itd., przeczytaj proszę do końca.

Praktycznie codziennie dostaję wiadomości, komentarze, sygnały od zrozpaczonych matek – one nie wiedzą już co robić. Jak do Ciebie trafić.

Jeszcze w ciąży dbają o to co jedzą, po porodzie gotują i przecierają te cholerne papki, pilnują aby cukier pojawił się w życiu dziecka jak najpóźniej i w jak najbardziej przyjaznej formie, wkładają wysiłek w minimum chemii na talerzu i nagle bang! Przyjeżdżają dziadkowie.

Hulaj dusza, piekła nie ma.

Pół działu typu łakocie, witaminy, zdrowy start, mleko i zboża i co tam jeszcze wymyślisz ze sklepu spożywczego ląduje na stole, plus obowiązkowo kilogramy lepszych i gorszych czekolad.

Bo to Zła Matka była.

'Ona już zwariowała z tym jedzeniem, 'przesadza’ ‚dlaczego nie daje dziecku niczego słodkiego’, ‚dzieci potrzebują cukru’, ‚bo Wnusia tak prosiła’, ‚bo kocham’, 'oj tam oj tam’.

Po co te złośliwości, drwiny?

Dlaczego podważasz autorytet matki? To, że czegoś nie rozumiesz lub że masz inne zdanie NIE OZNACZA, ŻE MASZ RACJĘ. Dlaczego wprowadzasz dziwną atmosferę domową, nie potrafiąc uszanować zasad?

Rozumiem, że chcesz jak najlepiej.

Wiem, że Dziadkowie są od rozpieszczania. Tak, masz prawo nie być na bieżąco z najnowszywmi wytycznymi żywieniowymi, możesz nie wiedzieć.

Producenci są sprytni, ukrywają tony cukru pod krystaliczną powłoką pseudo zalet, a jak przyciśnie się ich do muru to udają głupków ale uwierz: Twoja córka, syn, zięć, synowa są często doskonale zorientowani.

WYSTARCZY ZAPYTAĆ.

Chcesz kupić coś dzieciakom? Kup książkę, kolorowankę z naklejkami za 2.99pln, gazetkę z durnym gratisem, który cieszy czasem bardziej niż milion dolarów, śmieszne plasterki na skaleczenie z bohaterami z bajek (zawsze wiszą przy kasie), albo jak już jedzenie – jakąś alternatywę, np. bakalie, batonika owocowo-orzechowego. 

Jeśli MUSI być czekolada – wybieraj tę dobrej jakości, czyli minimalna ilość składników (NIE biała, NIE nadziewana) i najlepiej z całymi orzechami.

Niech dzieci kojarzą słodycze z owocami, orzechami, polskim miodem naturalnym, a nie z gównem w kolorowym opakowaniu. 

Słodzony napój w kolorze marchewki nie zastąpi marchewki choćby nie wiem jak się starać, a do picia służy WODA, nie łoter z siugar.

Pseudo kakałko, pseudo jogurcik, pseudo miłość.

Jeśli kochasz, zadbaj o przyszłość swoich wnuków. Fajna przyszłość to nie jest fundowanie cukrzycy, otyłości i w konsekwencji problemów psychologicznych, hormonalnych i całego kalejdoskopu zdarzeń. Bo nie każde dziecko potrafi ‚zostawić na później’. Nie każde biega cały dzień po podwórku jak kiedyś.

Te słodkości za którymi tęsknisz, których najczęściej w Twoim domu kiedyś nie było – NIE ISTNIEJĄ. W ich miejsce, taśmą produkcyjną płynie najczęściej ściek. Na sklepowych półkach leży sztucznie farbowane BYLE CO z dobrym marketingiem, dobrą reklamą telewizyjną i uśmiechniętą buzią na opakowaniu. Te uśmiechnięte dzieciaki ze szklanego ekranu nawet kijem nie dotkną gówna z tłuszczem częściowo utwardzonym, które reklamują, które tak ufnie kupujesz.

Jeśli kochasz swoje wnuki – poświęć im CZAS, opowiedz ciekawe HISTORIE, zróbcie WSPÓLNIE zdrowe, smaczne ciasto marchewkowe, ciastka owsiane ale błagam – NIE KUPUJ GÓWNIANYCH PRODUKTÓW spożywczych 'dla dzieci’.

O to proszą Cię teraz Twoje Dzieci. Za to podziękują Ci później Twoje Wnuki.

Steki z łososia.

Z czym kojarzy Wam się słowo 'stek’? Z plastrem mięsa? Stek wołowy, stek z halibuta, steki z łososia? Ja mam właśnie takie skojarzenia: generalnie 100% mięsa w mięsie.

Aż tu nagle…

Znalazłam więc (przypadkowo oczywiście) apetycznie wyglądające steki z łososia. Mój ambiwalentny stosunek do łososia znacie, kilka faktów z których ten stosunek wynika opisałam kiedyś we wpisie o rybach. Ale do rzeczy: stek, czyli kawałek mięsa, czytam zatem co w składzie.

Processed with MOLDIV

Generalnie nie mam nic do Frosty – cenię ich politykę transparentności i ciekawe zestawy mrożonek ALE 59% mięsa w steku to chyba lekka przesada. Napisane jak byk: 'steki’. Nie jest napisane 'panierowane steki’. Owszem, na obrazku panierka ale może 'to tylko propozycja podania’? Poza tym wizualnie – cienka jak pergamin! Delikatna jak welon panny młodej! A tu nagle hyc! Z welonu robi się poliestrowy koc w kratę o grubości 41%. I niby nie ma dramatu bo mąka, olej, jakieś (powiedzmy) akceptowalne (poza glukozą, jest jej mało na szczęście) dla większości ludzi drobiazgi ale ilościowo to prawie połowa masy produktu… W steku?!

O co chodzi?

Nie nazywam stekiem kotleta schabowego, nie nazywam stekiem de volaille’a, nie nazywam też stekiem innych panierowanych atrakcji. Ba! Sama Frosta nie nazywa, przykładowo 'Przysmak rybny’. Tu na dzień dobry domyślam się, że ryba będzie dodatkiem (szpinaku jakby się kto pytał 6% w 18% sosu – jak wiadomo, każdy chodzi z notesem i kalkulatorem więc sobie na zakupkach zawsze szybciutko przeliczy, że to 1% całości – blokując przy okazji wąskie przejście przy mrożonkach).

Processed with MOLDIV

I faktycznie: ryby 45% ale nie czepiam się – ostrzegaliście. Ale 'steki’?

Droga Frosto, stejk to stejk, a nie jakiś panierowany przebieraniec z kocem na głowie.