Łeldan – październik.

W tym miesiącu nominacja do nagrody ŁelDan of The Year leci zasłużenie do firmy, która od dawna wspiera nas w codziennych zmaganiach z gotowaniem skomplikowanych potraw w prosty sposób.

Markę Frosta cenię za transparentność składu, brak idiotycznych zagrywek marketingowych oraz przystępny sposób pokazywania zawartości na odwrocie opakowania. Oto przykład, za który przyznałam nominację.

Filet, MSC- fajnie.

Po tego typu produktach można spodziewać się wszystkiego. Najczęściej to ryba ze sporą porcją panieru. Jak ze składem tutaj?

Jest ryba, ilość standardowa jak na tego typu produkty. Natomiast gdy słyszę lub widzę „sos maślany” to mi się lupa otwiera w kieszeni, ale nie w tym przypadku. Tu mamy warzywa, masło i dodatki. Resztę składu stanowią marchewki ze śladową obecnością panierki (tak, ilość glukozy też jest tam śladowa).

Łeldan!

Nominacja trafia do Frosty za:

– odejście od klasycznego schematu mrożonej ryby z toną średnio wartościowej, czasami wręcz niezdrowej, panierki,

– spory dodatek warzyw bez mydlenia nimi oczu tylko na froncie,

– nieustanne promowanie transparentności składu.

Dobra robota!

Łeldan

ŁelDan – marzec.

W marcu nominacja do nagrody ŁelDan 2019 leci do Hortexu za Kolorowe frytki.

Łeldan

Marchew, kalarepa, fasola i to wszystko!

Łeldan

Nie ma tu zbędnej filozofii.

Łyżka oleju, piekarnik i tyle. Dorosłemu można przyprawić, dziecku wystarczy podać gotowe lub przygotować sos na bazie jogurtu naturalnego.

Co dalej?

Frytki można zrobić z różnych warzyw, a promowanie tego kolorowym, atrakcyjnym dla dziecięcego oka opakowaniem uważam za bardzo trafiony pomysł. Zwłaszcza, że po zakupie i przekonaniu dziecka do takich kupionych kolorowych frytek, można łatwiej przekonać je do zjedzenia tego samego zrobionego przez opiekuna lub… samodzielnego zrobienia ich w domu przez dziecko!

Well done Hortex!

musy owocowe

Musy owocowe – miarka się przebrała.

Tego już za wiele.

Czekałam i obserwowałam w którą stronę pójdzie temat musów owocowych. Niestety sytuacja skręca w bardzo złym kierunku, trzeba więc reagować.

Ogłupiające reklamy.

Kiedyś latały po sieci fajne, chwytliwe hasełka. Później wszedł do maka mus zamiast jabłka. Teraz widuję wszędzie reklamy i plakaty o wygodzie. W telewizyjnej wersji kobieta wyrywa dziewczynie świeże jabłko i wciska w rękę mus. To chyba żart. Powinno być dokładnie odwrotnie!

Rozumiem grę słów, sytuację itp. ale sugestie, aby wybierać musy owocowe zamiast świeżych owoców uważam za szkodliwą społecznie, w dużej mierze ze względu na nieświadomych i/lub młodszych odbiorców. 

Czy musy owocowe to zło?

Nie, to po prostu przetworzone owoce i/lub warzywa. No właśnie – przetworzone. Na pewno jest miejsce na rynku spożywczym dla przetworów warzywno-owocowych i wcale nie mam zamiaru krytykować pasteryzacji (która ma wady i zalety). Robimy przetwory z sezonowych produktów, aby poza sezonem cieszyć się smakiem i właściwościami wartościowych owoców czy warzyw. Czasem przetwory są bardziej wartościowe pod pewnymi względami niż surowizna (np. przetworzone pomidory), a czasem mniej (np. kosmiczny cukier w dosładzanych dżemach, utrata niektórych witamin w przetworach itd.).

ALE nikt nigdy nie sugerował, aby do szkoły czy pracy zamiast jabłka brać słoik dżemu. Do dziś.

Gdzie jest miejsce musu w moim jadłospisie?

Pozycjonowanie musu to ciekawa sztuka. Znajduje się on gdzieś między marsem, a świeżymi owocami. Czyli jeśli chcesz do pracy czy w podróż kupić słabego batona – może faktycznie lepiej mus ALE (!) lepszy baton ma tłuszcz i czasem jakieś zboża, które sycą (co prawda może być to słaby tłuszcz utwardzony i wtedy odpada totalnie ale są też batony z lepszymi tłuszczem). Musem się nie najesz, bo nie ma on hurtowych ilości błonnika i warto o tym pamiętać. W tej samej cenie dostaniesz bardziej sycącą przekąskę. Musy owocowe to alternatywa w sytuacji podbramkowej, gdy nie masz dostępu do świeżych produktów. Nie ma nic złego w urozmaiceniu. Mus możesz stosować tak jak inne przetwory, jak np. dżem. ALE jeśli masz wybór i możliwowść – ZAWSZE wybieraj świeże produkty. Wystarczy pokroić jabłko na kawałki, czy obrać skórkę i do pudełka. To naprawdę nie jest problem w wielu sytuacjach.

Musy owocowe dla dzieci.

Mus jako alternatywa? Różnorodność? Gdy nie ma innej opcji bo jest kryzys? Dodatek do kaszki? Czemu nie. Natomiast 100 g mus w łapkę jako obowiązkowa codzienna przekąska np. dla niemowlaka? Jestem na nie.

Jakie musy wybierać?

Jeśli kupujesz regularnie – wybieraj musy owocowe z dodatkiem zbóż, jogurtem, z dodatkiem warzyw, z mniejszą zawartością cukru. Rozstrzał bywa spory, np. od 7 – 15g cukru na 100g. Owocowy, nie dodany – wiem. Ale fajnie gdy jest coś jeszcze oprócz samego cukru. A jeśli stosujesz sporadycznie – wybieraj jakie chcesz.

Bądź świadomym konsumentem.

Nie oglądaj reklam, nie patrz na autobusy. Nie daj sobie wcisnąć kitu, jak w przypadku Łoter z siugar, o którym pisałam na facebooku i instagramie (kliknij). Wygoda jest ważna, to prawda. Ale jak tak dalej pójdzie, do pracy czy w podróż będziemy brać tubki dla astronautów – czy na pewno o to chodzi…?

Jak dla mnie wygodniej jest być zdrowszym niż kiedyś latać po lekarzach. Taka wygoda to MUS. Ale nie ten owocowy.

Kategorie: Odżywianie
dziecku

Nie kupuj dziecku gówien w nagrodę.

Kiedy mogę dać dziecku kolorowy jogurcik? A paróweczkę?

Takie pytania dostaję codziennie. Odpowiadam zwykle zgodnie z prawdą „nigdy” albo „to zależy”. Ponieważ rynek produktów dla dzieci działa na mnie jak płachta na byka – rzuć okiem na kilka uwag ogólnych. O parówkach było już kiedyś (kliknij jak chcesz przeczytać), dziś o innych fast-foodach.

Zastanów się co kupujesz.

Dajesz dziecku żelki z witaminami? Ciastka z tłuszczem utwardzonym? Słabo, a raczej dramat. A może popularne jogurciki smakowe w kolorowych kubeczkach? A może wszechobecne musy owocowe? Może słodkie serki homogenizowane? Też nie najlepiej.

Jeśli totalnie nie patrzysz na skład, tylko jak leci – bierzesz z półki wszystko co z napisem „dla dzieci” – dobrze się zastanów, bo za kilka – kilkanaście lat, Twoje dziecko może przyjść do Ciebie z pytaniem 'dlaczego?’. Co mu wtedy odpowiesz?

Kiedy zaczyna się edukacja żywieniowa?

Jeśli myślisz, że w szkole czy w przedszkolu – grubo się mylisz. Edukacja zaczyna się w łonie matki. Jeśli jesteś w ciąży ale odżywiasz się raczej słabo – najwyższa pora aby coś zmienić. Dziecko zaczyna przyzwyczajać się do pewnych smaków już na etapie bezpiecznego oczekiwania w brzuchu Mamy. Wiesz co to jest programowanie żywieniowe? Pierwsze trzy lata w życiu dziecka to czas na przygotowanie organizmu i zbudowanie właściwych nawyków żywieniowych. W przedszkolu jest już za późno, a w szkole dochodzi presja grupy, z której ciężko wyjść nie mając racjonalnych argumentów w zanadrzu podczas przeciętnej pyskówki.

Ojej, ale dlaczego nie dawać żelków, kolorowych serków i jogurcików?

Przecież nabiał jest zdrowy! Nabiał być może tak, nabiał z rafinowanych cukrem lub syropem glukozowo-fruktozowym już niekoniecznie. Żelki to słodycze, a nie źródło witamin. Witaminy są np. w warzywach.

Ale przecież dziecko POTRZEBUJE cukru!

Serio? Ale ile dokładnie? Cukrów prostych czy złożonych? A ile dodanych? A ile czasu dziennie Twoje dziecko spędza na świeżym powietrzu? No właśnie. Cukrów dodanych może śmiało być ZERO. Tak. Cukrów prostych naturalnego pochodzenia – ułamek całości, bo stawiamy na węglowodany złożone. Dziecko potrzebuje węglowodanów złożonych, może spokojnie spożywać trochę cukrów prostych naturalnego pochodzenia, może spokojnie jeść naturalny cukier obecny w jogurcie czy świeżych owocach – byle z umiarem. Cukrów dodanych NIE potrzebuje.

No to ile mogę maksymalnie podać?

Przyjmij sobie, że w przeciętnym przypadku cukry dodane przewidziane są dla dzieci w maksymalnej ilości (to wartość baaardzo ogólna i uśredniona) około 3 łyżeczek dziennie (15 g). TRZECH. Paczka żelków to około 10 łyżeczek (50 gramów). Cukrów prostych naturalnych można zjeść trochę więcej – najlepiej w postaci świeżych owoców i warzyw, a nie soków czy musów.

Przecież musy to same owoce!

Zgoda. Ale musy to przetworzone owoce. Mus NIGDY nie zastąpi owocu. Nawet jeśli mają podobną zawartość cukru w porcji – owoc bogaty jest witaminy i składniki mineralne nie poddane obróbce. 

No to już najlepiej nic nie jeść!

Jeść ale z umiarem. Jeść ale nie budować idiotycznych nawyków. Kolorowy kubeczek słodkiej brei nie dostarczy wyłącznie cennych składników – dostarczy również cukru. Niepotrzebnie. Kolorowy mus pokazuje, że owoce czy warzywa nie są niezbędne – wystarczy słodka papka. A to nie jest prawdą.

Coś jeszcze?

Urozmaicenie jest dobre. Czasami wychodzenie poza schemat jest dobre. Sporadyczne ekscesy są dobre. Uśmiech i radość z jedzenia są dobre.

Codzienny nadmiar cukru i tłuszczów utwardzonych jest zły. Brak lub niewielka ilość warzyw – są złe. Słodkie papki zamiast naturalnych nieprzetworzonych produktów są złe. Żywność przetworzona jako codzienny standard jest zła. Nagradzanie i karanie jedzeniem JEST FATALNE. Nie wgrywaj fatalnego oprogramowania w głowę swojego dziecka – słono za to kiedyś zapłaci.

Jak żyć?

Raz na jakiś czas – ok. Czemu nie? Codziennie jako standard, nawyk, przyzwyczajenie, rytuał – NIE! Pokaż dziecku, że jogurt lub serek naturalny (!) można wzbogacić owocami ŚWIEŻYMI, orzechami, może łyżeczką miodu, sezamem, siemieniem lnianym itp. – w zależności od wieku.

I na litość boską NIE KUPUJ DZIECKU GÓWIEN W NAGRODĘ! Żelki w nagrodę? Ciastka z utwardzonym tłuszczem w nagrodę? Hamburger w nagrodę? Badziew wyglądający jak jogurt w nagrodę? W nagrodę dostaje się NAGRODY, a nie gówna. Jeśli chcesz wprowadzić element zaskoczenia – powiedz, że „dla odmiany”, „na spróbowanie”, „na trasie łatwiej jest zjeść to, ale to wyjątkowa sytuacja” itd.

Tak, zgadzam się, te fast-foody dziecięce czasem bardzo się przydają, ale niech „czasem” pozostanie „czasem”, a nie „codziennie”.

Buduj dobre nawyki od urodzenia.

Jeśli jesteś świadomym Rodzicem – pamiętaj, że edukacja żywieniowa zaczyna się od samego początku. Niemowlak nie potrzebuje docukrzanych herbatek, ciastek, musów i słodkich serków w kolorowych opakowaniach. Niemowlak potrzebuje mleka z piersi, przytulić się i w kimę. A następnie w ramach rozszerzania diety po 6 miesiącu – dobrego, prostego jedzenia bez cukru dodanego. Jeśli nauczysz dziecko jeść jogurt naturalny – będzie jadło jogurt naturalny. Jeśli nauczysz picia wody – będzie piło wodę. Jeśli sama jesz byle co i nauczysz picia i jedzenia gówien w ładnych opakowaniach – będzie piło i jadło gówna – bo tak to działa.

Nie daj robić z siebie idioty.

Nadmiar cukru jest niekorzystny na każdym etapie naszego życia. Zbywamy temat tekstami typu: przecież nic się nie dzieje, przecież jestem szczupła, przecież dziecko normalnie wygląda, nie można sobie wszystkiego odmawiać, przecież tak ładnie prosi. Nie nabieraj się na to, że reklamowali coś w telewizji, że przecież napisane 'dla dzieci’, że kolorowe opakowanie, że stoi na półce w aptece. To często jedynie MARKETING, bo musi nastąpić SPRZEDAŻ, nic więcej.

Buduj w dziecku siłę.

Jeśli robisz w mózgu dziecka bazę wiedzy na temat zdrowego odżywiania – będzie mu łatwiej oprzeć się presji grupy podczas urodzinek lub przerwy w szkole. Dajesz mu oręże do głupkowatych dyskusji, których wszędzie pełno.

Ale wiesz co? Nie martw się tym, że dookoła banda ignorantów, Twoje dziecko doskonale sobie poradzi. To Ty masz rację ładując spory wysiłek w wychowanie i kształtowanie prawidłowych wzorców dotyczących jedzenia. Czasem jest ciężko, wiem. Ale to Ty będziesz czuła radość i odetchniesz z ulgą za parę lat, gdy wiele Twoich koleżanek będzie załamywało ręce. I to właśnie Ty usłyszysz „dziękuję” zamiast „dlaczego”.

 

 

 

_________________________

Ps. Jeśli uwagi ogólne to dla Ciebie za mało – rzuć okiem na profil @doktorania na Facebooku i Instagramie – tam sporo szczegółowych informacji oraz zdjęcia produktów.

Kategorie: Dzieci, Wyróżnione
kisiel

Uwaga na witaminy!

Jeśli myślisz, że przy przeciętnej diecie ubogiej w warzywa i owoce wystarczy spożywać pewne produkty z napisem 'Witaminy’ – bardzo grubo się mylisz i zaraz Ci to udowodnię.

Kisielek.

Do wpisu na ten temat zainspirował mnie niewinnie wyglądający kisiel z ogromnym napisem 'Kubek witamin’ oraz stosownymi grafikami. Bardzo nie lubię, gdy ktoś stosuje takie chwyty marketingowe. Moim zdaniem jest to po prostu nieuczciwe. Nie każdy ma czas i możliwość rozszyfrowania małych literek na opakowaniu, nie wspominając o weryfikacji prawdziwości przekazu. Ale do rzeczy, oto kisielek:

witaminykisiel

Kubek witamin.

To świeże warzywa, owoce i ich proste przetwory. Domowe zupy, sklepowe czy domowe mrożonki, domowe dżemy, kisiel – jak najbardziej. Owszem, część witamin rozpada się pod wpływem gotowania czy przechowywania, ale po pierwsze: nie wszystkie, po drugie: warzywa i owoce to również błonnik i składniki mineralne.

Kubek witamin TO NIE CUKIER z dodatkami w śladowych ilościach.

W tym produkcie prócz cukru (główny składnik) i skrobi mamy owoce: maliny 1.3%, jeżyny 0.6%, jagody 0.5%. Serio. Do tego regulator kwasowości, aromaty, barwnik – niby nic ale dla niektórych już za dużo.

Dlaczego to nie działa.

Jest kilka przyczyn. Przeważnie witaminy z wielu względów lepiej wchłaniają się ze źródeł naturalnych, z niektórych (nie wszystkich) suplementów i innych atrakcji typu tabletki musujące dostajecie przykładowo zaledwie kilka procent podanej dawki. Do tego witaminy A, D, E, K lubią tłuszcz. Nie cukier, tłuszcz. A na deser najważniejsze info: witamina C (i kilka innych witamin też, ale w produktach najczęściej dodają C) jest średnio stabilna, co oznacza, że łatwo się rozpada, niszczy w drastycznych warunkach typu gotowanie itp. Tak więc to, że producent doda 100 mg witaminy C, zdecydowanie nie oznacza, że tyle się wchłonie.

Oddzielnym tematem jest sposób podania tych witamin. Bardzo często nośnikiem (czyli głównym składnikiem produktu, suplementu) jest cukier, syrop glukozowo-fruktozowy itp. Więc chcesz 100 mg witaminy C ale w pakiecie dostajesz 1-5 łyżeczki cukru gratis. Jak podaje producent, w porcji tego kisielku jest 3.5 łyżeczki cukru. Czy to ma sens? NIE!

Kisiel (i inne witaminy z cukrem) na diecie.

Jesteś na diecie, więc kisielek taki malutki, słodziutki, pełen witamin…? No nie bardzo.

Domowy kisiel bez cukru: tak, jak najbardziej! Kupowany (czyli głównie cukier): nie! Jak wspominałam, w porcji tego kisielku jest 3.5 łyżeczki cukru. Trochę sporo. Cukier napędza apetyt.

Co robić?

Kolejny raz podkreślam: nie szukaj witamin w sztucznych produktach z cukrem, kisielkach instant, tableteczkach musujących i innych dziwolągach. Witaminy są w warzywach i owocach. Durna natka pietruszki do zupy zamiast tabletki czy kisielku składających się głównie z cukru. Można? Można.

Przy niedoborach: badania krwi i/lub wizyta u lekarza lub dietetyka + być może suplementacja (z głową!) preparatami wysokiej jakości.

Nie dajcie się nabijać w butelkę. Szkoda zdrowia.

Kategorie: Moja opinia
rosół

Kostka rosołowa.

Przeciętna kostka rosołowa to utwardzony tłuszcz z solą i wzmacniaczem smaku. Działa jak diabli jeśli chodzi o poprawianie, ponieważ sól podkreśla smak potraw, wzmacniacz też (plus wpływa na odczucie), a tłuszcz jest nośnikiem smaku. Proste jak drut w kieszeni. No właśnie, w kieszeni.

Czy kostka rosołowa jest zdrowa?

Nie jest. Tłuszcz utwardzony jest składnikiem wpływającym negatywnie na zdrowie, tak samo jak nadmiar soli. Wybrane wzmacniacze smaku (nie mówię tu o glutaminianie, tylko o innych wzmacniaczach) też nie są takie obojętne dla organizmu. Podsumowując: nie, nie i nie. To sam SYF.

Czy kostka rosołowa BIO jest zdrowa?

Nie. To zwykle dokładnie ten sam produkt tylko przygotowany z surowców bio. Ewentualnie mniej syfiastych składników (np. wzmacniaczy) na rzecz ekstraktu drożdżowego, ale to niewielkie pocieszenie.

bio kostkabio-kostka

Czy da się zastąpić kostkę?

Tak. Umiejętny dobór świeżych warzyw, ziół, przypraw, zdrowy tłuszcz i gotowe! Tak jak robili to ludzie zawsze.

Czy istnieją zdrowe gotowce?

Tak i nie. Jeśli są to suszone warzywa z toną soli to też trochę nie ma sensu, bo duża ilość soli w diecie nie jest dobra, zwłaszcza dla kobiet w ciąży oraz osób z chorobami towarzyszącymi typu nadciśnienie. Wybrałabym same suszone warzywa lub warzywa z ziołami i/lub przyprawami. Klasyk w stylu zioło angielskie i liść laurowy można wzbogacić dodatkiem lubczyka itp. Warto zapytać speców od rosołu co dodają do bazy w zależności od jej późniejszego przeznaczenia.

Innym rozwiązaniem są sosy typu AJVAR. Można dodać np. łyżkę stołową do dania lub zupy i też sprawa załatwiona. Lubie te sosy (pod warunkiem, że mają prosty skład) bo składają się prawie wyłącznie z warzyw. Do tego odrobina octu dla podkreślenia smaku (byle nie przesadzać, zwłaszcza dzieciom i osobom 'wrażliwym’) i gotowe!

bulionwarzywa suszonewarzywa suszone

Co robić?

Zrobić samodzielnie wywar przy użyciu 'prawdziwych’ składników lub kupić suszone warzywa lub suszone warzywa z ziołami. Sól, jeśli ktoś nie potrafi bez, warto dodać samemu – wedle uznania. Jest duże prawdopodobieństwo, że dodamy tej soli o wiele mniej niż producent zastosował w gotowej mieszance. I o to chodzi.

Ważne.

Pozbądź się wyrzutów sumienia. Czasem każdy z nas używa półproduktów typu mrożonki i gotowce – nie ma w tym nic złego, potrzebujemy zaoszczędzonego czasu na inne – również ważne – sprawy. Bo życie nie polega tylko na ciągłym myśleniu o jedzeniu. A przynajmniej nie powinno, hehe.

 

Więcej o zdrowych zamiennikach w kuchni dowiecie się już niebawem tu: http://maszwybor.edu.pl.

biedronka

Biedronka – 10 ciekawych produktów.

Nie jestem fanem marek własnych dyskontów – często (nie zawsze) jest to byle co. Ale tak jak obiecałam, tym razem postanowiłam znaleźć coś pozytywnego wśród morza różnych propozycji od Jeronimo (Biedronka).

1. Warzywa

Jak kto lubi, jak kto uważa. Fajnie kupować na rynku, a jak nie – macie tu np. fajne zestawy pociętych warzyw, kiełki. Coś dla zabieganych.

biedronka

2. Zagraniczne cuda.

W Biedronce są tańsze, więc warto spróbować np. awokado, batat – smaczne i zdrowe.

biedronka

3. Ser kozi.

Prosty skład bez zbędnych dodatków.

biedronka

4. Masło bez laktozy.

Ciekawa propozycja dla osób odczuwających dyskomfort po wypiciu mleka.

biedronka

5. Zupa krem – mrożonka.

Mrożonki w Biedronce są różne – niektóre gorsze, niektóre lepsze. Dwie zupy kremy (zielona i czerwona) są fajne, smak – kwestia gustu.

biedronka

6. Olej lniany.

Ciekawy produkt, który warto mieć w lodówce. W Biedrze stoi na półce, a szkoda bo olej lniany warto chronić przed światłem i ciepłem.

biedronka

7. Orzechy.

Warto: i orzechy i migdały. Jak wiecie prawie zawsze mam coś w tym stylu przy sobie.

biedronka

8. Fasola.

W Biedronce jest kilka rodzajów fasoli i soczewicy – obczajcie bo to fantastyczna baza do różnych dań zarówno na słodko jak i na słono.

biedronka

9.Chleb 7 zbóż.

Ciekawy skład. Jeden z niewielu dobrych w Biedronce.

biedronka

10. Płatki owsiane górskie.

Fajne, proste i tanie. Do zrobienia wlasnego muesli, ciastek itp.

biedronka

Biedronka – tak czy nie?

Niestety jest sporo produktów z beznadziejnym składem, zwłaszcza gotowce są najczęściej tragiczne. Jednak w każdym sklepie są produkty lepsze i gorsze, sami dobrze wiecie. Znalezienie tych (zaledwie) 10 propozycji zajęło mi godzinę – to trochę dużo na tle innych sklepów… Wędliny nie znalazłam dobrej (jakaś jedna – ale innej marki – była lepsza od innych), jogurty (zwłaszcza owocowe!) mnie nie zachwyciły, prosty twaróg był ok, mleka i mięsa nie kupowałam i nie jadłam więc się nie wypowiadam ale chciałam kupić jakąkolwiek pastę do chleba – raczej takie sobie, pieczywo też. To nie było łatwe zadanie.

Podsumowując.

Warto obczajać temat bo da się zrobić fajne zakupy taniej – ja za wszystko zapłaciłam ok. 50 pln. Nie jestem orłem jeśli chodzi o gotowanie więc zrobię z tych produktów proste rzeczy:

– sałatkę z fasolą i olejem lnianym,

– batata z kozim serem,

– kanapkę z masłem i serem kozim do pracy,

– owsiankę z orzechami (reszta orzechów do samochodu),

– zupę krem z fasolą.

Można? Można! Ale z głową.

Kategorie: Moja opinia
dieta antyrakowa

TOP 10 – dieta antyrakowa.

Dieta antyrakowa część I, czyli krótko i zwięźle o tym, jakich warzyw 'nie lubią’ i 'boją się’ komórki nowotworowe.

Naturalnie stosuję język uproszczony, słowo 'rak’ używane jest w języku potocznym niezbyt fortunnie (rak to pewna grupa nowotworów) ale skupmy się tym razem na produktach zamiast na różnicach semantycznych.

Dieta antyrakowa.

Jest wiele cennych substancji, których nie lubią komórki rakowe jednak pamiętajcie, że przyczyny występowania i leczenie nowotworów to trudny, złożony temat. Walka odbywa się najczęściej na wielu płaszczyznach, obszarami gdzie nie wolno nam odpuszczać jest DIETA (antyrakowa?) i sport. Jeśli możesz coś zdziałać – spróbuj! Nawet jeśli nie da się powstrzymać wystąpienia czy gwałtownego rozwoju choroby – nieźle skopiesz rakowi tyłek. A może właśnie są to komórki wrażliwe na substancje z zewnątrz? Warto spróbować!

1. Czosnek.

Absolutny namber łan w walce z różnymi nieproszonymi gośćmi w naszym organizmie. Świeży ma niezwykłą moc, chociaż potrafi też dać popalić osobom z wrażliwym przewodem pokarmowym. Czosnek nie wybiera – nawala każdego, kto się nawinie. Prawdziwa siekiera praktycznie na każdego raka. Wpierdol murowany.

2. Por.

Niedoceniane warzywo o ogromnym potencjale. Groźnie wygląda i nie każdy wie, co z nim zrobić ale jak już się dowiecie – drżyjcie komórki nowotworowe!

3. Młoda cebula.

Wydaje się bliska naszym sercom i słusznie. Rak nie lubi jak wpada cebula bo zawsze narobi mu siary przy znajomych. Mocna rzecz, warto wplatać gdzie się da bo nie jest to trudne.

4. Brukselka.

Te znienawidzone przez niektórych małe kulki mają całkiem spory arsenał ukryty pod zielonym płaszczykiem. Mimo specyficznego smaku i odruchu wymiotnego na sam widok czy zapach, warto jakoś ograć ten smak (na masełku?) i czasem zjeść kilka, aby pogrozić rakowi zielonym paluszkiem.

5. Kapusta.

Różne rodzaje mają różną moc. Największego kopa daje głowiasta. Duża i ciężka więc nie ma zdziwka, że jak przywali z baśki to się o tym długo pamięta.

6. Burak.

Najlepiej wybierać te mniejsze i średnie. Podobno rak boi się intensywnego koloru, że jak mu zabrudzi kieckę uszytą specjalnie na przerzuty to już się nie spierze.

7. Brokuły & kalafior.

Takie trochę rodzeństwo przyszywane tylko coś z kolorem nie teges. Wyglądają niepozornie ale potrafią zrobić niezły burdel na chacie u raka.

8. Szpinak.

Niby ładne zielone listki ale nie dajcie nabrać się na te pozory. Szpinak jest waleczny i rak się go boi od dzieciństwa (a dokładnie od czasu obiadów w przedszkolu typu szpinak + ziemniaki + jajko sadzone, bleeee).

9. Szparagi.

Ciężko nabyć, nie wiadomo jak przyrządzić a już kompletnie zerowa rozkmina jak to zjeść. Co obierać? Co odkrawać? Tak, Wy tu się godzinami zastanawiajcie, a komórki nowotworowe zacierają rączki, że nie chcecie tego jeść.

10. Inne WARZYWA.

Rak nie znosi warzyw, to fakt. Jak nie jecie 5 porcji warzyw to jest zachwycony bo nikt z zewnątrz mu się nie wieprza w interesy, nikt nie bruździ. Jak unikacie warzyw do każdego posiłku to jest idealnie bo może sobie spokojnie rosnąć, jeśli policja w organizmie nie ogarnia tematu. Fani na insta przyrastają w ekspresowym tempie bo rak bardzo dba o wizerunek w mediach społecznościowych. Zwłaszcza jak spożywacie duuużo cukru. Tak, komóreczki nowotworowe lubią duuużo cukru, one kochają cukier. Mają wtedy power i flow – jest co wrzucać na fejsbuczka, że niby jakie to ciekawe życie prowadzą, rozwój osobisty, dalekie podróże. Wiecie – tu jeden węzęł chłonny, tam wakacje w drugim – lans na całego. Także powodzenia z tym cukrem.

Nie daj się złapać: regularne badania profilaktyczne (np. krew, usg i in.), samokontrola (np. badanie piersi, jąder, pieprzyków itd.) oraz sport + dieta bogata w cenne substancje (warzywa, ryby, cenne tłuszcze itd.) i niech gościu spada na drzewo!

Spieprzaj Dziadu!

 

Co mogę zjeść na noc?

To pytanie zadaje sobie czasem każdy z nas. Ja najchętniej usłyszałabym 'co tylko chcesz!’ albo chociaż 'deska serów i kieliszek wina brzmi ok!’. No dobra, może być po prostu 'porcja lodów czekoladowych z advocatem’ i po sprawie.

Sorry ale NIE.

To tak, jakby ktoś mnie zapytał 'Aniu, ile mogę wypić wódki, żeby jutro rano nie mieć kaca?’. Szczerze? Nie mam bladego pojęcia. Każdy z nas inaczej metabolizuje alkohol, sami wiecie jaki może być rozrzut. Ale jest jedna odpowiedź, która zawsze pasuje i każdemu się sprawdzi: ZERO. Jak wypijesz zero alkoholu, to na bank nie będziesz mieć kaca, proste.

Podobnie jest z jedzeniem na noc.

Szklanka ciepłego mleka? Powiedz to osobom, które nie tolerują laktozy! Porcja owoców? Świetny wybór! Zwłaszcza docukrzonych suszonych, najlepiej od razu pół paczki – organizm na pewno będzie zachwycony 7 łyżeczkami cukru na dobranoc. Tak, świeże owoce też nie bardzo. Może makaron razowy? Zdrowe węglowodany złożone! Super – przewód pokarmowy właśnie marzył o tym, żeby zamiast iść spać – zakasać rękawy i wziąć się za odczepianie tych cholernych cukrów z łańcucha. No rewelacyjna noc się szykuje. To może produkty 'light’? Zero tłuszczu, tona cukru przykładowo? Widzicie to mordercze spojrzenie trzustki? Wiecie co ona zaraz zrobi z tym light-cukrem na noc? Przywali go Wam w oponę np. na brzuchu. Każdusieńki jeden gramik. Wszystko pójdzie w pas i/lub biodra. Pomijając te 'lekkie’ z niską zawartością tłuszczu nadrabiające wysoką cukru (słabo) – dodatki spożywcze też nie są mile widziane na noc. Wątroba ma w dupie Wasze wyniki badań oraz to, że te wszystkie E są dopuszczone do spożycia i są to bezpieczne dawki dla szczurów.

Czego bym nie napisała – zawsze będzie coś nie tak.

Zawsze jest jakieś 'ale’, a wiesz dlaczego? Bo organizm wieczorkiem jak szykujesz się do snu, szykuje się razem z Tobą. Cały dzień marzysz o ciepłym łóżeczku i odpoczynku? On też. Organizm lubi jak dostarczasz mu żarcia na spokojnie i na bieżąco, bez szarpaniny w stylu 'cały dzień jestem na diecie’ a o 23:00 następuje zwolnienie blokady losującej w drzwiach lodówki.

Nie może być tak, że od rana trzymasz fason i dzielnie odmawiasz czekoladowych muffinów (700kcal) do kawy, a do filmu czy playstation wpierdzielasz pakę słonego gówna albo wiadro lodów. Ok, od dzwonu można taki odpust zrobić ALE uważaj! Raz, drugi zrobisz i poźniej zaczną się teksty 'ojtam ojtam’, 'na coś trzeba umrzeć’, 'warzywa też są be bo zawierają pestycydy’ itp. Do żarcia na noc łatwo się przyzwyczaić.

Co zrobić?

Nie jestem fanem diet 'po 18:00 nic nie jem!’ jeśli nie wynika to ze względów zdrowotnych. Jak się ratować? Nie dopuszczać do nocnych ataków głodu. Przezorny zawsze ubezpieczony: ZJEŚĆ KOLACJĘ! Jakieś 3h przed snem. Coś lekkiego, coś co lubicie. Coś, co nie zawiera tony cukru i tłuszczu utwardzonego. Z braku czasu może być kilka orzechów czy migdałów, może trochę pestek dyni lub słonecznika?

No fajnie, fajnie a TUŻ przed snem?

Nie chcecie tego usłyszeć ale odpowiem. Jeśli nie wynika to ze względów zdrowotnych, nie karmicie piersią itd. – najlepiej NIC. Jeśli macie z tym duży problem, może warto znaleźć dobrego (!) dietetyka, który indywidualnie dobierze jadłospis? Dla mnie jest to podstawowa sprawa – INDYWIDUALNY dobór. Zalecenia typu 'dla wszystkich’, 'wszyscy mogą’, 'jedz do woli’ uważam za trochę niebezpieczne.

Jeśli jednak musiałabym coś Wam doradzić odnośnie jedzenia na noc – polecam produkty, dania LEKKOSTRAWNE, o niskiej zawartości cukru.

Nie wiecie co to znaczy lekkostrawne?

Nie martwcie się, już wyjaśniam. Chodzi o to, żeby nie wkurzać przewodu pokarmowego na noc. To jak wejście do sklepu 5 min przed zamknięciem, gdy wydrukowali już raport fiskalny. Organizm taki raport sobie elegancko drukuje, a Wy mu wyjeżdżacie nagle z kabanosa. Raczej słabo, co? Jak już musicie – wrzucie mu coś, z czym upora się szybko i bezboleśnie, a później będzie mógł odpocząć. Widziałam ciekawe propozycje na stronie jednego ze szpitali, rzućcie okiem. To tylko ogólne założenia – dostosujcie je do siebie, tego co lubicie. Chudy jogurt naturalny bez dodatków? Chuda galaretka warzywna lub mięsna?

Co zrobić gdy szykuje się wieczorny nasiad?

Spróbujcie zamienić ciężką artylerię na coś lżejszego. Chipsy (33g tłuszczu /100g produktu) na nachosy (20g / 100g) – jak już nie ma innej opcji. A co sądzicie o świeżym, cieplutkim popcornie na małej ilości tłuszczu? Nieśmiertelne kabanosy i parówki zamieńcie na chudą wędlinę czy chudą kiełbasę, słone, tłuste precelki itp. na lżejsze kanapki a może warzywa + dipy na bazie jogurtu? Może hummus + chlebek naan?

Kombinujcie! Przewód pokarmowy będzie Wam wdzięczny, dogada się z całym organizmem i wspólnie odwdzięczą się Wam spokojniejszym snem i lepszym samopoczuciem od rana. Opłaca się!

Pasta warzywna – jak kupić dobrą?

Co do chleba zamiast wędliny lub sera? Pasta? Mielonka? Paprykarz? Pasztet? Wrzucam to do jednego worka: PASTA WARZYWNA.

Co to jest DOBRA pasta warzywna?

Jak sama nazwa wskazuje – ma to być pasta warzywna. Nie potrzebuję pasty wodnej, olejowej, wodno-olejowej czy olejowo-wodnej. Mają być warzywa i tym kieruję się podczas zakupu.

Skład.

Jeśli głównym składnikiem (czyli na liście zwykle pierwsze dwie pozycje ) jest woda lub olej – odstawiam na półkę. Dlaczego? Niska zawartość tłuszczu a wysoka wody (np. produkty typu 'light’) zwykle oznacza obecność bajerów. Obecność tłuszczu wpływa na konsystencję – produkt łatwo rozsmarować ale nie znaczy to od razu, że olej ma być składnikiem nr 1 lub 2.

Spójrzcie na załączone przykłady (jak klikniecie w czerwony link to zobaczycie ceny).

Pasta tatarska.

pasta warzywna

Pasta meksykańska.

pasta warzywna

Pasztet sojowy.

pasta warzywna

Mielonka sojowa.

pasta warzywna

Paprykarze wegetariańskie.

pasta warzywna pasta warzywna

Na wstępie – brak konserwantów, to powinien być standard bo produkty te zwykle są sterylizowane.

Jeśli chodzi o skład – praktycznie każdy produkt zawiera ’poprawiacz smaku’ (hydrolizat białka lub ekstrat drożdżowy). Podstawą każdej przedstawionej konserwy jest woda + olej rzepakowy + białko sojowe + sól. Reszta składników zmienna: warzywa, mąka, ryż lub kasza, przyprawy. Zdarza się też cukier, ocet, barwnik. Produkty Sante zawierają aromat (czasem niestety nieznany). Mielonka zawiera dodatkowo substancje: żelującą i zagęszczającą. Szczerze? Najlepiej wygląda meksykańska ale mając wybór nie kupiłabym żadnego.

To może pasztet warzywny…?

pasta warzywna

pasta warzywna

Pasztet Primavika zawiera na 1 miejscu w składzie wodę. Tłuszczu jest zdecydowanie mniej niż w innych produktach, ok. 5g/100g produktu ale za to dodano hydrolizat białka roślinnego, gumę guar (substancja zagęszczająca) i przeciwutleniacz.

Pasztet Sante – owszem, olej na 3 miejscu czyli zawartość tłuszczu będzie wyższa (tu 12g/100g produktu) ale w tym przypadku oznacza to brak podejrzanych bajerów. Na 1 miejscu jest soczewica, na 2 cebula – jak dla mnie bomba. Woda dopiero na 5 miejscu. Na końcu przyprawy i ekstrakty przypraw – jakie? Niestety nie wiadomo.

Czyli?

Cenowo wszystkie produkty wyglądają podobnie. Jeśli chodzi o skład – jak dla mnie wygrywa zdecydowanie Pasztet z soczewicą Sante. Nie jest to ideał – wiadomo. Najlepiej zrobić samemu zwłaszcza, że zrobienie pasty warzywnej jest banalne – wystarczą nawet 2 składniki, kilka minut i mamy spokój na parę dni.

Gdy macie ochotę na coś warzywnego a czasu na gotowanie brak – szukajcie produktów WARZYWNYCH czyli dużo warzyw, mało wody, oleju i bajerów. Zero wzmacniaczy smaku i konserwantów. Ewentualnie trochę więcej oleju zamiast chudego, sztucznie napompowanego badziewia. Wbrew pozorom nie każde 'vege’ czy 'vegan’ znaczy 'zdrowe’.

Kategorie: Porównanie

Sos indyjski Łowicz.


Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że dobrej jakości sos pomidorowy lub kupione 'gotowe’ pomidory ratują czasem życie. Pisałam już o tym tu.

Dziś o sosie Łowicza.

image

Wpadł mi w ręce Sos indyjski. Skład nie pozostawia wątpliwości – miło nie będzie.

image

Podstawą produktu jest niestety woda. Warzywa stanowią zaledwie 22% z czego 8% to koncentrat pomidorowy.

Czwartym składnikiem jest cukier.

Trochę słabo. Całkowita zawartość cukrów prostych w słoiku to prawie 8 łyżeczek.

Reszta składników?

Śmietana (3%), sól, aromaty, przyprawy: tytułowych curry i kolendry po 0.01%.
Co zatem czyni z tak ubogiego składu pól kilograma sosu? Skrobia modyfikowana! Tu kukurydziana i ziemniaczana.

Nic nie mam do Łowicza.

Być może mają inne fajne produkty? Nie wiem, poszukam.

Niestety tym razem jest marnie – czy słowo 'sos’ w ogóle oddaje charakter produktu? Moim zdaniem to coś powinno się nazywać kisiel pomidorowy!

Jestem na NIE!

Kategorie: Moja opinia

10 produktów, które poprawią skórę lepiej niż kosmetyczka.

Możesz wydawać kupę kasy na wizyty i kosmetyki ale jeśli nie idzie za tym prawdziwa dbałość o skórę – nic z tego nie będzie. Na szczęście są produkty, które szczególnie warto spożywać bo poprawią skórę szybko i skutecznie. Większość z nich jest tania i powszechnie dostępna, W PRZECIWIEŃSTWIE do zabiegów, suplementów i kremów specjalistycznych.

1. Woda.

Nie ma nic gorszego dla organizmu (również skóry) niż niska podaż płynów. Ale nie w postaci napojów gazowanych lub innych produktów zawierających cukier, który przyspiesza starzenie się skóry. Zwykłej wody nie zastąpi nawet najdroższy nawilżający krem. Pamiętajcie też, że picie wody podczas upałów jest szczególnie istotne w przypadku małych dzieci i kobiet w ciąży – po jakości skóry (np. wysuszone usta) możemy łatwo poznać, że wody w organizmie brakuje.

2. Żółte, czerwone, pomarańczowe warzywa.

BETA-KAROTEN: zapamiętaj tę nazwę bo to absolutny numer jeden jeśli chodzi o pielęgnację skóry. Zmniejsza wrażliwość na promieniowanie UV, chroni przed powstawaniem plam i przebarwień skóry, opóźnia procesy starzenia, wspomaga także pielęgnację cery trądzikowej. MUSTHAVE bez dwóch zdań!

3. Awokado.

Produkt dla zabieganych. Tłuszcz, witaminy, potas wspomagający krążenie krwi i układ nerwowy – wszystko doskonale wpływa na jakość skóry.

4. Zielone warzywa liściaste.

Zawierają witaminy oraz składniki przeciwzapalne i detoksykujące – wszystkie te substancje doskonale poprawią skórę, zwłaszcza cerę.

5. Orzechy, migdały, pestki.

Cenne tłuszcze, witaminy z grupy B – przeciwdziałają procesowi glikacji (upraszczając: cukrowemu atakowi), spowodowanemu m.in. spożywaniem nadmiaru cukru w diecie, sprzyjają też ujędrnianiu i uelastycznianiu skóry.

6. Pestki dyni.

Obowiązkowa pozycja dla zestresowanych. Oprócz tłuszczu i witamin z grupy B – wysoka zawartość magnezu, którego może takim osobom szczególnie brakować. A jak wiadomo złość (i stres!) piękności szkodzi.

7. Olej lniany i/lub tłuste ryby.

Nawilżający wpływ dobrych tłuszczów z grupy NNKT (niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe) jest nie do podrobienia! Poprawią skórę lepiej niż najdroższy odżywczy krem.

8. Pełnoziarniste produkty.

Błonnik przedłuża odczuwanie sytości po jedzeniu (sprzyja odchudzaniu), ułatwia usuwanie z organizmu toksycznych resztek oraz jest źródłem antyoksydantów. Przyjaciel skóry.

9. Płatki owsiane.

Kolejny produkt dla zabieganych – błonnik, witaminy z grupy B, beta-glukan obniżający poziom cholesterolu itd. Jeśli lubicie produkty 10 w 1, płatki owsiane należą do tej grupy.

10. Jagody i/lub aronia.

Witaminy oraz wysokie dawki antyoksydantów spowalniających procesy starzenia organizmu (a także zapobiegających rozwojowi chorób określanych jako cywilizacyjne), nasze polskie superfoods – absolutny MUSTHAVE dla skóry!

Fajnie iść czasem do fachowca, który zadba o naszą skórę, ale samemu też musimy troszczyć się o jej wygląd. Na szczęście są produkty, które wbrew pozorom nie kosztują dużo, a ich spożywanie znacząco poprawia jakość skóry. Możecie być pewni, że szybko się Wam odwdzięczy, bo skóra bardzo lubi jak się o nią dba.