Jaki kraj, takie mieszanki przypraw

Byłoby wspaniale

Życie byłoby prostsze i mniej stresujące, gdyby człowiek nie musiał zastanawiać się nad jakością informacji w reklamie w tv, na profilu influencera czy na etykiecie produktu spożywczego. Ale ten idealny świat bez ściemniania niestety nie istnieje. Oczy należy mieć dookoła głowy, zwłaszcza jeśli towarzyszą nam choroby lub musimy unikać określonych składników. Ale też dlatego, by przykładowo pewnego pięknego dnia nie napić się swojej ulubionej, pysznej, aromatycznej kawusi z unoszącymi się na powierzchni białawymi plamami pozlepianych kłaków mąki.

Jak to możliwe?

Normalnie.

Nie chcemy podwyżek cen. Nie chcemy płacić kilka PLN za małą paczusię przypraw. Jednocześnie nie chce nam się czytać etykiet. Chcielibyśmy wszystko mieć podane na tacy, najlepiej za darmo. I nikogo nie interesuje, że niektóre surowce są po prostu drogie. Z wielu względów. A producenci nie są fundatorami naszych zachcianek.

Jaki kraj, takie mieszanki

Asortyment serwowany w obrębie jednej marki często różni się nieco w detalach (ilość i jakość danego składnika) w zależności od kraju na jaki jest rzucany. Wachlarz jest adekwatny m.in. do określonych przyzwyczajeń konsumenta, tradycji, średnich cen na danym rynku oraz…mentalności. A w Polsce inwestowanie w zdrowie, w tym w zdrowe jedzenie, wynika z sytuacji społeczno-ekonomicznej ukształtowanej przez ostatnie dziesięciolecia. Czyli jest na poziomie początkującym. Nie chcemy płacić więcej za jedzenie wyższej jakości bo po pierwsze nie zawsze nas na to stać, a po drugie – jedzenia NIE WIDAĆ. Nowe szmaty, buty, zegarek, samochód czy drogie wakacje – owszem. A przecież powszechnie wiadomo, że dla wielu osób najważniejsze jest jedno: co ludzie powiedzą? Niestety w Polsce nadal wyznacznikiem standardu życia i pewnym synonimem luksusu jest przykładowo drogi samochód, zadbany dom, rajskie wakacje, oraz pasek, buty i torba od projektanta a nie zadbane zęby, skóra, regularne badania profilaktyczne i zdrowe jedzenie codziennie na talerzu. Stąd szeroki rynek produktów, mieszanek i półproduktów gdzie składnik główny i/lub oczekiwany zastąpiony jest częściowo innym: bazą, zamiennikiem, czy jak np. w przypadku przetworzonego mięsa – wodą z dodatkami i/lub wypełniaczem. Podobnie jest na rynku przypraw.

Zestawy do pierników, aromatycznej szarlotki czy ciastek korzennych kojarzą mi się z mieszaniną korzennych przypraw z udziałem przede wszystkim cynamonu, kardamonu, imbiru i goździków. I faktycznie w mieszankach, których ceny zaczynają się już od 0.99 PLN znajdziemy takie składniki. Warto jednak być czujnym i świadomie wybierać zestawy przypraw. Na co zwrócić uwagę? Jak omijać pułapki jeśli potrzebujemy zestawu przypraw bez dodatków?

Krok 1 – pierwszy składnik

Jeśli potrzebujemy wyłącznie samych przypraw do ciasta, ciastek, aromatycznej kawy lub herbaty lub z jakiegoś powodu nie możemy spożywać cukru lub najnormalniej w świecie nie smakuje nam kawa z cukrem – możemy się mocno zdziwić kupując produkt bez czytania składu. Jeszcze pół biedy jeśli to kawa z łyżeczką cukru, gorzej jeśli do ulubionej kawusi sypniemy przyprawę opartą o mąkę pszenną.

Krok 2 – tabela wartości odżywczych

Zdarza się, że pierwszy składnik na etykiecie to mieszanka, a więc litania surowców. To zdarza się często np. na etykietach płatków śniadaniowych, granoli, muesli itp. ale też na przyprawach. Wydaje nam się wtedy, że skład wygląda spoko. Tymczasem w tabeli wartości odżywczych NIESPODZIANKA! No bo jak to możliwe, że cynamon daje 50g cukru na 100g produktu?! Normalnie. Na drugim miejscu jest cukier. Czyli przykładowo 50% to przyprawy, a druga połowa – cukier. Można? Można.

Dlatego szybki rzut na rubrykę w tym cukry i wszystko jasne.

Krok 3 – cena

Cudów nie ma, bo producenci spożywki to nie organizacje charytatywne. Z pustego nie nalejesz. Jak kiełbasa kosztuje 5 PLN za kg to można spodziewać się, że z mięsem będzie miała niewiele wspólnego poza stroną wizualną, o co spece od stron wizualnych z pewnością starannie zadbają.

Każdy orze jak może

Podobnie jest w przyprawach. Jak przyprawowy surowiec jest drogi, to kosztuje minimum kilka PLN za małą paczkę a nie 90 groszy. Oczywiście zdarzają się wyjątki, takie jak nieuzasadniona wysoka cena, promocja, moda na coś czy wyprzedaż ze względu na bliski termin przydatności do spożycia. Jednak generalna zasada jest taka, że przyprawy bez wypełniaczy, bazy czy innych dodatków kosztują więcej.

Tu dwie podobne przyprawy, w których głównym składnikiem jest CUKIER, mimo sporej różnicy w cenie.

Światełko w tunelu

Przyznam, że nie jest łatwo znaleźć w powszechnie obecnym sklepie prostą przyprawę korzenną, którą bez obawy dodamy i do ciastek i do kawy czy herbaty. Jednak takie produkty istnieją i tu przedstawiam jeden z nich.

Jak widać skład prosty jak konstrukcja cepa, cena wyższa niż w przypadku innych produktów. Jednak nie jest to różnica torpedująca nasz lubiący promocje i niskie ceny umysł, prawda?

Jak żyć?

W każdej książce, którą napisałam powtarza się jedno zdanie: decyzja należy do ciebie.

Bo przecież nie ma obowiązku kupowania produktów lepszej jakości, podobnie nikt nie powinien oceniać cię, jeśli wybierzesz coś z wypełniaczem. To indywidualne decyzje, zależne od wielu czynników.

Ja niezmiennie zachęcam cię do świadomego kupowania. Jeśli potrzebujesz maksymalnie uniwersalnego produktu, warto wybrać prostą mieszankę bez cukru i mąki, którą możesz wykorzystać do różnych celów.

Jeśli potrzebujesz małej ilości przypraw do ciastek, jeśli nie chorujesz na coś, co wiąże się z dietą wykluczającą, jeśli ciasto czy ciastka robisz raptem raz w roku – na mące pszennej i zawsze słodzisz cukrem – nie ma co się spinać i płakać nad składami. Weź to, co możesz, to co masz pod ręką.

Zawsze jest jakieś wyjście, często mamy wybór. Niech w większości przypadków będzie to wybór świadomy. Bo świadome życie smakuje lepiej. Po prostu.

_____

PS Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o świadomym jedzeniu i robieniu zakupów spożywczych zajrzyj tu (klik). Zwłaszcza jeśli zostawiasz kupowanie prezentów świątecznych na ostatnią chwilę i potrzebujesz zestawu różnorodnych książek dla kilku osób.

Wpis nie jest sponsorowany.
FaK Of The Year

FAK of The Year – czerwiec.

Tym razem coś dla najmłodszych. Czerwcowa nominacja do nagrody FAK of The Year leci do kaszki dla niemowląt.

Generalnie lubię markę Babydream, być może coś od nich wyląduje kiedyś nawet w plebiscycie ŁelDan of The Year, ale z pewnością nie to.

FAK of The Year

Babydream, why?

Zanim przejdę do składu, słowo o opakowaniu. Czekam na zmianę etykiet produktów dla niemowląt, bo dietę rozszerzamy raczej po 6 miesiącu. Tymczasem zobaczmy co producent przygotował dla dziecka już po 4.

Po co niemowlakowi na starcie mleko pełne (46% produktu)?

Po co niemowlakowi po 4. mies. kasza manna z cukrem?

Po co niemowlakowi po 4. mies. dawać ciastka z cukrem?

FAK of The Year

Przyznam, że mam alergię na tego typu produkty. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego kilkumiesięczne dziecko (wg Producenta już po 4. mies) ma być karmione ciastkami na dobranoc?

Cieszy mnie trend dotyczący zmiany etykiet, cieszy też zmniejszanie lub wręcz eliminacja syropów oraz cukru dodanego w produktach dla dzieci (zwłaszcza dla niemowląt), ale w tego typu kaszkach Babydream póki co niestety tego nie widzę.

A szkoda.

ciastka

Ciastka na śniadanie, czyli o tym jak zrobić z kogoś idiotę.

Śniadanie. Zboża + mleko. 5 zbóż nawet.

Na rysunku szczyt technologicznej finezji zdobnictwa cukierniczego czyli zbożowo rzeźbione ciastko oraz kubek plus jakiś dzbanuszek (?) i kłos. Grafik się postarał, chociaż nie do końca rozumiem co miał na myśli, jeśli chodzi o kompatybilność ze składem.

Spojrzałam na opakowanie okiem spieszącego się Konsumenta.

Wysoka zawartość, wyselekcjonowane, wartościowe, jedyne takie, witaminy – te hasełka robią robotę. Wygląda na to, że cztery ciastka załatwią mi czasowo i zdrowotnie „cały poranek”. Hehe.

Ciastka prawie zdrowe.

Opisy na opakowaniu sprawiają, że ciastka wyglądają na, hmm, niemal prozdrowotne. Niektórzy mogą odnieść wrażenie, że to pełnowartościowy posiłek. Zwłaszcza gdy ktoś nie ma czasu lub możliwości, żeby wyjąć lupę i czytać co producent miał na myśli pisząc 'pełnowartościowy posiłek’ tym drobnym druczkiem. Jak zatem podejść do tematu śniadaniowych ciastek?

Fakty.

Jak kupujesz ciastka to patrz zawsze na zawartość zbóż, cukier i jaki dodano tłuszcz. Tu jest 47% zwykłej pszenicy, czyli prawie połowa składu. Pełnoziarnistych zbóż 22.6% – nieco ponad 1/5 składu. I teraz uwaga. Akurat w tym konkretnym przypadku producent zlitował się i napisał jak jest – czyli dał total w produkcie. Niestety często bywa inaczej i należy mieć ze sobą kalkulator, aby dowiedzieć się ile tak naprawdę jest czego. 

Standardowe zagranie.

Wizualnie wygląda super, po obliczeniu już niestety gorzej. Czyli operowanie procentem procenta.

Jeśli producent Twoich ciastek użył takiego zagrania, to zboża stanowią X % składu i dopiero z tej wartości trzeba wyliczać dalsze procenty, zatem zwykłej pszenicy jest Y % z X %, czyli total wychodzi  Z %.  SERIO. Podobnie jest z owocami w jogurtach owocowych. Mamy wsad owocowy, i w tym wsadzie dopiero jest ileś owoców czyli ułamek ułamka.

A wracając – zbóż pełnoziarnistych innych niż pszenica jest w tych konkretnych ciastkach zaledwie ok. 16.4%, głównie płatki owsiane (6.3 %) i grys gryczany 4.3%. To się nazywa „wielozbożowość” i tak jest w większości wyrobów.

Tłuszcz.

Nie kupuj ciastek zawierających oleje/tłuszcze utwardzane/uwodornione. Koniec kropka. Palmowy: jeśli podane jest źródło pochodzenia (pozyskiwanie z odpowiednich terenów) – ok. Kokosowy, rzepakowy – ok. Różnorodność tłuszczów jest ok. Jedzenie ciągle tego samego nie jest ok. W tych ciastkach jest rzepak.

Ciastka to ciastka.

Czyli oprócz pszenicy i tłuszczu (tu olej rzepakowy, ale w innych wersjach jest też palmowy), producent dodał cukier, dorzucił wypełniacz, spulchniacze, aromaty i galante.

Gdyby ktoś szukał mleka…

To jest, owszem – narysowane na opakowaniu. Do tego być może jakiś aromat oraz 0.8% pełnego i jakaś śladowa ilość odtłuszczonego w składzie.

Podsumowując.

W tych ciastkach prawie 1/2 składu to zwykła mąka pszenna. Po prostu.

1/5 składu to cukier. W większości ciastek cukru jest > 30%.

1/7 składu to tłuszcz. W większości ciastek tłuszczu jest > 30%.

Jednym słowem te na foto to lekko podrasowane i lekko odchudzone zwykłe ciastka. Owszem, jest w nich trochę mniej tłuszczu i cukru niż w przeciętnych ale dorabianie jakiejś niesamowitej ideologii czy śniadaniowej magii do CIASTEK jest nie tyle zabawne co niebezpieczne. Zwłaszcza dla mniej świadomych konsumentów, a już na pewno dla dzieci.

A magnez!?

Ale w sensie, że magnez ma się wchłaniać z węglanu magnezu z 4 ciastek? LOL.

Czy ciastka to jest dobre śniadanie?

Nie jestem fanem żywności mocno przetworzonej, zwłaszcza takiej gdzie jest większa lub mniejsza dosypka cukru i bajerów. Jeśli potrzebuję cukru, lub gdy mam określoną (podbramkową) sytuację – takie i inne ciastka mogą mieć zastosowanie. 

Codziennie? Przekąska do biura? No fcuking way.

Dlaczego producenci to robią?

Bo mogą.

Bo Ty to kupujesz.

Bo to się opłaca.

Jak żyć?

Jak muszą być koniecznie ciastka – zrób sama. Owsiane to banalna, tania i zdrowsza alternatywa. 10 min roboty, 15-20min pieczenia i spokój na kilka dni.

Jak musisz kupić – wybieraj mądrze. Jak najwięcej składnika pełnoziarnistego i nie tylko ciągle ta nieśmiertelna pszenica. Cukier czerp z owoców, miodu itp. ALE NIE SAMYCH OWOCÓW. Stawiaj na węgle złożone z owocami i np. orzechami czy kakao. Bez dodanego cukru. Da się. 

Nie zgadzaj się na przecukrzanie syropami na potęgę. Dodatek suszonych owoców jest zdecydowanie lepszą alternatywą. Zwracaj też uwagę na bajery – im mniej tym lepiej. Na cholerę Ci farbowane, aromatyzowane gówna? Jak potrzebujesz coś kolorowego i pachnącego – wejdź do pierwszego z brzegu warzywniaka. Witaminy i składniki mineralne w cenie.

Nie pozwól robić z siebie idioty i nie czekaj na lepsze jutro.

Jak będziesz kupowała świadomie – bylejakości będzie coraz mniej na półkach. I nie, nie od jutra. Zacznij dziś, teraz. To idealny moment. Lepszego nie będzie, bo (do znudzenia będę to powtarzała, aż zrozumiesz) lepsze jutro zaczyna się dziś.

urodziny

Jak zrobić urodziny dla dziecka?

Organizacyjnie urodziny to ciężki temat, bo człowiek chciałby jak najlepiej ale nie do końca wiadomo CO jest najlepsze.
Dasz dziecku gówniane rzeczy – ŹLE, bo budujesz fatalny w skutkach nawyk.
Dasz 'tylko raz, wyjątkowo, bo na urodziny itp.’ – też ŹLE bo uczysz idiotycznej zasady, że gówno je się z okazji święta.
Nie dasz – też ŹLE bo przecież inni jedzą i jest super!

A może ugryźć te urodziny inaczej?

Zastanówmy się, co jest takiego fajnego w jedzeniu na urodzinach? TONY CUKRU, TŁUSZCZU I SOLI! Proste!

Czemu zatem nie dostarczyć tych ton w formie zdrowszej niż gówniane syropy, polepszacze, utwardzony palmowy, szkodliwe barwniki itp.?

Aaa bo to jest trudne, drogie itp. itd. No tak, jak masz przydział 1.5 pln na osobę to ciężko kupić coś innego niż pakę syfiastych ciastek i butlę napoju (chociaż można po prostu upiec proste i tanie ciasto drożdżowe + zrobić banalną mrożoną herbatę + cytryna i miód, prawda…?).

Jeśli już masz zamiar wybulić na takie urodziny, może warto zrobić mniej a lepszego? A może, jeśli masz możliwość, zrezygnować raz z restauracji + kina i dołożyć tych kilka złotych na lepsze jedzenie dla swojego DZIECKA.

To jest też okazja do dyskusji o jedzeniu.

Do pokazania ludziom, że da się. Ok, 10 matek powie, że Ci odwaliło, że jesteś nawiedzona/y, że 'przecież to są urodziny’ itp. itd. ale po pierwsze: dziecko nie do końca kuma to 'dziś tak a jutro nie’ a po drugie: nie przejmuj się i rób swoje. Spójrzmy prawdzie w oczy – będziesz o tych laskach pamiętał/a za 2, 3, 4 lata…? Dlaczego w ogóle przejmować sie opinią ludzi, którzy NIE SZANUJĄ tego, że masz inne zdanie na temat gównianego jedzenia? Laski nie kumają, że chcesz dla swojej Pociechy jak najlepiej? Trudno! Jeśli ktoś ma inne zdanie- szanuję to ALE nie wpłynie to jednak na obecność lub nie śmieci na moim stole czego i Tobie życzę.

Co robić?

Unikać kolorowych produktów nafaszerowanych substancjami dodatkowymi. Dzieciaki kochają kolorowe ozdoby do muffinek? Super! Ozdabiamy marchewkowe muffinki toną kolorowego badziewia, można spróbować taką kulkę: o jaka słodka, niezdrowa i sztuczna – lepiej odłożyć i zjeść samą muffinkę + mały kawalek czekolady z orzechami.

Masz większy budżet – będzie łatwiej. Większość niezdrowych rzeczy można zastąpić zdrowszymi alternatywami. Nie masz kasy? Nie martw się, można pokombinować.

Lizaki.

Nie stać Cię na te z ksylitolem? Ok, kup zwykłe. NIE KUPUJ za to tych okrągłych, płaskich z obrazkami. To najgorszy, szkodliwy syf i malaria.

Fryty.

Muszą być fryty? Świetnie. Zrób z warzyw (pokroić, dodać sól, przyprawy, zioła, spryskać olejem i do piekarnika) lub robione / kupione, same ziemniaczane ale z piekarnika.

Chrupki.

Bądź twarda i kup zwykłe kukurydziane ale śmieszne kształty. Można podać do nich (i do frytek) dobry keczup bez konserwantów i będzie zabawa. Jak masz kasę kup warzywne – udają niezdrowe pomidorowe, a są dobre – nikt się nie skapnie.

Chipsy.

Jak nie ma opcji bez chipsów, trzeba jakoś to obejść (fryty zamiast chipsów?). W razie W dać nachosy (mniej tłuszczu) lub kukurydziane talarki smakowe. Można też zrobić samemu chipsy z warzyw (np. cukinia itp. w cienkie plastry, przyprawy, sól, upiec).

Ciastka itp.

Zdrowsza alternatywa (ciastka bez polepszaczy) jest w sklepach ale trzeba wykonać wysiłek umysłowy aby nie kupić tego co pod ręką, najtańsze, z najlepszym marketingiem. A może rób sam/a owsiane, jakieś bakaliowe lub inne ewentualnie kup dobrą alternatywę, może dobre sezamki? Może fajna chałwa? Niech coś za tym cukrem idzie.

Tort.

Może być jakieś 'eko-sreko’ ciasto ale ma przypominać wyglądem tort lub po prostu musi być tort. Fajnie zrobić prosty tort samemu (nie musi mieć pierdyliarda pięter, dla dzieci najważniejsze jest JAK WYGLĄDA z zewnątrz, a figurki cukrowe itp. można kupić – jakie to sprytne: zdrowy, jadalny środek i na zewnątrz coś ekstra średnio jadanego). Może obczaj dobrą cukiernię? Zapytaj o skład! Zwykły biszkopt + krem na śmietanie brzmi zupełnie ok, w końcu to tort urodzinowy, a nie kiełki na sałacie – byle bez spulchniaczy, polepszaczy, syropów i chuk wie czego jeszcze. PO CO TO W TORCIE?

Picie.

Woda – wiadomo. Może świeżo wyciskany sok? Jak nie to domowa, mrożona (banalna i tania) herbata, lemoniada. Gazowane? Proszę bardzo – domowa lemoniada na wodzie gazowanej. Przecież domową zrobisz z miodem lub Twoją ulubioną ilością cukru na wielką butlę, zamiast odgórnie dodanymi 20 łyżeczkami, można? Można!

Żelki.

W ogóle bym NIE KUPOWAŁA. Jeśli jest dramat to: można kupić lepszej jakości (drogie) lub z ciut mniejszą ilością cukru. Można też zrobić samemu. Można zamiast żelków podać owoce suszone (np. morele bez siarki!). Dla niektórych dzieci będzie to nowość, może polubią fajną alternatywę? A ponieważ morele są kwaskowate i słodkie – dają radę.

Czekolada.

Wiadomo, że musi być. Dobrej jakości (bez zbędnych składników), z orzechami, byle NIE NADZIEWANA. Można zrobić fajne praliny samemu – jest robota ale nie ma dramatu bo szybko się je kręci, a jaki wtedy będzie szał! 'Hej, Dzieci! Zdrowe czekoladki!’ Kumasz?

Zawsze masz wybór.

Nawet jeśli wydaje Ci się, że nie masz wyboru – to nie prawda. Po prostu kosztuje to więcej czasu czy pieniędzy, ale da się. Tak samo szczupła sylwetka, gładka skóra, sukcesy w pracy zawodowej, czysta podłoga, forma do maratonu – WSZYSTKO wymaga pracy. Wychowywanie dzieci, budowanie i kształtowanie nawyków, codzienny jadłospis – to też wymaga PRACY. Dlaczego chce Ci się dbać o projekty w robocie, o dom, o samochód, o szczupłą talię, szeroką klatę, 10 km biegu dziennie a nie masz juz siły i czasu na projekt 'dziecięce party’? Może kilka konkretnych podpowiedzi znajdziesz tu (klik), zajrzyj.

’Aaa niech ma’.

Tak jest najłatwiej. Niestety łatwo często znaczy słabo. Warto włożyć w ten event trochę pracy, uwierz – da się! Warto! Jest to możliwe aby dzieci były szczęśliwe, a jednocześnie nie jadły byle czego. Ulubiony obiad i nieco zmodyfikowane przysmaki, do tego garść przyjaciół, fajna muza i kilka prezentów. Może postawić na stole orzechy, świeże owoce, cienkie paski marchewek do chrupania? Może fajne banalne domowe sosy do marchewek lub domowych frytek? Wszyscy się upaćkają i będzie wesoło. Sam/a z resztą wiesz, co Twoje dzieci lubią robić najbardziej.

Nie chcesz, nie możesz zorganizować full opcji? Ok, sprobuj znaleźć zamienniki będące w zasięgu Twoich możliwości. Na początek kilka zmian, następnym razem może uda się więcej.

PO PROSTU SPRÓBUJ!

Kategorie: Dzieci

Czy gofry i naleśniki mogą być niezdrowe?

Gofry i naleśniki – temat bardzo aktualny zwłaszcza latem. Wiem, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Jeśli tak, miejsce mam tam stale szykowane już od urodzenia.

Lubię czasem zjeść gofra.

Ostatnio popytałam miłe panie i panów w różnych miejscach z czego robią gofry. Za każdym razem padała ta sama odpowiedź: 'aaa z takiej mieszanki’. Pogrzebałam, poszukałam i proszsz: przykładowy produkt można znaleźć w internecie.

image

Wydajność.

Całkiem spora bo 5 kg (np. za 35 pln) daje w efekcie aż ok. 100 gofrów czyli jeden goferek to ok. 0.35 pln (a sprzedają po 4 pln, złoty interes!). Do tego proszku należy doliczyć jeszcze inne opłaty- jasna sprawa. Np. za wodę i olej (ciekawe jaki…), które dodaje się do proszku aby otrzymać masę. Producent zapewnia, że produkt nadaje się również do otrzymania naleśników i biszkoptu. A ja głupia myślałam, że jem w knajpach prawdziwe naleśniki (bo że jajecznicę z proszku to już słyszałam).

Dyskusja.

Zapewne zaraz podniosą się głosy 'ale o co ci chodzi z tym proszkiem?’. Już wyjaśniam.

1. Nie lubię produktów z proszku bo mają niższą (o ile jakąkolwiek) wartość odżywczą i nie wiem co ten konkretny proszek zawiera.
2. Nie podoba mi się zawartość fosforanów w takich proszkach (ogólnie w żywności) bo np. zaburzają równowagę kwasowo – zasadową oraz wapniową.

O ile dorośli mogą pozwolić sobie na różne szaleństwa dietetyczne o tyle dzieci już nie bardzo albo nie tak często. Równowaga wapniowo – fosforowa jest bardzo ważna właśnie u dzieci ale też u kobiet w ciąży i karmiących. Jasne, że jak zjesz coś z proszku od dzwonu – nic nie powinno się stać ale jeśli spożywasz takie cuda regularnie, może pojawić się problem.

– Jak napcha się ciastkami lub goframi to nie zje nic innego.
– Daj spokój, są wakacje.
Nie jestem psychologiem dziecięcym ale wiem, że niektóre dzieci z reguły nie kumają tego, że 'w wakacje można a później nie można’. Bo po wakacjach miejsce gofrów zastępują ciastka z fosforanami. Chyba lepiej sprawdza się system zero – jedynkowy. Ale jest na to inny sposób.

Ekscesy spożywcze.

Tak ale z głową. Skoro wiem, że nażarłam się fosforanów – dla równowagi muszę zjeść produkty z wysoką zawartością wapnia. Przykładowo: kefir, jogurt, ser, małe rybki z ośćmi, orzechy a nawet natkę pietruszki. Czemu nie wytłumaczyć tego również dzieciom- to tacy sami ludzie jak my tylko mali i z mniejszym doświadczeniem. Jem coś mniej zdrowego ale do tego coś bardziej zdrowego- coś za coś- myślę, że to zrozumieją.

Ps. Jak ktoś chce i ma czas- gofry można łatwo zrobić sobie czy dzieciom w domu z 'prawdziwych’ produktów, np. ze zsiadłego mleka, nawet bez użycia proszku do pieczenia, fosforanów itp. W internecie znajdziecie mnóstwo fajnych, sprawdzonych przepisów. Zdrowiej, taniej a jaka satysfakcja!

Smacznego!

List otwarty do Kubusia.

Drogi Kubusiu!

Dlaczego robisz nam wodę z mózgu?

Jeszcze soki z zagęszczonych cieczy byłam w stanie przeboleć ale obecna ekspansja 'zbożowych’, 'maślanych’ i 'mlecznych’ cudów zaczyna mnie irytować. Prawie każdy twój produkt trafia na mój instagram, a uwierz – nie jest to dobry znak.

Umówmy się – słodycze to słodycze. Kupujemy je w konkretnym celu. Nie kupujemy ich aby uzupełnić niedobory witamin lub składników odżywczych i niech tak zostanie. Nie uczmy naszych dzieci, że słodycze mogą mieć jakiekolwiek nawet śladowe wartości prozdrowotne. Jeśli mają to super, ale założenie odpuśćmy.

Nie pisz na opakowaniu '8 zbóż i mleko’ jeśli dodajesz jakieś śmieszne cyferki typu 2.4% mleka w proszku albo 'ciasteczka maślane’ i bęc! 1.9% masła. Nie uczmy dzieci, że ’water’ (napisałeś sprytnie 'waterrr’ – wow! Niebywały sukces marketingowy!) znaczy woda z cukrem (tak, wiem, że masz też zwykłą wodę). Nie wspominając o tym, że butla Play ma prawie 8 łyżeczek cukru, a mała buteleczka GO ponad 6.

Polska już w tej chwili zaczyna przodować w wybranych rankingach otyłości wśród dzieci, nie wiesz przypadkiem dlaczego?

Cukier jest potrzebny – zaraz rykniesz. Tak, oczywiście, że jest! Zwłaszcza szalejącym na powietrzu dzieciakom!

A teraz pokaż mi ile spośród kupujących taką butlę z 8 łyżeczkami cukru idzie grać na boisku, a ile na telefonie/ tablecie/ PS/ kompie.

Jak Ci się nie podoba to nie kupuj – powiesz obrażony. Owszem, ja nie kupuję ale leżysz zwykle na dolnych półkach tak, aby dzieci mogły same po ciebie siegnąć, a nie wszystkie maluchy dadzą sobie wytłumaczyć, że mleko, masło i różnorodność zbóż mogą być głównie na opakowaniu.

Są też piękne frazesy, na które nabierają się zabiegani rodzice. Czytajcie składy – powiesz. Ale jak tu czytać malutkie literki po 8h przy kompie, mając ciężką torbę z jednej strony oraz wyjącego przedszkolaka z drugiej? Trzeciej ręki brak.

Z resztą każda osoba kupująca produkt przeznaczony dla dzieci wychodzi z założenia, że powinien być on najlepszej jakości. Czy nadmiar cukru, oleje utwardzane i różne ulepszające bajery to serio takie rarytasy? Nawet do durnego musu owocowego dodajesz aromaty.  Po co?

Tak btw., ciekawe jaki jest procentowy udział mąk w zbożowych tabliczkach. Chyba mam złe przeczucia widząc w składzie kolejne niepotrzebne dzieciom dodatki, np. difosforany.

Nie da się inaczej – krzykniesz. Da się, ale trzeba chcieć. Dlaczego do jasnej cholery nie wpadniesz na pomysł promowania warzyw pięknymi opakowaniami i zgodnymi z prawdą hasłami o zdrowiu?

Demonizuję i przesadzam? Pojedź do dowolnego gimnazjum w Polsce. Zobacz ile dzieci ma nadwagę.

Dzieci. Mają nadwagę! Programowanie chorób od małego. Dlaczego? To się nie mieści w głowie!

Pamiętasz ile dzieci z podstawówki miało nadwagę 20-30 lat temu? Pewnie – rozwój technologii, telefony, tablety. Ale gdyby grał żrąc brokuły toby nie przytył – gwarantuję.

Ale, że co – nie można promować warzyw pięknymi opakowaniami i zgodnymi z prawdą hasłami o zdrowiu?

Powiem ci w sekrecie, że obserwuję polski rynek spożywczy bardzo uważnie i wiem, że producenci wprowadzają produkty z warzywami. Są już chrupki kukurydziane z marchewką, chrupki zbożowe z marchewką i pomidorem – będzie tego coraz więcej.

Ludzie dorośli nie są aż tak głupi, prędzej czy później skapną się co jest dobre, a co nie. Ale szkoda małych dzieci. One nie potrafią czytać, a budowanie złych nawyków od pierwszych lat życia przyniesie w przyszłości straszliwe żniwo.

Ale ciebie to nie dotyczy. Twoje dzieci nie żrą utwardzanych olejów roślinnych tylko pyszny zdrowy miodek naturalny więc możesz mieć resztę w dupie.

Nie masz w dupie? A chcesz wzorować się na zagranicznych potentatach mających dobro dzieci wyłącznie na plakatach i opakowaniach? Czemu nie zatrudnisz speca od zdrowego żywienia i nie zmienicie składów na jeszcze bardziej przyjazne dzieciom? To ogromna szansa dla Ciebie.

Wiedz, że idzie nowe, lepsze. Sądząc po moich profilach w mediach społecznościowych, komentarzach oraz prywatnych wiadomościach – powiększa się armia ludzi, którzy nie wyrażają zgody na robienie z siebie idiotów. Którzy żyją świadomie i tę świadomość przekazują następnemu pokoleniu. Którzy nie mają ochoty na 'bylejakość’. 

Bo dobra jakość nie zawsze jest kwestią ceny ale zawsze jest kwestią mózgu, czego i tobie życzę.

Bez poważania jak na razie ale wszystko w twoich rękach. A właściwie łapach.
Doktor Ania