vegan

VEGAN czyli zdrowe

Z bliżej nieokreślonych przyczyn, utarło się fałszywe przekonanie dotyczące produktów VEGAN (czyli roślinnych) o tym, że skoro jest roślinny to MUSI być zdrowy. I wcale nie jestem przedstawicielem produktów odzwierzęcych szukającym dziury w całym. Wręcz przeciwnie. Uważam, że jemy zbyt dużo mięsa i zdaję sobie sprawę, że podłoże tej sytuacji jest zróżnicowane i wielopłaszczyznowe.

Więc o co z tym vegan chodzi?

Oczywiście o pieniądze. Bo skoro część osób chętniej sięga po produkt z napisem VEGAN to czemu tego nie wykorzystać?

Przeprowadzając proste ankiety typu „tak” lub „nie” wśród kilku-kilkunastu tysięcy dość świadomych konsumentów okazało się, że większość osób nie nabiera się już na pytania typu „czy VEGAN = ZDROWY?” Niemniej jednak nadal 21% osób uważa, że wegańskie słodycze mają raczej lepszy skład niż niewegańskie, a 20% osób zaznaczyło, że wegańskie ciasto jest raczej zdrowsze niż niewegańskie.

ALE… Już przy bardziej podchwytliwie skonstruowanych pytaniach mniej więcej ta sama grupa badawcza uważa, że:

  • wegańskie posiłki w knajpie będą raczej zdrowsze niż te niewegańskie (47%)
  • jeśli coś ma napis VEGAN, chętniej sięgamy po to w sklepie (26%)
  • w wegańskiej kawiarni są raczej lepsze produkty niż w zwykłej (35%).

Dość skwapliwie wykorzystują to niektórzy producenci. Zatem warto zwracać na to uwagę. Produkty oklejone napisami VEGAN z motywem roślinnym nie powinny nikomu sugerować, że „roślinny” automatycznie zawsze znaczy „lepszy”, a już na pewno nie powinno się to kojarzyć z „zawsze zdrowszy”.

Podobnie producenci słodzonego nabiału. Chętnie dodają informacje dotyczące witamin, składników mineralnych oraz korzyści, jakie płyną z suplementowania tych substancji. Oczywiście z ich produktów. Cały problem niestety w tym, że owszem – korzyści są i to niepodważalne. Organizm ludzki potrzebuje przykładowo zarówno witaminy D jak i wapnia oraz innych substancji. Tyle, że nie ma potrzeby aby wraz z witaminami i innymi niezbędnymi składnikami pochłaniać tony cukru. Ale o tym na opakowaniach produktów pseudoprozdrowotnych już nie przeczytamy.

Czy niektórzy producenci robią z ciebie idiotę?

Tak.

Nie przeczytamy bowiem o skutkach CODZIENNEGO nadmiaru cukru dodanego w diecie, o tragicznych skutkach CODZIENNEGO nadmiaru kalorii w codziennym jadłospisie. Nie przeczytamy o przecukrzeniu dzieci, o tym, że statystyki są coraz bardziej tragiczne, że wiele chorób zaczyna się bardzo niewinnie a kończy przedwczesną śmiercią, np. tuż po 40-tce. Nie przeczytamy też najczęściej o tym, że miejsce deserów jest (jeśli już muszą być) NIE w pozycji śniadania + kolacji. Bo budowanie nawyku jedzenia słodkich posiłków niemal przez cały dzień jest niebezpieczne zwłaszcza u dzieci. Miejsce deseru jest na deser. PO zjedzeniu pełnowartościowego posiłku.

Tymczasem słodzone deserki proponowane są dzieciom i dorosłym jako świetna wersja śniadania, drugiego śniadania, kolacji lub jako fajna przekąska. Jako propozycja na jakiś tam głód czy apetyt. Na wycieczkę, na chwilę zapomnienia, na luźny wieczór po ciężkim dniu.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki napoju czerpie nadmiar cukru? Nie.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki jogurtu owocowego czerpie nadmiar cukru? Nie.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki wegańskiego odpowiednika jogurtu czy deseru czerpie nadmiar cukru? Nie.

Nadmiar cukru z produktu typu VEGAN jest tak samo niebezpieczny jak z produktu nieweganskiego.

Kultura przecukrzania, czipsyzacji i alkoholizacji ma się świetnie.

Ciasta czy ciastka wegańskie oparte o ogromną ilość cukru i słaby tłuszcz utwardzony są tak samo niezdrowe jak niewegańskie. Czipsy z ogromna ilością tłuszczu – nawet jeśli są z różnych warzyw i są BIO – nadal zawierają ogromną ilość najczęściej słabego tłuszczu.

Wiele ciast i ciastek typu cukier z mąką + margaryna zawierająca tłuszcze częściowo utwardzone NIGDY nie zawierało składników pochodzenia zwierzęcego. Czipsy typu ziemniaki, olej słonecznikowy, sól NIGDY nie zawierały składników pochodzenia zwierzęcego. Zarówno ciasta, ciastka jak i czipsy zawsze były wegańskie i zawsze były niezdrowe.

Dzięki reklamom w TV i mediach społecznościowych dobrze wiemy, że jak impreza to ziemniory z tłuszczem. Jak rodzinny obiad to oczywiście zbliży nas do siebie butla gazowanej wody z cukrem. A gdy wracamy styrani z roboty – warto sięgnąć po słodzony nabiał, batonik lub po prostu flaszkę. Bo co się będziemy rozdrabniać skoro można raz a dobrze. Oczywiście najlepiej drogą flaszkę, bo jak już pić, to na bogato: na drogim blacie, w drogim kieliszku, kulturalnie i z klasą. A nie jak menele – najtańszy syf na ławce w parku. Bo przecież to nie my jesteśmy uzależnionymi od cukru alkoholikami. My jemy wyłącznie zdrowsze wersje słodyczy, a łychę pijemy wyłącznie drogą, prawda?

I teraz wkracza VEGAN, cały na zielono.

A skoro było już o nabiale, pseudozdrowych batonikach z czymś tam na coś tam oraz o alkoholu, to pora na nowy sektor, który ma dać nam ukojenie i chwilę zapomnienia. Albo chociaż nasycić głód oraz uspokoić głowę, bo przecież jest VEGAN.

Czyli zdrowo.

Czyli można.

Bez wyrzutów sumienia.

Gdy przeczytamy etykiety pierwszych z brzegu deserów, okazuje się, że skład opiera się o wodę z cukrem i dodatkami. A dla organizmu naprawdę nie ma większego znaczenia czy te 2-3 łyżeczki cukru dostanie z wody z tej czy innej firmy. 2-3 łyżeczki cukru w porcji to może być spora ilość na raz dla małego dziecka ale też dla osoby dorosłej, która ma nieprawidłowo zbilansowaną dietę opartą o same słodzone posiłki.

Jak żyć?

O wyrzutach sumienia, a właściwie o kompletnym bezsensie posiadania wyrzutów sumienia związanych z jedzeniem pisałam chyba w każdej mojej książce, a najszerzej w NIE ŻRYJ GÓWIEN” (klik), czy bliźniaczej „Na coś trzeba umrzeć (klik)„. Bo jedzenie nie ma psychicznie niszczyć. Ma odżywiać, dostarczać wszystkich niezbędnych składników odżywczych. Jedzenie nie ma rozgrzeszać, nie ma wypełniać luki po czymś tam, słodycze nie mają być codziennym lekiem na chroniczne psychiczne zmęczenie, samotność i stres. Na zmęczenie psychiczne, samotność i stres są zupełnie inne rozwiązania, nie mające z pseudozdrowymi słodyczami nic wspólnego.

Niestety wiele osób nadal utożsamia VEGAN z „czyli mogę zjeść więcej bo zdrowe„. Dlatego w bezmyślnej konsumpcji produktów BIO czy VEGAN upatruję większe zagrożenie niż kiedyś w sektorze LIGHT. Zwłaszcza u osób, które nie zwracają uwagi na skład, mają średnio zbilansowaną dietę z nadmiarem cukrów prostych dodanych oraz szukają rozgrzeszenia dotyczącego jedzenia słodyczy.

Słodycze to słodycze, słodzone produkty to element menu, słodzony deser to też słodycze. To coś, co jedni mogą jeść w większych a inni w mniejszych ilościach i tyle.

Same słodzone produkty nie zastąpią całodziennego jadłospisu w dobrze zbilansowanej diecie. Objadanie się „zdrowszymi” słodyczami „bo skoro są zdrowsze to mogę zjeść więcej” to słaby pomysł. To również słaby przekaz w stronę nieświadomych wszystkich konsekwencji nadmiaru cukru i kalorii w menu dzieci.

Wegańskie desery to również element menu, zwłaszcza dla osób, które z różnych przyczyn unikają nabiału, mleka krowiego czy produktów pochodzenia zwierzęcego. Nie ma sensu dorabiać prozdrowotnych ideologii bo zarówno słodzony deserek oparty na mleku krowim jak i na wegańskich odpowiednikach to najczęściej 2-3 łyżeczki cukru dodanego w małym kubeczku.

Wegańskie wersje produktów powstały dla osób unikających z różnych przyczyn surowców pochodzenia zwierzęcego. I bardzo dobrze, rozrastający się rynek produktów roślinnych cieszy mnie podobnie jak rosnąca świadomość konsumentów. Bo właśnie o tę świadomość tu chodzi. O to, aby nie sięgać bezmyślnie po produkty z napisem VEGAN. O to, aby pamiętać, że deser to DESER. A jeśli ktoś ma ochotę na roślinną wersję – bardzo dobrze, że asortyment jest coraz bardziej zróżnicowany i dostępny.

______________

PS Jeśli nie chce Ci się na razie czytać książek, a chcesz na szybko wiedzieć które produkty mają sprawdzony przeze mnie skład, oraz jak ograniczyć cukry proste i cukier dodany zajrzyj na moją platformę edukacyjną (klik). Jeśli chcesz w 2 tygodnie zacząć kontrolować to co kupujesz oraz ilość cukru, którą spożywasz w tym prostym szkoleniu (klik) nauczę Cię kilku prostych trików – wystarczy 10 minut dziennie (to szkolenie jest też na mojej platformie w pakiecie premium).

dzieci

Nie truj siebie, nie truj dzieci.

Lato. Sezon grillowy w pełni. Co wrzucasz na ruszt? Co dla dzieci? Kiełbaski? Paróweczki? Karkóweczka z tacki? Gotowa, przyprawiona, zapakowana – luksusowo. Wystarczy otworzyć opakowanko i przypiec. Na różowo? Na czarno? Poczęstujesz tym swoje dziecko?

To jest złe. Tym bardziej dla dzieci.

Spalone na węgiel czy nawet lekko przypalone mięso jest szkodliwe. Palone na ognisku kiełbachy są szkodliwe. Opiekane w ogniu grilla mięsa są szkodliwe. A wszystko przez zestaw tych cudownych substancji, wśród których są WWA (wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne), które razem z setkami innych substancji tak bardzo nam smakują, ale niestety są naprawdę szkodliwe.

Plus mięso.

Tak, ma znaczenie co wrzucisz na grilla. Jeśli kupujesz produkt dla dzieci, możesz się srogo zdziwić. Przykładowo to coś, zawiera zaledwie 54% mięsa. Reszta to długa historia o niczym.

 

dzieci

 

dzieci

 

Tu kolejna ciekawostka – kabanosiki drobiowe – w domyśle dla dzieci. A w składzie bęc! Oprócz oczywistości – tłuszcz zwierzęcy. Czyli coś, czego Twoje dziecko TOTALNIE NIE POTRZEBUJE w swojej diecie. Tak jak dodatkowej porcji azotynu sodu.

 

dzieci

dzieci

 

A może masz ochotę na domowego hamburgerka z rusztu…?

 

dzieci

 

Ale tak serio hamburgerka czy MOM z wodą, olejem i bajerami…? To chyba trochę taka parówka w kształcie hamburgera, jak myślisz?

 

dzieci

 

Jak żyć?

  1. Wybieraj warzywa – warzywa też można grillować. NAPRAWDĘ!
  2. Jeśli kochasz mięso – kupuj prawdziwe i chude mięso od dobrego dostawcy oraz przyprawiaj samodzielnie naturalnymi składnikami i warzywami.
  3. Nie pal produktów na węgiel. Możesz przecież używać tacek lub specjalnych naczyń.
  4. Nie opiekaj w ogniu, raczej nad rozżarzonym materiałem lub na grillu elektrycznym.
  5. Jeśli musisz kupić jakiś produkt – kup coś z lepszym składem. Jak musi być mięso dla dzieci, kup chudy kawałek i duś z warzywami w odpowiednim naczyniu na grillu lub zrób dziecku kanapkę z plasterkiem wędliny z wysoką zawartością mięsa i bez konserwantów + zaproponuj do tego grillowane warzywa w postaci szaszłyka i banana bio z grilla na deser.

 

dzieci

 

Jeśli chcesz wiedzieć więcej:

Jeśli chcesz dowiedzieć się jak wybierać parówki zajrzyj tu (klik).

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat odżywiania się dzieci i niemowląt, zajrzyj tu (klik).

kanapki

Kanapki – cała prawda.

Jeśli kupujesz kanapki, musisz wiedzieć jedno – czytanie składu w pewnych przypadkach nie ma sensu. Tak, dobrze czytasz. Zobacz dlaczego.

Krótki skład.

Sformułowanie „krótki skład” jeśli chodzi o kanapki z kilkudniowym terminem ważności raczej nie istnieje.

Są kanapki, które mają prosty skład ale to te robione na świeżo, które trzeba zjeść teraz:

  • chleb: 3-4 składniki,
  • ser: 2-4 składniki,
  • masło,
  • warzywa.

Jak widać z opisu może być: „chleb, ser, masło, sałata”- fajnie. Ale w rzeczywistości i tak zamykamy się w 10-12 składnikach w sytuacji najbardziej luksusowej.

Cała prawda o kanapkach.

Dla jasności – moim celem nigdy nie jest niszczenie marki czy producenta. Zawsze naświetlam problem, oczywiście na konkretnych przykładach ale tylko dlatego, że chcę pokazać Ci na co należy zwrócić uwagę.

Oto etykieta popularnych kanapek:

kanapki

Wygląda fajnie, prawda? Całkiem prosto i gdyby brać życie tak prosto, to żyłoby nam się o wiele łatwiej.

Niestety tak nie jest. Kupując takie kanapki, w rzeczywistości jesz to:

kanapki

Ale jak to?

Myślisz, że oni są tacy źli i niedobrzy? Tak wygląda skład niemal wszystkich kanapek więc nie ma sensu wieszać psów na konkretnej marce. Jedyna moja uwaga to fakt, że niektórzy producenci podają total skład jak należy, a innym „nie starczyło miejsca”. I o tyle o ile znam przepisy i wiem, że na etykiecie bochenka chleba, czyli papierku wielkości 2 cm kwadratowych faktycznie czasami się NIE DA, o tyle wiem, że niektórzy jednak na tak małym świstu dają radę – bo to zależy od składu i CHĘCI.

I tu jest pies pogrzebany, bo skład to czasami litania, plus tych chęci jak widać niektórym brakuje.

Co teraz?

To nie jest koniec tej sprawy, jak wiesz. Chcę dowiedzieć się więcej, chce sprawdzić, czy faktycznie nie da się NIC zmienić, mam przeczucie, że się da.

Nie walczę z firmami, markami, nie tępię, nie niszczę – nie mam na to ani ochoty ani czasu.

Zależy mi na odgórnej zmianie, grzebaniu w przepisach oraz budowaniu świadomości konsumenckiej. Bo tak serio to MY, konsumenci, mamy bardzo dużo do powiedzenia, tylko Ty jeszcze o tym nie wiesz.

Ale nie martw się, ja Ci to wszystko wytłumaczę.

żłobek

Żłobek – zobacz co je Twoje dziecko.

Bulisz za prywatny żłobek.

NIEMAŁO.

A może udało się z państwowym? Jadłospis gdzieś wisi, chyba jest ok. Czasem nawet ma jakąś pieczątkę dietetyka – czyli wygląda nieźle.

Tak myślisz?

No to teraz patrz.

  • wszechobecna żywność przetworzona – płatki śniadaniowe, napoje, słodzone jogurty i pseudo jogurty, ciastka z fatalnym składem itd. – brak normalnego jedzenia (np. płatków owsianych, jaglanych, jogurtów naturalnych, kaszy jaglanej, WODY do picia),
  • przypalone, smażone, tłuste potrawy – kompletnie nie nadające się dla starszych dzieci, a już na bank nie dla żłobkowych,
  • produkty niskiej i bardzo niskiej jakości – np. wędlina z niską zawartością mięsa, dżem z fatalnym składem itd.,
  • faktyczny jadłospis niezgodny z podanym na kartce, np. było napisane „jogurt”, dzieci dostały przecukrzony deser wyglądający jak jogurt (tak, ten truskawkowy za 59 groszy).

Do tego jedzenie totalnie niedostosowane dla tych najmłodszych dzieci (żłobek) – np. kawały ogórka kiszonego ze skórą, twarda fasola, papryka ze skórą w sporych kawałkach, niepokrojona kapusta kiszona, chleb z pestkami i ziarnami (np. duże kawałki soi) itd. – dla starszego dziecka może nie stanowić to problemu, dla młodszych – tu bywa różnie,

To tylko przykłady moich zastrzeżeń z nalotów na jeden z prywatnych żłobków (zdjęcia mają słabą rozdzielczość i nie zawsze widać problem – były robione ukradkiem).

żłobekżłobekżłobekżłobekżłobek

[Spalone racuchy]

Tu powinno być zdjęcie spalonych, ociekających tłuszczem racuchów ale gdzieś mi uciekło. Jak znajdę to dodam do tego wpisu.

To są autentyczne zdjęcia, które zrobiłam jakiś czas temu (żłobek – jeden z prywatnych w Trójmieście). Każdej z tych potraw próbowałam sama. Większość posiłków nie nadawała się dla małych dzieci (żłobek), niektóre były słabe również dla przedszkolaków, a kilku nie podawałabym nawet dorosłym.

Co na to dyrekcja?

Na moje pytanie dotyczące jedzenia (i powyższe uwagi) Pani Dyrektor powiedziała, że mają wspólne jedzenie z przedszkolem i „tak wyszło”. 

Poza tym popularną odpowiedzią jest „bo dzieci nie chcą tego jeść”. Czy wszystkie dzieci w wieku żłobkowym nie chcą jeść prawdziwego jedzenia i pić wody? Dlatego cała grupa dostaje napoje CODZIENNIE do picia? Jakie to jest słabe.

Czy da się coś zmienić?

Czasem dostaję maile od Czytelników z opisem sytuacji, czasem z menu, jedna z Czytelniczek poprosiła mnie wczoraj o pomoc bo wchodzi na drogę sądową z jedną z placówek prywatnych, która ewidentnie wprowadza rodziców w błąd. Dla niej próby negocjacji zakończyły się usunięciem dziecka ze żłobka – to jest NIENORMALNE. 

Da się.

Zanim zapiszesz dziecko do przedszkola czy żłobka – zobacz menu, zajrzyj do kuchni jeśli masz możliwość.

Moja interwencja w jednym z państwowych przedszkoli w Trójmieście odniosła pozytywny skutek. Pani Dyrektor była otwarta na zmiany, zastrzegła, że mają ograniczony budżet ale że się POSTARAJĄ. I wiecie co? Naprawdę się udało. Wiedziałam, że nie uda się przeforsować wszystkich zmian ale byłam pod wrażeniem, że zrobili sporo w granicach swoich możliwości. CZYLI DA SIĘ. Nawet w państwowej placówce. Są prywatne żłobki i przedszkola gdzie jadłospis jest fenomenalny, poszukaj.

Co mogę zrobić?

Sprawdzaj, kontroluj, pytaj, rozmawiaj – nie poddawaj się. W ostateczności samodzielnie przygotowuj posiłki lub możesz zawsze zabrać dziecko z placówki – to są trudne rozwiązania, wiem. Plus oczywiście zgłoś sprawę odpowiednim władzom w swojej miejscowości lub nagłośnij temat. Nawet jeśli to mała miejscowość. Jeśli wszyscy będą siedzieć sicho – nic się nie zmieni.

Pamiętaj.

Pierwsze 36 miesięcy w życiu Twojego dziecka to takie trochę „programowanie żywieniowe”. Ten okres będzie rzutował na całe życie Twojej Pociechy. Zrób wszystko co w Twojej mocy, żeby uniknąć błędów żywieniowych – nie kupuj przesłodzonych produktów, fastfoodów, kolorowych napojów – generalnie stawiaj na żywność nieprzetworzoną jak najczęściej. Na spróbowanie czy na zasadzie pokazania jakiegoś dziwoląga – tak. W razie awarii czy sytuacji wyjątkowej – tak. Ale nigdy w standardzie. 

Prywatne żłobki to szersze pole do popisu. W Państwowych też da się coś zrobić, ale potrzebne są chęci.

To co jest dla mnie najsmutniejsze, to totalne zlanie tematu ciepłym moczem w niektórych placówkach. Władze czasem mają w dupie – jest wspólna kuchnia i tyle. Albo na kartce wisi co innego, a dzieci dostają co innego. I o tyle o ile mogę jeszcze zrozumieć związane czasem ręce w placówkach państwowych (co też jest dla nie realnym dramatem), kompletnie nie rozumiem samowolki w prywatnych żłobkach. Kiedy ludzie w końcu zrozumieją, że dzieciom (zwłaszcza tym malutkim) NIE WOLNO DAWAĆ BYLE CZEGO DO JEDZENIA? Strasznie mi szkoda tych Maluchów.

Takie działania są niedopuszczalne i jeśli widzisz problem – nie czekaj. Jeśli potrzebujesz pomocy – pisz, podpowiem, pomogę na tyle ile mogę.

Pora coś z tym zrobić. TERAZ. 

 

2017

Podsumowanie 2017 – zaskoczenia, trendy, gnioty.

Trzy konferencje (Gdynia i Warszawa) z udziałem i wsparciem osób z niepełnosprawnościami, szkolenia, wykłady, spotkania, dawka wiedzy w sieci, kurs online. Tysiące zdjęć, komentarzy, rozmów z producentami, naloty na sklepy, kawiarnie, restauracje. Dzień Dobry TVN, Radio Gdańsk, Komisja Europejska w Brukseli, kilka wywiadów. Mój prywatny samochód celowo umazany w fusach po kawie, a innego dnia piękne, okrągłe kotlety z surowego mięsa mielonego za klamkami, niestety bez buraczków. Było kolorowo. Kocham to co robię i cieszę się, że przy okazji frajdy mogę pomagać innym. A jaki byl ten 2017 rok w sklepach? Równie ciekawy!

Trendy 2017 na plus!

Z dobrych trendów w 2017 roku, cieszy mnie obecna już prawie wszędzie moda na wędliny z wysoką zawartością mięsa i brakiem konserwantów. Naturalnie azotany są ale producenci zaczęli nas oszczędzać jeśli chodzi i dodatkową zawartość azotynu sodu. O azotynie więcej pisałam tu (kliknij).

Coraz większa ekspansja kaszy jaglanej jako dodatku do typowych zbożowych produktów to kolejny doskonały i zdrowy trend, przykładowo chrupki, musy z kaszą itp. 

Na rynku jest też coraz więcej „zdrowych fastfoodów”. Gotowe miksy śniadaniowe, gotowe dania obiadowe – i nie jest to żywność przetworzona. Proste składniki skomponowane w gotowe do przyrządzenia danie. Wady? Cena. Za gotowiec prawie zawsze trzeba więcej zapłacić ale nadal nie jest to kwota przewyższająca typowe, gówniane fasfoody. Bo owszem, hamburger może kosztuje ze 3 pln ale czy znasz kogoś, kto zamawia jednego i się nim naje? No właśnie. Więc porownując ceny – nadal zdrowy fastfood wychodzi taniej. 

Bardzo cieszy mnie powiększające się grono polskich producentów usprawniających swoimi propozycjami naszą krzątaninę w kuchni: producentów past do kanapek, baz do zup, mieszanek do obiadów, batonów z ziarnami i pestkami itd. Często bardzo ciężko im się przebić na rynku wśród prawdziwych gigantów, ale zachęcam Was do działania, nie poddawania się i kontaktu – wartościowe produkty można i trzeba promować w social mediach.

Dobrym trendem jest również powolne odchodzenie od produktów typu LIGHT – obserwuję coraz mniej propozycji z tej grupy na półkach. Coraz bardziej świadomy konsument wie, że to najczęściej ściema, a chyba jedną z niewielu grup LIGHT, którą warto kupować jest nabiał. Ale nie zawsze 0 % – raczej 1.5, jeśli nie ma przeciwwskazań do znacznego ograniczenia tłuszczów w diecie.

Warto też zwrócić uwagę na trend dotyczący pieczywa – coraz więcej jest na rynku mieszanek do samodzielnego wypieku. Dostępne są przykładowo produkty bez mąki, gdzie upieczenie własnego bochenka nie wymaga ani specjalistycznego sprzętu ani nadzwyczajnych umiejętności. Taki chleb ma co prawda zdecydowanie wyższą kaloryczność oraz nieco niższą wartość odżywczą niż ziarna i pestki nie poddane obróbce cieplnej, ale stanowi przyjemne urozmaicenie jadłospisu.

Trendem, który obserwuję z pewnym dystansem jest zastępowanie cukru zamiennikami. O ile z jednej strony ma to sens (nadmiar cukru jest słaby), o tyle w produktach dla dzieci nie widzę aż tylu zalet. Dlaczego? Walka z nadmiarem cukru nie polega na zamianie jednego produktu słodkiego na inny. Chodzi o to, aby coś zrobić z nawykiem, może nie pozbyć się go – raczej zamienić środkową część. Wskazówka i nagroda zostają, ale ładowanie cukru zamieniamy na coś innego. Warto, aby to coś innego było coraz mniej słodkie z czasem lub wręcz zamieniło się w coś innego niż jedzenie. Trudne, wiem. Ale da się. Jeśli produkty oparte na ksylitolu mają pomóc i być etapem przejściowym – ok. Natomiast zamiana setek kilogramów cukru na setki kilogramów ksylitolu jest dla mnie lekko dyskusyjna w kontekście przyszłościowym.

Gnioty 2017.

Na pewno zwróciliście uwagę na coraz silniejszy, mocno zaznaczony w 2017 roku trend dotyczący opakowań, tzn. nie podawanie numerka tylko opisanie dodatków do żywności pełną nazwą chemiczną. Konsument rzucający okiem na etykietę nie widzi symbolu 'E’ – czyli jest ok i pakuje produkt do koszyka. Każdemu z nas zdarzyło się to nie raz, prawda? Jest na to rada. Jeśli prosty produkt typu jogurt ma kilka linijek tekstu – odkładamy na półkę. Są wyjątki, jasne. Przykładowo dobre, kilku składnikowe musli może mieć 10 linijek tekstu bo taką ma zawartość. Ale to są wyjątki.

Pieczywo i dział cukierniczy w supermarketach nadal jest totalnym dramatem. Tzw. „produkcja własna” to miejsce, gdzie mogłabym nakręcić kilkugodzinny LIVE – oj, czego tam nie ma. Etykieta prostego tak naprawdę ciasta drożdżowego służyła mi na warsztatach do nauczania o dodatkach spożywczych i uwierzcie – byliśmy wszyscy w lekkim szoku. Dwadzieścia – trzydzieści składników.

Smutnym tematem jest nadal produkcja oleju palmowego na pewnych obszarach, chów klatkowy, hodowla przemysłowa itd. Jest to trudny temat, bo ludzie nadal chodzą na kurczaki, nadal jedzą tony żywności zawierającej jajka i produkty pochodne, nadal spożywają setki kilogramów ciastek z tłuszczami utwardzonymi itd. – dopóki to się nie zmieni, nie ma szans na cokolwiek. A zdaje się, że nie zmieni się jeszcze długo. Ciężko produkować tanie ciastka czy kurczaki w panierce na tony, dysponując wolnym wybiegiem czy hodowlą szczęśliwych zwierząt – to po prostu nierealne. Dlatego zachęcam do stopniowego ograniczania produktów pochodzenia zwierzęcego w naszym jadłospisie

Dziwi mnie też ciągła obecność słabych markowych produktów, np. parówek i dalsze pakowanie kasy w dzialania marketingowe wokół nich. Przypomina mi to trochę sytuację sprzed wielu lat, gdy różne znane marki wykładały się na swoich złotych strzałach.

Drodzy Szefowie Działów i inne Tęgie Głowy Marketingowo-Storytellingowe – może pora zatrudnić wizjonera z wykształceniem przynajmniej korespondującym z dietetycznym, hmm?

Co jeszcze? Cukier pod różnymi nazwami. Zdarza się, że słodki składnik widzę na etykiecie w pięciu miejscach… Jedyne co nas ratuje to tabela wartości odżywczych, która nie powinna kłamać. Ale jak wiadomo bywa różnie, o czym mówiłam podczas mojej wizyty w Dzień Dobry TVN w pierwszej połowie 2017. Przykładowo, ostatnio wpadła mi do ręki etykieta miodowego batona, gdzie producent deklaruje 6.28g cukru na 100g produktu co jest niestety nierealne. Napisałam w tej sprawie i czekam na odpowiedź – ewidentna pomyłka, co się zdarza. Czasami przypadkiem, czasami celowo.

Irytującym tematem są sztuczki typu sektor PREMIUM, gdzie (poza ceną) nadal nie wiem jakie jest kryterium tego „premium”, bo z pewnością nie dobry skład, oraz „TRADYCYJNE„, gdzie chemia spożywcza rozgościła się na dobre, co jest najzwyczajniejszym na świecie oszustwem.

Ale chyba najgorszym trendem w 2017 roku jest coraz częstsza obecność żelków z dodatkami, zwłaszcza w aptekach. Jestem wręcz obsesyjnie uczulona na tego typu produkty, bo nawet przy dawkowaniu 2 szt dziennie – po 1. jest to dodatkowa porcja cukru KAŻDEGO dnia, po 2. nadmiar cukru nigdy nie jest dobry, choćby połączony był z różnymi przecudownymi składnikami, po 3, uczymy dzieci FATALNYCH nawyków i w końcu po 4. nie każdy jest w stanie powstrzymać się od zjedzenia większej ilości niż DWA, prawda…?

Produkty dla dzieci.

Tu niestety nie jest kolorowo. Rynek produktów dla dzieci to nadal, w 2017 roku, jeden wielki dramat i kompletna samowolka, zwłaszcza w sektorze produktów dla NIEMOWLĄT. Niestety robię autentyczny bojkot działów dziecięcych, polecając Rodzicom kupowanie prostych produktów z innych półek, a FOR KIDS omijamy szerokim łukiem. Zwłaszcza płatki śniadaniowe. Pod płaszczykiem „wielozbożowości” i innych czczych obietnic znajdziemy zwykle tonę cukru, który owszem smakuje ale niestety uzależnia i nadmiar tego składnika w diecie jest bardzo niebezpieczny, zwłaszcza dla dzieci.

Trendem, o którym wspominałam wyżej, a który zaznacza się w 2017 są produkty, np. napoje z zamiennikami cukru. Obserwuję to zjawisko z niepokojem, bo tak jak mówiłam – ma to sens (nadmiar cukru jest słaby), ale w produktach dla dzieci niesie pewne niebezpieczeństwo. Dziecko nie rozumie często dlaczego nie może pić pysznego słodkiego napoju, Rodzic nie zawsze chce lub potrafi to wytłumaczyć. Natomiast oszukiwanie siebie i młodego konsumenta, że na rynku są „zdrowe” napoje, żelki czy lizaki – to duży błąd, mający szereg negatywnych konsekwencji, ciągnących się latami, a kończący się najczęściej w lekarskim gabinecie. 

O parówkach dla dzieci pisałam tu (kliknij), na szczęście tekst szeroko rozniósł się w sieci i szczerze mówiąc nie chcę podnosić sobie ciśnienia pisząc o tym ponownie.

Z pozytywnych rzeczy zaznaczonych w 2017 roku:

  • Kolorowe wody, które kolory mają jedynie na opakowaniach, a w składzie czysta woda. Fajnie.
  • Powolna ekspansja produktów o dobrym, prostym składzie, np. bez konserwantów, z dodatkiem kaszy jaglanej itd.
  • Barwniki naturalne – jest ich coraz więcej na rynku ale nadal za mało.
  • Kaszki i dodatki polskich producentów, o banalnym, dobrym składzie – droższe ale lepiej na to niż na tonę zabawek, serio.

Jak widzisz niewiele tu można dodać, ten sektor nadaje się do gruntownej przemiany, ale gdy zapytałam speców w Komisji Europejskiej co i jak zrobić w tej sprawie – okazało się, że nie jest to proste i jeszcze długa droga przed nami. Pozostaje zatem czytać etykiety i omijać produkty dedykowane szerokim łukiem. Dotyczy to również menu dla dzieci w restauracjach, gdzie w 90% przypadków zawsze jest ten sam byle jaki, fatalny zestaw.

Tak przy okazji, jeśli Ci mało i chcesz przeczytać podsumowanie 2016, to jest ono tu (kliknij).

Co robić? Jak żyć?

Na luzie żyć! Oddzielić emocje od jedzenia! Odżywianie to nie wyścig szczurów ani pole do autosabotażu. Warto próbować nowych produktów, nowych smaków, bo każda nowość budzi nasz śpiący pod kołderką rutyny mózg na nowo do życia. Nawet jeśli coś ma gorszy skład, można sprobować i tyle.

A jeśli popełnisz błąd? Trudno. Każdemu z nas to się zdarza i nie ma w tym nic wielkiego. Istotne w popełnianiu błędów jest to, jak z nich wyjdziesz. Trauma i wyrzuty sumienia nie są potrzebne. Podziękuj za lekcję i idź dalej. Odpuszczanie jest czasem dobre i zdrowe, pod warunkiem, że nie jest sposobem na życie. To, że jeden raz odpuścisz nie przekreśla przeszłości ani przyszłości.

A jeśli nawet ten błąd jest duży to co się stanie? NIC. Jeśli ktoś Cię ocenia, lub komuś coś się nie podoba to co się staie? NIC. I w momencie, gdy zdasz sobie z tego sprawę, świat stanie się bardziej przyjaznym miejscem do życia, gwarantuję.

A wy, Drodzy Producenci Gniotów – ogarnijcie się, pliz. 

Wiem, że na żywności dla dzieci da się zarobić najwięcej, ale serio, czy naprawdę warto? Jeśli musicie ładować gdzieś ten swój tani syf, dodawajcie go do produktów dla osób dorosłych – mniej lub bardziej ale świadomych tego, co pakują do swoich biednych żołądków.

A jeśli nie wzrusza Was płacz naszych organów wewnętrznych i nie chcecie zmieniać składów swoich gównianych produktów – brnijcie dalej w swoje marketingowe sztuczki, na które nabiera się coraz mniej z nas. Ładujcie dalej grube miliony w reklamy z idiotyczną treścią i kłamliwym zdjęciem. Będę miała o czym pisać i z czego się pośmiać przynajmniej, bo nawet kijem bym nie dotknęła niektórych produktów, które oferujecie i to często z półki PREMIUM.

Chciałabym napisać…

Listę spektakularnych rzeczy i z uśmiechem na ustach wklejać #bestin2017 ale nie znoszę braku autentyczności u innych, tym bardziej u siebie. Ten 2017 był bardzo trudny dla mnie, pod każdym możliwym względem. Tym bardziej dziękuję wszystkim, którzy bezinteresownie i interesownie wspierali mnie we wszelkich działaniach, oraz tym którzy próbowali pomagać ale nie wiedzieli jak albo wyszło odwrotnie.

Tak jak Ty, ja również podnoszę się kolejny raz, wyciągam wnioski i idę do przodu. Bo na tym ta zabawa zwana życiem polega.

Jeszcze tylko mały detalik…

Tak dla przypomnienia.

Nie bierz tego co jest w sieci czy w TV 1:1, czyli zbyt dosłownie. Pamiętaj, że to co widzisz, to tylko część prawdy. Nigdy nie jest tak, że ich życie jest takie piękne i kolorowe, a Twoje nudne i beznadziejne…

Choroby, nerwy, strata czy brak szczęścia nie omija nikogo z nas. Za pięknymi i dalekimi podróżami chowa się stres i często mordercze zmęczenie, za sukcesami prawie zawsze stoi wiele fuckupów, za uśmiechniętą buzią – smutek i bezsilność, a za wyrzeźbionym ciałem czy medalem – godziny ćwiczeń i litry potu. Ale to właśnie one czynią z nas coraz silniejszych ludzi, gotowych na jeszcze trudniejsze zadania. Bo życie to nie jebajka. Tak mówią, ja to potwierdzam, a Ty o tym pamiętaj, gdy następnym razem będziesz zazdrościła ładnej, chudej pani z telewizji…

święta

Święta. Jeść czy nie jeść?

Jeść! Oczywiście, że jeść ale z głową i… z sercem.

1. Cieszmy się smakołykami, również po to są Święta.

Nawet jeśli nie ma atmosfery świątecznej – doceńmy trud ludzi dookoła, dajmy odpocząć swojej głowie, wyrzućmy złe myśli chociaż na chwilę. Zero spożywczych wyrzutów sumienia. Innych też – to naprawdę niepotrzebne. Bądźmy mili dla siebie, dla innych, dla naszego organizmu – on ma sporo problemów np. z syfiastym jedzeniem, zanieczyszczonym powietrzem – nie musimy dobijać go jeszcze bezsensownym stresem. Bycie złośliwym, wrednym, przesadnie srogim i inne negatywne emocje, również wobec siebie – to wszystko ma wpływ. To, co dzieje się w Twojej głowie wpływa na stan Twojego zdrowia.

2. Jedzmy powoli, delektujmy się.

Organizm to lubi, a my unikniemy obżarstwa. Starajmy się docenić kompozycję smakową każdej potrawy ale też trud włożony w przygotowanie posiłku przez Rodzinę czy ludzi w restauracji.

3. Pamiętajmy o warzywach.

One nadal istnieją – w Święta też. Natka, koperek, szczypiorek – to nie jest duży wysiłek. Solidna porcja sałatki – super. Warzywna, 'tradycyjna’ sałatka – ale nie zupa majonezowa tylko warzywa np. z dodatkiem jogurtu, lub jogurtu z majonezem – też ok.

4. Unikajmy długich przerw.

Przykładowo śniadanie o 9, obiad na 16, więc o 16:02 następuje rzucanie się na jedzenie i pochłanianie 160% normy w 15 min – niezdrowe i nieekonomiczne. Wystarczy zjeść lekką przegryzkę. Jaką? To co lubisz, to co jest pod ręką, to co łatwo spakować. Tak, na spacerze też można jeść. Odradzam cukrowe atrakcje jako przekąskę główną: apetyt wraca, nawet może być większy, przewód pokarmowy (a najbardziej trzustka) płacze, próchnica zaciera ręce.

5. Zdarzyło się.

Każdemu się zdarza. 'Bo tak wyszło’, 'bo święta są raz w roku’ (ta, jasne), 'bo życie jest ciężkie’ i co? I nic! Jeśli wpadła nam nadprogramowa porcja ciasta i mamy opcję wyjścia na spacer – problem z głowy. Ruch to najlepsze wyjście i warto z niego korzystać. A jak nie? Akceptujemy ten fakt i nie robimy sobie w głowie samobiczowania z ukrzyżowaniem. Zdarzyło się, następnym razem spróbujemy mniej. A może wcale. Lub obowiązkowo dołożymy spacer. Bo o to w tym chodzi – próbujemy. Jak nie uda się tym razem, to następnym. Z uśmiechem, na luzie, powoli w swoim tempie ale do przodu. Damy radę!

Smacznego !

Kategorie: Odchudzanie
ślimak

Lunch – firma Ślimak.

Zainteresowałam się firmą Ślimak. Wszystko zaczęło się od niewinnej kanapki, a właściwie zdjęcia. Jeden z Czytelników wysłał mi kiedyś foto takiej oto kanapki.

ślimak

Później dostałam od kogoś foto dania gotowego, też Ślimak.

ślimak

Rzuciwszy okiem na skład, zaniepokojona pewnymi nieścisłościami (np. w kanapce opis 'MASŁO’, gdy w rzeczywistości w składzie była margaryna), postanowiłam zapytać firmę Ślimak o skład przykładowego dania, które ma w swojej ofercie.

ślimak

Odpisali. Wysłali tabelę wartości odżywczych, mimo, iż pytałam o SKŁADNIKI. Np. co to jest 'bulion’? Bo skoro dla nich 'Masło’ to margaryna, pewnie 'bulion’ oznacza rozkruszoną kostkę rosołową czyli posolone wzmacniacze smaku z utwardzonym tłuszczem palmowym. Miodzio. Zapytałam więc jeszcze raz o to samo. Dostałam odpowiedź…

ślimak

Szczerze? Wszystkiego się spodziewałam ale nie tego. 'Tak dokładnego’?! A co ja, przepraszam, pytam o kraj pochodzenia ryżu i szczep wina? Przypomina mi to trochę sytuację z kawiarnią COSTA (jeśli nie pamiętacie, zajrzyjcie tu), czyli wszystko cacy ale co właściwie kupuję i jem? Nie wiadomo. Jak dla mnie to trochę słabo jednak.

Kategorie: Raporty

Postanowienia Noworoczne, Nowy Rok, nowa ja itp. LOL

W obliczu wszechobecnych list 'Postanowienia Noworoczne’, chciałabym oficjalnie oświadczyć, że takowych nie robiłam i nie robię. Koniec komunikatu.

Słowo wyjaśnienia.

Ustalam sobie cele na bieżąco. Staram się aby były realne (nie zakładam na ten przykład 'never ever brownie’), mierzalne (wiem ile zjem brownie w miesiącu, PRAWDA?) oraz osiągalne (nie będę zakładała bez sensu 'nigdy więcej brownie’ bo wiem, że to nieosiągalne. Po co mi frustracja? A nie lepiej zacząć od 'ok, jedno brownie w miesiącu’ albo '2 x 1/2 brownie w miesiącu’…?). Tak, prawie jak S.M.A.R.T.

Nie tworzę idiotycznych list noworocznych.

W których wiadomo, że połowa zadań jest totalnie z dupy. Ale staram się określać zadania, postanowienia na dany dzień, tydzień. Czasem zapisuję sobie w kalendarzu, telefonie. Pamiętając, żeby były to REALNE cele.

Schudnę 5kg. Tony warzyw dziennie. Ta, jasne. Oczywiście chciałabym jeść 5 dużych porcji warzyw dziennie i totalnie ograniczyć słodycze aaale realnie rzecz ujmując postaram się do każdego posiłku zjeść COKOLWIEK warzywnego, jeden posiłek totalnie warzywny, a słodycze raczej w wersji 'zdrowszej’ (owoce, gorzka czekolada, orzechy) i w pierwszej połowie dnia.

Tworzę realne postanowienia.

Schudnę 1kg. Jak się uda – fajnie. Zobaczymy, czy jeszcze 1 dam radę. Natka, pomidor, liść sałaty, czosnek, kapusta kiszona, ogórek kiszony – można banalnie, tanio, szybko i zdrowo dołożyć do kanapki rano lub schrupać na wczesną kolację. Realne postanowienia, założenia (w dowolnym momencie roku, a najlepiej jak najszybciej) to 'zjem o jeden gówniany produkt mniej w tygodniu’, 'wypalę jednego papierosa mniej’ itd. Jestem zwolennikiem metody małych kroczków ale jeśli na Was lepiej działa radykalna zmiana – śmiało. Dobrze jest gdzieś to zapisać, a później jak się nam udaje – wymazywać, wykreślać, odznaczać, oznaczać. To dobrze robi na głowę, mózg lubi małe sukcesiki, zróbmy więc mu taką przyjemność, a co – niech chłopak ma coś od życia! Patrzcie, jakie to fajne: sami kreujemy temat, działamy we własnym tempie i obserwujemy mierzalne rezultaty!

Trzy proste uwagi.

(Chociaż nie dla każdego takie oczywiste):

1. Zmiany są dobre.

2. Nawet największe sprawy, postanowienia i działania zaczynają się od jednego małego kroczku. To może być ten jeden papieros, mały kawałek czekolady, rogalik, jedno ciastko czy jedna pralinka mniej. Pomidor do śniadania czy czosnek z natką do kolacji.

3. Nie trzeba się zniechęcać + zawsze warto próbować. Tyle razy próbowałaś/łeś i nic? NO I CO Z TEGO? To spróbuj jeszcze raz! Nie trać czasu na zniechęcanie się i durne założenia: nie udało się za 100 razem? SO WHAT? Pewnie uda się za 101!

Do boju Drodzy, ja wiem, że (nawet jeśli po malutku, to i tak na spokojnie) dacie radę. Kto jak nie WY?!

Poza tym: 2017 jest Wasz, SERIO!

Kategorie: Moja opinia
obżerać

Jak się obżerać, aby nie przybierać?

Mieć ciastko i zjeść ciastko – czy to możliwe? CZYM warto się obżerać? Jak to zrobić, żeby jednak nie przytyć tych 100kg w dwa dni? Oto 10 zajebiście prostych zasad przydatnych każdemu, kto lubi sobie czasem zjeść.

1. Woda – pić!

Obecność prawidłowego poziomu wody gwarancją dobrego trawienia (i nie tylko) jest! Do tego wypicie szklanki wody np. pół godziny przed posiłkiem zmniejsza chwilowo apetyt. A mówiąc inaczej, nieco zmniejsza prawdopodobieństwo tego, że będziesz się mega obżerać. Pić!

2. Woda – nie pić!

Czy warto pić wodę podczas jedzenia? Zdania są podzielone. Jednym przeszkadza (rozrzedza soki trawienne), innym pomaga (łatwiej przełknąć kęs). Myślę, że jeśli już ktoś musi to jednak lepiej mniej niż więcej. A osobom z kłopotami trawiennymi raczej odradzam mimo, iż woda dość szybko wchłania się z przewodu pokarmowego i teoretycznie nie ma jakiegoś wielkiego dramatu.

3. Zjedz białko.

Białko jest dobre. Polecam roślinne. Lubisz mięsko? Zjedz do tego coś kwaśnego, np. spróbuj z żurawiną, morelami, jabłkiem itp. Soczewica? Fasola? Dodaj pomidory, mogą być przetworzone – fajne i zdrowe połączenie.

4. Uważaj na cukier.

Nadmiar cukrów prostych w diecie sprzyja tyciu – wiadomo. Dlaczego? Dużo glukozy to hiper wyrzut insuliny. Upraszczając – pojawia się takie dość nieprzyjemne hasełko 'tkanko tłuszczowa, przybywaj!’. A TEGO BYŚMY CHYBA NIE CHCIELI, prawda?

5. Nie bój się tłuszczu.

Mam na myśli dobry tłuszcz. Dobrej jakości wartościowe oleje i tłuste ryby to Twoi przyjaciele. Nie ma szarpaniny z insuliną, zapewniają uczucie sytości, są źródłami cennych (niezbędnych!) substancji. Pamiętaj, że mega ważne witaminy (A, D, E, K) słabo wchłaniają się bez tłuszczu. Od tłuszczu utwardzonego (gotowce i inne atrakcje) trzymaj się z daleka.

6. Pamiętaj o błonniku.

Wypełnia dając uczucie sytości oraz działa jak miotełka z szufelką – a sio nieczystości pokarmowe! Krótko i zwięźle? Jedz warzywa! DUŻO WARZYW. Warzywami MOŻNA się obżerać.

7. Nie jedz gówien.

Cóż tu więcej rzec. Unikaj żywności przetworzonej, ”gotowców’ i produktów typu 'light’. Większość z nich to kaloryczno-zdrowotny DRAMAT.

8. Zapomnij o zbyt długich przerwach między posiłkami.

Nie zachęcam do jedzenia co 1-2h ale zjedzenie śniadania, a następnie czekanie 9-10 h na obiadokolację nie jest chyba zbyt dobrym pomysłem. To ZDECYDOWANIE zły pomysł.

9. Jedz świadomie.

Czyli powoli, uważnie. Doceń każdy kęs, pomyśl o smaku, nie połykaj w pośpiechu źle pogryzionego jedzenia. Nie jedz oglądając  (TV, na kompie itp).

10. Pomóż, gdy jest źle.

Wspomaganie trawienia czasem jest potrzebne. Tradycyjnie stosowane środki na niestrawność (np. ziołowe) mają sens, pod warunkiem, że nie przesadzisz i PRZECZYTASZ ULOTKĘ.

Banalne, prawda? Powodzenia!

apetyt

Gdy apetyt zanika.

Są momenty, dni, gdy nie jesteśmy w stanie nic przełknąć. Apetyt zero. Albo nawet na minusie. Organizm reaguje po swojemu na pewne wydarzenia i nie mamy na to wpływu. Aby nie doprowadzić do niepożądanych konsekwencji zdrowotnych, trzeba coś z tym zrobić. Oto trzy proste zasady, które pozwolą Ci przetrwać.

Mniej znaczy więcej.

Musisz COŚ zjeść. Cokolwiek. Wiem, że apetyt zerowy. Spróbuj. Byle mega napakowane na maksa wartościami odżywczymi. Jeśli chodzi o energię: 1 gram tłuszczu to 9 kcal, 1 gram białka czy węgli – ponad 2 x mniej bo 4 kcal. Co z tego wynika? Jak zjesz łyżkę tłuszczu, organizm będzie miał więcej paliwa niż po łyżeczce czegoś innego ale to nie znaczy, że masz lecieć do maka lub po drożdżówkę! Postaraj się zjeść coś wartościowego, np. kawałek awokado, garść orzechów, migdałów, jajko, kawałek tłustej ryby, kromkę chleba z masłem i/lub serem, kawałek gorzkiej czekolady (> 70 %), pestki dyni (bardzo przydatne na poprawę samopoczucia!) itp. Spróbuj wśród ulubionych potraw znaleźć tę najbardziej kaloryczną i wartościową, np. jajecznica na maśle klarowanym, mała kanapka z masłem i rybą lub z masłem, awokado i pestkami itd. Kawałek gorzkiej czekolady + orzechy/migdały/pestki dyni (!) to zastrzyk energii i cennych substancji wpływających na samopoczucie.

Napój bogów.

Dużo pij, dostarczając energii w postaci płynnej – to najłatwiejszy sposób! Organizm wbrew pozorom chętnie przyjmie napój bo nie musi babrać się z gryzieniem, rozgniataniem, przepychaniem, obracaniem, popychaniem – nic! Tylko sobie ten płynik leci elegancko. Co pić? Najlepiej soki wielowarzywne z dodatkiem dobrego oleju, wartościowe koktajle na bazie np. mleka roślinnego (orzechowego, migdałowego itp.), smoothie itp. Jeśli nie to świeże soki (sklep) lub prosta letnia woda z miodem – super pomysł. Napoje gazowane z toną cukru itp. odradzam chyba, że to ostatnia deska ratunku. Wtedy wybierz mądrze (mały poradnik tu). W bardzo skrajnych przypadkach można wypróbować napoje typu Nutridrink (w aptekach) – mała buteleczka nabita wszystkim co się da.

Ostatnia deska ratunku.

Jeśli apetyt znika na długo, warto odwiedzić specjalistę. Przyczyny mogą być różne, począwszy od sytuacji na tle nerwowym (np. silny stres), przez tematy parazytologiczne (pasożyty) na chorobach układu pokarmowego zakończywszy. Czasem proste badanie diagnostyczne lub nawet krótka rozmowa z fachowcem może pomóc rozwiązać problem.

Nie czekaj, działaj!

Kategorie: Odżywianie
dieta antyrakowa

TOP 10 – dieta antyrakowa.

Dieta antyrakowa część I, czyli krótko i zwięźle o tym, jakich warzyw 'nie lubią’ i 'boją się’ komórki nowotworowe.

Naturalnie stosuję język uproszczony, słowo 'rak’ używane jest w języku potocznym niezbyt fortunnie (rak to pewna grupa nowotworów) ale skupmy się tym razem na produktach zamiast na różnicach semantycznych.

Dieta antyrakowa.

Jest wiele cennych substancji, których nie lubią komórki rakowe jednak pamiętajcie, że przyczyny występowania i leczenie nowotworów to trudny, złożony temat. Walka odbywa się najczęściej na wielu płaszczyznach, obszarami gdzie nie wolno nam odpuszczać jest DIETA (antyrakowa?) i sport. Jeśli możesz coś zdziałać – spróbuj! Nawet jeśli nie da się powstrzymać wystąpienia czy gwałtownego rozwoju choroby – nieźle skopiesz rakowi tyłek. A może właśnie są to komórki wrażliwe na substancje z zewnątrz? Warto spróbować!

1. Czosnek.

Absolutny namber łan w walce z różnymi nieproszonymi gośćmi w naszym organizmie. Świeży ma niezwykłą moc, chociaż potrafi też dać popalić osobom z wrażliwym przewodem pokarmowym. Czosnek nie wybiera – nawala każdego, kto się nawinie. Prawdziwa siekiera praktycznie na każdego raka. Wpierdol murowany.

2. Por.

Niedoceniane warzywo o ogromnym potencjale. Groźnie wygląda i nie każdy wie, co z nim zrobić ale jak już się dowiecie – drżyjcie komórki nowotworowe!

3. Młoda cebula.

Wydaje się bliska naszym sercom i słusznie. Rak nie lubi jak wpada cebula bo zawsze narobi mu siary przy znajomych. Mocna rzecz, warto wplatać gdzie się da bo nie jest to trudne.

4. Brukselka.

Te znienawidzone przez niektórych małe kulki mają całkiem spory arsenał ukryty pod zielonym płaszczykiem. Mimo specyficznego smaku i odruchu wymiotnego na sam widok czy zapach, warto jakoś ograć ten smak (na masełku?) i czasem zjeść kilka, aby pogrozić rakowi zielonym paluszkiem.

5. Kapusta.

Różne rodzaje mają różną moc. Największego kopa daje głowiasta. Duża i ciężka więc nie ma zdziwka, że jak przywali z baśki to się o tym długo pamięta.

6. Burak.

Najlepiej wybierać te mniejsze i średnie. Podobno rak boi się intensywnego koloru, że jak mu zabrudzi kieckę uszytą specjalnie na przerzuty to już się nie spierze.

7. Brokuły & kalafior.

Takie trochę rodzeństwo przyszywane tylko coś z kolorem nie teges. Wyglądają niepozornie ale potrafią zrobić niezły burdel na chacie u raka.

8. Szpinak.

Niby ładne zielone listki ale nie dajcie nabrać się na te pozory. Szpinak jest waleczny i rak się go boi od dzieciństwa (a dokładnie od czasu obiadów w przedszkolu typu szpinak + ziemniaki + jajko sadzone, bleeee).

9. Szparagi.

Ciężko nabyć, nie wiadomo jak przyrządzić a już kompletnie zerowa rozkmina jak to zjeść. Co obierać? Co odkrawać? Tak, Wy tu się godzinami zastanawiajcie, a komórki nowotworowe zacierają rączki, że nie chcecie tego jeść.

10. Inne WARZYWA.

Rak nie znosi warzyw, to fakt. Jak nie jecie 5 porcji warzyw to jest zachwycony bo nikt z zewnątrz mu się nie wieprza w interesy, nikt nie bruździ. Jak unikacie warzyw do każdego posiłku to jest idealnie bo może sobie spokojnie rosnąć, jeśli policja w organizmie nie ogarnia tematu. Fani na insta przyrastają w ekspresowym tempie bo rak bardzo dba o wizerunek w mediach społecznościowych. Zwłaszcza jak spożywacie duuużo cukru. Tak, komóreczki nowotworowe lubią duuużo cukru, one kochają cukier. Mają wtedy power i flow – jest co wrzucać na fejsbuczka, że niby jakie to ciekawe życie prowadzą, rozwój osobisty, dalekie podróże. Wiecie – tu jeden węzęł chłonny, tam wakacje w drugim – lans na całego. Także powodzenia z tym cukrem.

Nie daj się złapać: regularne badania profilaktyczne (np. krew, usg i in.), samokontrola (np. badanie piersi, jąder, pieprzyków itd.) oraz sport + dieta bogata w cenne substancje (warzywa, ryby, cenne tłuszcze itd.) i niech gościu spada na drzewo!

Spieprzaj Dziadu!

 

Co mogę zjeść na noc?

To pytanie zadaje sobie czasem każdy z nas. Ja najchętniej usłyszałabym 'co tylko chcesz!’ albo chociaż 'deska serów i kieliszek wina brzmi ok!’. No dobra, może być po prostu 'porcja lodów czekoladowych z advocatem’ i po sprawie.

Sorry ale NIE.

To tak, jakby ktoś mnie zapytał 'Aniu, ile mogę wypić wódki, żeby jutro rano nie mieć kaca?’. Szczerze? Nie mam bladego pojęcia. Każdy z nas inaczej metabolizuje alkohol, sami wiecie jaki może być rozrzut. Ale jest jedna odpowiedź, która zawsze pasuje i każdemu się sprawdzi: ZERO. Jak wypijesz zero alkoholu, to na bank nie będziesz mieć kaca, proste.

Podobnie jest z jedzeniem na noc.

Szklanka ciepłego mleka? Powiedz to osobom, które nie tolerują laktozy! Porcja owoców? Świetny wybór! Zwłaszcza docukrzonych suszonych, najlepiej od razu pół paczki – organizm na pewno będzie zachwycony 7 łyżeczkami cukru na dobranoc. Tak, świeże owoce też nie bardzo. Może makaron razowy? Zdrowe węglowodany złożone! Super – przewód pokarmowy właśnie marzył o tym, żeby zamiast iść spać – zakasać rękawy i wziąć się za odczepianie tych cholernych cukrów z łańcucha. No rewelacyjna noc się szykuje. To może produkty 'light’? Zero tłuszczu, tona cukru przykładowo? Widzicie to mordercze spojrzenie trzustki? Wiecie co ona zaraz zrobi z tym light-cukrem na noc? Przywali go Wam w oponę np. na brzuchu. Każdusieńki jeden gramik. Wszystko pójdzie w pas i/lub biodra. Pomijając te 'lekkie’ z niską zawartością tłuszczu nadrabiające wysoką cukru (słabo) – dodatki spożywcze też nie są mile widziane na noc. Wątroba ma w dupie Wasze wyniki badań oraz to, że te wszystkie E są dopuszczone do spożycia i są to bezpieczne dawki dla szczurów.

Czego bym nie napisała – zawsze będzie coś nie tak.

Zawsze jest jakieś 'ale’, a wiesz dlaczego? Bo organizm wieczorkiem jak szykujesz się do snu, szykuje się razem z Tobą. Cały dzień marzysz o ciepłym łóżeczku i odpoczynku? On też. Organizm lubi jak dostarczasz mu żarcia na spokojnie i na bieżąco, bez szarpaniny w stylu 'cały dzień jestem na diecie’ a o 23:00 następuje zwolnienie blokady losującej w drzwiach lodówki.

Nie może być tak, że od rana trzymasz fason i dzielnie odmawiasz czekoladowych muffinów (700kcal) do kawy, a do filmu czy playstation wpierdzielasz pakę słonego gówna albo wiadro lodów. Ok, od dzwonu można taki odpust zrobić ALE uważaj! Raz, drugi zrobisz i poźniej zaczną się teksty 'ojtam ojtam’, 'na coś trzeba umrzeć’, 'warzywa też są be bo zawierają pestycydy’ itp. Do żarcia na noc łatwo się przyzwyczaić.

Co zrobić?

Nie jestem fanem diet 'po 18:00 nic nie jem!’ jeśli nie wynika to ze względów zdrowotnych. Jak się ratować? Nie dopuszczać do nocnych ataków głodu. Przezorny zawsze ubezpieczony: ZJEŚĆ KOLACJĘ! Jakieś 3h przed snem. Coś lekkiego, coś co lubicie. Coś, co nie zawiera tony cukru i tłuszczu utwardzonego. Z braku czasu może być kilka orzechów czy migdałów, może trochę pestek dyni lub słonecznika?

No fajnie, fajnie a TUŻ przed snem?

Nie chcecie tego usłyszeć ale odpowiem. Jeśli nie wynika to ze względów zdrowotnych, nie karmicie piersią itd. – najlepiej NIC. Jeśli macie z tym duży problem, może warto znaleźć dobrego (!) dietetyka, który indywidualnie dobierze jadłospis? Dla mnie jest to podstawowa sprawa – INDYWIDUALNY dobór. Zalecenia typu 'dla wszystkich’, 'wszyscy mogą’, 'jedz do woli’ uważam za trochę niebezpieczne.

Jeśli jednak musiałabym coś Wam doradzić odnośnie jedzenia na noc – polecam produkty, dania LEKKOSTRAWNE, o niskiej zawartości cukru.

Nie wiecie co to znaczy lekkostrawne?

Nie martwcie się, już wyjaśniam. Chodzi o to, żeby nie wkurzać przewodu pokarmowego na noc. To jak wejście do sklepu 5 min przed zamknięciem, gdy wydrukowali już raport fiskalny. Organizm taki raport sobie elegancko drukuje, a Wy mu wyjeżdżacie nagle z kabanosa. Raczej słabo, co? Jak już musicie – wrzucie mu coś, z czym upora się szybko i bezboleśnie, a później będzie mógł odpocząć. Widziałam ciekawe propozycje na stronie jednego ze szpitali, rzućcie okiem. To tylko ogólne założenia – dostosujcie je do siebie, tego co lubicie. Chudy jogurt naturalny bez dodatków? Chuda galaretka warzywna lub mięsna?

Co zrobić gdy szykuje się wieczorny nasiad?

Spróbujcie zamienić ciężką artylerię na coś lżejszego. Chipsy (33g tłuszczu /100g produktu) na nachosy (20g / 100g) – jak już nie ma innej opcji. A co sądzicie o świeżym, cieplutkim popcornie na małej ilości tłuszczu? Nieśmiertelne kabanosy i parówki zamieńcie na chudą wędlinę czy chudą kiełbasę, słone, tłuste precelki itp. na lżejsze kanapki a może warzywa + dipy na bazie jogurtu? Może hummus + chlebek naan?

Kombinujcie! Przewód pokarmowy będzie Wam wdzięczny, dogada się z całym organizmem i wspólnie odwdzięczą się Wam spokojniejszym snem i lepszym samopoczuciem od rana. Opłaca się!