rakotworcza szynka parowki

Czy szynka i parówki są rakotwórcze?

Czy spożywanie szynki lub parówek może przyczyniać się do zwiększonego ryzyka występowania nowotworów? To trochę tak, jakbyście zapytali mnie czy palenie papierosów jest rakotwórcze. Nie wierzycie? To przeczytajcie!

Było, minęło.

Pamiętam jak 2 lata temu w spożywce zawrzało, zakotłowało się, a następnie wszystko zostało przykryte kotarą 'eeee luuuuz’ i zamiecione pod dywan 'przecież wszyscy jedzą i żyją’.

Dziś już nikt o tym nie pamięta, a jak wrzucam na Instagram lub Facebooka jakąkolwiek wędlinę lub parówki pisząc, że są „be”, dość duża grupa osób jest bardzo zdziwiona – o co w ogóle chodzi?

Zacznę więc od początku.

Jest coś takiego jak Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC), która powołuje ludzi, którzy badają różne czynniki w kontekście działania rakotwórczego dla człowieka (seria wydawnicza IARC Monographs on the Evaluation of Carcinogenic Risks to Humans). Niezależnie od ocen IARC lub wykorzystując te oceny, w Unii Europejskiej, Niemczech i USA ustala się i publikuje własne wykazy lub listy czynników, które zostały uznane za rakotwórcze. Inne kraje opracowują swoje wykazy na podstawie danych pochodzących z wymienionych organizacji międzynarodowych lub danych z USA i Niemiec.

Na podstawie przyjętych kryteriów oceny dowodu działania rakotwórczego, mamy cztery kategorie czynników rakotwórczych dla ludzi.

Grupa 1 – istnieje wystarczający dowód działania rakotwórczego na ludzi. 

Grupa 2 –  prawdopodobne kancerogeny (2A) lub przypuszczalne kancerogeny (2B).

Grupa 3 – czynniki nie mogą być zaliczone do żadnej innej grupy.

Grupa 4 – prawdopodobnie nie są rakotwórcze dla ludzi. 

Problem w tym, że…

  • Wędliny, parowki i inne przykłady przetworzonego mięsa zostały zakwalifikowane do grupy 1. Owszem, dobrze przeczytaliście, to nie pomyłka. Istnieją wystarczające dowody działania rakotwórczego.

Pisząc „przetworzone mięso” mam na myśli mięso poddane obróbce takiej jak: solenie, fermentacja, wędzenie lub innym procesom przeprowadzonym w celu zwiększenia smaku lub poprawy trwałości. Przykłady przetworzonego mięsa obejmują parówki, szynkę, kiełbasy, przetwory mięsne oraz sosy.

  • Do grupy 2A (prawdopodobnie rakotwórcze) zostało zakwalifikowane czerwone mięso, a więc: wołowina, cielęcina, wieprzowina, jagnięcina, baranina.

To nie jest banda oszołomów.

Nie ma co wyzywać czy obrażać się na grupę badawczą z IARC – TO NIE SĄ PRZYPADKOWE WYNIKI uzyskane przez kilku spiskowców na małej grupie.

Naukowcy odpowiadający za wyniki dotyczące mięsa to grupa robocza złożona z 22 ekspertów z 10 krajów. Przeanalizowali oni ponad 800 badań, które dotyczyły ponad dwunastu rodzajów raka związanych z konsumpcją czerwonego mięsa lub przetworzonego mięsa w wielu krajach i populacjach o różnych dietach.

Najbardziej wpływowym dowodem były duże prospektywne badania kohortowe przeprowadzone w ciągu ostatnich 20 lat.

Co z tym rakiem?

Obserwacje dotyczą głównie występowania raka jelita grubego (mięso przetworzone), ale obserwowano również związek w przypadku raka trzustki i raka prostaty (czerwone mięso).

O jakich ilościach mówimy?

Ryzyko występowania raka jelita grubego zwiększało się już przy spożyciu 50 g przetworzonego mięsa dziennie.

Ile to jest 50 g? JEDNA parówka dziennie LUB kilka plastrów szynki.

Czy jedzenie szynki jest tak samo niezdrowe jak palenie tytoniu?

Klasyfikacja odzwierciedla jedynie siłę naukowych dowodów na to, czy środek powoduje raka u ludzi, a nie jak silny ma wpływ na ryzyko rozwoju raka.  Dlatego porównania w ramach kategorii nie mają za bardzo sensu. 

Czyli naukowcy są tak samo pewni, że szynka, parówki i palenie przyczyniają się do powstawania nowotworów u ludzi, natomiast co jest „gorsze”? A, to już inna bajka i o tym z klasyfikacji się nie dowiesz.

Nie można na podstawie wyników tych badań powiedzieć, że „plaster szynki wywołuje nowotwory tak silnie jak jeden papieros”, ale można śmiało głosić, że ” istnieją wystarczające dowody działania rakotwórczego na ludzi zarówno jeśli chodzi o szynkę, jak i papierosy”.

Dlaczego mięso może być szkodliwe i rakotwórcze?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jest kilka czynników, m.in. obecność związków azotowych, zwłaszcza azotynów, z których mogą powstać rakotwórcze nitrozoaminy. Azotyny i nitrozoaminy wykazują szeroki negatywny wpływ na zdrowie. Przykładowo, azotyny utleniają jony żelaza zawarte w hemoglobinie, w wyniku czego powstaje methemoglobina. Czerwony barwnik krwi traci zdolność transportowania tlenu, co prowadzi do niedotlenienia ośrodkowego układu nerwowego i mięśnia sercowego. Jest to szczególnie niebezpieczne u niemowląt i małych dzieci (w ich organizmach dużo szybciej dochodzi do przekształcania azotanów w toksyczne azotyny). Ale azotany to nie wszystko. Drugim czynnikiem są rakotwórcze związki powstające w wyniku obróbki cieplnej (smażenie, palenie na grillu, wędzenie itd). Wędzona szynka bez azotynów też jest szkodliwa.

Jak żyć?

American Cancer Society od dawna zaleca dietę, która ogranicza przetworzone mięso i czerwone mięso, a bazuje na warzywach, owocach i pełnych ziarnach. Wytyczne American Cancer Society dotyczące odżywiania i aktywności fizycznej w zapobieganiu chorobie nowotworowej zalecają wybieranie ryb, drobiu lub fasoli zamiast czerwonego i przetworzonego mięsa.

Co mogę zrobić już dziś?

Z pewnością nie panikować. Spróbuj przyjrzeć się temu co jesz. Czy jest posiłek, gdzie możesz w jakiś sposób ograniczyć spożycie przetworzonego mięsa? Jajecznica bez boczku / szynki? Kanapka z hummusem lub inną pastą zamiast szynki? Makaron z sosem pomidorowym i czerwoną fasolą zamiast mięsa mielonego? Warto zacząć od drobnych kroków, zwłaszcza jeśli kochasz mięso. To nie znaczy, że masz je odstawić natychmiast. Jedyne do czego Cię dziś zachęcam to rezygnacja z parówek, a jeśli już to wybieranie tych wysokiej jakości, czyli zawartość mięsa powyżej 97% plus brak azotynów dosypanych – pamiętasz mój mini poradnik (kliknij)? Plus ograniczenie spożycia mięsa czerwonego. Tyle, na ile się da. Metoda małych kroków, metoda świadomego jedzenia wydaje się być najprostszym sposobem na zdrowsze życie i lepsze samopoczucie. Jeśli czujesz, że sama nie dasz rady – śmiało odezwij się do mnie. Możemy pogadać, spotkać się, wspólnie zaplanować działania. Jedno jest pewne. Nie odwlekaj tego. Nie od jutra, nie od poniedziałku, nie od nowego miesiąca czy roku.

Zacznij teraz, dziś. Na zakupach kup mniej szynki, odpuść parówki, kiełbasę, zamiast większej porcji czerwonego mięsa wybierz mniej, lub białe mięso, a najlepiej czerwoną lub białą fasolę (może mix mięso plus fasola?). Drobne kroki, duże efekty. To jest moja filozofia w odżywianiu, tego uczę swoich podopiecznych i uwierzcie mi – da się.

Kategorie: Temat miesiąca
przeziębienie

Czy da się pokonać przeziębienie?

Antybiotyk na przeziębienie?

„Katar leczony trwa tydzień, a nie leczony 7 dni” – to zdanie jest chyba kwintesencją definicji przeziębienia. Z czego to wynika? Przeziębienie z reguły wywołują wirusy, a jeśli chodzi o arsenał leków przeciwwirusowych i przeciwprzeziębieniowych – „armaty” właściwie nie istnieją. Inna sytuacja jest w przypadku chorób o podłożu bakteryjnym – tu mamy pokaźny składzik pełen antybiotyków, o określonej i jasno sprecyzowanej skuteczności, oraz (niestety) szerokim spektrum działań niepożądanych. Nie jestem fanem antybiotyków, ale należy jasno i wyraźnie podkreślić – w konkretnych sytuacjach podanie antybiotyku jest koniecznym i jedynym słusznym sposobem na wyleczenie, a zdarza się, że nawet uratowanie życia. Dużym błędem jest zwlekanie z podaniem, jeśli istnieją ku temu przesłanki, zwłaszcza potwierdzone badaniami diagnostycznymi. Błędem jest również podawanie antybiotyku w przypadku choroby wirusowej. Dlaczego zatem tak częstym jest przepisywanie antybiotyku „z automatu”? Po pierwsze zdarzają się infekcje bakteryjne przypominające w pewnych etapach przebiegiem te wirusowe, czyli zaczynające się powoli, rozwijające się kilka dni, z temperaturą nie przekraczającą 38 stopni Celsjusza. Czasem ciężko jest ocenić bez badań laboratoryjnych z czym mamy do czynienia. Ideałem byłyby nieodłączne testy diagnostyczne, np. poziomu CRP we krwi, warunkujące przepisanie antybiotyku. Po drugie lekarze mają świadomość, że infekcja wirusowa może łatwo przerodzić się w chorobę bakteryjną, co często obserwowane jest u dzieci.

A jeśli nie antybiotyk to co?

Wiele osób zapomina o tym, jak ważne w przypadku przeziębienia jest nawilżanie błony śluzowej nosa i gardła. To od czego należałoby zacząć to… od podawania płynów! Ale nie sztucznych napojów z wysoką zawartością cukru – zwykłej przegotowanej wody lub wody z łyżeczką naturalnego miodu, który zawiera substancje przeciwwirusowe i będzie działała wspomagająco w leczeniu przeziębienia. Ważne, aby miód dodawać do letniej wody, ponieważ w kontakcie z wysoką temperaturą może utracić część ze swoich cennych właściwości. Można wspomagać się też innymi substancjami pochodzenia naturalnego, stosowanymi od wieków w medycynie tradycyjnej. Większość z tych sposobów ma potwierdzone w badaniach naukowych działanie wspierające w walce z objawami przeziębienia– warto o tym pamiętać i czerpać z tej wiedzy, zanim przeziębienie rozwinie się w pełni, utrudniając nam skutecznie życie codzienne.

Na szczęście dopóki nie ma powikłań, jest to raczej choroba bardziej uciążliwa niż groźna – można więc i często warto tę uciążliwość zmniejszać jak tylko się da. Na przykład niektóre wyroby medyczne zawierają sól (wodę) morską do nosa – bardzo dobry i naturalnego pochodzenia środek intensywnie nawilżający śluzówkę̨ nosa, rozrzedzający lepką, gęstą wydzielinę̨ i usprawniający oczyszczanie nosa i rzęsek. Preparaty zawierające sól (wodę) morską mogą być doskonałą alternatywą dla osób przebywających w pomieszczeniach klimatyzowanych (suche powietrze), oraz dla małych dzieci, u których bardzo rozważnie stosowałabym chemiczne środki obkurczające (chociaż czasem faktycznie trzeba podać taki aerozol). Na rynku są też propozycje zawierające dodatkowe substancje nawilżające błonę śluzową nosa, olejki eteryczne itp.

W przypadku kaszlu dobrze jest podać coś zmniejszającego odruch kaszlowy, działającego poprzez wytworzenie ochronnej powłoki na błonie śluzowej gardła. W składzie preparatów np. wyrobów medycznych warto szukać składników o takim działaniu – są to zwykle substancje powlekające, takie jak porost islandzki, korzeń́ prawoślazu czy kwiaty malwy. Przy „suchym kaszlu” (bez odkrztuszania), składniki te osłaniają podrażnioną błonę̨ śluzową gardła nawilżającym filmem, natomiast w odruchu kaszlowym z odkrztuszaniem śluzu – nie zakłócają procesu, wspierając regenerację śluzówki.

Odpowiednia dieta.

Nieodzownym elementem w postępowaniu z każdą przypadłością jest większa lub mniejsza modyfikacja diety. W początkowej fazie przeziębienia dobrym pomysłem jest jedzenie produktów bogatych w witaminę C, np. natki pietruszki (zawiera również cenne żelazo!) lub cytrusów. O jedzeniu kilku porcji warzyw dziennie warto pamiętać na co dzień oraz szczególnie podczas przeziębienia – witaminy i cenne składniki mineralne działają bardzo korzystnie, wspomagając układ odpornościowy i walkę z drobnoustrojami.

Jednak jedną z najsilniejszych „broni” w przeciwprzeziębieniowym arsenale dietetycznym jest niewątpliwie czosnek. Zawartość składników antywirusowych zdecydowanie największa jest w surowym czosnku, chociaż należy pamiętać, że może podrażniać przewód pokarmowy. Dlatego warto czosnek jeść podczas posiłku i z umiarem. Dość silnie działa też cebula (co zapewne niektórzy wiedzą, pamiętając z dzieciństwa domowej roboty sok z cebuli).

Wspólnym mianownikiem działań łagodzących skutki przeziębienia często warto, żeby było naturalne pochodzenie zarówno środków wspomagających jak i spożywczych, jeśli nie ma wyraźnych wskazań do innego działania. Bez zaleceń lekarza lub farmaceuty byłabym ostrożna z podawaniem preparatów syntetycznych, chociaż nierzadko również takie środki farmakologiczne są niezbędne. Jednak w przypadku łagodnego przebiegu schorzenia, zaczęłabym od preparatów na bazie naturalnych składników oraz wspomagania dietetycznego i dopiero w razie konieczności włączyła wspomniany wyżej asortyment.

obżerać

Jak się obżerać, aby nie przybierać?

Mieć ciastko i zjeść ciastko – czy to możliwe? CZYM warto się obżerać? Jak to zrobić, żeby jednak nie przytyć tych 100kg w dwa dni? Oto 10 zajebiście prostych zasad przydatnych każdemu, kto lubi sobie czasem zjeść.

1. Woda – pić!

Obecność prawidłowego poziomu wody gwarancją dobrego trawienia (i nie tylko) jest! Do tego wypicie szklanki wody np. pół godziny przed posiłkiem zmniejsza chwilowo apetyt. A mówiąc inaczej, nieco zmniejsza prawdopodobieństwo tego, że będziesz się mega obżerać. Pić!

2. Woda – nie pić!

Czy warto pić wodę podczas jedzenia? Zdania są podzielone. Jednym przeszkadza (rozrzedza soki trawienne), innym pomaga (łatwiej przełknąć kęs). Myślę, że jeśli już ktoś musi to jednak lepiej mniej niż więcej. A osobom z kłopotami trawiennymi raczej odradzam mimo, iż woda dość szybko wchłania się z przewodu pokarmowego i teoretycznie nie ma jakiegoś wielkiego dramatu.

3. Zjedz białko.

Białko jest dobre. Polecam roślinne. Lubisz mięsko? Zjedz do tego coś kwaśnego, np. spróbuj z żurawiną, morelami, jabłkiem itp. Soczewica? Fasola? Dodaj pomidory, mogą być przetworzone – fajne i zdrowe połączenie.

4. Uważaj na cukier.

Nadmiar cukrów prostych w diecie sprzyja tyciu – wiadomo. Dlaczego? Dużo glukozy to hiper wyrzut insuliny. Upraszczając – pojawia się takie dość nieprzyjemne hasełko 'tkanko tłuszczowa, przybywaj!’. A TEGO BYŚMY CHYBA NIE CHCIELI, prawda?

5. Nie bój się tłuszczu.

Mam na myśli dobry tłuszcz. Dobrej jakości wartościowe oleje i tłuste ryby to Twoi przyjaciele. Nie ma szarpaniny z insuliną, zapewniają uczucie sytości, są źródłami cennych (niezbędnych!) substancji. Pamiętaj, że mega ważne witaminy (A, D, E, K) słabo wchłaniają się bez tłuszczu. Od tłuszczu utwardzonego (gotowce i inne atrakcje) trzymaj się z daleka.

6. Pamiętaj o błonniku.

Wypełnia dając uczucie sytości oraz działa jak miotełka z szufelką – a sio nieczystości pokarmowe! Krótko i zwięźle? Jedz warzywa! DUŻO WARZYW. Warzywami MOŻNA się obżerać.

7. Nie jedz gówien.

Cóż tu więcej rzec. Unikaj żywności przetworzonej, ”gotowców’ i produktów typu 'light’. Większość z nich to kaloryczno-zdrowotny DRAMAT.

8. Zapomnij o zbyt długich przerwach między posiłkami.

Nie zachęcam do jedzenia co 1-2h ale zjedzenie śniadania, a następnie czekanie 9-10 h na obiadokolację nie jest chyba zbyt dobrym pomysłem. To ZDECYDOWANIE zły pomysł.

9. Jedz świadomie.

Czyli powoli, uważnie. Doceń każdy kęs, pomyśl o smaku, nie połykaj w pośpiechu źle pogryzionego jedzenia. Nie jedz oglądając  (TV, na kompie itp).

10. Pomóż, gdy jest źle.

Wspomaganie trawienia czasem jest potrzebne. Tradycyjnie stosowane środki na niestrawność (np. ziołowe) mają sens, pod warunkiem, że nie przesadzisz i PRZECZYTASZ ULOTKĘ.

Banalne, prawda? Powodzenia!

dieta antyrakowa

TOP 10 – dieta antyrakowa.

Dieta antyrakowa część I, czyli krótko i zwięźle o tym, jakich warzyw 'nie lubią’ i 'boją się’ komórki nowotworowe.

Naturalnie stosuję język uproszczony, słowo 'rak’ używane jest w języku potocznym niezbyt fortunnie (rak to pewna grupa nowotworów) ale skupmy się tym razem na produktach zamiast na różnicach semantycznych.

Dieta antyrakowa.

Jest wiele cennych substancji, których nie lubią komórki rakowe jednak pamiętajcie, że przyczyny występowania i leczenie nowotworów to trudny, złożony temat. Walka odbywa się najczęściej na wielu płaszczyznach, obszarami gdzie nie wolno nam odpuszczać jest DIETA (antyrakowa?) i sport. Jeśli możesz coś zdziałać – spróbuj! Nawet jeśli nie da się powstrzymać wystąpienia czy gwałtownego rozwoju choroby – nieźle skopiesz rakowi tyłek. A może właśnie są to komórki wrażliwe na substancje z zewnątrz? Warto spróbować!

1. Czosnek.

Absolutny namber łan w walce z różnymi nieproszonymi gośćmi w naszym organizmie. Świeży ma niezwykłą moc, chociaż potrafi też dać popalić osobom z wrażliwym przewodem pokarmowym. Czosnek nie wybiera – nawala każdego, kto się nawinie. Prawdziwa siekiera praktycznie na każdego raka. Wpierdol murowany.

2. Por.

Niedoceniane warzywo o ogromnym potencjale. Groźnie wygląda i nie każdy wie, co z nim zrobić ale jak już się dowiecie – drżyjcie komórki nowotworowe!

3. Młoda cebula.

Wydaje się bliska naszym sercom i słusznie. Rak nie lubi jak wpada cebula bo zawsze narobi mu siary przy znajomych. Mocna rzecz, warto wplatać gdzie się da bo nie jest to trudne.

4. Brukselka.

Te znienawidzone przez niektórych małe kulki mają całkiem spory arsenał ukryty pod zielonym płaszczykiem. Mimo specyficznego smaku i odruchu wymiotnego na sam widok czy zapach, warto jakoś ograć ten smak (na masełku?) i czasem zjeść kilka, aby pogrozić rakowi zielonym paluszkiem.

5. Kapusta.

Różne rodzaje mają różną moc. Największego kopa daje głowiasta. Duża i ciężka więc nie ma zdziwka, że jak przywali z baśki to się o tym długo pamięta.

6. Burak.

Najlepiej wybierać te mniejsze i średnie. Podobno rak boi się intensywnego koloru, że jak mu zabrudzi kieckę uszytą specjalnie na przerzuty to już się nie spierze.

7. Brokuły & kalafior.

Takie trochę rodzeństwo przyszywane tylko coś z kolorem nie teges. Wyglądają niepozornie ale potrafią zrobić niezły burdel na chacie u raka.

8. Szpinak.

Niby ładne zielone listki ale nie dajcie nabrać się na te pozory. Szpinak jest waleczny i rak się go boi od dzieciństwa (a dokładnie od czasu obiadów w przedszkolu typu szpinak + ziemniaki + jajko sadzone, bleeee).

9. Szparagi.

Ciężko nabyć, nie wiadomo jak przyrządzić a już kompletnie zerowa rozkmina jak to zjeść. Co obierać? Co odkrawać? Tak, Wy tu się godzinami zastanawiajcie, a komórki nowotworowe zacierają rączki, że nie chcecie tego jeść.

10. Inne WARZYWA.

Rak nie znosi warzyw, to fakt. Jak nie jecie 5 porcji warzyw to jest zachwycony bo nikt z zewnątrz mu się nie wieprza w interesy, nikt nie bruździ. Jak unikacie warzyw do każdego posiłku to jest idealnie bo może sobie spokojnie rosnąć, jeśli policja w organizmie nie ogarnia tematu. Fani na insta przyrastają w ekspresowym tempie bo rak bardzo dba o wizerunek w mediach społecznościowych. Zwłaszcza jak spożywacie duuużo cukru. Tak, komóreczki nowotworowe lubią duuużo cukru, one kochają cukier. Mają wtedy power i flow – jest co wrzucać na fejsbuczka, że niby jakie to ciekawe życie prowadzą, rozwój osobisty, dalekie podróże. Wiecie – tu jeden węzęł chłonny, tam wakacje w drugim – lans na całego. Także powodzenia z tym cukrem.

Nie daj się złapać: regularne badania profilaktyczne (np. krew, usg i in.), samokontrola (np. badanie piersi, jąder, pieprzyków itd.) oraz sport + dieta bogata w cenne substancje (warzywa, ryby, cenne tłuszcze itd.) i niech gościu spada na drzewo!

Spieprzaj Dziadu!

 

beznadziejna

Jestem beznadziejna.

Jestem beznadziejna. Znasz? Znasz. Ja też znam. Wszyscy znamy. Ci uśmiechnięci ludzie z facebooka i instagrama też. Ci co mają takie zajebiste życie, domy, partnerów, dzieci, pracę i dalekie podróże też. Tylko te idealne modelki i top modele wstają codziennie rano i uśmiechają sie do siebie w lustrze myśląc 'wow ale czad’. Serio tak myślicie…?

To jesteście w błędzie!

Jestem beznadziejna/y.

Kto Ci takie bzdury zaserwował? Powiedział wprost? Zasugerowała? Pan Prezes? Ojciec? Matka? Brat? Partnerka? Dziewczyna? Szefowa? Mąż? Żona? Kolega z pracy? Ktoś w szkole? Na uczelni? Koleżanka z placu zabaw dla dzieci?

A może sami wpadliście na to w jakiś cudownie odkrywczy sposób? Jak tam miłe Panie? Co tam w magazynach? Idealna figura? Piękne, długie i gęste włosy? Gładka skóra? Holiłódzki uśmiech? A Wy co – prędzej łódzki niż holiłódzki…?
A Wy Panowie? Zazdrościcie innym facetom z siłki mega rzeźby? Pompa musi być? Płaski brzuch jak ze sfotoszopowanej okładki? Zajebista, bujna fryzura? Inni mają super fajne życie, co? A Wy – beznadzieja, nuda i jeszcze ten wygląd – masakra.

Uwaga!

Przełomowe odkrycie – nawet najpiękniejsze kobiety mają chwile w stylu 'o rany, wyglądam jak kupa’, najpotężniejsze umysły nieraz krzyczą 'dżizas, ale ze mnie debil’. Banalne ale prawdziwe, tak to wygląda, chyba o tym wiecie. Niektórzy mają lepiej niż Ty, a niektórzy gorzej – to oczywiste. Wniosek jaki warto z tego faktu wyciągnąć to akceptacja stanu rzeczy na który nie mamy wpływu i próba zmiany tego co możemy. Akceptacja skłonności do słodyczy i/lub gównianego żarcia i być może próba zmiany, stopniowego ograniczenia.

Nie ma sensu.

No błagam: karać się non stop za złe nawyki? Ależ to do niczego nie prowadzi. Budowanie ściany z poczucia winy spowoduje, że kiedyś rąbniemy w nią głową i nie dość, że będzie zdziwko to jeszcze zaboli.
Kiedyś usłyszałam banalne ale fajne zdanie: 'Ty jesteś ok i ja jestem ok’. Taki banał, serio! A teraz stań sobie grzecznie przed lustrem i powiedz to do siebie. Właśnie tak – jesteś ok!

Jestem ok.

Mam wady ale nie jestem beznadziejna/y bo jestem gruba, żrę żelki na kilogramy, kupuję parówki, mam gruby brzuch, siedzę w domu a inni balują, lubię hamburgery itp. itd. Jesteś w porządku. Każdy lubi, każdy ma słabości, wady, defekty. To jest NORMALNE.

Inni biegają maratony i wrzucają foty #gymlife, ja nienawidzę siłowni a po 100m biegu mam zadyszkę. No to co? To nie chodź na siłownię, znajdź coś co lubisz – może szybszy marsz z muzyką na uszach? Rower? Rolki? Łyżwy? Schody zamiast windy? To też jest ok.

Co dalej?

Bądź dla siebie dobra/y. Planuj nadprogramowe atrakcje.

A może chcesz coś zmienić? Super! Zapraszam do działania, fajna decyzja, warto!

Nie chcesz? Boisz się? Ok. Poczekaj jeszcze, poprzyglądaj się, obserwuj mojego fb, ig, snapchata, blog. Może coś wpadnie Ci w oko, jakiś fajny pomysł, inspiracja. Może zmienisz zdanie. Na spokojnie, bez spiny.

Z całą pewnością nie jesteś beznadziejna/y.

Dlaczego? Bo ja też lubię słodycze, czasem zjadłabym żelka, zdarza mi się zjeść fastfood, czasem przytyję 3kg, a teraz zamiast balować w sobotni wieczór – siedzę w domu przy kompie. Czy jestem beznadziejna? Nie. Czy czasem tak myślę? Tak, mam czasem gorszy nastrój i akceptuję to. Zawsze znajdzie się ktoś mądrzejszy, ładniejszy, chudszy, młodszy, bogatszy, zaradniejszy, lepszy w robocie, ktoś kto się lepiej odżywia, lepiej gotuje, lepiej dba o dzieci, w końcu ktoś kto w Ciebie nie wierzy, kto wbije szpile, hejter itd. Są też brzydsi, głupsi, grubsi – życie! Hejterom i osobom toksycznym współczuję. ALE nie łączmy tych wszystkich faktów z jedzeniem tego i owego ok? Starajmy się nie jeść 'w nagrodę’ i 'za karę’, a na stalowe nerwy i dobry nastrój polecam pestki dyni.

Jestem beznadziejna bo zjadłam brownie.

Czy przytyłam ostatnio 3kg? Tak ale nie będę marudzić, katować się tekstami typu 'oboszsz, wyglądam jak krowa’ – ograniczę słodycze i postaram się zrzucić.

Czy mam wyrzuty sumienia i jestem beznadziejna bo zjadłam brownie – milion kcal, tłuszczu i cukru? NIE! Cóż, trudno stało się. Było pyszne, dlaczego mam się zamartwiać i niszczyć organizm durnymi natrętnymi myślami skoro jedzenie było pyszne i przyjemne? Ciesz się tą przyjemnością! A skoro już się stało – nie obracaj tego w coś złego, przecież było fajnie.

’Nigdy więcej!’ obiecujesz sobie a później dół, że się nie udało. Jestem do niczego. Jestem beznadziejna/y. PO CO? Będzie następny raz! ALE może tym następnym razem postaram się zjeść z kimś na spółkę zamiast całe sama? Może zjem 3/4 porcji – pokażę sobie samej, że potrafię. Do tego w tym tygodniu przyłożę się do menu – mniej kaloryczne posiłki i nie jem 4h przed snem.

Ej, spokojnie. Wszystko stopniowo da się zrobić. Metoda małych kroczków.

Pamiętaj: ja jestem ok i Ty jesteś ok.

Kategorie: Moja opinia

Dlaczego cukier wpływa na płodność?

Statystycznie większość z Was wie, że nadmiar cukru może być przyczyną wielu chorób. Kojarzymy cukrzycę, otyłość oraz związane z tym choroby układu krążenia. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że regularne spożywanie cukru w większych ilościach (przy niskiej aktywności fizycznej) może skutkować nie tylko zwiększeniem masy ciała (co ma negatywny wpływ na płodność) ale też ZABURZENIAMI HORMONALNYMI występującymi również u osób NIE MAJĄCYCH nadwagi. Dlaczego tak się dzieje?

Węglowodany oddziałują na stężenie glukozy i insuliny we krwi. Gdy ich podaż (zwłaszcza produktów o wysokim IG- indeksie glikemicznym, czyli szybko podnoszących poziom glukozy) jest stale zbyt wysoka, może prowadzić to do zakłócenia równowagi związanej z regulacją poziomu glukozy we krwi, za którą odpowiada INSULINA. Po spożyciu produktu bogatego w cukier (np. słodyczy), poziom glukozy gwałtownie podnosi się, następnie wyrzut insuliny pojawia się w celu wyrównania. Przy systematycznej podaży większych dawek cukru insulina utrzymuje się na wysokim poziomie- stan ten nazywamy hiperinsulinemią, czego konsekwencją może być insulinooporność. Oznacza to, że tkanki przestają prawidłowo reagować na ten hormon, co (łącznie z hiperinsulinemią) zaburza równowagę hormonalną (insulina związana jest również z innymi procesami w organizmie). Insulinooporności sprzyja występowanie nadmiaru tkanki tłuszczowej, której odkładanie wzmaga sama insulina. W prostych słowach: organizm lubi równowagę i spokój bo wszystko ma elegancko poukładane- hormony krążą we krwi przekazując różne informacje, wszyscy ładnie pracują jak przysłowiowy facet z taczką. Jeśli w każdym posiłku dostarczasz cukry proste (patrząc na składy produktów nie jest to wcale takie trudne) i to w nadmiarze- następuje zaburzenie równowagi, za dużo glukozy, insuliny, sprzeczne komunikaty, nawet chaos. Generalnie jest 'taki zapieprz, że nie ma kiedy taczki załadować’. Co to oznacza?

Gdy jesteśmy głodni, spożywamy posiłek ale zamiast sytości nadal mamy apetyt, więc jemy więcej. Dzieje się tak również dlatego, że otyłość wiąże się z zaburzeniami poziomu leptyny- substancji odpowiedzialnej za uczucie sytości. Dodatkowo nieprawidłowy poziom leptyny oddziałuje poprzez receptory na komórki ziarniste i hamuje syntezę hormonów steroidowych. Zmiany te wpływają na funkcjonowanie jajników i jakość oocytów, co powoduje zaburzenia menstruacji i może mieć negatywny wpływ na płodność.  Wg badaczy leptyna może pełnić rolę łącznika między odżywianiem a reprodukcją- zgromadzone dane wskazują na udział leptyny w regulacji procesów związanych z dojrzewaniem seksualnym oraz rozrodem.

Niestety to nie wszystko, otyłość oznacza też zwiększoną produkcję estrogenów, których liczba koreluje z wydzielaniem hormonu luteinizującego (LH) oraz zwiększonym stosunkiem LH/FSH (FSH – hormon folikulotropowy), co niekorzystnie wpływa na wzrost pęcherzyków jajnikowych. Zawartość tkanki tłuszczowej determinuje również morfologię i grubość endometrium, jakość oocytu i embrionu. Nie dziwi więc fakt, że kobiety z nadmierną masą ciała mają TRZYKROTNIE WIĘKSZE RYZYKO wystąpienia zaburzeń płodności.

O czym warto jeszcze pamiętać? O tym, że oprócz spożywania nadmiaru 'zwykłego’ cukru (sacharozy), niekorzystna jest też podaż FRUKTOZY (dodawanej do niektórych napojów, lodów itp.), która nie powoduje skoków insuliny, ale jest dużo łatwiej przekształcana w tkankę tłuszczową. Więcej o fruktozie znajdziecie tu. Zamiast żywności przetworzonej i produktów o wysokiej zawartości cukru lub (co gorsze) syropów cukrowych, jadłospis warto wzbogacać o węglowodany złożone (pełnoziarniste pieczywo, kasze), produkty o niższym IG, dzięki którym nie narażamy się na gwałtowne skoki glukozy (a w konsekwencji insuliny). Rezygnując z nadmiaru słodyczy (np. 1 – 2 kostki czekolady zamiast połowy tabliczki) warto również ograniczać spożycie owoców do jednej porcji dziennie.

Nie myślcie sobie, że uwagi te dotyczą wyłącznie kobiet! U otyłych MĘŻCZYZN ryzyko zaburzeń erekcji jest trzykrotnie większe w niż u mężczyzn z prawidłową masą ciała. Im wyższa masa ciała tym niższe jest również stężenie testosteronu (uczestniczącego w procesie powstawania i dojrzewania plemników).

Jaki z tego wniosek? Stabilizacja poziomu cukru we krwi oraz skuteczna walka z otyłością może być jednym z elementów leczenia niepłodności i to bardzo ważnym, ponieważ ma dobrze udokumentowane pozytywne efekty. Myślę, że warto spróbować i zacząć właśnie od tego.

Ps. Naturalnie zarówno nadmiar, jak i niedobór masy ciała wynikające ze sposobu żywienia mogą negatywnie wpływać na płodność. Bezmyślne odchudzanie pod postacią eliminacji tłuszczu z diety może mieć ogromny wpływ ale o tym w następnym wpisie dotyczącym niepłodności.

A właśnie, że zjem tego gofra!

Z niezdrowym jedzeniem jest jak z niektórymi związkami. Czasem już na dzień dobry doskonale wiesz, że to zły pomysł, że być może będziesz później żałował/a, że będzie bolał brzuch ale…jednak robisz krok do przodu. Zestaw z maka, metrowa zapiekanka, gofry z proszku wymieszanego z wodą z bitą śmietaną w sprayu i polewą czekoladopodobną, paczka chipsów, wiadro lodów w nocy i co tam jeszcze jest Twoim fisiem. Dla osób dbających o figurę lub odchudzających się- totalny zakaz na amen ale…czy na pewno?

Jestem przeciwnikiem diet restrykcyjnych, w których chcąc nie chcąc, prędzej czy później pojawia się jakaś obsesja jedzeniowa.
Generalnie ludzki mózg dość słabo reaguje na słowo 'nie’.
Sformułowanie 'nie wolno’ w diecie ma dla mnie uzasadnienie w przypadku alergii na jakiś składnik (np. białka mleka), chorób układu pokarmowego (np. alkohol w chorobie wrzodowej), podczas zatruć itp. A może po prostu mam alergię na wszelkie zakazy? Choć nie twierdzę, że zawsze je łamię.

Czy da się zjeść coś ulubionego bez tragedii? Oczywiście, że da, ale…
1. Zaplanuj to. Cały tydzień zdrowego jedzenia bez przesadnych ekscesów, a w niedzielę słuszna (!) porcja lodów brzmi nieźle.
2. Wybierz moment. Jeśli masz możliwość, postaraj się realizować zachcianki spożywcze w pierwszej połowie dnia. Organizm nie lubi obżarstwa na noc, w nocy układ pokarmowy też chce spać, tak jak Ty.
3. Nie przesadzaj! Nie musi być od razu XXXXL. Wersja minimum (w maku) lub standard (lody, gofry) też są ok.
4. Coś za coś- skoro już zjesz coś ekstra, zrezygnuj z dokładki obiadu, deseru u Babci, 'jeszcze tylko jednej kanapki’, bułek z masłem podczas czekania na obiad w restauracji lub drugiej porcji owoców wieczorem.
5. Nie żałuj! Facet okazal się dupkiem ale przez chwilę czułaś się piękna, laska stwierdziła, że 'to nie to’ ale odważyłeś się zagadać, spotkać czy nawet udało spędzić miłe chwile. Goferek z bitą śmietaną okazał się ciężkim sztucznym deserem ale podczas jedzenia wydawał się świeżusieńki i pyszny.

Życie składa się właśnie z takich (czasem krótkich) momentów. Jak byłoby ich za dużo, nie potrafiłabyś/potrafiłbyś ich docenić, zauważyć. Jakby codziennie były wypasione gofry toby nie było tego 'łooooo’ na widok miliarda kalorii. Pewnie, może być też 'wow’ na widok mrożonych truskawek z bananami i dobrze! Ale różnorodność daje poczucie świeżości, wytrąca z rutyny jak podróż gdziekolwiek z depresji. Dlatego nie biadol bez sensu tuż po fakcie (ani później też).

Bądź dla siebie dobra/y- kto jak nie Ty? W dzień wolny lub przed/po pracy, w swoim mieście lub gdzieś daleko- jest lato, pora na małe wakacje gdziekolwiek jesteś!

Dalej, zjedz tego gofra.

Najlepsza dieta na świecie.

Którą dietę wybrać? Całkiem spory wybór na rynku. Bez tego, bez tamtego, taka, siaka, owaka…

Ale jak to, nie wiesz jaka dieta jest najlepsza dla Ciebie? Twoja własna! Dobrze zbilansowana. Jedyna w swoim rodzaju!

Niestety nie mówię w tej chwili o tej dużej pizzy popitej litrową colą (a na deser kilogram żelków) ani o tabliczce czekolady i/lub lodach plus hektolitrach kawy (ups!).

Najlepszą dietą jest ta, składającą się z WARTOŚCIOWYCH produktów, w odpowiednich DLA CIEBIE ilościach, po których dobrze się czujesz.

Cały czas! Lekko, aktywnie, bez obsesyjnego myślenia o jedzeniu. Włosy nie lecą garściami, nie ma wysypki, suchej skóry itp. itd.

Nie ma moralniaka (jak po 6 hot-dogach z IKEI) typu 'nigdy więcej’ (ktoś o tym pamięta następnego dnia?), nie ma bólu brzucha, wzdęć, gazów, zgagi, odbijania, dobijania i innych ciekawych elementów dodatkowych- niepotrzebne skreślić.

Czujesz się dobrze po żelkach? A nie jesteś później trochę ospała/y? A po kawie? A po drugiej? Trzeciej…? Po obfitym śniadaniu zjedzonym 'na siłę’?

Wiele lat trwała kampania 'pij mleko, będziesz wielki’, same autorytety, eksperci. Tyle wartości odżywczych, same krowie skarby przemysłowe- idealne dla cieląt i ludzi a jak nie pijesz to osteoporoza czeka za rogiem. Od jutra praktycznie.
Źle się czujesz po mleku? Nie pij.

Pszenica też super- białko, witaminy, błonnik nawet czasem jak coś. Celiakia to moda, kolejna bzdura, kilka procent dosłownie. Żle się czujesz po glutenie? Odstaw na próbę.

Mięso to doskonałe źródło białka, żelaza, witaminy B12, zupa bez mięsa to jakaś bezwartościowa woda. Źle się czujesz po rosole wołowym? Nie jedz.

Zdrowe ryby są zdrowe, to fakt. Należy je jeść przynajmniej raz w tygodniu. Duszone, pieczone a jak nie to chociaż wędzone. Źle się czujesz po śledziach w occie? Nie jedz.

Strączkowe warzywa- rewelacja. Samo zdrowie i świetna alternatywa dla mięsa jeśli potrafisz wykorzystać ich potencjał. Źle się czujesz po strączkach? Nie jedz.

Kawa to podstawa. Przed wypiciem kawy bez kija nie podchodź. Czarna, wiadomo. Najlepiej na pusty żołądek. Albo latte z sieciówki lub ze stacji benzynowej na pełny. Źle się czujesz po kawie? Nie pij.

Skóry z owoców są ekstra. Bo najwięcej witamin jest pod skórką. Generalnie owoce to świetna sprawa i tylko przypadkowo wylądowały w nowej piramidzie trochę wyżej niż ostatnio. Źle się czujesz po owocach? Nie jedz.

Czosnek jest silnym wojownikiem o dobro organizmu i serio: z nim nie ma żartów. Boli Cię brzuch po zjedzeniu? Nie jedz.

A teraz miejsce na Twoją…nie, nie reklamę, tylko historię, śmiało. Pamiętasz coś?

Jeśli nie, zwróć na to uwagę, przyjrzyj się. Kiedy pojawia się dyskomfort lub objawy niepożądane?

I co teraz? Nic strasznego chyba. Może wystarczy jeść/pić to coś po/w trakcie posiłku zamiast na czczo? Zmienić sposób przygotowania? Może zmniejszyć ilość? Zmienić brand? Wyeliminować jeden ze składników potrawy/napoju? A może powoli wyeliminować całość zastępując czymś WARTOŚCIOWYM i sensownym?
Ja (ku wielkiemu zaskoczeniu) zdałam sobie dziś sprawę z tego, że boli mnie brzuch po wędzonej makreli. Jakieś substancje (pewnie wędzenie jest tu kluczowym elementem) podrażniają błonę śluzową i ani rusz.

Jakiś czas temu wyeliminowałam kawę kupowaną przy okazji tankowania paliwa na jednej ze stacji benzynowych i już nie boli mnie brzuch na trasie, a myślałam, że to nieodłączny element podróży.

Nie, nie musi boleć. To mit.

Czasem wystarczy mała zmiana (inna stacja benzynowa lub sieciówka) a czasem większa (nie będę jadła wędzonej makreli, zamiast tego kupię surową jak tylko dorwę albo czasem śledzia w zamian) i tyle.

Warto zastanowić się i być uczciwym wobec siebie bo to się po prostu opłaca. Własna dieta to podstawa. Każdy z nas jest inny: ma inne preferencje smakowe, robi coś innego więc ma inne potrzeby energetyczne itd., a także inne choroby współistniejące itp. itd.

To nie takie proste? Nie martw się, pójdziemy krok po kroku. Zacznij od eliminacji produktów po których źle się czujesz. Metoda prób i błędów brzmi nieźle.

Tyle różnych spraw po drodze w życiu to niech chociaż ta dieta daje radę zamiast ciała.

Popracujmy nad tym.

Czego nie jeść w ciąży?

Wszystko jest kwestią prawdopodobieństwa, nie dajmy się w ciąży zwariować ale… Nikt nie zagwarantuje Ci, że będziesz w tych 999 osobach na 1000, którym nic się nie stało. Czasem lepiej dmuchać na zimne, zatem czego warto unikać:

  1. Produkty niepasteryzowane.

    Ze względu na obecność pasożytów: nabiał (mleko, sery, kremy w deserach itd.) oraz soki (jednodniowe, z cukierni/restauracji gdzie 'świeżo zrobione’ soki stoją Bóg wie ile czasu po zrobieniu). Najlepiej sprawdzać: na opakowaniu ZAWSZE jest napisane, np. na serze: 'z mleka pasteryzowanego’ (można) lub 'z mleka surowego’ (nie można). Jest naprawdę dużo smacznych produktów pasteryzowanych, po co ryzykować?

  2. Produkty surowe.

    Ze względu na obecność pasożytów: mięso (ryby też), jajka. Ale też mięsa półsurowe oraz upieczone poprzedniego dnia, mięsa 'na zimno’, pasztety (dobrze byłoby podgrzać przed spożyciem). Z surowizną nie ma zmiłuj w ciąży.

  3. Wątróbka.

    Jeśli ktoś musi to sporadycznie, ze względu na zawartość witaminy A (wysokie dawki nie są korzystne, przy okazji: kremy z retinolem do twarzy też nie są wskazane!) oraz innych 'cudów’ (wątroba magazynem wielu substancji jest).

  4. Sól.

    Wysokie dawki nie są korzystne z uwagi na ryzyko nadciśnienia i obrzęków. Czyli można, ale nie na tony.

  5. Produkty zawierające kwas fosforowy, difosforany.

    Np. cola, natomiast difosforany są w bardzo wielu produktach (sprawdzaj skład!). Zaburzenia w stężeniu fosforanów we krwi są ściśle sprzężone ze zmianami stężenia wapnia (a wapń jest ważnym pierwiastkiem w ciąży jak wiecie).

  6. Kofeina.

    Mówią, że jedną małą kawkę można. Z herbatami też bez przesady! W organizmie kobiet ciężarnych metabolizm kofeiny jest znacznie wydłużony, a kofeina i jej metabolity swobodnie przechodzą przez łożysko do płodu. Wysokie dawki kofeiny są na serio niebezpieczne. Może więc lepiej bezkofeinową lub zbożową…? Wystarczy poprosić kelnera o alternatywę- teraz kawę bezkofeinową dużo łatwiej dostać niż kilka- kilkanaście lat temu.

  7. Miód z nieznanego źródła lub spoza UE.

    Więcej o tym znajdziecie tu oraz tu).

  8. Produkty zawierające tłuszcze trans.

    Szukajcie hasła 'utwardzane’ na opakowaniu, czyli większość fastfoodów i słodyczy zawierających tłuszcz, niestety. Substancje te przechodzą przez łożysko, czyli faszerujecie bobasa pływającego w brzuchu fastfoodem, jeszcze zanim się urodził- bez sensu. Trzeba ograniczać na tyle na ile się da (rzadko, raz na jakiś czas nie powinno dzidzi zrobić krzywdy).

  9. Produkty nadpleśniałe.

    Nawet jeśli odkroisz ten brzydki kawałek. Tu nie ma innej opcji- wyrzuć, nie truj dziecka.

  10. Produkty z długą listą składników.

    Czyli tzw. chemia spożywcza: ograniczać a najlepiej unikać! Zwłaszcza konserwantów np. zawartych w wędlinach (działanie rakotwórcze), sztucznych barwników, słodzików i innych 'przecież nie są szkodliwe’ bajerów. Na tyle na ile się da- jak najmniej chemii bobasowi podawać- i tak dostanie swoją dawkę poźniej, niestety.

  11. Napoje zawierające alkohol.

    Mówią, że łyczek wina do obiadu można…ale ŁYCZEK! Oczywiście każda ilość alkoholu może zaszkodzić, trzeba o tym pamiętać.

  12. Leki, suplementy, witaminy (zwłaszcza A).

    Absolutnie ŻADNYCH leków NIE WOLNO ordynować sobie samemu. Trzeba zapytać lekarza (lub farmaceuty) i kropka. Jeśli chodzi o witaminy i preparaty bez recepty- tak samo. Są na rynku propozycje dla kobiet w ciąży i karmiących ale zawsze warto się skonsultować, każda ciąża jest inna.

  13. Brudne owoce i warzywa typu 'prosto z krzaczka’.

    Nie radzę (pasożyty). W ciąży (i nie tylko) trzeba wszystko myć. Ręce też.

  14. Zioła (herbatki, przyprawy).

    Zapytać lekarza. Są takie, które można (np. rumianek, bazylia) oraz takie, z którymi ostrożnie lub zakaz (np. dziurawiec, tymianek, rozmaryn itd.) lepiej upewnić się, z niektórymi ziołami nie ma zabawy.

  15. Napoje gazowane.

    Ze względu na dwutlenek węgla- niektórym nie służą, więcej o tym przeczytacie tu.

  16. Tonik.

    Ze względu na chininę (po co bobasowi?).

  17. Niektóre ryby.

    Nie wszystkie są polecane ciężarnym, więcej o tym znajdziecie tu.

  18. Herbata zielona w nadmiarze.

    Nie tylko ze względu na kofeinę, również z uwagi na katechiny- blokują enzym potrzebny do obróbki kwasu foliowego, a jak na pewno wiecie kwas foliowy jest potrzebny i musi być elegancko obrabiany w waszym organizmie bo dzidzia go potrzebuje. Raz na jakiś czas nie powinna zaszkodzić ale jeśli piłaś 5 filiżanek dziennie to teraz zapomnij.

  19. Cukier.

    W umiarkowanych ilościach jak najbardziej! Na tony absolutnie nie. Jeśli chcecie nauczyć się prostych obliczeń, aby samodzielnie obczajać zawartość cukru w produktach- zajrzyjcie tu.

  20. Produkty zawierające fruktozę.

    Nie demonizowałabym, ale jednak zwracam Waszą uwagę na nie, więcej o tym znajdziecie tu.

Zajrzyjcie też do listy produktów, które mogą utrudnić Wam powrót do formy sprzed ciąży.

Gratuluję Dziewczyny! Uważajcie na siebie, dbajcie o siebie i wyluzujcie- wszystko będzie dobrze!

Trzymam kciuki <3 !!!

 

Follow my blog with Bloglovin