Steki z łososia.

Z czym kojarzy Wam się słowo 'stek’? Z plastrem mięsa? Stek wołowy, stek z halibuta, steki z łososia? Ja mam właśnie takie skojarzenia: generalnie 100% mięsa w mięsie.

Aż tu nagle…

Znalazłam więc (przypadkowo oczywiście) apetycznie wyglądające steki z łososia. Mój ambiwalentny stosunek do łososia znacie, kilka faktów z których ten stosunek wynika opisałam kiedyś we wpisie o rybach. Ale do rzeczy: stek, czyli kawałek mięsa, czytam zatem co w składzie.

Processed with MOLDIV

Generalnie nie mam nic do Frosty – cenię ich politykę transparentności i ciekawe zestawy mrożonek ALE 59% mięsa w steku to chyba lekka przesada. Napisane jak byk: 'steki’. Nie jest napisane 'panierowane steki’. Owszem, na obrazku panierka ale może 'to tylko propozycja podania’? Poza tym wizualnie – cienka jak pergamin! Delikatna jak welon panny młodej! A tu nagle hyc! Z welonu robi się poliestrowy koc w kratę o grubości 41%. I niby nie ma dramatu bo mąka, olej, jakieś (powiedzmy) akceptowalne (poza glukozą, jest jej mało na szczęście) dla większości ludzi drobiazgi ale ilościowo to prawie połowa masy produktu… W steku?!

O co chodzi?

Nie nazywam stekiem kotleta schabowego, nie nazywam stekiem de volaille’a, nie nazywam też stekiem innych panierowanych atrakcji. Ba! Sama Frosta nie nazywa, przykładowo 'Przysmak rybny’. Tu na dzień dobry domyślam się, że ryba będzie dodatkiem (szpinaku jakby się kto pytał 6% w 18% sosu – jak wiadomo, każdy chodzi z notesem i kalkulatorem więc sobie na zakupkach zawsze szybciutko przeliczy, że to 1% całości – blokując przy okazji wąskie przejście przy mrożonkach).

Processed with MOLDIV

I faktycznie: ryby 45% ale nie czepiam się – ostrzegaliście. Ale 'steki’?

Droga Frosto, stejk to stejk, a nie jakiś panierowany przebieraniec z kocem na głowie.

Szybki obiad czy pizza?

Przychodzisz do domu, otwierasz lodówkę i nadchodzi ten krępujący moment konsternacji, że jednak obiad sam się nie ugotował. A miał kurde tyle czasu. Siedział sam w domu, albo z dziecmi siedział i przecież nic nie miał do roboty…!

Jeśli też tak miewasz, podsunę Ci kolejny produkt z serii 'to może pizza…?’ Oczywiście- pizza na cienkim cieście z dobrej jakości składnikami jest super i gdyby tylko te 1000 kcal szło w cycki- na bank jadłabym codziennie…

Dlatego nie wiem jak Wy ale ja mam zamrażarkę pełną skarbów i nie mówię w tej chwili o tej 1/3 wypełnionej grycanami (oczywiście w każdym jest koperek lub natka, przysięgam!). Mam na myśli zestawy mrożonych warzyw ale nie typu marchewka z groszkiem. Mieszanki wieloskładnikowe czyli zdrowy fast-food. To banalnie prosty i wbrew pozorom tani sposób na zdrowy posiłek.

Oczywiście najlepiej jeść świeże produkty itp. itd.- jak się da to wspaniale. Jak się nie da- trzeba jakoś wybrnąć, a odpowiednio zamrożone warzywa po rozmrożeniu nadal są wartościowe. Jest tylko jeden warunek, warunek zero: zero glutaminianu (i innych wzmacniaczy smaku typu ekstrakt drożdżowy), zero oleju palmowego, zero sztucznych barwników, aromatów i zero innych podejrzanych substancji. Najlepiej jak skład jest w miarę zróżnicowany (a nie np. 70% ziemniaków) i zbilansowany pod względem wartości odżywczej (zawierający również białko najlepiej pochodzenia roślinnego, np. soczewica, fasola, groch- odradzam 'gotowce’ z mięsem).

Zatem mieszankę wrzucasz do garnka lub na patelnię, dodajesz łyżeczkę dobrego oleju (niektóre witaminy lepiej wchłaniają się w towarzystwie odrobiny tłuszczu), w wersji rozszerzonej ulubione przyprawy, kaszę, ryż itp. a w wersji na bogato np. passatę pomidorową (przecier) lub ulubione dodatki (np. oliwki) i tyle w temacie.

Głębsza prawda jest jednak taka, że Twojego organizmu nie obchodzi czy byłaś/eś na targu warzywnym lub czy o świcie w pocie czoła zbierałaś/eś ekologiczne kaszubskie warzywa (wersja extended), które później obrawszy i zmieszawszy doprawiłaś/eś wg zasad feng shui itp. itd.

Natomiast warto wiedzieć, że taka wątroba płacze na widok seropodobnej brei będącej mieszanką tłuszczu palmowego i wody z mlekiem w proszku i milionem E, trzustka przewraca oczami na widok pseudo-salami będącego w rzeczywistości tłuszczem z dodatkiem bliżej nieokreślonej części nieznanego zwierzęcia, a bidny żołądek z przerażeniem obserwuje tonę poprawiaczy i innych substancji drażniących bo przecież bez tego to gówno szumnie zwane pizzą smakuje jak tektura z margaryną.

Zrobienie obiadu z warzyw mrożonych trwa tyle ile zamówienie/ rozmrożenie/ odgrzanie pizzy, natomiast wartość odżywczą mimo strat podczas gotowania itp. w porównaniu do wartości średniej jakości pizzy dzieli przepaść, nie wspominając o ilości chamskiego tłuszczu, którego kompletnie nie potrzebujesz np. w naczyniach wieńcowych. No chyba, że ktoś generalnie lubi mieć tłuste aorty, to wtedy sorry i smacznego.