obżerać

Jak się obżerać, aby nie przybierać?

Mieć ciastko i zjeść ciastko – czy to możliwe? CZYM warto się obżerać? Jak to zrobić, żeby jednak nie przytyć tych 100kg w dwa dni? Oto 10 zajebiście prostych zasad przydatnych każdemu, kto lubi sobie czasem zjeść.

1. Woda – pić!

Obecność prawidłowego poziomu wody gwarancją dobrego trawienia (i nie tylko) jest! Do tego wypicie szklanki wody np. pół godziny przed posiłkiem zmniejsza chwilowo apetyt. A mówiąc inaczej, nieco zmniejsza prawdopodobieństwo tego, że będziesz się mega obżerać. Pić!

2. Woda – nie pić!

Czy warto pić wodę podczas jedzenia? Zdania są podzielone. Jednym przeszkadza (rozrzedza soki trawienne), innym pomaga (łatwiej przełknąć kęs). Myślę, że jeśli już ktoś musi to jednak lepiej mniej niż więcej. A osobom z kłopotami trawiennymi raczej odradzam mimo, iż woda dość szybko wchłania się z przewodu pokarmowego i teoretycznie nie ma jakiegoś wielkiego dramatu.

3. Zjedz białko.

Białko jest dobre. Polecam roślinne. Lubisz mięsko? Zjedz do tego coś kwaśnego, np. spróbuj z żurawiną, morelami, jabłkiem itp. Soczewica? Fasola? Dodaj pomidory, mogą być przetworzone – fajne i zdrowe połączenie.

4. Uważaj na cukier.

Nadmiar cukrów prostych w diecie sprzyja tyciu – wiadomo. Dlaczego? Dużo glukozy to hiper wyrzut insuliny. Upraszczając – pojawia się takie dość nieprzyjemne hasełko 'tkanko tłuszczowa, przybywaj!’. A TEGO BYŚMY CHYBA NIE CHCIELI, prawda?

5. Nie bój się tłuszczu.

Mam na myśli dobry tłuszcz. Dobrej jakości wartościowe oleje i tłuste ryby to Twoi przyjaciele. Nie ma szarpaniny z insuliną, zapewniają uczucie sytości, są źródłami cennych (niezbędnych!) substancji. Pamiętaj, że mega ważne witaminy (A, D, E, K) słabo wchłaniają się bez tłuszczu. Od tłuszczu utwardzonego (gotowce i inne atrakcje) trzymaj się z daleka.

6. Pamiętaj o błonniku.

Wypełnia dając uczucie sytości oraz działa jak miotełka z szufelką – a sio nieczystości pokarmowe! Krótko i zwięźle? Jedz warzywa! DUŻO WARZYW. Warzywami MOŻNA się obżerać.

7. Nie jedz gówien.

Cóż tu więcej rzec. Unikaj żywności przetworzonej, ”gotowców’ i produktów typu 'light’. Większość z nich to kaloryczno-zdrowotny DRAMAT.

8. Zapomnij o zbyt długich przerwach między posiłkami.

Nie zachęcam do jedzenia co 1-2h ale zjedzenie śniadania, a następnie czekanie 9-10 h na obiadokolację nie jest chyba zbyt dobrym pomysłem. To ZDECYDOWANIE zły pomysł.

9. Jedz świadomie.

Czyli powoli, uważnie. Doceń każdy kęs, pomyśl o smaku, nie połykaj w pośpiechu źle pogryzionego jedzenia. Nie jedz oglądając  (TV, na kompie itp).

10. Pomóż, gdy jest źle.

Wspomaganie trawienia czasem jest potrzebne. Tradycyjnie stosowane środki na niestrawność (np. ziołowe) mają sens, pod warunkiem, że nie przesadzisz i PRZECZYTASZ ULOTKĘ.

Banalne, prawda? Powodzenia!

apetyt

Gdy apetyt zanika.

Są momenty, dni, gdy nie jesteśmy w stanie nic przełknąć. Apetyt zero. Albo nawet na minusie. Organizm reaguje po swojemu na pewne wydarzenia i nie mamy na to wpływu. Aby nie doprowadzić do niepożądanych konsekwencji zdrowotnych, trzeba coś z tym zrobić. Oto trzy proste zasady, które pozwolą Ci przetrwać.

Mniej znaczy więcej.

Musisz COŚ zjeść. Cokolwiek. Wiem, że apetyt zerowy. Spróbuj. Byle mega napakowane na maksa wartościami odżywczymi. Jeśli chodzi o energię: 1 gram tłuszczu to 9 kcal, 1 gram białka czy węgli – ponad 2 x mniej bo 4 kcal. Co z tego wynika? Jak zjesz łyżkę tłuszczu, organizm będzie miał więcej paliwa niż po łyżeczce czegoś innego ale to nie znaczy, że masz lecieć do maka lub po drożdżówkę! Postaraj się zjeść coś wartościowego, np. kawałek awokado, garść orzechów, migdałów, jajko, kawałek tłustej ryby, kromkę chleba z masłem i/lub serem, kawałek gorzkiej czekolady (> 70 %), pestki dyni (bardzo przydatne na poprawę samopoczucia!) itp. Spróbuj wśród ulubionych potraw znaleźć tę najbardziej kaloryczną i wartościową, np. jajecznica na maśle klarowanym, mała kanapka z masłem i rybą lub z masłem, awokado i pestkami itd. Kawałek gorzkiej czekolady + orzechy/migdały/pestki dyni (!) to zastrzyk energii i cennych substancji wpływających na samopoczucie.

Napój bogów.

Dużo pij, dostarczając energii w postaci płynnej – to najłatwiejszy sposób! Organizm wbrew pozorom chętnie przyjmie napój bo nie musi babrać się z gryzieniem, rozgniataniem, przepychaniem, obracaniem, popychaniem – nic! Tylko sobie ten płynik leci elegancko. Co pić? Najlepiej soki wielowarzywne z dodatkiem dobrego oleju, wartościowe koktajle na bazie np. mleka roślinnego (orzechowego, migdałowego itp.), smoothie itp. Jeśli nie to świeże soki (sklep) lub prosta letnia woda z miodem – super pomysł. Napoje gazowane z toną cukru itp. odradzam chyba, że to ostatnia deska ratunku. Wtedy wybierz mądrze (mały poradnik tu). W bardzo skrajnych przypadkach można wypróbować napoje typu Nutridrink (w aptekach) – mała buteleczka nabita wszystkim co się da.

Ostatnia deska ratunku.

Jeśli apetyt znika na długo, warto odwiedzić specjalistę. Przyczyny mogą być różne, począwszy od sytuacji na tle nerwowym (np. silny stres), przez tematy parazytologiczne (pasożyty) na chorobach układu pokarmowego zakończywszy. Czasem proste badanie diagnostyczne lub nawet krótka rozmowa z fachowcem może pomóc rozwiązać problem.

Nie czekaj, działaj!

Kategorie: Odżywianie
zakupy

Zakupy – bądź ninja w spożywczym.

Zakupy – jedni kochają leniwie przesuwać się między alejkami, niespiesznie oglądać nowości, wkładać do koszyka starannie wybrane rarytasy, dla innych jest to przykra konieczność. Czy da się zrobić zakupy w 15 minut? Da, jeśli dobrze się do tego przygotujesz.

Zasada nr 1.

NIGDY nie chodź na zakupy na głodzie. NIGDY. Jak Mózg idzie głodny do sklepu, będzie szukał torpedy żeby tylko przeżyć bo przecież zaraz może być koniec świata i on na wszelki wypadek właśnie teraz musi nażreć się byle czego. W skrócie – sięgniesz nie po to co trzeba.

Zasada nr 2.

Warto mieć listę. Przejrzyjmy w skrócie podstawowe grupy produktów czyli co warto włożyć do koszyka.

Warzywa.

Lubisz? Bierz wszystko, jak leci – co Ci wpadnie w ręce. Im więcej tym lepiej. Nie lubisz? Bierz cokolwiek. Najlepiej zielone. Wszystkie warzywa zawierają mnóstwo cennych substancji ale zielone mają najfajniejsze. Nie cierpisz warzyw? Przemycaj ile się da i gdzie się da. Np. natkę pietruszki (jako dodatek) – mega fajna sprawa do wielu posiłków (np. kanapek, zupy itd.). Pomidory (np. do kanapki), marchewka (np. surówka, sok), burak (np. sok, do sera), szpinak (np. do kanapki, do makaronu), cebula, czosnek, szczypiorek (np. kanapki), słowem – cokolwiek byle jak najwięcej. Nie masz czasu? Kup mrożone – doskonały wybór.

Kapusta kiszona, czosnek / cebula / por !!! (Pełna lista top 10 antyrakowa tu.)

Warzywa mają wypełniać najwięcej miejsca w koszyku!

Będąc przy dziale warzywnym lub na przyprawach, poszukaj od razu kurkumy (np. obiad) i imbiru (np. do herbaty) – warto mieć w domu i używać.

Owoce.

Bez szaleństw i nie na noc ale warto kupić, zwłaszcza sezonowe, krajowe są super.

Mięso.

Jak kto lubi. Wychodzę z założenia, że jednak jak najmniej. Częściej indyk niż kurczak, czasem wołowina. Zero gotowców, zwłaszcza mielonych. Ryby – koniecznie! 1-2 x w tygodniu, jakie? Mała podpowiedź była tu.
Szynka – ja nie kupuję, a jeśli juz to 97% mięsa i najlepiej bez azotanów. Oczywiście, że kiedyś jadłam wędliny na tony, parówki też (do momentu gdy obejrzałam film o ich wytwarzaniu – prawie zwymiotowałam), nadal uwielbiam chudą suchą krakowską ale jem sporadycznie, ze 2-3 razy w roku.

Nabiał.

Jak kto lubi, jak kto uważa. Mleko chude (poniżej 2%) trochę nie ma sensu. Lepiej mniej, a 3.2% i raczej mikrofiltrowane nisko pasteryzowane niż UHT. Ja nie kupuję mleka krowiego, jak już – używam roślinne. Jogurt – najlepiej naturalny. Owocowy to trochę słaby pomysł – to zwykle naturalny z 3-4 łyżeczkami cukru. Sery żółte – warto ale z umiarem. Pleśniowe sporadycznie.

Jajka.

Warto ale najlepiej '1′ lub '0′. Nie bać się cholesterolu – jajka mają więcej zalet niż wad.

Makarony itp.

Teoretycznie pszenica durum jest lepsza niż zwykła ale z drugiej strony durum ma więcej glutenu więc samodzielnie zdecyduj co wolisz. Fajne są makarony z mąki gryczanej itp. Spróbuj też częściej kupować kasze zamiast makaronów. Zobacz którą najbardziej lubisz. Polecam jaglaną – jest bardzo wartościowa, jęczmienną np. pęczak itd.

Warzywa strączkowe.

Fasole, soczewice – różne kolory. Warto! Banalne w przygotowaniu, zdrowe, sycące, niskokaloryczne. Zupa, drugie (do kaszy), lunch (do sałatki), słodycze (serio!) – poszukajcie ulubionych przepisów. Fajna, tania, powszechnie dostępna baza dla wielu potraw.

Chleb.

Ciężko znaleźć dobry, piekarnie zwykle mają 1 – 2 dobre a resztę 'ze wspomaganiem’. Zdecydowanie na zakwasie, raczej żytni a jeśli kochasz pszenny – spróbuj orkiszowego.

Płatki.

Owsiane górskie! Bogate w cenne wartości, chociaż te błyskawiczne też mają swoje zalety (czas przygotowania). Musli – bywa różnie, pisałam o tym tu. Crunchy, platko-chrupki i inne dziwne gotowe cuda – raczej dno i tona cukru.

Tłuszcze.

Olej lniany lub coś w ten deseń – wyłącznie na zimno! Warto trzymać w lodówce, cenne substancje są wrażliwe na światło i ciepło. Do smazenia co tam lubicie: rzepak, kokos nierafinowany, masło klarowane – byle nie oleje do stosowania na zimno (oliwa do krótkiego obsmażania). Masło – zwykłe, dobre, polskie, 82% tłuszczu i koniec kropka – daj spokój z tym cholesterolem. Gówien z utwardzonym nie jedz, a nie przejmujesz się kromką z masłem.

Przypominam o bardzo fajnych źródłach tłuszczu: orzechy i pestki, awokado (do jedzenia lub smarowania chleba), oliwki.

Orzechy, migdały, pestki.

Tak, tak, tak! Bezwzględnie obecne na liście. Uratują Cię przed spadkiem formy, nastroju, wilczym apetytem (+ moralniakiem po maku) i…’ciastkami konferencyjnymi’!

Słodycze.

Czekolada gorzka 70% i wzwyż, suszone morele i inne (ale NIE kandyzowane, dosłodzone itp.) owoce, najlepiej bez siarki. Raczej nie na noc. Niestety zdrowsze słodycze to te samodzielnie zrobione (np. banalne i szybkie ciastka: płatki owsiane + bakalie + jajka + kakao) niż kupowane. Kakao (zwykłe – gorzkie) warto mieć i stosować (byle z umiarem).

Dosładzacz – naturalny miód z POLSKI. Nie z Chin, nie mieszanka z UE i spoza UE itd. (dlaczego? Zajrzyj tu). Jak ktoś kocha białe kryształki i musza być białe kryształki, może być np. ksylitol ale uwaga z tymi zamiennikami (przeczytajcie to).

Mąka do naleśników.

Wiadomo, że bezglutenowo jest trudniej więc jak już – warto raczej orkiszową (odmiana pszennej) niż pszenną, warto mieszać kilka różnych – próbuj, eksperymentuj, dodawaj pełnoziarniste. Na blogach kulinarnych jest mnóstwo sprawdzonych przepisów, ja nie jestem specem od gotowania więc nie będę ściemniała, że się na tym jakoś mega znam.

Poprawiacze mdłych dań.

Dopiero zaczynasz przygodę z lepszym stylem odżywiania? Coś tam niby gotujesz ale nie jesteś wirtuozem (witaj w klubie)? Nie martw się, jest na to rada! Warto mieć w domu sól, ajwar, zioła (byle nie dziwne miksy), sos sojowy i ketchup (ale dobrej jakości!). Już niewielkie ilości jednego z poprawiaczy podkręcą smak, zwłaszcza warzyw – w końcu ma być nie tylko zdrowo ale też smacznie prawda?

Woda.

Tak, zwykła woda niegazowana. Zero idiotycznych napojów (przeczytaj tu), soków z koncentratu etc. Jak chcesz wypić soczek to raczej wybrałabym ten jednodniowy. Najlepiej warzywny lub chociaż z dodatkiem warzyw – teraz można je kupić już wszędzie. Kochasz gazowane, a nie chce Ci się robić samodzielnie? Rzuć okiem na ten ranking napojów, może coś pomoże.

Uwagi końcowe.

1. Nie bój się tłuszczu. To przez cukier i brak ruchu odkłada się tkanka tłuszczowa. Niebawem wytlumaczę Ci (w prosty sposób) dlaczego.

2. Generalnie organizm raczej nie lubi odżywiania monotonnego, diety kapuścianej, ananasowej i innych typu 'od dziś jem tylko…’ UROZMAICENIE powinno być kluczem jakim kierujesz się podczas zakupów.

3. Nie ma produktów wyłącznie zdrowych. Wszystko ma swoje wady i zalety, nawet superfoods. Mało tego! Coś, co dla jednej osoby jest super zdrowe i potrzebne dla kogoś innego może być wręcz szkodliwe. Uwierz mi, o każdym produkcie spożywczym mogę powiedzieć sporo dobrego i często tyle samo złego – sorry, taki mamy klimat!

Zatem wszystkiego po trochu, z przewagą dobrej jakości (!) prostych produktów. Wiem, że uda Ci się, początki są trudne i czasochłonne ale zobaczysz – wyrobisz w sobie nawyk i wkrótce staniesz się ninja zakupów spożywki! Do dzieła!

Zakupy

Co mogę zjeść na noc?

To pytanie zadaje sobie czasem każdy z nas. Ja najchętniej usłyszałabym 'co tylko chcesz!’ albo chociaż 'deska serów i kieliszek wina brzmi ok!’. No dobra, może być po prostu 'porcja lodów czekoladowych z advocatem’ i po sprawie.

Sorry ale NIE.

To tak, jakby ktoś mnie zapytał 'Aniu, ile mogę wypić wódki, żeby jutro rano nie mieć kaca?’. Szczerze? Nie mam bladego pojęcia. Każdy z nas inaczej metabolizuje alkohol, sami wiecie jaki może być rozrzut. Ale jest jedna odpowiedź, która zawsze pasuje i każdemu się sprawdzi: ZERO. Jak wypijesz zero alkoholu, to na bank nie będziesz mieć kaca, proste.

Podobnie jest z jedzeniem na noc.

Szklanka ciepłego mleka? Powiedz to osobom, które nie tolerują laktozy! Porcja owoców? Świetny wybór! Zwłaszcza docukrzonych suszonych, najlepiej od razu pół paczki – organizm na pewno będzie zachwycony 7 łyżeczkami cukru na dobranoc. Tak, świeże owoce też nie bardzo. Może makaron razowy? Zdrowe węglowodany złożone! Super – przewód pokarmowy właśnie marzył o tym, żeby zamiast iść spać – zakasać rękawy i wziąć się za odczepianie tych cholernych cukrów z łańcucha. No rewelacyjna noc się szykuje. To może produkty 'light’? Zero tłuszczu, tona cukru przykładowo? Widzicie to mordercze spojrzenie trzustki? Wiecie co ona zaraz zrobi z tym light-cukrem na noc? Przywali go Wam w oponę np. na brzuchu. Każdusieńki jeden gramik. Wszystko pójdzie w pas i/lub biodra. Pomijając te 'lekkie’ z niską zawartością tłuszczu nadrabiające wysoką cukru (słabo) – dodatki spożywcze też nie są mile widziane na noc. Wątroba ma w dupie Wasze wyniki badań oraz to, że te wszystkie E są dopuszczone do spożycia i są to bezpieczne dawki dla szczurów.

Czego bym nie napisała – zawsze będzie coś nie tak.

Zawsze jest jakieś 'ale’, a wiesz dlaczego? Bo organizm wieczorkiem jak szykujesz się do snu, szykuje się razem z Tobą. Cały dzień marzysz o ciepłym łóżeczku i odpoczynku? On też. Organizm lubi jak dostarczasz mu żarcia na spokojnie i na bieżąco, bez szarpaniny w stylu 'cały dzień jestem na diecie’ a o 23:00 następuje zwolnienie blokady losującej w drzwiach lodówki.

Nie może być tak, że od rana trzymasz fason i dzielnie odmawiasz czekoladowych muffinów (700kcal) do kawy, a do filmu czy playstation wpierdzielasz pakę słonego gówna albo wiadro lodów. Ok, od dzwonu można taki odpust zrobić ALE uważaj! Raz, drugi zrobisz i poźniej zaczną się teksty 'ojtam ojtam’, 'na coś trzeba umrzeć’, 'warzywa też są be bo zawierają pestycydy’ itp. Do żarcia na noc łatwo się przyzwyczaić.

Co zrobić?

Nie jestem fanem diet 'po 18:00 nic nie jem!’ jeśli nie wynika to ze względów zdrowotnych. Jak się ratować? Nie dopuszczać do nocnych ataków głodu. Przezorny zawsze ubezpieczony: ZJEŚĆ KOLACJĘ! Jakieś 3h przed snem. Coś lekkiego, coś co lubicie. Coś, co nie zawiera tony cukru i tłuszczu utwardzonego. Z braku czasu może być kilka orzechów czy migdałów, może trochę pestek dyni lub słonecznika?

No fajnie, fajnie a TUŻ przed snem?

Nie chcecie tego usłyszeć ale odpowiem. Jeśli nie wynika to ze względów zdrowotnych, nie karmicie piersią itd. – najlepiej NIC. Jeśli macie z tym duży problem, może warto znaleźć dobrego (!) dietetyka, który indywidualnie dobierze jadłospis? Dla mnie jest to podstawowa sprawa – INDYWIDUALNY dobór. Zalecenia typu 'dla wszystkich’, 'wszyscy mogą’, 'jedz do woli’ uważam za trochę niebezpieczne.

Jeśli jednak musiałabym coś Wam doradzić odnośnie jedzenia na noc – polecam produkty, dania LEKKOSTRAWNE, o niskiej zawartości cukru.

Nie wiecie co to znaczy lekkostrawne?

Nie martwcie się, już wyjaśniam. Chodzi o to, żeby nie wkurzać przewodu pokarmowego na noc. To jak wejście do sklepu 5 min przed zamknięciem, gdy wydrukowali już raport fiskalny. Organizm taki raport sobie elegancko drukuje, a Wy mu wyjeżdżacie nagle z kabanosa. Raczej słabo, co? Jak już musicie – wrzucie mu coś, z czym upora się szybko i bezboleśnie, a później będzie mógł odpocząć. Widziałam ciekawe propozycje na stronie jednego ze szpitali, rzućcie okiem. To tylko ogólne założenia – dostosujcie je do siebie, tego co lubicie. Chudy jogurt naturalny bez dodatków? Chuda galaretka warzywna lub mięsna?

Co zrobić gdy szykuje się wieczorny nasiad?

Spróbujcie zamienić ciężką artylerię na coś lżejszego. Chipsy (33g tłuszczu /100g produktu) na nachosy (20g / 100g) – jak już nie ma innej opcji. A co sądzicie o świeżym, cieplutkim popcornie na małej ilości tłuszczu? Nieśmiertelne kabanosy i parówki zamieńcie na chudą wędlinę czy chudą kiełbasę, słone, tłuste precelki itp. na lżejsze kanapki a może warzywa + dipy na bazie jogurtu? Może hummus + chlebek naan?

Kombinujcie! Przewód pokarmowy będzie Wam wdzięczny, dogada się z całym organizmem i wspólnie odwdzięczą się Wam spokojniejszym snem i lepszym samopoczuciem od rana. Opłaca się!

gluten

Gluten – prawdy i mity.

Gluten to składnik mąki.

Mit. Potocznie mówi się, że gluten jest w mące ale to uproszczenie. Mąka zawiera jedynie białka glutenowe. Gluten jest tworem sztucznym, powstającym w obecności wody dopiero podczas mieszania ciasta.

Gluten

Gluten to toksyna.

Prawda i mit. Gluten to niejednorodne białko występujące w różnych zbożach. W przeliczeniu na suchą masę zawiera 75-86% białka, do 10% polisacharydów, ok. 8% lipidów i ok. 2% składników mineralnych. Wśród białek glutenu pszennego występują przede wszystkim gliadyny (prolaminy pszenicy) – ok. 50%, gluteniny (gluteliny pszenicy) – ok. 35-40% oraz albuminy. Ma swoje wady i zalety natomiast rzeczywiście toksyczny jest dla osób chorych na celiakię (istnieją doniesienia dotyczące toksyczności glutenu dla osób bez celiakii ale wyniki badań są jeszcze niejednoznaczne).

Gluten jest tylko w pszenicy.

Mit. Do glutenu zostały też zaliczone prolaminy innych zbóż.

gluten  gluten

 

Cały wpis jest częścią lekcji o glutenie, którą znajdziesz w kursie Programowanie Żywieniowe Dorosłych oraz Programowanie Żywieniowe Dorosłych. Nabór na szkolenia jest dwa razy w roku, wtedy cena kursu niższa jest nawet o 50% (pierwszy dzień zapisów).

Kategorie: Odżywianie

Tawerna Orłowska

Tawerna Orłowska w Gdyni to miejsce gdzie zaglądam na kawkę. Było zatem tylko kwestią czasu, kiedy uśmiechnę się do obsługi o skład tego i owego.

Zaczęłam od słodyczy.

Wiadomo. Zamówiłam brownie.

image

Wiem, że wiele osób teraz mi współczuje, takie niezdrowe i kaloryczne – masakra. Dziękuję ale wiecie – musiałam się poświęcić.
Po konsumpcji zapytałam (grzecznie) kelnera o skład, nie znał – podeszłam zatem do baru.

Nieśmiertelne pytanie ’a po co to pani?’ zawsze przyprawia mnie w myślach o atak histerycznego śmiechu. Jasny gwint, czy to takie dziwne, że chcę wiedzieć co jem? Jak w karcie jest 'Przysmak Królowej’ to chyba do cholery jest istotne czy to sernik czy pasztet, prawda? A więc chcę wiedzieć czy to jest brownie-brownie czy brownie-czekoladopodobna, brązowa, nasączona tłuszczem palmowym gąbka.

O dziwo…

Pan Manager był miły mimo, iż miałam na sobie kalosze (dla niepoznaki, że niby taka turystka). Do tego jakaś gadka o straszliwych chorobach metabolicznych, a może po prostu pomogły sztuczne rzesy (jak nie to zawsze pozostaje styl słodka idiotka – koleżanka mówiła, że kolega jej mówił, że podobno niektórzy mężczyźni to lubią).

Summa summarum.

Dowiedziałam się, że ciasto ma ok. 6 łyżeczek cukru (ekhm) i 6 tłuszczu, poznałam także dokładny skład (miły pan wysłał wieczorem maila z info). Prosty przepis bez udziwnień. Pan Manager dość odkrywczo zauważył, że brownie 'nie jest ciastem dietetycznym’. Okazało się też, że potrafi (Pan Manager) używać kalkulatora albo przynajmniej nieźle symuluje, pozdrawiam tak przy okazji! (Naturalnie Pana Managera, a nie kalkulator.)

O, już słyszę te Wasze 'ojezusy’ i 'omajgady’.

Jak wiecie nie jestem fanem diety 'nie wolno’ jeśli nie ma uwarunkowań zdrowotnych – już kiedyś o tym pisałam, o tu.
Jak mam ochotę zjeść chamskie brownie to jem chamskie brownie: na kilogramie masła, tonach glutenu i 100 tabliczkach czekolady, a nie brownie light: na wypełniaczach, spulchniaczach, syropach, czekoladopodobnej palmowej brei i obowiązkowo barwniku + aromacie cobym to mogła sobie ewentualnie wyobrazić, że jem czekoladowe brownie. Jak chcę zjeść chamskie ciasto to nie przychodzę do cukierni i nie pytam które to ciastunio jest bez cukru, tłuszczu i sensu, a tak w ogóle to chciałam polizać przez szybkę.

Nie jem takich bomb codziennie.

Wiem też, że muszę wtedy zrobić wyrwę w całodziennym jadłospisie (ZERO innych słodyczy, cukru, tłuszczów nasyconych itd.) oraz musowo aktywność fizyczna (np. parkuję daleko samochód – wtedy nie mam wyjścia, hehe).

Zaraz, zaraz – to nie znaczy, że można mnie przekupić blachą bezglutenowego brownie z najlepszej czekolady gorzkiej z sosem z ekologicznych malin i kulką dobrej jakości lodów, które wygrały ranking (hmm w sumie teraz jak to napisałam to sama nie wiem… Ok, ŻARTUJĘ – nie można).

Następnym razem.

Przetestuję standardowe menu. Jakieś video z eventu? Obowiązkowo nagram dyskusję o składzie – sami zobaczycie co i jak. Jak byłam ostatnim razem – było średnio w tym temacie a szkoda bo knajpa ma klimat i ogromny potencjał – moim zdaniem nie wykorzystany.

Tak więc, Droga Tawerno Orłowska, za brownie macie u mnie plusa – jedzenie jeszcze raz obczaję bo nie podeszło mi kompletnie jak dotąd.

Zatem, do zobaczenia!

babci

List do Babci i Dziadka.

Droga Babciu, drogi Dziadku!

Zanim powiesz, że wiesz lepiej, że kiedyś było inaczej, że mam nie zabierać dzieciństwa itd., przeczytaj proszę do końca.

Praktycznie codziennie dostaję wiadomości, komentarze, sygnały od zrozpaczonych matek – one nie wiedzą już co robić. Jak do Ciebie trafić.

Jeszcze w ciąży dbają o to co jedzą, po porodzie gotują i przecierają te cholerne papki, pilnują aby cukier pojawił się w życiu dziecka jak najpóźniej i w jak najbardziej przyjaznej formie, wkładają wysiłek w minimum chemii na talerzu i nagle bang! Przyjeżdżają dziadkowie.

Hulaj dusza, piekła nie ma.

Pół działu typu łakocie, witaminy, zdrowy start, mleko i zboża i co tam jeszcze wymyślisz ze sklepu spożywczego ląduje na stole, plus obowiązkowo kilogramy lepszych i gorszych czekolad.

Bo to Zła Matka była.

'Ona już zwariowała z tym jedzeniem, 'przesadza’ ‚dlaczego nie daje dziecku niczego słodkiego’, ‚dzieci potrzebują cukru’, ‚bo Wnusia tak prosiła’, ‚bo kocham’, 'oj tam oj tam’.

Po co te złośliwości, drwiny?

Dlaczego podważasz autorytet matki? To, że czegoś nie rozumiesz lub że masz inne zdanie NIE OZNACZA, ŻE MASZ RACJĘ. Dlaczego wprowadzasz dziwną atmosferę domową, nie potrafiąc uszanować zasad?

Rozumiem, że chcesz jak najlepiej.

Wiem, że Dziadkowie są od rozpieszczania. Tak, masz prawo nie być na bieżąco z najnowszywmi wytycznymi żywieniowymi, możesz nie wiedzieć.

Producenci są sprytni, ukrywają tony cukru pod krystaliczną powłoką pseudo zalet, a jak przyciśnie się ich do muru to udają głupków ale uwierz: Twoja córka, syn, zięć, synowa są często doskonale zorientowani.

WYSTARCZY ZAPYTAĆ.

Chcesz kupić coś dzieciakom? Kup książkę, kolorowankę z naklejkami za 2.99pln, gazetkę z durnym gratisem, który cieszy czasem bardziej niż milion dolarów, śmieszne plasterki na skaleczenie z bohaterami z bajek (zawsze wiszą przy kasie), albo jak już jedzenie – jakąś alternatywę, np. bakalie, batonika owocowo-orzechowego. 

Jeśli MUSI być czekolada – wybieraj tę dobrej jakości, czyli minimalna ilość składników (NIE biała, NIE nadziewana) i najlepiej z całymi orzechami.

Niech dzieci kojarzą słodycze z owocami, orzechami, polskim miodem naturalnym, a nie z gównem w kolorowym opakowaniu. 

Słodzony napój w kolorze marchewki nie zastąpi marchewki choćby nie wiem jak się starać, a do picia służy WODA, nie łoter z siugar.

Pseudo kakałko, pseudo jogurcik, pseudo miłość.

Jeśli kochasz, zadbaj o przyszłość swoich wnuków. Fajna przyszłość to nie jest fundowanie cukrzycy, otyłości i w konsekwencji problemów psychologicznych, hormonalnych i całego kalejdoskopu zdarzeń. Bo nie każde dziecko potrafi ‚zostawić na później’. Nie każde biega cały dzień po podwórku jak kiedyś.

Te słodkości za którymi tęsknisz, których najczęściej w Twoim domu kiedyś nie było – NIE ISTNIEJĄ. W ich miejsce, taśmą produkcyjną płynie najczęściej ściek. Na sklepowych półkach leży sztucznie farbowane BYLE CO z dobrym marketingiem, dobrą reklamą telewizyjną i uśmiechniętą buzią na opakowaniu. Te uśmiechnięte dzieciaki ze szklanego ekranu nawet kijem nie dotkną gówna z tłuszczem częściowo utwardzonym, które reklamują, które tak ufnie kupujesz.

Jeśli kochasz swoje wnuki – poświęć im CZAS, opowiedz ciekawe HISTORIE, zróbcie WSPÓLNIE zdrowe, smaczne ciasto marchewkowe, ciastka owsiane ale błagam – NIE KUPUJ GÓWNIANYCH PRODUKTÓW spożywczych 'dla dzieci’.

O to proszą Cię teraz Twoje Dzieci. Za to podziękują Ci później Twoje Wnuki.

Steki z łososia.

Z czym kojarzy Wam się słowo 'stek’? Z plastrem mięsa? Stek wołowy, stek z halibuta, steki z łososia? Ja mam właśnie takie skojarzenia: generalnie 100% mięsa w mięsie.

Aż tu nagle…

Znalazłam więc (przypadkowo oczywiście) apetycznie wyglądające steki z łososia. Mój ambiwalentny stosunek do łososia znacie, kilka faktów z których ten stosunek wynika opisałam kiedyś we wpisie o rybach. Ale do rzeczy: stek, czyli kawałek mięsa, czytam zatem co w składzie.

Processed with MOLDIV

Generalnie nie mam nic do Frosty – cenię ich politykę transparentności i ciekawe zestawy mrożonek ALE 59% mięsa w steku to chyba lekka przesada. Napisane jak byk: 'steki’. Nie jest napisane 'panierowane steki’. Owszem, na obrazku panierka ale może 'to tylko propozycja podania’? Poza tym wizualnie – cienka jak pergamin! Delikatna jak welon panny młodej! A tu nagle hyc! Z welonu robi się poliestrowy koc w kratę o grubości 41%. I niby nie ma dramatu bo mąka, olej, jakieś (powiedzmy) akceptowalne (poza glukozą, jest jej mało na szczęście) dla większości ludzi drobiazgi ale ilościowo to prawie połowa masy produktu… W steku?!

O co chodzi?

Nie nazywam stekiem kotleta schabowego, nie nazywam stekiem de volaille’a, nie nazywam też stekiem innych panierowanych atrakcji. Ba! Sama Frosta nie nazywa, przykładowo 'Przysmak rybny’. Tu na dzień dobry domyślam się, że ryba będzie dodatkiem (szpinaku jakby się kto pytał 6% w 18% sosu – jak wiadomo, każdy chodzi z notesem i kalkulatorem więc sobie na zakupkach zawsze szybciutko przeliczy, że to 1% całości – blokując przy okazji wąskie przejście przy mrożonkach).

Processed with MOLDIV

I faktycznie: ryby 45% ale nie czepiam się – ostrzegaliście. Ale 'steki’?

Droga Frosto, stejk to stejk, a nie jakiś panierowany przebieraniec z kocem na głowie.

mafia

Mafia Pokarmowa.

Co to mafia – chyba nie muszę tłumaczyć. Ale pewnie nie każdy zdaje sobie sprawę, że w organizmie również funkcjonuje coś na kształt zorganizowanej grupy zdarza się, że przestępczej. Tworzą ją najczęściej żołądek i mózg ale zwykle zatacza szersze kręgi. To Mafia Pokarmowa.

Kupiłaś ciastko, zjadłaś 3/4 i masz dosyć? Wybuliłeś za zapieksa ale w połowie czujesz się najedzony? Jeśli masz opcję i ochotę dokończyć później – schowaj do lodówki na 'za 2-3h’.

Jeśli nie – dobrze Ci radzę: WYWAL RESZTĘ.

Nie kieruj się zasadami.

A zwłaszcza zasadą 'zjedz bo drogie’. Albo 'nie może się zmarnować’, 'nie wypada zostawiać’. Wszystko prawda ale trzeba myśleć o tym wcześniej nakładając na talerz mniej, dzieląc się z kimś lub zamawiając mniej, mniejszą porcję, wersję standard zamiast XXL, jedząc regularnie, nie doprowadzając do napadów głodu i zamawiania bez sensu itp. itd. Jak już zadrzesz z mafią, zapomnij o zasadach.

Nie warto jeść na zapas.

Szanuj swój organizm i jego wyraźne ’nie, dziękuję’. Respektuj czyjeś ’już nie mogę’. Im częściej będziesz to olewał/a, tym szybciej układ pokarmowy i mózg skumają, że masz ich gdzieś – może zrobić sie niemiło, bo oni mają duże wpływy, jak to mafia. Warto mieć z taką bandą siemkę, żeby nie dostać łomotu któregoś pięknego dnia. Albo otyłości trzeciego stopnia. Ty słuchasz ich, oni współpracują z Tobą i wszyscy są szczęśliwi.

Dojadanie.

Po innych oraz po dzieciach też się liczy i to podwójnie bo wszyscy myślą, że się nie liczy. Mózg machnie na to ręką ale żołądek ma taki mały notesik w kieszeni. Ma skubaniec taki mały kołonotatniczek i tam wszyściutko zapisuje. A później jak przyjdzie co do czego to w ryj cukrzycą. Bo jak mafia pokarmowa dogada się z trzustką – po Tobie. Koniec.

Uważaj.

Oni generalnie mają sporo wspólnych biznesów, więc jest bardzo prawdopodobne, że się dogadali już nawet. Konotacje, kolaboracje, inne trudne wyrazy i nagle bęc! Wyskakuj z kaski na badania i leki bo wysepki Langerhansa mają Cię zasadniczo w dupie i tyle z baletów na mieście.

Słuchaj swojego organizmu, Twoja mafia pokarmowa da znać, że jest najedzony. Jeśli jesz szybko – zjesz więcej bo zanim mózg wstanie (a jak wiadomo w mafii bywa różnie, może przecież być na kacu czy coś i ma opóźniony zapłon) to minie z 15 min. Jak jesz wolno i spokojnie – wszyscy są zadowoleni. Jak nie jesz na siłę i nie dojadasz do końca 'bo wypada’ – nie rozpychasz bez sensu żołądka i jest ok.
Mafia pokarmowa lubi jak jest ok więc pilnuj, żeby było ok.

Jak wybrać dobre musli?

Żeby wybrać dobre musli warto odpowiedzieć sobie najpierw na bardzo proste pytanie – ma być zdrowo czy nie? Jeśli masz wylane – sprawa jest prosta bo kupujesz cokolwiek a najczęściej to, co ma dobrą reklamę czyli badziew w ładnym opakowaniu. Jeśli chcesz kupić dobry produkt, rzuć okiem na kilka wskazówek ode mnie.

Jak rozpoznać dobre musli na pierwszy rzut oka.

Spójrz na zawartość cukru w tabeli. O tym jak to zrobić pisałam tu. Jeśli musli zawiera 7-10g cukru na 100g – może być, 15-20g już niekoniecznie, powyżej 20 – wywal.
Dodatkowo: crunchy z definicji jest słabsze.

Jeśli masz więcej czasu.

Zwróć uwagę na skład. Każde słowo 'cukier’, 'syrop’ itp. powinno wzbudzić Twoją niechęć – wywalić. Nie podoba mi się również 'ekstrudat’ (papka zbożowa najczęściej z cukrem) – wywal. Dobrze jest unikać dodatkowych składników typu ’emulgator’, 'aromat’ itp. Ja nie lubię też (niby dobrych) składników typu 'olej’, 'tłuszcz’ bo kupując zdrowy produkt mam je w naturalnej postaci – nie potrzebuję dosypki. Stosując jeszcze bardziej ostre kryteria – nie lubię płatków kukurydzianych (bo zwykle są z cukrem), 'dwutlenku siarki’, 'regulatora kwasowości’ itp. Zdrowe musli to proste musli.

Czego szukać?

Co najchętniej kupuję? Zróżnicowany (zboża) skład, np.: płatki jęczmienne + owsiane + żytnie. Cenię obecność orzechów, migdałów, pestek, nasion, np. siemię lniane, słonecznik, dynia itd. Jeśli nie masz alergii, mogą być też orzechy ziemne.

Przejdźmy do konkretów.

Tym razem wytłumaczę to na przykładzie musli z Lidla. Mam dwa rodzaje bio, dwa rodzaje premium i dwa zwykłe.

Bio.

Processed with MOLDIVProcessed with MOLDIVNo fajnie, że bio ale co z tego jak zawartość cukru – masakra. Obecność ekstrudatu – słabo.
Crunchy z definicji jest mniej zdrowe więc nie kopmy leżącego.
Wholegrain byłoby fajne ale nie jest bo zasypali cenne składniki cukrem, słowo 'trzcinowy’ nie rzuca mnie na kolana bo nie jestem idiotą (wiecie jaki mam stosunek do cukru, pisałam o tym tu).
Cenamasakra jak na taki skład. Co ciekawe to samo musli bio w niemiecki lidlu kosztuje 2.59€…

Premium.

Processed with MOLDIVProcessed with MOLDIV

Zawartość cukru – dramat. Ależ ja doskonale zdaję sobie sprawę, że wynika to z obecności owoców. Problem w tym, że JA NIE CHCĘ żreć nasmarowanych jakimś tłuszczem, często dodatkowo przecukrzonych (ananas, banan, papaja itd.) owoców z regulatorami kwasowości i przeciwutleniaczami i jeszcze za to dodatkowo płacić! To chyba żart!

Klasyczne.

Processed with MOLDIVProcessed with MOLDIV

Więcej płatków, trochę pestek, nasion, orzechów – fajnie ale znów to owocowe (pomarańczowe opakowanie) zawiera sporo cukru (czyli częściowo odbajerzone owoce). Zwykłe (granatowe opakowanie) muesli z rodzynkami i orzechami wygląda za to dość przytomnie. Nie ideał ale moim zdaniem najlepsze z całego zestawu. Cena 8pln za 1000g. Dobrze liczysz: jest 4 x tańsze od BIO.

Podsumowując.

image

Masz nadmiar gotówki i koniecznie musi być bio? Wybierz pełnoziarniste, byle nie crunchy.
Masz mniejszy budżet? Wybiesz zwykłe: dużo płatków, trochę owoców ale przede wszystkim to co bardzo cenne czyli orzechy, migdały, pestki, nasiona.
Powodzenia!

Ps. Jeśli myślisz, że komuś przydadzą się te wskazówki – udostępnij proszę ten tekst. Po co pochłaniać tony cukru i jeszcze za to przepłacać…?

Lubisz żelki? Kupujesz żelki swojemu dziecku?


Jeśli myślisz, że żelki mogą być choć trochę zdrowe bo dostarczą Tobie lub Twojemu Dziecku cennych substancji typu witaminy- ten tekst jest dla Ciebie.

Szlag mnie trafia jak widzę reklamy syropów cukrowych z cukrem i bajerami pod hasłem 'mleko’ oraz 'jogurt’ albo jeszcze lepiej: 'witaminy’. Najgorsze jest to, że te cuda weszły do aptek i stoją dumnie na półkach na wysokości Twoich oczu i oczu Twojego dziecka, najlepiej jak najbliżej lady.

Marketing – rozumiem.

Ale do jasnej cholery czemu znowu strzał w dzieci i dlaczego tak zmasowane działania w aptekach?! Zauważyliście, że na prawie żadnym opakowaniu aptecznym NIE MA PODANEJ ZAWARTOŚCI CUKRU? Sprawdzałam!

Powiem Wam dlaczego: bo nie musi, bo wynosi ona od ponad 50 do nawet prawie 80%! Przeciętna paczka (100g) żelków to minimum (!) 11 łyżeczek cukru. 

Rekordzista zawierał prawie 16 łyżeczek. W JEDNYM małym (100g) opakowaniu. Serio.

Nie wiem kto rozpoczął modę na ładowanie różnych rzeczy w żelki i udawanie, że są zdrowe ale osoba ta na pewno nieźle na tym zarobiła, mając przy okazji w nosie zdrowie Wasze i Waszych Dzieci – możecie być tego pewni.

Poza tym, ludzie! To są żelki!

Jakie mleko! Jaki jogurt! Jakie witaminy! Ten produkt ma w składzie głównie syrop glukozowy lub glukozowo-fruktozowy plus cukier!

TO NIE ŻART!

Mleka czy jogurtu jest ok. 5% (1 łyżeczka na paczkę!) a na otarcie łez jakieś zhydrolizowane białka.
Czym Wy chcecie odżywić siebie i te biedne dzieciaki? Łyżeczką (ok. 5% na całość) soku z zagęszczonych soków? Regulatorami kwasowości? Aromatami? Koncentratami barwiącymi? Żelatyną i substancją żelującą? Czy nabłyszczającymi woskami?
Jeśli tak, to zacznijcie już odkładać kasę na leczenie cukrzycy, otyłości, próchnicy oraz innych ciekawych atrakcji, które fundujecie sobie i swoim dzieciom ładując w nie tony cukru.

Bo chyba nie myślicie, że tych kilka witaminek wchłania się tak samo z syropu glukozowego (czy glukozowo-fruktozowego) jak ze źródeł naturalnych typu warzywa czy owoce…?

10 produktów, które poprawią skórę lepiej niż kosmetyczka.

Możesz wydawać kupę kasy na wizyty i kosmetyki ale jeśli nie idzie za tym prawdziwa dbałość o skórę – nic z tego nie będzie. Na szczęście są produkty, które szczególnie warto spożywać bo poprawią skórę szybko i skutecznie. Większość z nich jest tania i powszechnie dostępna, W PRZECIWIEŃSTWIE do zabiegów, suplementów i kremów specjalistycznych.

1. Woda.

Nie ma nic gorszego dla organizmu (również skóry) niż niska podaż płynów. Ale nie w postaci napojów gazowanych lub innych produktów zawierających cukier, który przyspiesza starzenie się skóry. Zwykłej wody nie zastąpi nawet najdroższy nawilżający krem. Pamiętajcie też, że picie wody podczas upałów jest szczególnie istotne w przypadku małych dzieci i kobiet w ciąży – po jakości skóry (np. wysuszone usta) możemy łatwo poznać, że wody w organizmie brakuje.

2. Żółte, czerwone, pomarańczowe warzywa.

BETA-KAROTEN: zapamiętaj tę nazwę bo to absolutny numer jeden jeśli chodzi o pielęgnację skóry. Zmniejsza wrażliwość na promieniowanie UV, chroni przed powstawaniem plam i przebarwień skóry, opóźnia procesy starzenia, wspomaga także pielęgnację cery trądzikowej. MUSTHAVE bez dwóch zdań!

3. Awokado.

Produkt dla zabieganych. Tłuszcz, witaminy, potas wspomagający krążenie krwi i układ nerwowy – wszystko doskonale wpływa na jakość skóry.

4. Zielone warzywa liściaste.

Zawierają witaminy oraz składniki przeciwzapalne i detoksykujące – wszystkie te substancje doskonale poprawią skórę, zwłaszcza cerę.

5. Orzechy, migdały, pestki.

Cenne tłuszcze, witaminy z grupy B – przeciwdziałają procesowi glikacji (upraszczając: cukrowemu atakowi), spowodowanemu m.in. spożywaniem nadmiaru cukru w diecie, sprzyjają też ujędrnianiu i uelastycznianiu skóry.

6. Pestki dyni.

Obowiązkowa pozycja dla zestresowanych. Oprócz tłuszczu i witamin z grupy B – wysoka zawartość magnezu, którego może takim osobom szczególnie brakować. A jak wiadomo złość (i stres!) piękności szkodzi.

7. Olej lniany i/lub tłuste ryby.

Nawilżający wpływ dobrych tłuszczów z grupy NNKT (niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe) jest nie do podrobienia! Poprawią skórę lepiej niż najdroższy odżywczy krem.

8. Pełnoziarniste produkty.

Błonnik przedłuża odczuwanie sytości po jedzeniu (sprzyja odchudzaniu), ułatwia usuwanie z organizmu toksycznych resztek oraz jest źródłem antyoksydantów. Przyjaciel skóry.

9. Płatki owsiane.

Kolejny produkt dla zabieganych – błonnik, witaminy z grupy B, beta-glukan obniżający poziom cholesterolu itd. Jeśli lubicie produkty 10 w 1, płatki owsiane należą do tej grupy.

10. Jagody i/lub aronia.

Witaminy oraz wysokie dawki antyoksydantów spowalniających procesy starzenia organizmu (a także zapobiegających rozwojowi chorób określanych jako cywilizacyjne), nasze polskie superfoods – absolutny MUSTHAVE dla skóry!

Fajnie iść czasem do fachowca, który zadba o naszą skórę, ale samemu też musimy troszczyć się o jej wygląd. Na szczęście są produkty, które wbrew pozorom nie kosztują dużo, a ich spożywanie znacząco poprawia jakość skóry. Możecie być pewni, że szybko się Wam odwdzięczy, bo skóra bardzo lubi jak się o nią dba.