Jaki kraj, takie mieszanki przypraw

Byłoby wspaniale

Życie byłoby prostsze i mniej stresujące, gdyby człowiek nie musiał zastanawiać się nad jakością informacji w reklamie w tv, na profilu influencera czy na etykiecie produktu spożywczego. Ale ten idealny świat bez ściemniania niestety nie istnieje. Oczy należy mieć dookoła głowy, zwłaszcza jeśli towarzyszą nam choroby lub musimy unikać określonych składników. Ale też dlatego, by przykładowo pewnego pięknego dnia nie napić się swojej ulubionej, pysznej, aromatycznej kawusi z unoszącymi się na powierzchni białawymi plamami pozlepianych kłaków mąki.

Jak to możliwe?

Normalnie.

Nie chcemy podwyżek cen. Nie chcemy płacić kilka PLN za małą paczusię przypraw. Jednocześnie nie chce nam się czytać etykiet. Chcielibyśmy wszystko mieć podane na tacy, najlepiej za darmo. I nikogo nie interesuje, że niektóre surowce są po prostu drogie. Z wielu względów. A producenci nie są fundatorami naszych zachcianek.

Jaki kraj, takie mieszanki

Asortyment serwowany w obrębie jednej marki często różni się nieco w detalach (ilość i jakość danego składnika) w zależności od kraju na jaki jest rzucany. Wachlarz jest adekwatny m.in. do określonych przyzwyczajeń konsumenta, tradycji, średnich cen na danym rynku oraz…mentalności. A w Polsce inwestowanie w zdrowie, w tym w zdrowe jedzenie, wynika z sytuacji społeczno-ekonomicznej ukształtowanej przez ostatnie dziesięciolecia. Czyli jest na poziomie początkującym. Nie chcemy płacić więcej za jedzenie wyższej jakości bo po pierwsze nie zawsze nas na to stać, a po drugie – jedzenia NIE WIDAĆ. Nowe szmaty, buty, zegarek, samochód czy drogie wakacje – owszem. A przecież powszechnie wiadomo, że dla wielu osób najważniejsze jest jedno: co ludzie powiedzą? Niestety w Polsce nadal wyznacznikiem standardu życia i pewnym synonimem luksusu jest przykładowo drogi samochód, zadbany dom, rajskie wakacje, oraz pasek, buty i torba od projektanta a nie zadbane zęby, skóra, regularne badania profilaktyczne i zdrowe jedzenie codziennie na talerzu. Stąd szeroki rynek produktów, mieszanek i półproduktów gdzie składnik główny i/lub oczekiwany zastąpiony jest częściowo innym: bazą, zamiennikiem, czy jak np. w przypadku przetworzonego mięsa – wodą z dodatkami i/lub wypełniaczem. Podobnie jest na rynku przypraw.

Piękne etykiety

Zestawy do pierników, aromatycznej szarlotki czy ciastek korzennych kojarzą mi się z mieszaniną korzennych przypraw z udziałem przede wszystkim cynamonu, kardamonu, imbiru i goździków. I faktycznie w mieszankach, których ceny zaczynają się już od 0.99 PLN znajdziemy takie składniki. Warto jednak być czujnym i świadomie wybierać zestawy przypraw. Na co zwrócić uwagę? Jak omijać pułapki jeśli potrzebujemy zestawu przypraw bez dodatków?

Krok 1 – pierwszy składnik

Jeśli potrzebujemy wyłącznie samych przypraw do ciasta, ciastek, aromatycznej kawy lub herbaty lub z jakiegoś powodu nie możemy spożywać cukru lub najnormalniej w świecie nie smakuje nam kawa z cukrem – możemy się mocno zdziwić kupując produkt bez czytania składu. Jeszcze pół biedy jeśli to kawa z łyżeczką cukru, gorzej jeśli do ulubionej kawusi sypniemy przyprawę opartą o mąkę pszenną.

Krok 2 – tabela wartości odżywczych

Zdarza się, że pierwszy składnik na etykiecie to mieszanka, a więc litania surowców. To zdarza się często np. na etykietach płatków śniadaniowych, granoli, muesli itp. ale też na przyprawach. Wydaje nam się wtedy, że skład wygląda spoko. Tymczasem w tabeli wartości odżywczych NIESPODZIANKA! No bo jak to możliwe, że cynamon daje 50g cukru na 100g produktu?! Normalnie. Na drugim miejscu jest cukier. Czyli przykładowo 50% to przyprawy, a druga połowa – cukier. Można? Można.

Krok 3 – cena

Cudów nie ma, bo producenci spożywki to nie organizacje charytatywne. Z pustego nie nalejesz. Jak kiełbasa kosztuje 5 PLN za kg to można spodziewać się, że z mięsem będzie miała niewiele wspólnego poza stroną wizualną, o co spece od stron wizualnych z pewnością starannie zadbają.

Każdy orze jak może

Podobnie jest w przyprawach. Jak przyprawowy surowiec jest drogi, to kosztuje minimum kilka PLN za małą paczkę a nie 90 groszy. Oczywiście zdarzają się wyjątki, takie jak nieuzasadniona wysoka cena, promocja, moda na coś czy wyprzedaż ze względu na bliski termin przydatności do spożycia. Jednak generalna zasada jest taka, że przyprawy bez wypełniaczy, bazy czy innych dodatków kosztują więcej.

Światełko w tunelu

Przyznam, że nie jest łatwo znaleźć w powszechnie obecnym sklepie prostą przyprawę korzenną, którą bez obawy dodamy i do ciastek i do kawy czy herbaty. Jednak takie produkty istnieją i na mojej platformie edukacyjnej przedstawiam kilka z nich (kliknij aby zobaczyć).

Składy mogą być proste jak konstrukcja cepa, cena wyższa niż w przypadku innych produktów. Jednak nie jest to różnica torpedująca nasz lubiący promocje i niskie ceny umysł, prawda?

Jak żyć?

W każdej książce, którą napisałam powtarza się jedno zdanie: decyzja należy do ciebie.

Bo przecież nie ma obowiązku kupowania produktów lepszej jakości, podobnie nikt nie powinien oceniać cię, jeśli wybierzesz coś z wypełniaczem. To indywidualne decyzje, zależne od wielu czynników.

Ja niezmiennie zachęcam cię do świadomego kupowania. Jeśli potrzebujesz maksymalnie uniwersalnego produktu, warto wybrać prostą mieszankę bez cukru i mąki, którą możesz wykorzystać do różnych celów.

Jeśli potrzebujesz małej ilości przypraw do ciastek, jeśli nie chorujesz na coś, co wiąże się z dietą wykluczającą, jeśli ciasto czy ciastka robisz raptem raz w roku – na mące pszennej i zawsze słodzisz cukrem – nie ma co się spinać i płakać nad składami. Weź to, co możesz, to co masz pod ręką.

Zawsze jest jakieś wyjście, często mamy wybór. Niech w większości przypadków będzie to wybór świadomy. Bo świadome życie smakuje lepiej. Po prostu.

_____

PS Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o zdrowym stylu życia oraz świadomym jedzeniu i robieniu zakupów spożywczych zajrzyj tu (klik).

Wpis nie jest sponsorowany.
vegan

VEGAN czyli zdrowe

Z bliżej nieokreślonych przyczyn, utarło się fałszywe przekonanie dotyczące produktów VEGAN (czyli roślinnych) o tym, że skoro jest roślinny to MUSI być zdrowy. I wcale nie jestem przedstawicielem produktów odzwierzęcych szukającym dziury w całym. Wręcz przeciwnie. Uważam, że jemy zbyt dużo mięsa i zdaję sobie sprawę, że podłoże tej sytuacji jest zróżnicowane i wielopłaszczyznowe.

Więc o co z tym vegan chodzi?

Oczywiście o pieniądze. Bo skoro część osób chętniej sięga po produkt z napisem VEGAN to czemu tego nie wykorzystać?

Przeprowadzając proste ankiety typu „tak” lub „nie” wśród kilku-kilkunastu tysięcy dość świadomych konsumentów okazało się, że większość osób nie nabiera się już na pytania typu „czy VEGAN = ZDROWY?” Niemniej jednak nadal 21% osób uważa, że wegańskie słodycze mają raczej lepszy skład niż niewegańskie, a 20% osób zaznaczyło, że wegańskie ciasto jest raczej zdrowsze niż niewegańskie.

ALE… Już przy bardziej podchwytliwie skonstruowanych pytaniach mniej więcej ta sama grupa badawcza uważa, że:

  • wegańskie posiłki w knajpie będą raczej zdrowsze niż te niewegańskie (47%)
  • jeśli coś ma napis VEGAN, chętniej sięgamy po to w sklepie (26%)
  • w wegańskiej kawiarni są raczej lepsze produkty niż w zwykłej (35%).

Dość skwapliwie wykorzystują to niektórzy producenci. Zatem warto zwracać na to uwagę. Produkty oklejone napisami VEGAN z motywem roślinnym nie powinny nikomu sugerować, że „roślinny” automatycznie zawsze znaczy „lepszy”, a już na pewno nie powinno się to kojarzyć z „zawsze zdrowszy”.

Podobnie producenci słodzonego nabiału. Chętnie dodają informacje dotyczące witamin, składników mineralnych oraz korzyści, jakie płyną z suplementowania tych substancji. Oczywiście z ich produktów. Cały problem niestety w tym, że owszem – korzyści są i to niepodważalne. Organizm ludzki potrzebuje przykładowo zarówno witaminy D jak i wapnia oraz innych substancji. Tyle, że nie ma potrzeby aby wraz z witaminami i innymi niezbędnymi składnikami pochłaniać tony cukru. Ale o tym na opakowaniach produktów pseudoprozdrowotnych już nie przeczytamy.

Czy niektórzy producenci robią z ciebie idiotę?

Tak.

Nie przeczytamy bowiem o skutkach CODZIENNEGO nadmiaru cukru dodanego w diecie, o tragicznych skutkach CODZIENNEGO nadmiaru kalorii w codziennym jadłospisie. Nie przeczytamy o przecukrzeniu dzieci, o tym, że statystyki są coraz bardziej tragiczne, że wiele chorób zaczyna się bardzo niewinnie a kończy przedwczesną śmiercią, np. tuż po 40-tce. Nie przeczytamy też najczęściej o tym, że miejsce deserów jest (jeśli już muszą być) NIE w pozycji śniadania + kolacji. Bo budowanie nawyku jedzenia słodkich posiłków niemal przez cały dzień jest niebezpieczne zwłaszcza u dzieci. Miejsce deseru jest na deser. PO zjedzeniu pełnowartościowego posiłku.

Tymczasem słodzone deserki proponowane są dzieciom i dorosłym jako świetna wersja śniadania, drugiego śniadania, kolacji lub jako fajna przekąska. Jako propozycja na jakiś tam głód czy apetyt. Na wycieczkę, na chwilę zapomnienia, na luźny wieczór po ciężkim dniu.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki napoju czerpie nadmiar cukru? Nie.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki jogurtu owocowego czerpie nadmiar cukru? Nie.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki wegańskiego odpowiednika jogurtu czy deseru czerpie nadmiar cukru? Nie.

Nadmiar cukru z produktu typu VEGAN jest tak samo niebezpieczny jak z produktu nieweganskiego.

Kultura przecukrzania, czipsyzacji i alkoholizacji ma się świetnie.

Ciasta czy ciastka wegańskie oparte o ogromną ilość cukru i słaby tłuszcz utwardzony są tak samo niezdrowe jak niewegańskie. Czipsy z ogromna ilością tłuszczu – nawet jeśli są z różnych warzyw i są BIO – nadal zawierają ogromną ilość najczęściej słabego tłuszczu.

Wiele ciast i ciastek typu cukier z mąką + margaryna zawierająca tłuszcze częściowo utwardzone NIGDY nie zawierało składników pochodzenia zwierzęcego. Czipsy typu ziemniaki, olej słonecznikowy, sól NIGDY nie zawierały składników pochodzenia zwierzęcego. Zarówno ciasta, ciastka jak i czipsy zawsze były wegańskie i zawsze były niezdrowe.

Dzięki reklamom w TV i mediach społecznościowych dobrze wiemy, że jak impreza to ziemniory z tłuszczem. Jak rodzinny obiad to oczywiście zbliży nas do siebie butla gazowanej wody z cukrem. A gdy wracamy styrani z roboty – warto sięgnąć po słodzony nabiał, batonik lub po prostu flaszkę. Bo co się będziemy rozdrabniać skoro można raz a dobrze. Oczywiście najlepiej drogą flaszkę, bo jak już pić, to na bogato: na drogim blacie, w drogim kieliszku, kulturalnie i z klasą. A nie jak menele – najtańszy syf na ławce w parku. Bo przecież to nie my jesteśmy uzależnionymi od cukru alkoholikami. My jemy wyłącznie zdrowsze wersje słodyczy, a łychę pijemy wyłącznie drogą, prawda?

I teraz wkracza VEGAN, cały na zielono.

A skoro było już o nabiale, pseudozdrowych batonikach z czymś tam na coś tam oraz o alkoholu, to pora na nowy sektor, który ma dać nam ukojenie i chwilę zapomnienia. Albo chociaż nasycić głód oraz uspokoić głowę, bo przecież jest VEGAN.

Czyli zdrowo.

Czyli można.

Bez wyrzutów sumienia.

Gdy przeczytamy etykiety pierwszych z brzegu deserów, okazuje się, że skład opiera się o wodę z cukrem i dodatkami. A dla organizmu naprawdę nie ma większego znaczenia czy te 2-3 łyżeczki cukru dostanie z wody z tej czy innej firmy. 2-3 łyżeczki cukru w porcji to może być spora ilość na raz dla małego dziecka ale też dla osoby dorosłej, która ma nieprawidłowo zbilansowaną dietę opartą o same słodzone posiłki.

Jak żyć?

O wyrzutach sumienia, a właściwie o kompletnym bezsensie posiadania wyrzutów sumienia związanych z jedzeniem pisałam chyba w każdej mojej książce, a najszerzej w NIE ŻRYJ GÓWIEN” (klik), czy bliźniaczej „Na coś trzeba umrzeć (klik)„. Bo jedzenie nie ma psychicznie niszczyć. Ma odżywiać, dostarczać wszystkich niezbędnych składników odżywczych. Jedzenie nie ma rozgrzeszać, nie ma wypełniać luki po czymś tam, słodycze nie mają być codziennym lekiem na chroniczne psychiczne zmęczenie, samotność i stres. Na zmęczenie psychiczne, samotność i stres są zupełnie inne rozwiązania, nie mające z pseudozdrowymi słodyczami nic wspólnego.

Niestety wiele osób nadal utożsamia VEGAN z „czyli mogę zjeść więcej bo zdrowe„. Dlatego w bezmyślnej konsumpcji produktów BIO czy VEGAN upatruję większe zagrożenie niż kiedyś w sektorze LIGHT. Zwłaszcza u osób, które nie zwracają uwagi na skład, mają średnio zbilansowaną dietę z nadmiarem cukrów prostych dodanych oraz szukają rozgrzeszenia dotyczącego jedzenia słodyczy.

Słodycze to słodycze, słodzone produkty to element menu, słodzony deser to też słodycze. To coś, co jedni mogą jeść w większych a inni w mniejszych ilościach i tyle.

Same słodzone produkty nie zastąpią całodziennego jadłospisu w dobrze zbilansowanej diecie. Objadanie się „zdrowszymi” słodyczami „bo skoro są zdrowsze to mogę zjeść więcej” to słaby pomysł. To również słaby przekaz w stronę nieświadomych wszystkich konsekwencji nadmiaru cukru i kalorii w menu dzieci.

Wegańskie desery to również element menu, zwłaszcza dla osób, które z różnych przyczyn unikają nabiału, mleka krowiego czy produktów pochodzenia zwierzęcego. Nie ma sensu dorabiać prozdrowotnych ideologii bo zarówno słodzony deserek oparty na mleku krowim jak i na wegańskich odpowiednikach to najczęściej 2-3 łyżeczki cukru dodanego w małym kubeczku.

Wegańskie wersje produktów powstały dla osób unikających z różnych przyczyn surowców pochodzenia zwierzęcego. I bardzo dobrze, rozrastający się rynek produktów roślinnych cieszy mnie podobnie jak rosnąca świadomość konsumentów. Bo właśnie o tę świadomość tu chodzi. O to, aby nie sięgać bezmyślnie po produkty z napisem VEGAN. O to, aby pamiętać, że deser to DESER. A jeśli ktoś ma ochotę na roślinną wersję – bardzo dobrze, że asortyment jest coraz bardziej zróżnicowany i dostępny.

______________

PS Jeśli nie chce Ci się na razie czytać książek, a chcesz na szybko wiedzieć które produkty mają sprawdzony przeze mnie skład, oraz jak ograniczyć cukry proste i cukier dodany zajrzyj na moją platformę edukacyjną (klik). Jeśli chcesz w 2 tygodnie zacząć kontrolować to co kupujesz oraz ilość cukru, którą spożywasz w tym prostym szkoleniu (klik) nauczę Cię kilku prostych trików – wystarczy 10 minut dziennie (to szkolenie jest też na mojej platformie w pakiecie premium).

mleczko kokosowe

Cena a skład – mleczko kokosowe.

Ten, kto używa mleczka kokosowego doskonale wie, jak trudno jest znaleźć produkt o prostym składzie. Oczywiście wynika to również z preferencji konsumenckich – klient po otwarciu puszki woli zobaczyć ładniejszą, bardziej niż mniej jednolitą konsystencję, a nie grudkowatą breję. Podobnie jak w przypadku śmietany – tu również wolimy przewidywalny w użyciu produkt zamiast kalejdoskopu wydarzeń podczas gotowania.

Co zatem wybrać i czy kierować się ceną?

mleczko kokosowe

Dwa produkty o podobnej cenie, rzućmy okiem na skład.

mleczko kokosowe
mleczko kokosowe

Czyli woda z dodatkiem miąższu plus substancje dodatkowe.

mleczko kokosowe
mleczko kokosowe

Miąższ z dodatkiem wody + guma guar. Uwagę zwraca znaczna różnica w zawartości wapnia.

Cena.

Zwykle im więcej wody tym więcej substancji wypełniających, udających, nadających, dodających, formujących itp.

Nie jest tajemnicą, że surowce są droższe niż woda z tanim olejem i najczęściej nie da się zrobić produktu przetworzonego tanio i dobrze. Tu chciałabym, pokazać Ci, że zdarzają się sytuacje gdzie cena jest naprawdę podobna.

Ale czy zawsze warto dopłacać?

Nie. Nie dopłacam do wysoko przetworzonych produktów zawierających tony cukru i tłuszczu. Wolę płatki owsiane za 2-3pln za paczkę niż mniejsze opakowanie przecukrzonego produktu płatko-podobnego. Ale już mając do wyboru loda za 3pln ze skomplikowanym składem, wybiorę wersję za 5pln o podobnej zawartości cukru ale prostszym składem. Bo wolę zjeść raz w tygodniu prawdziwego loda niż 2x w tygodniu produkt lodo-podobny.

Skład a cena.

Oczywiście ktoś może potrzebować wody z dodatkiem kokosa. Ja zwykle szukając tego typu produktów potrzebuję głównie miąższu. Chętnie dopłacę te 50 gr czy nawet 1 pln, bo wodę mam w kranie, nie muszę kupować jej w puszce czy w słoiku.

Mimo wzrostu świadomości konsumenckiej, coraz uważniejszego robienia zakupów, nadal obserwuję wahanie i drżącą rękę jeśli chodzi o dokładanie kilku pln do lepszej jakości produktów spożywczych. Kupujemy tony potrzebnych i niepotrzebnych szmat, butów, kosmetyków, bierzemy na kredyt telewizory, samochody, a często szkoda komuś dopłacić te 2-3 pln do sosu pomidorowego opartego na pomidorach zamiast wodzie i/lub oleju z dodatkiem warzyw, szkoda zainwestować w lepszy olej itd. Oszczędzamy na czymś, co buduje nasz organizm płacąc za coś, co rozwali się po kilku praniach czy dwóch sezonach polskiej zimy.

Dla mnie inwestowanie odrobinę lub trochę więcej w jedzenie o lepszym składzie jest inwestycją w lepsze samopoczucie i zdrowie, ale decyzję tradycyjnie pozostawiam Tobie. Pamiętaj tylko, że po iluś latach jedzenia taniego przetworzonego syfu nie będzie miało znaczenia który model butów czy jaki pasek miałaś na sobie w SS2019.

pączki

Cała prawda o pączkach.

Przed nami Tłusty Czwartek, zatem już niebawem prawie cała Polska rzuci się na przecenioną mąkę z syropem glukozowym i tłuszczem palmowym. Będą radosne przekomarzania – kto, ile, za ile, po ile, kto już umiera, a kto jeszcze ma w domu 6 sztuk bo były w promo, jak za darmo. 
No to jak dają po taniości TO PRZECIEŻ TRZEBA BRAĆ, prawda…?

Oczekiwania vs reality.

Nie jestem fanem pączków (chociaż lubię ciasta i ciastka), aczkolwiek lubię raz na jakiś czas czyli 1-2 x w roku zjeść PRAWDZIWEGO pączka. Bez rozmrażania, bez wspomagania, bez dosypki polepszaczy.

Lubię, gdy ten pączek ma konsystencję pączka i smak pączka. Nie lubię, gdy kupuję pączka, płacę jak za pączka, a jem pseudo-pączko-kapcia, po którym pół dnia jest mi niedobrze.

Nie oczekuję od produktów za 49 gr, że będą przypominały składem, smakiem czy konsystencją prawdziwe pączki. Stawiam na mniejszą ilość ale lepszą jakość – jestem gotowa zapłacić w tłusty czwartek 6x więcej i zjeść 1-2 sztuki zamiast 6 przecenionych wyrobów cukierniczych o wyglądzie pączka. Jestem w stanie zapłacić jeszcze więcej i zjeść 1 sztukę, jeśli producent nie użyje do wyrobu oleju palmowego (co obecnie niemal graniczy z cudem, ale wyjątki się zdarzają – wystarczy zapytać).

Droższy, znaczy lepszy?

Przeszłam się po cukierniach obiecujących „tradycyjne” wyroby. Widziałam pączki w cenie ok. 3 pln za sztukę. Zdobycie składu czasem było nierealne („kierowniczka ma”), czasem dostawałam bez problemu specyfikacje do wglądu, a czasem wystarczyło poczekać aż miła, zmęczona chyba życiem Pani, przestanie wywracać oczami i robić miny oraz uwierzy, że naprawdę CHCĘ ZNAĆ SKŁAD TEGO PĄCZKA.

Wniosek z moich podróży po „renomowanych” cukierniach jest jeden.

To, że płacisz prawie 3 pln zamiast 79 gr nie gwarantuje NICZEGO.

Owszem, niektóre piekarnie mają tradycyjne pączki składające się z typowych składników (czyli nie są to pączki „z proszku”, gdzie czytasz skład i nie masz pojęcia czym jest połowa składników) ale widziałam też bezczelnie reklamowane tradycją wyroby pączko-podobne. W cenie pączka.

W dobrej cukierni jak masz „pączek z jabłkiem”, to faktycznie jest to pączek z jabłkiem, a nie z mazią jabłko-podobną. Z marmoladą różnie bywa ale wydaje się być najbezpieczniejszym nadzieniem.

Jeśli zamierzasz jeść pączki dziesiątkami, odradzam wymyślne nadzienia typu toffii, advocat itp. bo tu ślizgają się nawet najlepsi i w sumie nie ma w tym nic dziwnego.

Tańszy znaczy jaki?

Przeszłam się też po dyskontach i delikatesach.

W delikatesach bez problemu można znaleźć normalne pączki, bo dostarczają je tam m.in. normalne cukiernie. Te nienormalne też dostarczają, więc warto czytać te malutkie opisy.

W supermarketach – wyrób własny… Ach czego tam nie ma. Prawdziwa lekcja technologii cukierniczej. Ale TANIO, panie!

Dyskonty – królują długie składy albo brak składu bo nie na wszystkich wystawionych produktach jest opis.

Nie widziałam ANI JEDNEGO tradycyjnego pączka w cenie niższej niż ok. 2.50pln.

Konstrukcja cepa.

Pączki to w gruncie rzeczy składowo prosta sprawa. Tak jak ciasto drożdżowe, tylko tu się smaży (zapytaj jak często cukiernia wymienia olej do smażenia), a tam się piecze.

Natomiast gdy ktoś potrzebuje „stabilnych produktów o  gładkiej powierzchni, ładnej obwódce oraz dużej objętości” – można robić na mieszance, która btw. nadaje się również do produkcji drożdżówek, makowców i ciast drożdżowych.

Składniki jednej z przykładowych mieszanek: mąka pszenna, cukier, serwatka w proszku, mąka sojowa, sól, białko jaja w proszku, żółtko jaja w proszku, emulgator: E471, E472e, lecytyna rzepakowa; substancja przeciwzbrylająca: węglan wapnia; gluten pszenny, substancja zagęszczająca: guma guar; środek do przetwarzania mąki: kwas askorbinowy; regulator kwasowości: dwuoctan sodu; enzymy: ksylanaza, amylaza, fosfolipaza; barwnik: E101.

Jak widzę cukiernię z napisami „Tradycyjne wypieki” a skład ciasta drożdżowego ma 7 linijek, to coś tu chyba jest nie tak.

„Tradycyjne” donaty i pseudo pączki.

Zagościły już na dobre – niestety. Do wyboru kolorowe polewy, różnorodne posypki – skład często jednym słowem: DRAMAT.

„Pączek to pączek, co za różnica?”

Otóż jest i to spora. Niewiele osób wie, że te odmrożone okrągłe, kapciowate, kolorowe pączko-podobne wyroby to najczęściej 2 x więcej tłuszczu (np. 14g vs 28g/100g), bardzo często z udziałem tłuszczu częściowo utwardzonego (zwłaszcza polewy i posypki!). Rozpoznać je można po cenie – zwykle oscylującej w okolicach < 1 pln. Często w promocji po < 49 gr.

Tanio, panie!

Mam wrażenie, że dla niektórych nie ma różnicy między pączkiem a tłustym palmowym kapciem z cukrem. Ważne, żeby się bezmyślnie nawpieprzać cukru z tłuszczem, bo wszyscy tak robią. Smak, konsystencja, skład – bez znaczenia. „Przecież słodkie jest, to smakuje”, „ja tam nie widzę różnicy”. Jasne, przecież jeśli mam 3 pln, to lepiej kupić 6 pseudo pączko-kapciów po 49 gr niż jednego prawdziwego pączka. Bo czemu mam kupić jednego, skoro mogę 6.

Zadziwiające jest dla mnie to, jak bardzo niektórzy ludzie są zdziwieni tym, że chcę wiedzieć co jem i mam ochotę na tradycyjny wyrób – nie na produkt z proszku. Skład bułki, chleba, pączka – w piekarniach i cukierniach mam zwykle najwięcej problemów. Najłatwiej jest, gdy producent podaje skład na swoich stronach, ale nie każdy ma odwagę i/lub czas, a szkoda.

Twoja kolej.

Tłusty Czwartek to doskonały test dla Twojej ulubionej cukierni. Do tej pory kupowałaś/eś bezrefleksyjnie wszystko jak leci, bezgraicznie ufając w napisy „tradycyjne”, „domowe”. Teraz pora przekonać się jaka jest prawda.

Zanim więc kolejny raz kupisz od uśmiechniętej Pani pięknego, pachnącego pączusia – zapytaj o skład i sprawdź.

Jeśli kupujesz tanio – nie oczekuj tradycyjnej receptury. Wyroby na proszku są zwykle tańsze.

Jeśli jednak płacisz jak za zboże, a pączek to x-linijkowa litania, gdzie nie znasz połowy składników, to za co tak właściwie płacisz..?

owsianka

Owsianka z Biedronki.

Czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym co kupujesz?

Jeśli nie, pora to zmienić, bo najczęściej w podobnej cenie można mieć produkt nieco lepszy albo ciut gorszy, a skoro leżą obok siebie i kosztują tyle samo – po co płacić za gorszy?

Owsianka.

Wydawałoby się, że prosta jak konstrukcja cepa. A jednak.

   owsianka

Płatki z cukrem, zawartość cukru dodanego 10.5%, niby mało, tylko w sumie po co? Kolejna mini porcyjka cukru to kawałki czekolady. Total cukrów prostych w porcji – 2.5 łyżeczki.

owsianka

Tu cukru dodanego 11.6% – i co z tego, że trzcinowy? Nic.

Trzcinowy, brązowy, bio, eko, organic – to nadal cukier, który jest dodany. Cukier, którego NIE POTRZEBUJESZ w owsiance.

Da się? Pewnie, że się da.

Proszę bardzo, produkt z tej samej serii.

owsianka

Płatki, trochę owoców i odrobina orzechów. Tak samo słodko ale bez niepotrzebnego sypnięcia cukrem pudrem.

Kupuj świadomie.

Ten produkt leży w tym samym miejscu, tuż obok docukrzonych owsianek. Niby nic, niby niewiele – jedna owsianka, a jednak.

Jedna owsianka plus owocowy jogurt plus napój plus syrop do kawy plus batonik, ciasteczko, cukiereczek na gardełko, syropek – cukier dodany nie znika, sumuje się w ciągu dnia. Nie jedz go bezmyślnie.

Lepiej zrób banalne ciastka z płatków owsianych lub upiecz proste drożdżowe, a jak nie masz ochoty na babraninę w kuchni – po prostu idź raz w tygodniu na dobre, proste ciacho oparte na prawdziwych składnikach, zamiast CODZIENNIE bezwiednie wlewać w siebie hektolitry syropów cukrowych, zagryzając kilogramami cukru z tłuszczem.

Nie warto.

 

 

_______

Ps. Więcej takich pro tipów znajdziesz tu: smart shopping.

FAK of The Year

FAK of The Year – Lipiec

Lipcowa nominacja do nagrody FAK of The Year trafia do Family Fish – Figurki Rybne. Za to, że producentowi chyba coś się pomyliło jeśli chodzi o własne produkty. 

 

FAK of The Year

 

Na opakowaniu ślicznie uśmiechnięte dzieci, cudne info o „naturalnym smaku” i braku syfu – ok.

Niestety prostego surowca rybnego jakim jest filet – zabrakło. Dzieci dostaną 65% farszu rybnego, z którego to 80% stanowią mechanicznie odkostnione produkty rybołówstwa (tu mielone mięso z plamiaka). Plus panier oczywiście. 

 

FAK of The Year

 

Jasne – nie ma co siać paniki – ryba to ryba. Ale ciekawe jest, że firma ma w portfolio piękne paluszki z fileta – w składzie 65% fileta jak Bóg przykazał, proste opakowanie i super! Ale dla dzieci niestety fileta zabrakło. 

 

FAK of The Year

 

Tak, cena jest inna – niższa o ok 1.5-2pln. Czasem mielone jest tańsze od fileta. I wiadomo, że wymyślne kształty łatwiej zrobić z papki, a najlepiej z pasztetu ale kurde czy rzeczywiście o kształty tu chodzi czy raczej o to, żeby dzieciak zjadł w końcu tę cholerną rybę? Przecież kształt kotleta można dobrać pod rodzaj ryby. Inni producenci jakoś dają radę.

 

ryba abramczyk

 

Kurczę, mnie się zawsze wydawało, że jak coś jest dla dzieci – a zarówno kształt jak i foto na opakowaniu sugeruje, że jest to produkt dla dzieci – to musi być top of the top. 

Ale nie.

Niestety wielu producentów przeróżnych produktów dla dzieci (np. nabiału, płatków) ma totalnie w dupie jakiekolwiek zalecenia czy wytyczne. Z resztą wystarczy spojrzeć na FAK of The Year z poprzednich miesięcy (kliknij tu). Ba! U niektórych producentów zdarza się syf do tego stopnia, że proszę rodziców aby omijali półki z jedzeniem dla dzieci bardzo szerokim łukiem.

Przyznam, że %$&* mnie trafia, jak widzę takie sytuacje i mam zamiar po kolei obnażać tę idiotyczną HIPOKRYZJĘ wszechobecną w produktach dla dzieci. Bo jeśli dorośli dostają jedzenie, a dzieci popłuczyny albo przesłodzony syf, jest to żenująca hipokryzja – nazywajmy rzeczy po imieniu.

Gwoli ścisłości, tu powinien znaleźć się równolegle ten produkt, który dla mnie ma również dramatyczny skład:

 

 

A wracając, w tajemnicy powiem, że jak rodzic sam je ryby, to od małego proponuje też rybę dziecku. A jak się dziecko od małego nauczy albo jak się nie nauczy ale latami obserwuje jedzenie ryby w domu, to zwykle w końcu samo zacznie jeść. Ciężko jest wyskoczyć młodemu nagle z rybą – bo się okazało, że zdrowa – jak nigdy nie obserwował ryb w domu. To trochę jak lądowanie ufo na talerzu. 

Dodatkowo nie polecam podawać dzieciom panierowanych gotowców. Jeśli dziecko jest zbyt małe i nie pogryzie fileta, to z pewnością nie jest w wieku odpowiednim do zjedzenia panierowanych, przetworzonych produktów. Warto kupować tłuste ryby morskie – ich mięso bogate jest w cenne kwasy tłuszczowe niezbędne w rozwoju dziecka, a dodatkowo konsystencja jest na tyle odpowiednia, że można śmiało wmiksować kawałek w dowolny obiadek. RAZ W TYGODNIU.

W przypadku miłości do panierowanych produktów – nigdy nie polecam ich jako standard. Jako urozmaicenie, rzadkość na stole – ok. Ale na pewno nie w nagrodę czy jako niesamowity rarytas.

No bo umówmy się, nie ma co robić z produktów zawierających minimum 35% smażonego pszennego paniera „rarytasów”, prawda?

słodycze

Ferrero Collection – co wybrać? Jak żyć?

Słodycze.

Kto ich nie lubi. Jest dla nich miejsce w świecie świadomego konsumenta. Jeśli potrafisz mądrze zbilansować to co jesz i połączyć to z aktywnością sportową – czemu nie zjeść czasem czegoś słodkiego.

Natomiast jestem wrogiem produktów z wysoką zawartością cukru, gdzie producent dorabia jakąś niesamowitą ideologię prozdrowotną. To jest nie fair, to są słodycze i jest to oszukiwanie ludzi. Na takie praktyki radzę uważać.

Marka Ferrero nie dorabia prozdrowotnej ideologii. Słodycze to słodycze. Dorabia oczywiście inne, ale żadna z nich nie sugeruje mnie – jako konsumentowi, który nie ma obowiązku być absolwentem dietetyki – że jak zjem kulkę z cukrem i tłuszczem to zacznie się odżywcza magia. No, może z tą lekkością Raffaello bym w reklamach nie przesadzała ale ok, przyjrzyjmy się faktom. 

Fakty.

Zawartość tłuszczu i cukru podaję na 100 g produktu.

Ferrero Rondnoir – udziałowiec: czekolada deserowa (40.5%), tłuszcz 35 g, cukier 43.4 g.

Ferrero Rocher – udziałowiec: orzechy laskowe (28.5%), tłuszcz 42.7 g, cukier 39.9 g.

Ferrero Raffaello – udziałowiec: kokos (25.5%), migdał (8%), tłuszcz 48.6 g, cukier 33.3 g.

Typowe słodycze – mamy tu sporo cukru, olej palmowy, mąkę pszenną, spulchniacze, wanilinę. Czyli zero zaskoczenia.

Jak żyć?

Jak jem słodycze, staram się przemycić w tym jakieś plusy. Do czekolady dorzucam orzechy lub migdały albo wybieram taką dobrej jakości – gorzką z laskowymi.

Z tych trzech propozycji do wyboru wzięłabym Raffaello. Sporo tłuszczu – to fakt. Ale pochodzi on częściowo z kokosa i migdała. Poza tym ma najmniej cukru, aż o 10 g mniej niż Rondnoir.

Roche też ma fajny składnik i to prawie 30% – orzechy laskowe.

Najmniej korzystnie wypada Rondnoir, nie ma właściwie nic wartościowego na tle dwóch pozostałych za to najwięcej cukru.

A jedną mogę?

Jeśli jesz od dzwonu jedną sztukę – bierz co chcesz. Jak więcej to bierz Raffaello lub Roche i dorzuć dodatkowo coś wartościowego. Wtedy zjesz mniej czekoladek bo nasycisz się orzechami lub migdałami. Wilk syty i owca prawie cała.

Ile ma jedna sztuka?

Dla prostego rachunku i małej ilości obliczeń można przyjąć, że w okolicach jednej łyżeczki tłuszczu i jednej cukru.

słodyczesłodyczesłodycze

Zatem jak zjesz 5 czekoladek – robi się z tego zalecana dawka cukru dodanego dziennie. A co z resztą rzeczy które jesz…? No właśnie.

Pamiętaj.

Jedna czekoladka w tą czy w tą – ok. Ale jeśli to jest jedna czekoladka + słodki jogurt + napój + batonik + kawa z syropem… Przekraczasz zalecaną ilość w ciągu dnia, a w dłuższej perspektywie ma to swoje konsekwencje. Zapisuj sobie wszystko co jesz i zobacz ile realnie zjadasz cukru (tego ukrytego też!) dziennie.

Jeśli permanentnie spożywasz nadmiar cukru, a mimo to wyglądasz super i czujesz się doskonale – to nie oznacza, że wszystko jest ok. Pewne zmiany w organizmie zachodzą powoli, po cichu.

Jeśli kochasz słodycze i pożerasz bez kontroli – zacznij uprawiać sport! Albo powoli pomyśl nad ograniczeniem obecności cukru, (zwłaszcza tego ukrytego) na co dzień.

Jeśli potrzebujesz pomocy, zajrzyj tu (klik). Od 4.06 będę prowadziła akcję „Cukier – jedz świadomie„, gdzie możesz dołączyć do grupy lub pracować samodzielnie ale jedno jest pewne. Zabierz się za ten temat, nie zostawiaj tego bo samo na pewno się nie zrobi.

Kategorie: Porównanie
czekolada z orzechami

Czekolada mleczna – porównanie.

Lubię czekoladę gorzką, ale nie jestem hipokrytka i przyznaję otwarcie – czasem jak mam ochotę na coś słodszego – czekolada mleczna z orzechami jest moim wyborem. Czy jest w tym coś nadzwyczaj złego? 

Czy kawałek czekolady mlecznej to ZUO?

Nie, dopóki jest to przysłowiowy kawałek, a nie pół tabliczki. Tak, dobrze przeczytałaś: jeśli sporadycznie jesz kawałek czekolady do kawy, nie ma to aż tak olbrzymiego znaczenia, czy zawsze jesz gorzką czy nie.

W jednym kawałku (w zależności od wielkości kostki – może być to ok. 5 – 15 g) mlecznej jest ok 2.7 – 8.25 g cukru, w gorzkiej 1.3 – 3.9 g.  Zatem jeśli jesz przeciętny kawałek, to nie ma większego znaczenia czy będzie to czekolada mleczna (np. 4 g cukru) czy gorzka (np. 2 g cukru), chociaż zachęcam Cię do gorzkiej.

czekolada

czekolada

Jeśli jesz większe ilości czekolady – różnica robi się coraz bardziej znacząca, przy połowie tabliczki jest to 26 g cukru (5 łyżeczek) vs. 13 g (2.5 łyżeczki). W przypadku całej tabliczki jest to 10 – 11 łyżeczek vs. 5 łyżeczek (gorzka) cukru. Sporo. 

Problem jest gdzieś indziej.

Pierwsza sprawa – mlecznej da się zjeść więcej, jest łatwiej. Gorzka już tak nie wchodzi, prawda?

Po drugie – cukier napędza apetyt na cukier. Co z tego wynika? Chcesz więcej. I więcej. Dziś kawałek, jutro półtora, za tydzień już dwa. Osłabiona codziennymi sprawami silna wola nie ma szans z grzeszną przyjemnością, jaką jest kolejna malutka kosteczka cukru z tłuszczem.

Co robić?

  1. W żadnym razie nie rób zapasów – czekolada mleczna tylko w sklepie na półce.
  2. Masz ochotę na kawałek? Fajnym rozwiązaniem są mini tabliczki lub miniatury ulubionych słodyczy.
  3. Nie kupuj nadziewanych czekolad – to zwykle niezłe badziewie.
  4. Nie stosuj wobec siebie zakazów, traktuj siebie łagodnie, bądź dla siebie dobra! Jeśli raz na jakiś czas zdarza Ci się 'napad’ – zjedz kawałek, dwa – to naprawdę nic wielkiego. Jeśli napady są zbyt często, zastanów się co jest tak naprawdę przyczyną. Czy faktycznie chodzi o „czekolada mleczna musi być”, czy zapychasz nią jedynie potrzebę czegoś innego? W jednej z lekcji kursu o jedzeniu (jeszcze możesz się zapisać, startujemy 28.12, zapisy tu – kilknij) tłumaczę na czym polegają nawyki i dlaczego sięgamy po dodatkowe, nadmiarowe ilości niechcianych produktów oraz co z tym zrobić. Bo tak naprawdę nie zawsze chodzi o tę przysłowiową czekoladę czy czipsy, prawda…?
  5. Jeśli ma być czekolada mleczna, kup tę z orzechami. Dlaczego? Po pierwsze orzechy są zdrowe i smaczne, z czekoladą działają synergistycznie, a jeśli nie jesz ich na co dzień – warto nawet w takiej postaci. Po drugie – im więcej orzechów tym ciut mniej cukru w czekoladzie. Po trzecie – z czysto finansowego punktu widzenia – to się po prostu opłaca, orzechy są drogie, a tu masz kilka – kilkanaście sztuk w ramach czekolady. Proste.

A teraz do rzeczy – mały przegląd.

Cukier podany jest w przeliczeniu na 100 g.

Leonidas.

Skład bardzo dobry, orzechów 8 %. Cukier 51 g.

czekolada

Milka.

Skład ok, orzechów 9 %. Cukier 53 g.

czekolada

Czekolada z okienkiem. Alpen Gold.

Skład słaby (tłuszcz palmowy, E476, nieznany aromat, mniej masy kakaowej), orzechów 23 %. Cukier 46.5 g.

czekolada

Wedel.

Skład ok (jaki aromat?), orzechów 21 %. Cukier 45 g.

czekolada

Lidl.

Skład bardzo dobry, orzechów 27 %. Cukier 40.2 g.

czekolada

Biedronka.

Skład słaby (E476, aromat). Cukier 56 g.

czekolada

Biedronka.

Skład ok. Cukier 54 g.

czekolada

Godiva.

Skład bardzo dobry. Cukier 53 g.

czekolada mleczna

Heidi.

Skład bardzo dobry, orzechów 20%. Cukier 46 g.

czekolada

Lindt.

Skład ok. Cukier 51 g.

czekolada mleczna

Ritter Sport.

Skład ok, orzechów 12%, prażone. Cukier 51 g.

czekolada mleczna

Wawel.

Skład słaby (tłuszcz roślinny Shea). Cukier 52 g.

czekolada

Podsumowując.

Najgorzej wypadła zdecydowanie „czekolada mleczna z okienkiem”.

Jedna z Biedronki i ta Wawel też średnio.

Zaskoczeniem jest przeciętna ocena dla Lindt (chociaż gorzkie mają doskonałe) i wysoka dla tej z Lidla.

Nie wzięłam pod uwagę czekolad gniotów, które nie są czekoladami typu aro itp. Spośród innych czekolad – jak widać jest różnie i skład często nie jest skorelowany z ceną. 

Na czym polega fenomen dobrej czekolady?

Chodzi o sposób produkcji. To trochę jak z innymi przysmakami. Można zrobić rosół w 20 min – pewnie. Ale czy będzie smakował jak ten przygotowywany w tradycyjny – wielogodzinny sposób? Można zmieszać składniki czekolady, dodać polirycynooleinian poliglicerolu (E 476) i gotowe. Dodatek ten przyspiesza i ułatwia wytwarzanie czekolady, tylko nie jestem do końca przekonana czy o to chodzi w tym przypadku. Dobra czekolada to długotrwałe konszowanie (mieszanie), dzięki któremu uzyskujemy niezwykłe walory produktu. Konszowanie to proces uszlachetniający. Dlatego nie uznaję fastfoodowych czekolad z E476, sorry. 

Jak żyć?

Gorzka jest fajna z uwagi na większą zawartość cennego kakao i mniejszą zawartość cukru.

Spośród mlecznych wybieram te z orzechami.

Nie kupuję fastfoodów i czekolad z dziwnymi dodatkami lub tajemniczymi aromatami.

Nie wierzę w mity dotyczące czekolad, pisałam o tym tu (kliknij).

A na koniec pamiętaj: czekolada nie pyta, czekolada zrozumie. KEEP CALM AND EAT CHOCOLATE! Byle z umiarem czyli nie na tony. A jeśli masz ochotę na większy kawałek – marsz na siłkę lub długi spacer!

Mleko kokosowe – dlaczego zawiera dodatki?

Odpowiedź jest właściwie bardzo podobna jak w przypadku wielu innych produktów spożywczych, ale zacznijmy od początku.

 

Co to jest 'mleko’ kokosowe?

Tak naprawdę nie 'mleko kokosowe’ bo termin 'mleko’ zarezerwowany jest dla wydzieliny gruczołów mlecznych ssaków. Zatem kokosowy może być napój. Ale i tak wszyscy mówią potocznie 'mleko’.

To rozdrobniony miąższ orzecha kokosowego z wodą. Nie ma w tym wielkiej filozofii, tak jak niezbyt trudne jest zrobienie takiego mleka w domu. Ot, wiórki z wodą, blender i po sprawie.

Dlaczego napoje roślinne czasem wyglądają brzydko?

Gdy odstawisz 'mleko roślinne’ na jakiś czas, zaobserwujesz rozdzielenie się faz. Cięższe cząsteczki opadną na dno naczynia, na gorze zostanie wodnista breja. Czy jest w tym coś złego? Nie, to proces sedymentacji, który wynika z grawitacji działającej na cząsteczki zawiesiny. Osobnym tematem jest niemieszanie się warstwy tłuszczowej z warstwą wodną. Łatwo zaobserwować to w sosie z dodatkiem oliwy lub w rosole na tłustym mięsie. Czy jest w tym coś złego? Nie, oliwa i inne tłuszcze nie mieszają się z wodą i już. A wracając do napojów roślinnych – mieszaninę wystarczy energicznie zmieszać i ponownie mamy biały, jednolity płyn. 

Dlaczego producenci dodają bajery?

Ponieważ nie wszyscy akceptują proces sedymentacji i niemieszania się cieczy. Otwierając opakowanie danego produktu, rozwarstwiona zawartość może (niepotrzebnie) budzić podejrzenia. Producenci spieszą zatem z pomocą. Wystarczy dodatek zagęstników, stabilizatorów i emulgatorów, by otrzymany produkt zawsze wyglądał idealnie!

Czy to coś groźnego? 

Nie, substancje te raczej nie powinny budzić Twojego niepokoju, dopóki nie jesz żywności przetworzonej na tony i dobrze czujesz się po spożyciu tego typu dodatków. Glicerydy kwasów tłuszczowych są elementem naszej diety natomiast polimery typu karboksymetyloceluloza czy guma ksantanowa to już inna bajka. Wzdęcia, zaparcia, biegunki to typowy efekt uboczny po tego typu substancjach ale tylko u niektórych z nas. 

Czy da się znaleźć mleko kokosowe bez dodatków?

Tak, proste napoje roślinne bywają niemal w każdym sklepie i to mnie cieszy.

Jeśli obawiasz się nieestetycznego wyglądu – przed otwarciem wstrząśnij, nic więcej.

 

   

 

 Ps. Jeśli interesuje Cię temat innych mlek roślinnych, to np. tu pisałam o alpro (kliknij). Natomiast jeśli chcesz zmienić nawyki żywieniowe i / lub myślisz o poszerzeniu wiedzy na temat zdrowego odżywiania – bez wychodzenia z domu, w prosty, bezstresowy sposób, już niebawem rusza 14 – dniowy kurs online na ten temat, zapisy i lista tematów tu (kliknij).

Lody – tanie i drogie – porównanie.

Jeśli lubicie porównania lodów, na pewno pamiętacie poprzednie trzy wpisy. Jeśli nie – kliknijcie i rzućcie okiem:

Tym razem porównam jedne z najdroższych obecnie lodów na rynku polskim – Ben & Jerry’s z „Aksamitną przyjemnością” z Biedronki.

Oj, drogie te lody.

Za małą porcyjkę 100 ml (72 g) zapłacilam 7.99 pln. Pomijając kawałki brownie – lody mają bardzo porządny skład, jak na 'nasze czasy’.

Zawartość tłuszczu i cukru typowa dla 'prawdziwych’ lodów, czyli 12 g – tłuszcz, 19 g – cukier (na 100 ml).

Plus za jaja od kur z wolnego wybiegu, Standard Fairtrade oraz poszanowanie zwierząt. Minus za stabilizatory.

Nie mam większych zastrzeżeń.

lody ben & jerry's

lody ben & jerry's

 

Tanio jak barszcz.

Za 360 ml (220 g) zapłaciłam chyba 2.99 pln. Już na 'dzień dobry’ pojawia się pytanie dlaczego 360 ml waży 220 g, a nie np. 250 g?

Skład – dramat. Emulgatory, stabilizatory, regulatory, barwniki.

Zastanawia mnie niska zawartość tłuszczu i cukru. Zaledwie 3.4 tłuszczu plus 12.2 g cukru na 100 ml. Co to oznacza? To świadczy niestety o składzie produktu, tak jak zawartość białka i tłuszczu świadczą o składzie parówek.

„Aksamitna przyjemność” i „gwarancja jakości” – serio?

lody biedronka

lody biedronka

Werdykt.

Pewnie większość Was zdziwi, że czepiam się niskotłuszczowych, niskocukrowych lodów ale dla mnie lody to lody: musi być tłusta śmietanka i musi być zwykły cukier. Bo lody, w gruncie rzeczy, to prosta sprawa, jeśli chodzi o skład.

Dla mnie lody to nie jest woda z mlekiem i wieloskładnikowym proszkiem, dzięki któremu zabarwiona, wyregulowana i ustabilizowana emulsja trzyma się kupy.

Lubie prawdziwe i wolę zjeść mniej a droższych, niż kubeł byle czego.

Kategorie: Porównanie
sernik

Czy warto kupować markowy sernik?

Czy wybierając markowe cukiernie, zawsze mamy gwarancję, że wyroby będą najwyższej jakości? Jak pokazują wyniki moich obserwacji, jeśli chodzi o polskie piekarnie – niestety NIE, czasami wręcz przeciwnie. Zatem czy da się jeszcze kupić gdzieś prawdziwy sernik? Taki prosty, zrobiony z podstawowych składników. Bo ileż trzeba zachodu, by zrobić dobry sernik? Ot, zmielić twaróg, dodać cukier, jaja, masło, mąkę i gotowe!

A jednak nie.

Wystarczy spojrzeć na etykietę sernika z Auchan. Biorę pod uwagę składniki użyte do zrobienia masy serowej z kruchym spodem. Pomijam dodatki tworzące górę ciasta, owoce itp.

Ilość substancji wspomagających przyprawia o zawrót głowy. Emulgatory, zagęstniki, spulchniacze, regulatory kwasowości… Plus konserwant. I nie chodzi tu nawet o szkodliwość lub jej brak. Pytanie: PO CO używać tylu składników, do – w miarę – prostego ciasta? Odpowiedź jest chyba oczywista.

sernik

Dla kontrastu, sernik nr 2.

A teraz coś dla porównania. Sernik z kawiarni Blikle. Pani Kelnerka na moją prośbę znalazła skład, a nawet pozwoliła zrobić zdjęcie.

sernik

Ciasto wygląda tak:

sernik

Teraz uwaga.

Skład jest długi, wygląda na katastrofę. Ale gdy wczytamy się uważnie (pomijam skład skórki kandyzowanej i margaryny) – to są zwykłe, proste produkty. Tu nie ma syfu. Nie jest to może tradycyjny skład, ale wielkiego dramatu też nie ma.

Wnioski.

Czy wszystkie produkty pod nazwą własną dużego sklepu są beznadziejne? Nie, ale akurat ciasta produkcji własnej chyba wszędzie są słabe.

Czy wszystkie produkty markowe są wybitnej jakości? Nie, bywają gnioty. A w przypadku dużych zagranicznych koncernów, zdarza się to podejrzanie często.

Trudno wyciągnąć ogólne wnioski na podstawie tego prostego porównania, jednak obserwując polski rynek spożywczy zaczynam dostrzegać pewną prawidłowość. Firmy o ugruntowanej pozycji, z wieloletnią tradycją, przerzucając się na 'nowe’ metody produkcji – często (nie zawsze!) starają się zachować pewną 'naturalność’ składu. Przykładowo: owszem – użyją syropu cukrowego czy proszku mlecznego, ale nie wrzucą enigmatycznie brzmiących dodatków typu 'polepszacz’ czy 'przyprawy’ (gdzie pod nazwą kryje się 20 różnych składników, z których po kilku boli mnie brzuch). Zatem w składzie będą obecne nowoczesne formy ułatwiające życie i obniżające koszt produkcji, ale jednocześnie nie dostaniemy totalnego syfu i popłuczyn.

Brzmi całkiem rozsądnie, chociaż niezmiennie najlepszym ciastem na świecie jest to, zrobione przez Ciebie. Nie, nie to z proszku.

Kategorie: Porównanie
gorzka czekolada

Czym różni się czekolada gorzka od…gorzkiej?

Zawartość kakao? Eee, co za różnica, czekolada to czekolada.

Otóż jest różnica i to całkiem znaczna. W smaku też, chociaż zwolennicy mlecznej pewnie powiedzą, że każda jest 'fuj’. Posłużę się trzema przykładami gorzkiej. Oto one:

czekolada

czekolada

Cukier.

To chyba najistotniejsza różnica. W tej 60% jest 38g, w 70% : 28g, a w 81% : 17g na 100g produktu.
Czyli jeśli tabliczka ma 100g to w tej 60% prawie 40% to czysty cukier (7.6 łyżeczki) ale już w tej 81% mniej niż połowa tej dawki, tylko 17% (3.4 łyżeczki).

Tłuszcz.

Tu nie ma aż tak znaczących różnic. Zwykle im więcej kakao, tym więcej tłuszczu. Ale np. w tym konkretnym przypadku, wszystkie trzy czekolady zawierają ok. 40g tłuszczu (8 łyżeczek) na 100g produktu. Obiektywnie rzecz biorąc to całkiem sporo, prawda? Ważne, aby był to tłuszcz kakaowy, a nie np. palmowy lub inny utwardzony.

Skład.

Wszystkie trzy mają prosty, fajny skład, w którym zawartość 'pochodzenia kakaowego’ jest na pierwszym miejscu – super. W mlecznych na pierwszym miejscu zawsze jest cukier, bo ponad połowa zawartości (a zdarza się, że grubo ponad połowa) to właśnie cukier. Czyli słabo.

Podsumowanie.

Z reguly jest tak: im WIĘCEJ kakaowych składników (od 25% przy słabych mlecznych do 99% przy prawdziwej siekierze), tym MNIEJ cukru (czyli dobrze) i więcej tłuszczu. W smaku – różnica między 25% a 70% jest znaczna, nie ma co się oszukiwać. Ale już między 55 a 70% mniej wyczuwalna, a cukru 2x mniej w tej 70%. Wniosek? Stopniowe przestawienie się z mlecznej na deserową (40-55%), a poźniej być może na gorzką przyniesie Wam same korzyści. Pamiętajcie, że trudniej zjeść większą ilość gorzkiej, ze względu na mniejszją zawartość cukru. W gruncie rzeczy dobrej jakości ciemna czekolada ma swoje zalety i jestem absolutnym fanem odrobiny (czyli kostki lub dwóch!) takiej przyjemności. Codziennie.

Kategorie: Porównanie