zupa

Zupa w 5 minut – 3 pro tipy

Jeśli lubisz zupy, te podpowiedzi mogą przydać Ci się następnym razem, gdy będziesz miał/a ochotę na ciepły, pożywny posiłek, ale na godzinę – dwie stania przy garach już niekoniecznie.

Zupa na zakwasie? Gotowy zakwas.

Nie zawsze mam czas, ochotę czy możliwości aby zrobić swój a zupa na zakwasie smakuje zupełnie inaczej niż na gotowanych warzywach. Dlatego czasem kupuję gotowiec o prostym składzie i dodaję np. do wywaru z warzyw, rosołu z poprzedniego dnia lub rozcieńczam zawartość butelki wodą i przyprawiam.

I tu ciekawostka : zakwas buraczany dodaję nie tylko do barszczu czerwonego, czasem też do innych posiłków (np. pomidorowa, jarzynowa, sos pomidorowy) – zawsze wtedy gdy mam ochotę na kwaskowaty smak.

Zupa z dużą ilością warzyw? Gotowe warzywa.

Zwykle gdy nie mam czasu na obieranie i krojenie – kupuję warzywa mrożone oraz te z puszki lub słoika. w ten sposób zrobić można wiele różnych posiłków (jarzynowa, ogórkowa, barszcz, fasolowa itd.).

Natomiast w przypadku buraków, wybieram te obrane i ugotowane. Wystarczy je umyć, pokroić i wrzucić do zupy.

Do barszczu czerwonego dodaję też fasolę – najczęściej przelaną wodą z kranu i odsączoną czerwoną z puszki. Dzięki temu posiłek jest jeszcze bardziej wartościowy.

Zupa, którą najesz się na dłuższy czas? Zapas kaszy.

Zawsze, gdy gotuję kaszę (moja ulubiona to pęczak) na 2 – 3 dni, część ostudzonej ilości mrożę. W sytuacjach awaryjnych – wystarczy wyjąć porcję kaszy z zamrażarki, zalać wrzątkiem, odsączyć i gotowe! Zupa z kaszą to posiłek, dzięki któremu przez dłuższy czas nie jestem głodna.

PS Do każdej zupy dodaję na koniec świeżą natkę pietruszki – posiłek smakuje wtedy jeszcze lepiej i jest jeszcze zdrowszy!

Dzięki kilku prostym sposobom, przygotowanie zupy w sytuacji awaryjnej lub wtedy gdy nie mam czasu czy ochoty na gotowanie jest dla mnie dużo łatwiejsze i przyjemniejsze.

Nawet jeśli nie masz czasu – nie musisz jeść byle czego, wypróbuj proste gotowce. Zrobienie posiłku z półproduktów trwa tyle samo co zamówienie odmrożonej buły z pseudomięsem.

Wpis nie jest sponsorowany.

Kategorie: Odżywianie

Co to jest Insulinooporność?

Insulinooporność to coraz popularniejszy temat, i bardzo dobrze, bo przez to, że stan ten bywa bezobjawowy – wiele osób nie do końca rozumie powagę sytuacji. Tymczasem zdiagnozowana insulinooporność to moment, w którym trzeba zatrzymać się i zweryfikować dotychczasowy styl odżywiania oraz sposoby spędzania czasu, a także wprowadzić zmiany. Po co? Aby maksymalnie przedłużyć sobie życie, kiedy jeszcze jest to możliwe. Zatem co to jest insulinooporność oraz co jeść przy insulinooporności?

Co to jest insulinooporność?

BARDZO upraszczając temat: spożywając produkt zawierający cukier i/lub syropy cukrowe, np. słodycze, słodzony nabiał, napoje, ale też kanapki z białego chleba, bułki, biały makaron itp., stosunkowo szybko do Twojej krwi przedostaje się glukoza, którą trzeba dalej rozprowadzić po organizmie, czyli przetransportować do komórek. W całym procesie bierze udział insulina, bo glukoza sama z siebie nie jest w stanie dotrzeć do każdej komórki w twoim ciele. Co więcej, insulina nie tylko pomaga w rozprowadzaniu glukozy – bierze ona udział w wielu innych procesach, w tym w przemianach metabolicznych różnych substancji. Przykładowo wspiera przekształcanie glukozy w tłuszcz, który następnie magazynowany jest w postaci tkanki tłuszczowej. Krótko mówiąc – codzienny nadmiar cukru w twoim organizmie nie dość, że robi bałagan, to jeszcze zamieniany jest w tłuszcz! Czyli im więcej jesz cukru, którego nie jesteś w stanie spalić, tym więcej organizm ma roboty z jego utylizacją, oraz z zapanowaniem nad zaburzoną równowagą. W konsekwencji pewne sprawy wymykają się spod kontroli. To, że ważysz coraz więcej to wierzchołek góry lodowej, bo chorób serca, miażdżycy, cukrzycy typu 2, problemów z zajściem w ciążę i wielu innych kłopotów często nie widać.

Przyczyny insulinooporności

Aby uniknąć insulinooporności, trzeba wiedzieć, jakie są jej przyczyny. Wśród najczęściej występujących wymienia się:

  • nadwagę i otyłość,
  • siedzący tryb życia,
  • przyjmowanie niektórych leków,
  • choroby,
  • nieregularne, źle zbilansowane posiłki,
  • błędy dietetyczne – np. za wysoka kaloryczność posiłków.

Objawy insulinooporności i diagnostyka lekarska

Jak rozpoznać insulinooporność, zanim poddasz się diagnostyce lekarskiej? Zdarzają się sytuacje, że objawów brak – człowiek jest szczupły i dobrze się czuje więc nic nie wskazuje na jakiekolwiek problemy, które wychodzą na światło dzienne zwykle zupełnie przypadkowo, np. podczas badań potrzebnych do pracy. Jest jednak kilka przesłanek, na które warto zwrócić uwagę, bo mogą świadczyć o problemie, na przykład:

  • problemy ze schudnięciem, mimo stosowania optymalnych diet i aktywności fizycznej,
  • długotrwałe problemy z zajściem w ciążę,
  • kłopoty ze snem, senność w ciągu dnia,
  • rozdrażnienie,
  • ciągłe zmęczenie,
  • częste bóle głowy,
  • nadciśnienie,
  • napady wilczego głodu,
  • niespodziewane spadki energii w ciągu dnia.

Jeśli uważasz, że coś jest na rzeczy, warto iść na czczo (bez jedzenia i picia) do laboratorium na doustny test obciążenia glukozą. Trwa to mniej więcej 2h i daje w miarę jasny obraz tego co twój organizm robi z dostarczoną doustnie glukozą. Jeśli wynik zaniepokoi cię – warto skonsultować go z lekarzem, bo insulinooporność, stan przedcukrzycowy czy cukrzyca to nie koniec świata. Ale im szybciej się za to zabierzesz, tym lepiej, taniej i zdrowiej.

Czy to się leczy?!

W leczeniu insulinooporności kluczowa jest zdrowa, zbilansowana dieta i zmiany w stylu życia. Pod nadzorem specjalisty warto zadbać o bilans składników odżywczych oraz ilość kalorii, a także opracować ulubione, łatwe do zrobienia posiłki. Ważna jest też redukcja masy ciała (jeśli to konieczne) i aktywność fizyczna, bo nawet odrobina ruchu codziennie potrafi zdziałać cuda.

Co jeść przy insulinooporności?

To, co można czy wręcz trzeba jeść przy insulinooporności, specjalista dobiera do twoich możliwości i upodobań. Często polecane są produkty z niższym indeksem glikemicznym, np. pełnoziarnisty chleb zamiast sztucznych, napompowanych białych buł, pełnoziarnisty makaron, różnorodne warzywa. Często zalecane jest ograniczenie nadmiaru tłuszczów, potraw smażonych, słodyczy oraz napojów, zwłaszcza słodzonych i alkoholowych. Nie oznacza to odstawiania wszystkiego do zera, na raz. Chodzi raczej o spokojną, stopniową zmianę nawyków żywieniowych. O odpowiednią częstotliwość i obfitość posiłków – najlepiej, gdy są w miarę regularne i mniej obfite, co jest zresztą ogólną wskazówką dietetyczną dla wszystkich osób.

Czego nie jeść przy insulinooporności?

Warto unikać cukru i syropów cukrowych. Produkty o niskiej zawartości błonnika takie jak np. białe pieczywo, tanie ciastka, ciasta i drożdżówki też są średnio wskazane, zwłaszcza w nadmiarze. Surowe warzywa to lepszy pomysł zamiast wszelkich paluszków i chrupek. Jeśli ktoś lubi chrupiące przekąski, to skropione dobrą oliwą warzywa na ciepło ze szczyptą soli będą dobrą alternatywą na kolację dla ciężkich, tłustych, słonych potraw.

Dieta insulinowa i inne sposoby odżywiania na blogu

Na blogu doktor Ania piszę i publikuję treści, które pomagają ogarnąć nawyki żywieniowe i zmienić na lepsze nie tylko w sposób kupowania produktów spożywczych i jedzenia, ale przede wszystkim myślenia. Jedzenie zaczyna się od uświadomienia sobie złożoności tematu i zależności między samopoczuciem i zdrowiem a codziennymi posiłkami. Jeśli chcesz wiedzieć więcej – na blogu znajdziesz teksty poświęcone zarówno prostym sposobom na to jak i od czego zacząć, oraz konkretnym produktom spożywczym.

Kategorie: Inne, Odżywianie

Serek dla dzieci

Na pytanie „który serek kupujecie dzieciom?” pada często odpowiedź dotycząca produktów obecnych na rynku polskim od lat. Marketing sentymentalny ma się dobrze i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że wiele osób nie czyta składów produktów.

Moje dziecko nie jadą słodyczy

To kolejny popularny mit, który ma tyle wspólnego z rzeczywistością co wujek przebrany za świętego Mikołaja w Boże Narodzenie – jest oparty na myśleniu życzeniowym.

Gdy weźmiemy kartkę i długopis, może okazać się bowiem, że dziecko nie tylko je słodycze ale też pochłania kilkadziesiąt gramów cukru dodanego dziennie. CODZIENNIE.

Przykład? proszę bardzo.

„Moje dziecko nie jada słodyczy. Je za to zdrowe serki i pije marchewkowe soczki.”

Jeśli ktoś nigdy nie sprawdzał składu serków smakowych, podrzucam przykład – warto rzucić okiem zwłaszcza na zawartość cukrów prostych:

14 gramów na 100, czyli 21 gramów w całym produkcie, bo jest to 150 g.

Ale to naturalne cukry!

No nie bardzo.

Owszem, nabiał zawiera cukry naturalnie występujące, tyle że nie 14g na 100g, a zwykle 4 – 5 gramów.

Zatem 10 gramów na 100, czyli 15 gramów (trzy łyżeczki cukru) na 150 zostało w produkcji dodane.

Jeśli dodamy butelkę pseudo soczku lub pseudo wody, które w rzeczywistości są napojami, mamy kolejne 10 – 20 g cukru dodanego, ale to nie wszystko w ciągu dnia i licznik bije dalej.

Jak żyć?

Przede wszystkim spokojnie. Nie chodzi o wyrzucanie teraz wszystkich produktów do śmieci. Na docukrzane alternatywy też jest miejsce na rynku spożywczym. Chodzi o to aby kupować i jeść świadomie. Jeśli Twoje dziecko kocha słodzone serki – czasem warto dodać pokrojony świeży owoc do wersji naturalnej. Owoce prócz słodyczy dostarczą również witamin, składników mineralnych i błonnika. A jeśli nie masz pod ręką świeżych owoców, wybierz łyżeczkę prawdziwego polskiego miodu. Jedna łyżeczka cukrów na opakowanie to zawsze mniej niż trzy.

Jeśli potrzebujesz więcej informacji w temacie produktów dla dzieci, kliknij tu (klik). Z kolei więcej konkretnych produktów o prostym składzie czyli lepszych rozwiązań dla całej rodziny podanych na tacy znajdziesz tu (klik).

Kategorie: Dzieci, Odżywianie
ser

Odpowiedź Producenta

Jakiś czas temu, podczas rutynowego przeglądu etykiet w jednym ze sklepów zaciekawiła mnie informacja o barwniku. Najczęściej jeśli obserwowałam substancje dodatkowe w serach „żółtych” było to annato. Tym razem pojawiła się nowa rzecz: annato NORBIKSYNA.

Annato nie budziło mojego zdziwienia, ludzie chcą kupować ser o określonym, powtarzalnym kolorze. Jeśli żółty, to ma być ŻÓŁTY, a nie białawo-żółtawy, więc klient nasz pan. Producenci barwią na żółto i wszyscy są szczęśliwi. Jednak tym razem zauważyłam annato NORBIKSYNA.

Jeśli dobrze pamiętam, annato to mieszanina biksyny rozpuszczalnej w tłuszczach i norbiksyny rozpuszczalnej w wodzie. Zatem obniżając zawartość tłuszczu, być może muszę dodać barwnik w innej proporcji niż w klasycznym serze o wyższej zawartości tłuszczu?


Czemu więc zainteresowałam się akurat NORBIKSYNĄ?

ADI norbiksyny jest na poziomie 0.6 mg / kg m.c. a zatem 20 x mniej niż biksyny (12 mg / kg, widziałam też materiały gdzie ADI biksyny było określone na poziomie 6 mg / kg, a norbiksyny 0.3 mg / kg m.c.).
Więc gdybym kierowała, się w życiu tabelką z wartościami ADI, powinnam jeść mniej sera z norbiksyną. Jednak czy w tym przypadku ma to znaczenie? I czy w ogóle warto interesować się wartościami ADI?

Co to jest to ADI?

Żeby zrozumieć specyfikę problemu oraz zastanowić się nad innymi obszarami, gdzie to o czym tu piszę jest ważne w kontekście zdrowia, warto poznać sens określania ADI.

ADI – w dużym uproszczeniu – podaje nam na tacy informacje ile czego możemy zjeść, aby spożywając to codziennie przez całe życie – było w miarę ok. Nie jest to najszczęśliwszy wskaźnik, bo ludzie w życiu codziennym nie za bardzo są w stanie z tego skorzystać (na etykietach nie ma słowa o zagrożeniu oraz ilościach + jest jeszcze coś takiego jak synergia, działanie wielu substancji razem itp. itd) ale dziś nie o tym. Dziś lepszy taki niż żaden.

Ogólnie sytuacja wygląda tak: substancje dodatkowe charakteryzuje określona wartość ADI („dopuszczalne dzienne spożycie”), dzięki temu producent wie ile czego można dodać do surowca, a konsument wie ile czego można zjeść. Jak sytuacja wygląda w praktyce? Różnie, co widać w raportach (zdarzają się przekroczone ilości) oraz w sklepach spożywczych (nikt nie chodzi z kalkulatorem i nie wylicza, nie ma nawet z czego wyliczać, bo nie ma takich informacji na etykietach).

Kto pyta nie błądzi.

Zapytałam więc producenta ile dodaje barwnika, zakładając że poziom jest w normie. Zawsze zakładam, że przytomni producenci żywności gdzie w ekipie pracują inteligentni ludzie o bujnej wyobraźni przestrzennej, chociażby w trosce o dobre imię marki i przyszłą sprzedaż, nie robią wałków. Z logicznego punktu widzenia to się po prostu nie opłaca.

W tym jednak przypadku bardziej interesowały mnie konkretne ilości norbiksyny, a zatem informacja ile jest barwnika w 100g sera, a co za tym idzie – najbardziej przydatna rzecz z punktu widzenia konsumenta czyli konkretnie: ILE MOGĘ ZJEŚĆ.

Maila z prywatnej skrzynki wysłałam w sobotę, odpowiedź otrzymałam w poniedziałek rano. Po upewnieniu się, że dane są jawne, przekazuję zawartości norbiksyny w tym konkretnym produkcie.

Wedle odpowiedzi Producenta Rycki Edam Light zawiera 222 mg barwnika w 1 kg sera.

Barwnik zawiera 1.2% norbiksyny, zatem w 1 kg sera znajduje się 2.66 mg norbiksyny.

To oznacza, że w 100 g sera mamy 0.266 mg norbiksyny.

Zatem paczka (w tym przypadku jest to 135 g) tego sera zawiera 0.359 mg norbiksyny.

Ile mogę zjeść?

Dla fanów sera nie ma czegoś takiego jak „za dużo”. Jednak znając zawartość norbiksyny przyjrzyjmy się jak to się ma do ADI, czyli jak mogę wykorzystać wartości ADI w życiu codziennym.

Jeśli ADI dla norbiksyny zostało określone na poziomie 0.6 mg / kg m.c., aby nie wystąpiły skutki uboczne po wieloletnim, codziennym spożyciu produktu zawierającego norbiksynę, dopuszczalne dzienne spożycie dla osoby ważącej 50 kg nie powinno przekroczyć:

0.6 mg na 1 kg masy ciała

x mg na 50 kg masy ciała

x = 30 mg

Jeśli 135 g sera zawiera 0.359 mg norbiksyny, jest to niższa wartość niż 30 mg.

Zatem spożywając jedną paczkę (135 g) sera na śniadanie, plus drugą paczkę (135 g) na kolację codziennie przez całe życie, przy założeniu, że nie jem nic innego zawierającego annato (norbiksynę) oraz że norbiksyna nie wchodzi w reakcje z innymi substancjami – nic złego związanego z poziomem norbiksyny w organizmie nie powinno się wydarzyć.

Gdyby przyjąć ADI dla norbiksyny na poziomie 0.3 mg / kg m.c., osoba ważąca 50 kg może spożywać 15 mg dziennie, czyli również sporo więcej niż 0.359 mg. W tym przypadku, w optymalnych warunkach, mogę zjeść maksymalnie 41 opakowań (135 g) tego sera dziennie.

To w czym problem?

W przypadku tego sera? W niczym.

Jednak w temacie ADI – mimo, że wartości podawane są z pewnym marginesem – mam kilka uwag pod rozwagę, zwłaszcza dla osób kochających przetworzoną żywność, pijących litry kolorowych napojów, również z dodatkiem alkoholu.

  1. Na etykietach nie ma podanych zawartości substancji, które łatwo przedawkować spożywając kilka różnych produktów o podobnym składzie. W wielu przypadkach bardzo ciężko przedawkować daną substancję, bo w spożywanych napojach czy jedzeniu ilości są bardzo niewielkie. Może w przypadku określonych substancji na etykiecie powinna znaleźć się informacja ile można spożyć oraz notka dotycząca spożycia produktów pokrewnych? Może warto dodać na etykiecie również informacje dotyczące cukru czy tłuszczów trans w CAŁYM opakowaniu? Bo te iluzoryczne porcje, których nikt przecież nie przestrzega nie mają kompletnie sensu.
  2. Nie wiemy jak dokładnie działają substancje w mieszaninach oraz w połączeniu z innymi substancjami z innych produktów, gdy spożywamy je (często w wysokich dawkach) przez wiele lat.
  3. Nie wiadomo jak działają określone substancje w określonych połączeniach z innymi substancjami z naszego środowiska (można rzucić okiem na zawartości określonych substancji w wodzie, żywności, powietrzu).
  4. Nie wiemy jak sytuacja wygląda przy wieloletnim spożyciu mieszanek z wieloletnim spożywaniem alkoholu i leków.

Przykład? Proszę bardzo.

Załóżmy, że napój zawiera substancję X o ADI na poziomie 40 mg / kg m.c.

To oznaczałoby, że osoba ważąca 50 kg nie powinna przekraczać spożycia na poziomie 2000 mg w ciągu dnia. Całkiem sporo, więc chyba luz.

Osoba ta lubi określony napój, w którym producent dodaje 585 mg substancji X na 1 litr.

Osoba ta spożywa w ciągu całego dnia 2.5 litra tego napoju, co oznacza spożycie substancji X na poziomie 1462.5 mg dziennie. 1462.5 mg to mniej niż 2000 mg, zatem poziom bezpieczny. Problem niestety w tym, że substancję X osoba ta dostarcza sobie codziennie również z innego napoju, który spożywa w ilości 2 x puszka 250 mL dziennie, oraz z produktów spożywczych w ilości 250 g dziennie. CODZIENNIE. Więc może warto zapytać producenta napoju w puszcze oraz producentów pozostałych produktów ile dodają substancji X na 100 mL oraz na 100 g aby zorientować się, czy przypadkiem nie przekraczamy dopuszczalnego dziennego spożycia. Ale kto by się tam przejmował, oj tam oj tam. Na coś trzeba umrzeć.

I na tym właśnie polega dwustronny medal jeśli chodzi o produkty typu LIGHT, sugarfree, glutenfree itp. itd. Asortyment ten ma swoje zalety, jest produkowany z myślą o konsumentach z wielu względów unikających cukru, wysokich dawek tłuszczu itd. Niestety wiele osób zakłada, że jeśli coś nie zawiera cukru lub zawiera mniej tłuszczu, to można wypić / zjeść więcej, a to nie zawsze prawda.

Jak żyć?

Przede wszystkim spokojnie.

Nie da się ogarniać zawsze wszystkiego i wszędzie, podobnie jak nie da się mieć prywatnej oczyszczalni wody czy żyć w bańce z czystym powietrzem. Skupiajmy się zatem na tym, na czym możemy.

  1. Eliminujmy niepotrzebne substancje – mimo, że w większości przypadków ryzyko przedawkowania jest niewielkie, warto jeść jak najwięcej żywności niskoprzetworzonej wtedy kiedy mamy taką możliwość.
  2. Dbajmy o jak najbardziej zbilansowany i zróżnicowany jadłospis zamiast codziennie kupować te same, słabe produkty. Być może kasza, natka pietruszki czy kapusta kiszona nie są na pierwszych stronach gazet, nie ma też ich na uśmiechniętych zdjęciach influencerów jednak nie oznacza to, że mamy o nich zapominać. Proste, normalne jedzenie jest bardziej wartościowe i cenne dla organizmu niż pięknie reklamowany wypchany mieloną tekturą z dodatkiem mrożonego mięsa flak z psudobułą i sosem z toną cukru.
  3. Przyjrzyjmy się również innym parametrom takim jak odpowiednia ilość snu, odpoczynku, zarządzanie stresem – ma to kolosalne znaczenie w trosce o zdrowie fizyczne i psychiczne.

Tak, istnieje też świat poza jedzeniem, ADI i substancjami dodatkowymi, co nie oznacza, że mamy totalnie olewać to, co wkładamy do ust. Wręcz przeciwnie – to co ląduje w naszym koszyku w spożywczym, a następnie na talerzu i w brzuchu buduje nasz organizm (szerzej pisałam o tym tu – kliknij). Zatem nie ma przesady w sformułowaniu, że jesteśmy tym, co jemy.

#

Jaki kraj, takie mieszanki przypraw

Byłoby wspaniale

Życie byłoby prostsze i mniej stresujące, gdyby człowiek nie musiał zastanawiać się nad jakością informacji w reklamie w tv, na profilu influencera czy na etykiecie produktu spożywczego. Ale ten idealny świat bez ściemniania niestety nie istnieje. Oczy należy mieć dookoła głowy, zwłaszcza jeśli towarzyszą nam choroby lub musimy unikać określonych składników. Ale też dlatego, by przykładowo pewnego pięknego dnia nie napić się swojej ulubionej, pysznej, aromatycznej kawusi z unoszącymi się na powierzchni białawymi plamami pozlepianych kłaków mąki.

Jak to możliwe?

Normalnie.

Nie chcemy podwyżek cen. Nie chcemy płacić kilka PLN za małą paczusię przypraw. Jednocześnie nie chce nam się czytać etykiet. Chcielibyśmy wszystko mieć podane na tacy, najlepiej za darmo. I nikogo nie interesuje, że niektóre surowce są po prostu drogie. Z wielu względów. A producenci nie są fundatorami naszych zachcianek.

Jaki kraj, takie mieszanki

Asortyment serwowany w obrębie jednej marki często różni się nieco w detalach (ilość i jakość danego składnika) w zależności od kraju na jaki jest rzucany. Wachlarz jest adekwatny m.in. do określonych przyzwyczajeń konsumenta, tradycji, średnich cen na danym rynku oraz…mentalności. A w Polsce inwestowanie w zdrowie, w tym w zdrowe jedzenie, wynika z sytuacji społeczno-ekonomicznej ukształtowanej przez ostatnie dziesięciolecia. Czyli jest na poziomie początkującym. Nie chcemy płacić więcej za jedzenie wyższej jakości bo po pierwsze nie zawsze nas na to stać, a po drugie – jedzenia NIE WIDAĆ. Nowe szmaty, buty, zegarek, samochód czy drogie wakacje – owszem. A przecież powszechnie wiadomo, że dla wielu osób najważniejsze jest jedno: co ludzie powiedzą? Niestety w Polsce nadal wyznacznikiem standardu życia i pewnym synonimem luksusu jest przykładowo drogi samochód, zadbany dom, rajskie wakacje, oraz pasek, buty i torba od projektanta a nie zadbane zęby, skóra, regularne badania profilaktyczne i zdrowe jedzenie codziennie na talerzu. Stąd szeroki rynek produktów, mieszanek i półproduktów gdzie składnik główny i/lub oczekiwany zastąpiony jest częściowo innym: bazą, zamiennikiem, czy jak np. w przypadku przetworzonego mięsa – wodą z dodatkami i/lub wypełniaczem. Podobnie jest na rynku przypraw.

Zestawy do pierników, aromatycznej szarlotki czy ciastek korzennych kojarzą mi się z mieszaniną korzennych przypraw z udziałem przede wszystkim cynamonu, kardamonu, imbiru i goździków. I faktycznie w mieszankach, których ceny zaczynają się już od 0.99 PLN znajdziemy takie składniki. Warto jednak być czujnym i świadomie wybierać zestawy przypraw. Na co zwrócić uwagę? Jak omijać pułapki jeśli potrzebujemy zestawu przypraw bez dodatków?

Krok 1 – pierwszy składnik

Jeśli potrzebujemy wyłącznie samych przypraw do ciasta, ciastek, aromatycznej kawy lub herbaty lub z jakiegoś powodu nie możemy spożywać cukru lub najnormalniej w świecie nie smakuje nam kawa z cukrem – możemy się mocno zdziwić kupując produkt bez czytania składu. Jeszcze pół biedy jeśli to kawa z łyżeczką cukru, gorzej jeśli do ulubionej kawusi sypniemy przyprawę opartą o mąkę pszenną.

Krok 2 – tabela wartości odżywczych

Zdarza się, że pierwszy składnik na etykiecie to mieszanka, a więc litania surowców. To zdarza się często np. na etykietach płatków śniadaniowych, granoli, muesli itp. ale też na przyprawach. Wydaje nam się wtedy, że skład wygląda spoko. Tymczasem w tabeli wartości odżywczych NIESPODZIANKA! No bo jak to możliwe, że cynamon daje 50g cukru na 100g produktu?! Normalnie. Na drugim miejscu jest cukier. Czyli przykładowo 50% to przyprawy, a druga połowa – cukier. Można? Można.

Dlatego szybki rzut na rubrykę w tym cukry i wszystko jasne.

Krok 3 – cena

Cudów nie ma, bo producenci spożywki to nie organizacje charytatywne. Z pustego nie nalejesz. Jak kiełbasa kosztuje 5 PLN za kg to można spodziewać się, że z mięsem będzie miała niewiele wspólnego poza stroną wizualną, o co spece od stron wizualnych z pewnością starannie zadbają.

Każdy orze jak może

Podobnie jest w przyprawach. Jak przyprawowy surowiec jest drogi, to kosztuje minimum kilka PLN za małą paczkę a nie 90 groszy. Oczywiście zdarzają się wyjątki, takie jak nieuzasadniona wysoka cena, promocja, moda na coś czy wyprzedaż ze względu na bliski termin przydatności do spożycia. Jednak generalna zasada jest taka, że przyprawy bez wypełniaczy, bazy czy innych dodatków kosztują więcej.

Tu dwie podobne przyprawy, w których głównym składnikiem jest CUKIER, mimo sporej różnicy w cenie.

Światełko w tunelu

Przyznam, że nie jest łatwo znaleźć w powszechnie obecnym sklepie prostą przyprawę korzenną, którą bez obawy dodamy i do ciastek i do kawy czy herbaty. Jednak takie produkty istnieją i tu przedstawiam jeden z nich.

Jak widać skład prosty jak konstrukcja cepa, cena wyższa niż w przypadku innych produktów. Jednak nie jest to różnica torpedująca nasz lubiący promocje i niskie ceny umysł, prawda?

Jak żyć?

W każdej książce, którą napisałam powtarza się jedno zdanie: decyzja należy do ciebie.

Bo przecież nie ma obowiązku kupowania produktów lepszej jakości, podobnie nikt nie powinien oceniać cię, jeśli wybierzesz coś z wypełniaczem. To indywidualne decyzje, zależne od wielu czynników.

Ja niezmiennie zachęcam cię do świadomego kupowania. Jeśli potrzebujesz maksymalnie uniwersalnego produktu, warto wybrać prostą mieszankę bez cukru i mąki, którą możesz wykorzystać do różnych celów.

Jeśli potrzebujesz małej ilości przypraw do ciastek, jeśli nie chorujesz na coś, co wiąże się z dietą wykluczającą, jeśli ciasto czy ciastka robisz raptem raz w roku – na mące pszennej i zawsze słodzisz cukrem – nie ma co się spinać i płakać nad składami. Weź to, co możesz, to co masz pod ręką.

Zawsze jest jakieś wyjście, często mamy wybór. Niech w większości przypadków będzie to wybór świadomy. Bo świadome życie smakuje lepiej. Po prostu.

_____

PS Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o świadomym jedzeniu i robieniu zakupów spożywczych zajrzyj tu (klik). Zwłaszcza jeśli zostawiasz kupowanie prezentów świątecznych na ostatnią chwilę i potrzebujesz zestawu różnorodnych książek dla kilku osób.

Wpis nie jest sponsorowany.
vegan

VEGAN czyli zdrowe

Z bliżej nieokreślonych przyczyn, utarło się fałszywe przekonanie dotyczące produktów VEGAN (czyli roślinnych) o tym, że skoro jest roślinny to MUSI być zdrowy. I wcale nie jestem przedstawicielem produktów odzwierzęcych szukającym dziury w całym. Wręcz przeciwnie. Uważam, że jemy zbyt dużo mięsa i zdaję sobie sprawę, że podłoże tej sytuacji jest zróżnicowane i wielopłaszczyznowe.

Więc o co z tym vegan chodzi?

Oczywiście o pieniądze. Bo skoro część osób chętniej sięga po produkt z napisem VEGAN to czemu tego nie wykorzystać?

Przeprowadzając proste ankiety typu „tak” lub „nie” wśród kilku-kilkunastu tysięcy dość świadomych konsumentów okazało się, że większość osób nie nabiera się już na pytania typu „czy VEGAN = ZDROWY?” Niemniej jednak nadal 21% osób uważa, że wegańskie słodycze mają raczej lepszy skład niż niewegańskie, a 20% osób zaznaczyło, że wegańskie ciasto jest raczej zdrowsze niż niewegańskie.

ALE… Już przy bardziej podchwytliwie skonstruowanych pytaniach mniej więcej ta sama grupa badawcza uważa, że:

  • wegańskie posiłki w knajpie będą raczej zdrowsze niż te niewegańskie (47%)
  • jeśli coś ma napis VEGAN, chętniej sięgamy po to w sklepie (26%)
  • w wegańskiej kawiarni są raczej lepsze produkty niż w zwykłej (35%).

Dość skwapliwie wykorzystują to niektórzy producenci. Zatem warto zwracać na to uwagę. Produkty oklejone napisami VEGAN z motywem roślinnym nie powinny nikomu sugerować, że „roślinny” automatycznie zawsze znaczy „lepszy”, a już na pewno nie powinno się to kojarzyć z „zawsze zdrowszy”.

Podobnie producenci słodzonego nabiału. Chętnie dodają informacje dotyczące witamin, składników mineralnych oraz korzyści, jakie płyną z suplementowania tych substancji. Oczywiście z ich produktów. Cały problem niestety w tym, że owszem – korzyści są i to niepodważalne. Organizm ludzki potrzebuje przykładowo zarówno witaminy D jak i wapnia oraz innych substancji. Tyle, że nie ma potrzeby aby wraz z witaminami i innymi niezbędnymi składnikami pochłaniać tony cukru. Ale o tym na opakowaniach produktów pseudoprozdrowotnych już nie przeczytamy.

Czy niektórzy producenci robią z ciebie idiotę?

Tak.

Nie przeczytamy bowiem o skutkach CODZIENNEGO nadmiaru cukru dodanego w diecie, o tragicznych skutkach CODZIENNEGO nadmiaru kalorii w codziennym jadłospisie. Nie przeczytamy o przecukrzeniu dzieci, o tym, że statystyki są coraz bardziej tragiczne, że wiele chorób zaczyna się bardzo niewinnie a kończy przedwczesną śmiercią, np. tuż po 40-tce. Nie przeczytamy też najczęściej o tym, że miejsce deserów jest (jeśli już muszą być) NIE w pozycji śniadania + kolacji. Bo budowanie nawyku jedzenia słodkich posiłków niemal przez cały dzień jest niebezpieczne zwłaszcza u dzieci. Miejsce deseru jest na deser. PO zjedzeniu pełnowartościowego posiłku.

Tymczasem słodzone deserki proponowane są dzieciom i dorosłym jako świetna wersja śniadania, drugiego śniadania, kolacji lub jako fajna przekąska. Jako propozycja na jakiś tam głód czy apetyt. Na wycieczkę, na chwilę zapomnienia, na luźny wieczór po ciężkim dniu.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki napoju czerpie nadmiar cukru? Nie.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki jogurtu owocowego czerpie nadmiar cukru? Nie.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki wegańskiego odpowiednika jogurtu czy deseru czerpie nadmiar cukru? Nie.

Nadmiar cukru z produktu typu VEGAN jest tak samo niebezpieczny jak z produktu nieweganskiego.

Kultura przecukrzania, czipsyzacji i alkoholizacji ma się świetnie.

Ciasta czy ciastka wegańskie oparte o ogromną ilość cukru i słaby tłuszcz utwardzony są tak samo niezdrowe jak niewegańskie. Czipsy z ogromna ilością tłuszczu – nawet jeśli są z różnych warzyw i są BIO – nadal zawierają ogromną ilość najczęściej słabego tłuszczu.

Wiele ciast i ciastek typu cukier z mąką + margaryna zawierająca tłuszcze częściowo utwardzone NIGDY nie zawierało składników pochodzenia zwierzęcego. Czipsy typu ziemniaki, olej słonecznikowy, sól NIGDY nie zawierały składników pochodzenia zwierzęcego. Zarówno ciasta, ciastka jak i czipsy zawsze były wegańskie i zawsze były niezdrowe.

Dzięki reklamom w TV i mediach społecznościowych dobrze wiemy, że jak impreza to ziemniory z tłuszczem. Jak rodzinny obiad to oczywiście zbliży nas do siebie butla gazowanej wody z cukrem. A gdy wracamy styrani z roboty – warto sięgnąć po słodzony nabiał, batonik lub po prostu flaszkę. Bo co się będziemy rozdrabniać skoro można raz a dobrze. Oczywiście najlepiej drogą flaszkę, bo jak już pić, to na bogato: na drogim blacie, w drogim kieliszku, kulturalnie i z klasą. A nie jak menele – najtańszy syf na ławce w parku. Bo przecież to nie my jesteśmy uzależnionymi od cukru alkoholikami. My jemy wyłącznie zdrowsze wersje słodyczy, a łychę pijemy wyłącznie drogą, prawda?

I teraz wkracza VEGAN, cały na zielono.

A skoro było już o nabiale, pseudozdrowych batonikach z czymś tam na coś tam oraz o alkoholu, to pora na nowy sektor, który ma dać nam ukojenie i chwilę zapomnienia. Albo chociaż nasycić głód oraz uspokoić głowę, bo przecież jest VEGAN.

Czyli zdrowo.

Czyli można.

Bez wyrzutów sumienia.

Gdy przeczytamy etykiety pierwszych z brzegu deserów, okazuje się, że skład opiera się o wodę z cukrem i dodatkami. A dla organizmu naprawdę nie ma większego znaczenia czy te 2-3 łyżeczki cukru dostanie z wody z tej czy innej firmy. 2-3 łyżeczki cukru w porcji to może być spora ilość na raz dla małego dziecka ale też dla osoby dorosłej, która ma nieprawidłowo zbilansowaną dietę opartą o same słodzone posiłki.

Jak żyć?

O wyrzutach sumienia, a właściwie o kompletnym bezsensie posiadania wyrzutów sumienia związanych z jedzeniem pisałam chyba w każdej mojej książce, a najszerzej w NIE ŻRYJ GÓWIEN” (klik), czy bliźniaczej „Na coś trzeba umrzeć (klik)„. Bo jedzenie nie ma psychicznie niszczyć. Ma odżywiać, dostarczać wszystkich niezbędnych składników odżywczych. Jedzenie nie ma rozgrzeszać, nie ma wypełniać luki po czymś tam, słodycze nie mają być codziennym lekiem na chroniczne psychiczne zmęczenie, samotność i stres. Na zmęczenie psychiczne, samotność i stres są zupełnie inne rozwiązania, nie mające z pseudozdrowymi słodyczami nic wspólnego.

Niestety wiele osób nadal utożsamia VEGAN z „czyli mogę zjeść więcej bo zdrowe„. Dlatego w bezmyślnej konsumpcji produktów BIO czy VEGAN upatruję większe zagrożenie niż kiedyś w sektorze LIGHT. Zwłaszcza u osób, które nie zwracają uwagi na skład, mają średnio zbilansowaną dietę z nadmiarem cukrów prostych dodanych oraz szukają rozgrzeszenia dotyczącego jedzenia słodyczy.

Słodycze to słodycze, słodzone produkty to element menu, słodzony deser to też słodycze. To coś, co jedni mogą jeść w większych a inni w mniejszych ilościach i tyle.

Same słodzone produkty nie zastąpią całodziennego jadłospisu w dobrze zbilansowanej diecie. Objadanie się „zdrowszymi” słodyczami „bo skoro są zdrowsze to mogę zjeść więcej” to słaby pomysł. To również słaby przekaz w stronę nieświadomych wszystkich konsekwencji nadmiaru cukru i kalorii w menu dzieci.

Wegańskie desery to również element menu, zwłaszcza dla osób, które z różnych przyczyn unikają nabiału, mleka krowiego czy produktów pochodzenia zwierzęcego. Nie ma sensu dorabiać prozdrowotnych ideologii bo zarówno słodzony deserek oparty na mleku krowim jak i na wegańskich odpowiednikach to najczęściej 2-3 łyżeczki cukru dodanego w małym kubeczku.

Wegańskie wersje produktów powstały dla osób unikających z różnych przyczyn surowców pochodzenia zwierzęcego. I bardzo dobrze, rozrastający się rynek produktów roślinnych cieszy mnie podobnie jak rosnąca świadomość konsumentów. Bo właśnie o tę świadomość tu chodzi. O to, aby nie sięgać bezmyślnie po produkty z napisem VEGAN. O to, aby pamiętać, że deser to DESER. A jeśli ktoś ma ochotę na roślinną wersję – bardzo dobrze, że asortyment jest coraz bardziej zróżnicowany i dostępny.

______________

PS Jeśli nie chce Ci się na razie czytać książek, a chcesz na szybko wiedzieć które produkty mają sprawdzony przeze mnie skład, zajrzyj do prostego ebooka „SPRAWDZONY SKŁAD” (klik). Dowiedz się od ręki co i gdzie warto kupować, a co odstawić na półkę aby zaoszczędzić nie tylko kasę ale też zdrowie.

owsianka

Owsianka z Biedronki.

Czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym co kupujesz?

Jeśli nie, pora to zmienić, bo najczęściej w podobnej cenie można mieć produkt nieco lepszy albo ciut gorszy, a skoro leżą obok siebie i kosztują tyle samo – po co płacić za gorszy?

Owsianka.

Wydawałoby się, że prosta jak konstrukcja cepa. A jednak.

   owsianka

Płatki z cukrem, zawartość cukru dodanego 10.5%, niby mało, tylko w sumie po co? Kolejna mini porcyjka cukru to kawałki czekolady. Total cukrów prostych w porcji – 2.5 łyżeczki.

owsianka

Tu cukru dodanego 11.6% – i co z tego, że trzcinowy? Nic.

Trzcinowy, brązowy, bio, eko, organic – to nadal cukier, który jest dodany. Cukier, którego NIE POTRZEBUJESZ w owsiance.

Da się? Pewnie, że się da.

Proszę bardzo, produkt z tej samej serii.

owsianka

Płatki, trochę owoców i odrobina orzechów. Tak samo słodko ale bez niepotrzebnego sypnięcia cukrem pudrem.

Kupuj świadomie.

Ten produkt leży w tym samym miejscu, tuż obok docukrzonych owsianek. Niby nic, niby niewiele – jedna owsianka, a jednak.

Jedna owsianka plus owocowy jogurt plus napój plus syrop do kawy plus batonik, ciasteczko, cukiereczek na gardełko, syropek – cukier dodany nie znika, sumuje się w ciągu dnia. Nie jedz go bezmyślnie.

Lepiej zrób banalne ciastka z płatków owsianych lub upiecz proste drożdżowe, a jak nie masz ochoty na babraninę w kuchni – po prostu idź raz w tygodniu na dobre, proste ciacho oparte na prawdziwych składnikach, zamiast CODZIENNIE bezwiednie wlewać w siebie hektolitry syropów cukrowych, zagryzając kilogramami cukru z tłuszczem.

Nie warto.

 

 

_______

Ps. Więcej takich pro tipów znajdziesz tu: smart shopping.

kurs online

Nie czekaj – weź się za siebie już dziś.

Jak wiesz, niezwykle rzadko współpracuję z firmami. Produkty kupuję sama, pokazuję i piszę co chcę bo mam ten luksus dzięki zarabianiu na przekazywaniu wiedzy w inny sposób. Nauczanie innych to jest dokładnie to, co kocham robić w życiu. Przekazywanie wiedzy mam w genach – to jest u mnie w Rodzinie od pokoleń. Dodatkowo nauczanie to moja PASJA ale również zawód (tak, mam dyplom z pedagogiki).

Moje wykształcenie jest dość szerokie – obejmuje farmację, chemię medyczną oraz zahacza o obszar dietetyki. Korzystam z wiedzy z różnych dziedzin, dodaję szczyptę pasji i umiejętność przekazywania wiedzy w prosty sposób KAŻDEMU i właśnie dzięki temu moje szkolenia są tak ciekawe i SKUTECZNE.

Wiem, że część z osób, które mnie obserwują doskonale radzi sobie z tematami odżywiania i zakupów spożywki. Takim osobom do szlifowania wiedzy zupełnie spokojnie wystarczają bezpłatne szkolenia, które odbywają się 2-3 x w miesiącu + zawartość facebooka + instagrama i fajnie!

Ale jeśli chcesz więcej…

Jeśli masz ochotę na większą porcję wiedzy, dodatkowe mini wykłady na żywo, chcesz wrzucać produkty do oceny itd. – zapraszam Cię na grupę dla Patronów serwisu patronite.pl (zarejestrować możesz się klikając tu).

Na facebooku jest specjalna zamknięta grupa + mam dla Patronów specjalną platformę, z której mogą pobierać materiały, w tym dostają hasła do poprzednich bezpłatnych webinarów (czyli można zobaczyć WSZYSTKIE poprzednie webinary i pobrać materiały w zależności od progu wsparcia – również nie mając facebooka).

Przy okazji dziękuję Wam Drodzy Patroni bardzo, bardzo za wsparcie!

Jak to działa?

Rejestrujesz się na patronite.pl (kliknij) i w zależności od potrzeb z automatu wpłacasz co miesiąc kwoty:

10 pln – dostęp do zamkniętej grupy na facebooku (tam są mini transmisje LIVE oraz można wrzucać produkty),

20 pln – dostęp do grupy + do platformy z linkami do webinarów + niektóre materiały,

50 pln – wszystko co powyżej + więcej materiałów,

100 pln – wszystko co powyżej + dostęp do wybranych lekcji z wybranego kursu + bezpłatny udział w 1 wybranym kursie po 5 miesiącach wsparcia.

Chcesz jeszcze więcej?

Jeśli potrzebujesz wiedzieć jeszcze więcej – śmiało wbijaj na platformę kursową kursy.doktorania.pl (kliknij tu).

Na platformie 2 x w roku odbywają się edycje kursów online podzielone na grupy wiekowe i zapotrzebowanie. Zwykle zapisy zaczynają się 3-4 tygodnie przed datą startu i przez pierwszy tydzień cena kursu jest najniższa (min. -50%), później rośnie. Kurs możesz oczywiście kupić przez cały rok ale dwa razy w roku masz szansę zapłacić za niego mniej niż połowę ceny.

Jak wygląda nauka?

Przede wszystkim uczysz się kiedy chcesz – oglądasz video na platformie lub na facebooku. Na żywo lub retransmisję. Pobierasz i czytasz materiały o dowolnej porze dnia i nocy, z dowolnego miejsca na Ziemi. Uczysz się w swoim tempie i na swoich zasadach.

Otrzymujesz dożywotni dostęp do zamkniętej grupy na facebooku – możesz oglądać wykłady na żywo z poprzednich, obecnej i przyszłych edycji, możesz zadawać pytania kiedy chcesz, nawet 2 lata po rozpoczęciu kursu.

Masz okrągłe 12 miesięcy dostępu do materiałów w formie VIDEO i PDF na platformie.

Wyjaśniam wszystkie trudne dla Ciebie kwestie – możesz w każdej chwili zadać pytanie mailem lub w trakcie wykładu na żywo. Nie ma głupich pytań, wszyscy Uczestnicy moich szkoleń i wykładów doskonale o tym wiedzą, możesz ich zapytać.

Nie trać czasu.

Obojętnie czy chcesz uczyć się ze mną czy planujesz samodzielną zmianę nawyków żywieniowych – u siebie czy swojej Rodziny: zrób to jak najszybciej.

Nie trać czasu, weź się w końcu za siebie i swoje odżywianie. U mnie jest zawsze na luzie, bez zbędnej presji i zmuszania, w swoim tempie i z uśmiechem.

Nie czekaj do jutra. Wiesz przecież, że lepsze jutro zaczyna się DZIŚ.

kanapki

Kanapki – cała prawda.

Jeśli kupujesz kanapki, musisz wiedzieć jedno – czytanie składu w pewnych przypadkach nie ma sensu. Tak, dobrze czytasz. Zobacz dlaczego.

Krótki skład.

Sformułowanie „krótki skład” jeśli chodzi o kanapki z kilkudniowym terminem ważności raczej nie istnieje.

Są kanapki, które mają prosty skład ale to te robione na świeżo, które trzeba zjeść teraz:

  • chleb: 3-4 składniki,
  • ser: 2-4 składniki,
  • masło,
  • warzywa.

Jak widać z opisu może być: „chleb, ser, masło, sałata”- fajnie. Ale w rzeczywistości i tak zamykamy się w 10-12 składnikach w sytuacji najbardziej luksusowej.

Cała prawda o kanapkach.

Dla jasności – moim celem nigdy nie jest niszczenie marki czy producenta. Zawsze naświetlam problem, oczywiście na konkretnych przykładach ale tylko dlatego, że chcę pokazać Ci na co należy zwrócić uwagę.

Oto etykieta popularnych kanapek:

kanapki

Wygląda fajnie, prawda? Całkiem prosto i gdyby brać życie tak prosto, to żyłoby nam się o wiele łatwiej.

Niestety tak nie jest. Kupując takie kanapki, w rzeczywistości jesz to:

kanapki

Ale jak to?

Myślisz, że oni są tacy źli i niedobrzy? Tak wygląda skład niemal wszystkich kanapek więc nie ma sensu wieszać psów na konkretnej marce. Jedyna moja uwaga to fakt, że niektórzy producenci podają total skład jak należy, a innym „nie starczyło miejsca”. I o tyle o ile znam przepisy i wiem, że na etykiecie bochenka chleba, czyli papierku wielkości 2 cm kwadratowych faktycznie czasami się NIE DA, o tyle wiem, że niektórzy jednak na tak małym świstu dają radę – bo to zależy od składu i CHĘCI.

I tu jest pies pogrzebany, bo skład to czasami litania, plus tych chęci jak widać niektórym brakuje.

Co teraz?

To nie jest koniec tej sprawy, jak wiesz. Chcę dowiedzieć się więcej, chce sprawdzić, czy faktycznie nie da się NIC zmienić, mam przeczucie, że się da.

Nie walczę z firmami, markami, nie tępię, nie niszczę – nie mam na to ani ochoty ani czasu.

Zależy mi na odgórnej zmianie, grzebaniu w przepisach oraz budowaniu świadomości konsumenckiej. Bo tak serio to MY, konsumenci, mamy bardzo dużo do powiedzenia, tylko Ty jeszcze o tym nie wiesz.

Ale nie martw się, ja Ci to wszystko wytłumaczę.

Niespodzianki z mcdonalds cz.I.

Lubisz fasfoody. Wiesz, że to nie jest super zdrowe ale jesz. A może nigdy nie jadasz w mcdonalds? Przecież to syf. Wpadasz na kawę, lub lody. Jeśli tak, zobacz jakie dziś ciekawostki wybrałam dla Ciebie z tabeli wartości odżywczych, którą znajdziesz w każdym mcdonalds.

Tabela.

Jest wszędzie, dość szczegółowa. I za to trzeba maka pochwalić! Tak jak za niezłą kawę jak na sieciówkę (tak, wpadam do maka na kawę. Do tego uwielbiam ich piękne zimowe wersję kubków!). Tak powinno być w każdej knajpie.

mcdonalds

Napoje.

Zapewne nie zdziwi Cię fakt, że zawierają cukier. Ale ile?

Mały napój to średnio 5 łyżeczek cukru, duży nieco ponad 10 (DZIESIĘĆ).

Shake.

Dobrze zastanów się nad szejkami. Mały shake to średnio 6 łyżeczek cukru, duży prawie 11 (JEDENAŚCIE).

Lody.

Małe lody to 3.5 łyżeczki cukru, duże  z polewą średnio 8 łyżeczek cukru. Rekordziści to oczywiście McFlurry: 11 – 12 łyżeczek cukru w porcji.

Ale nie, Ty w mcdonalds bierzesz tylko kawusię.

A jaką? Czarną? Z mlekiem? To dobrze, bo duże Iced Frappes Karmel to 11 (JEDENAŚCIE) łyżeczek cukru. I jeśli myślisz, że w innych kawiarniach kawa z syropami, bitą śmietaną i dodatkami jest lżejsza – bardzo się mylisz. Jeśli masz ochotę na taką kawę – traktuj ją jako deser.

Podsumowując.

Wpadając do mcdonalds na kanapkę, frytki, duży napój, i dużą kawę z lodami możesz w tej bardzo niekorzystnej konfiguracji przyjąć np. 32 łyżeczki cukru, czyli trochę totalny kosmos dla Twojego organizmu jak na pojedynczy strzał.

Jak żyć?

Tu był wpis z porównaniem kanapek w mcdonalds (kliknij by przeczytać). Dla niektórych osób chyba nie ma zaskoczenia, innym pewnie przydadzą się cyferki na piśmie. Z menu warto wybierać świadomie – jak deser to deser. Kaloryczna kawka, shake czy napój to solidne porcje cukru i jeśli uprawiasz sport – śmiało możesz sobie na nie pozwolić. Pracując przy biureczku, wybieraj raczej małe lody, czarną kawę i wodę. Chyba, że chcesz wyglądać jak klaun z maka, wtedy jedz wszystko jak leci.

 

Kategorie: Odżywianie
musy owocowe

Musy owocowe – miarka się przebrała.

Tego już za wiele.

Czekałam i obserwowałam w którą stronę pójdzie temat musów owocowych. Niestety sytuacja skręca w bardzo złym kierunku, trzeba więc reagować.

Ogłupiające reklamy.

Kiedyś latały po sieci fajne, chwytliwe hasełka. Później wszedł do maka mus zamiast jabłka. Teraz widuję wszędzie reklamy i plakaty o wygodzie. W telewizyjnej wersji kobieta wyrywa dziewczynie świeże jabłko i wciska w rękę mus. To chyba żart. Powinno być dokładnie odwrotnie!

Rozumiem grę słów, sytuację itp. ale sugestie, aby wybierać musy owocowe zamiast świeżych owoców uważam za szkodliwą społecznie, w dużej mierze ze względu na nieświadomych i/lub młodszych odbiorców. 

Czy musy owocowe to zło?

Nie, to po prostu przetworzone owoce i/lub warzywa. No właśnie – przetworzone. Na pewno jest miejsce na rynku spożywczym dla przetworów warzywno-owocowych i wcale nie mam zamiaru krytykować pasteryzacji (która ma wady i zalety). Robimy przetwory z sezonowych produktów, aby poza sezonem cieszyć się smakiem i właściwościami wartościowych owoców czy warzyw. Czasem przetwory są bardziej wartościowe pod pewnymi względami niż surowizna (np. przetworzone pomidory), a czasem mniej (np. kosmiczny cukier w dosładzanych dżemach, utrata niektórych witamin w przetworach itd.).

ALE nikt nigdy nie sugerował, aby do szkoły czy pracy zamiast jabłka brać słoik dżemu. Do dziś.

Gdzie jest miejsce musu w moim jadłospisie?

Pozycjonowanie musu to ciekawa sztuka. Znajduje się on gdzieś między marsem, a świeżymi owocami. Czyli jeśli chcesz do pracy czy w podróż kupić słabego batona – może faktycznie lepiej mus ALE (!) lepszy baton ma tłuszcz i czasem jakieś zboża, które sycą (co prawda może być to słaby tłuszcz utwardzony i wtedy odpada totalnie ale są też batony z lepszymi tłuszczem). Musem się nie najesz, bo nie ma on hurtowych ilości błonnika i warto o tym pamiętać. W tej samej cenie dostaniesz bardziej sycącą przekąskę. Musy owocowe to alternatywa w sytuacji podbramkowej, gdy nie masz dostępu do świeżych produktów. Nie ma nic złego w urozmaiceniu. Mus możesz stosować tak jak inne przetwory, jak np. dżem. ALE jeśli masz wybór i możliwowść – ZAWSZE wybieraj świeże produkty. Wystarczy pokroić jabłko na kawałki, czy obrać skórkę i do pudełka. To naprawdę nie jest problem w wielu sytuacjach.

Musy owocowe dla dzieci.

Mus jako alternatywa? Różnorodność? Gdy nie ma innej opcji bo jest kryzys? Dodatek do kaszki? Czemu nie. Natomiast 100 g mus w łapkę jako obowiązkowa codzienna przekąska np. dla niemowlaka? Jestem na nie.

Jakie musy wybierać?

Jeśli kupujesz regularnie – wybieraj musy owocowe z dodatkiem zbóż, jogurtem, z dodatkiem warzyw, z mniejszą zawartością cukru. Rozstrzał bywa spory, np. od 7 – 15g cukru na 100g. Owocowy, nie dodany – wiem. Ale fajnie gdy jest coś jeszcze oprócz samego cukru. A jeśli stosujesz sporadycznie – wybieraj jakie chcesz.

Bądź świadomym konsumentem.

Nie oglądaj reklam, nie patrz na autobusy. Nie daj sobie wcisnąć kitu, jak w przypadku Łoter z siugar, o którym pisałam na facebooku i instagramie (kliknij). Wygoda jest ważna, to prawda. Ale jak tak dalej pójdzie, do pracy czy w podróż będziemy brać tubki dla astronautów – czy na pewno o to chodzi…?

Jak dla mnie wygodniej jest być zdrowszym niż kiedyś latać po lekarzach. Taka wygoda to MUS. Ale nie ten owocowy.

Kategorie: Odżywianie
ciastka

Ciastka na śniadanie, czyli o tym jak zrobić z kogoś idiotę.

Śniadanie. Zboża + mleko. 5 zbóż nawet.

Na rysunku szczyt technologicznej finezji zdobnictwa cukierniczego czyli zbożowo rzeźbione ciastko oraz kubek plus jakiś dzbanuszek (?) i kłos. Grafik się postarał, chociaż nie do końca rozumiem co miał na myśli, jeśli chodzi o kompatybilność ze składem.

Spojrzałam na opakowanie okiem spieszącego się Konsumenta.

Wysoka zawartość, wyselekcjonowane, wartościowe, jedyne takie, witaminy – te hasełka robią robotę. Wygląda na to, że cztery ciastka załatwią mi czasowo i zdrowotnie „cały poranek”. Hehe.

Ciastka prawie zdrowe.

Opisy na opakowaniu sprawiają, że ciastka wyglądają na, hmm, niemal prozdrowotne. Niektórzy mogą odnieść wrażenie, że to pełnowartościowy posiłek. Zwłaszcza gdy ktoś nie ma czasu lub możliwości, żeby wyjąć lupę i czytać co producent miał na myśli pisząc 'pełnowartościowy posiłek’ tym drobnym druczkiem. Jak zatem podejść do tematu śniadaniowych ciastek?

Fakty.

Jak kupujesz ciastka to patrz zawsze na zawartość zbóż, cukier i jaki dodano tłuszcz. Tu jest 47% zwykłej pszenicy, czyli prawie połowa składu. Pełnoziarnistych zbóż 22.6% – nieco ponad 1/5 składu. I teraz uwaga. Akurat w tym konkretnym przypadku producent zlitował się i napisał jak jest – czyli dał total w produkcie. Niestety często bywa inaczej i należy mieć ze sobą kalkulator, aby dowiedzieć się ile tak naprawdę jest czego. 

Standardowe zagranie.

Wizualnie wygląda super, po obliczeniu już niestety gorzej. Czyli operowanie procentem procenta.

Jeśli producent Twoich ciastek użył takiego zagrania, to zboża stanowią X % składu i dopiero z tej wartości trzeba wyliczać dalsze procenty, zatem zwykłej pszenicy jest Y % z X %, czyli total wychodzi  Z %.  SERIO. Podobnie jest z owocami w jogurtach owocowych. Mamy wsad owocowy, i w tym wsadzie dopiero jest ileś owoców czyli ułamek ułamka.

A wracając – zbóż pełnoziarnistych innych niż pszenica jest w tych konkretnych ciastkach zaledwie ok. 16.4%, głównie płatki owsiane (6.3 %) i grys gryczany 4.3%. To się nazywa „wielozbożowość” i tak jest w większości wyrobów.

Tłuszcz.

Nie kupuj ciastek zawierających oleje/tłuszcze utwardzane/uwodornione. Koniec kropka. Palmowy: jeśli podane jest źródło pochodzenia (pozyskiwanie z odpowiednich terenów) – ok. Kokosowy, rzepakowy – ok. Różnorodność tłuszczów jest ok. Jedzenie ciągle tego samego nie jest ok. W tych ciastkach jest rzepak.

Ciastka to ciastka.

Czyli oprócz pszenicy i tłuszczu (tu olej rzepakowy, ale w innych wersjach jest też palmowy), producent dodał cukier, dorzucił wypełniacz, spulchniacze, aromaty i galante.

Gdyby ktoś szukał mleka…

To jest, owszem – narysowane na opakowaniu. Do tego być może jakiś aromat oraz 0.8% pełnego i jakaś śladowa ilość odtłuszczonego w składzie.

Podsumowując.

W tych ciastkach prawie 1/2 składu to zwykła mąka pszenna. Po prostu.

1/5 składu to cukier. W większości ciastek cukru jest > 30%.

1/7 składu to tłuszcz. W większości ciastek tłuszczu jest > 30%.

Jednym słowem te na foto to lekko podrasowane i lekko odchudzone zwykłe ciastka. Owszem, jest w nich trochę mniej tłuszczu i cukru niż w przeciętnych ale dorabianie jakiejś niesamowitej ideologii czy śniadaniowej magii do CIASTEK jest nie tyle zabawne co niebezpieczne. Zwłaszcza dla mniej świadomych konsumentów, a już na pewno dla dzieci.

A magnez!?

Ale w sensie, że magnez ma się wchłaniać z węglanu magnezu z 4 ciastek? LOL.

Czy ciastka to jest dobre śniadanie?

Nie jestem fanem żywności mocno przetworzonej, zwłaszcza takiej gdzie jest większa lub mniejsza dosypka cukru i bajerów. Jeśli potrzebuję cukru, lub gdy mam określoną (podbramkową) sytuację – takie i inne ciastka mogą mieć zastosowanie. 

Codziennie? Przekąska do biura? No fcuking way.

Dlaczego producenci to robią?

Bo mogą.

Bo Ty to kupujesz.

Bo to się opłaca.

Jak żyć?

Jak muszą być koniecznie ciastka – zrób sama. Owsiane to banalna, tania i zdrowsza alternatywa. 10 min roboty, 15-20min pieczenia i spokój na kilka dni.

Jak musisz kupić – wybieraj mądrze. Jak najwięcej składnika pełnoziarnistego i nie tylko ciągle ta nieśmiertelna pszenica. Cukier czerp z owoców, miodu itp. ALE NIE SAMYCH OWOCÓW. Stawiaj na węgle złożone z owocami i np. orzechami czy kakao. Bez dodanego cukru. Da się. 

Nie zgadzaj się na przecukrzanie syropami na potęgę. Dodatek suszonych owoców jest zdecydowanie lepszą alternatywą. Zwracaj też uwagę na bajery – im mniej tym lepiej. Na cholerę Ci farbowane, aromatyzowane gówna? Jak potrzebujesz coś kolorowego i pachnącego – wejdź do pierwszego z brzegu warzywniaka. Witaminy i składniki mineralne w cenie.

Nie pozwól robić z siebie idioty i nie czekaj na lepsze jutro.

Jak będziesz kupowała świadomie – bylejakości będzie coraz mniej na półkach. I nie, nie od jutra. Zacznij dziś, teraz. To idealny moment. Lepszego nie będzie, bo (do znudzenia będę to powtarzała, aż zrozumiesz) lepsze jutro zaczyna się dziś.