vegan

VEGAN czyli zdrowe

Z bliżej nieokreślonych przyczyn, utarło się fałszywe przekonanie dotyczące produktów VEGAN (czyli roślinnych) o tym, że skoro jest roślinny to MUSI być zdrowy. I wcale nie jestem przedstawicielem produktów odzwierzęcych szukającym dziury w całym. Wręcz przeciwnie. Uważam, że jemy zbyt dużo mięsa i zdaję sobie sprawę, że podłoże tej sytuacji jest zróżnicowane i wielopłaszczyznowe.

Więc o co z tym vegan chodzi?

Oczywiście o pieniądze. Bo skoro część osób chętniej sięga po produkt z napisem VEGAN to czemu tego nie wykorzystać?

Przeprowadzając proste ankiety typu „tak” lub „nie” wśród kilku-kilkunastu tysięcy dość świadomych konsumentów okazało się, że większość osób nie nabiera się już na pytania typu „czy VEGAN = ZDROWY?” Niemniej jednak nadal 21% osób uważa, że wegańskie słodycze mają raczej lepszy skład niż niewegańskie, a 20% osób zaznaczyło, że wegańskie ciasto jest raczej zdrowsze niż niewegańskie.

ALE… Już przy bardziej podchwytliwie skonstruowanych pytaniach mniej więcej ta sama grupa badawcza uważa, że:

  • wegańskie posiłki w knajpie będą raczej zdrowsze niż te niewegańskie (47%)
  • jeśli coś ma napis VEGAN, chętniej sięgamy po to w sklepie (26%)
  • w wegańskiej kawiarni są raczej lepsze produkty niż w zwykłej (35%).

Dość skwapliwie wykorzystują to niektórzy producenci. Zatem warto zwracać na to uwagę. Produkty oklejone napisami VEGAN z motywem roślinnym nie powinny nikomu sugerować, że „roślinny” automatycznie zawsze znaczy „lepszy”, a już na pewno nie powinno się to kojarzyć z „zawsze zdrowszy”.

Podobnie producenci słodzonego nabiału. Chętnie dodają informacje dotyczące witamin, składników mineralnych oraz korzyści, jakie płyną z suplementowania tych substancji. Oczywiście z ich produktów. Cały problem niestety w tym, że owszem – korzyści są i to niepodważalne. Organizm ludzki potrzebuje przykładowo zarówno witaminy D jak i wapnia oraz innych substancji. Tyle, że nie ma potrzeby aby wraz z witaminami i innymi niezbędnymi składnikami pochłaniać tony cukru. Ale o tym na opakowaniach produktów pseudoprozdrowotnych już nie przeczytamy.

Czy niektórzy producenci robią z ciebie idiotę?

Tak.

Nie przeczytamy bowiem o skutkach CODZIENNEGO nadmiaru cukru dodanego w diecie, o tragicznych skutkach CODZIENNEGO nadmiaru kalorii w codziennym jadłospisie. Nie przeczytamy o przecukrzeniu dzieci, o tym, że statystyki są coraz bardziej tragiczne, że wiele chorób zaczyna się bardzo niewinnie a kończy przedwczesną śmiercią, np. tuż po 40-tce. Nie przeczytamy też najczęściej o tym, że miejsce deserów jest (jeśli już muszą być) NIE w pozycji śniadania + kolacji. Bo budowanie nawyku jedzenia słodkich posiłków niemal przez cały dzień jest niebezpieczne zwłaszcza u dzieci. Miejsce deseru jest na deser. PO zjedzeniu pełnowartościowego posiłku.

Tymczasem słodzone deserki proponowane są dzieciom i dorosłym jako świetna wersja śniadania, drugiego śniadania, kolacji lub jako fajna przekąska. Jako propozycja na jakiś tam głód czy apetyt. Na wycieczkę, na chwilę zapomnienia, na luźny wieczór po ciężkim dniu.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki napoju czerpie nadmiar cukru? Nie.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki jogurtu owocowego czerpie nadmiar cukru? Nie.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki wegańskiego odpowiednika jogurtu czy deseru czerpie nadmiar cukru? Nie.

Nadmiar cukru z produktu typu VEGAN jest tak samo niebezpieczny jak z produktu nieweganskiego.

Kultura przecukrzania, czipsyzacji i alkoholizacji ma się świetnie.

Ciasta czy ciastka wegańskie oparte o ogromną ilość cukru i słaby tłuszcz utwardzony są tak samo niezdrowe jak niewegańskie. Czipsy z ogromna ilością tłuszczu – nawet jeśli są z różnych warzyw i są BIO – nadal zawierają ogromną ilość najczęściej słabego tłuszczu.

Wiele ciast i ciastek typu cukier z mąką + margaryna zawierająca tłuszcze częściowo utwardzone NIGDY nie zawierało składników pochodzenia zwierzęcego. Czipsy typu ziemniaki, olej słonecznikowy, sól NIGDY nie zawierały składników pochodzenia zwierzęcego. Zarówno ciasta, ciastka jak i czipsy zawsze były wegańskie i zawsze były niezdrowe.

Dzięki reklamom w TV i mediach społecznościowych dobrze wiemy, że jak impreza to ziemniory z tłuszczem. Jak rodzinny obiad to oczywiście zbliży nas do siebie butla gazowanej wody z cukrem. A gdy wracamy styrani z roboty – warto sięgnąć po słodzony nabiał, batonik lub po prostu flaszkę. Bo co się będziemy rozdrabniać skoro można raz a dobrze. Oczywiście najlepiej drogą flaszkę, bo jak już pić, to na bogato: na drogim blacie, w drogim kieliszku, kulturalnie i z klasą. A nie jak menele – najtańszy syf na ławce w parku. Bo przecież to nie my jesteśmy uzależnionymi od cukru alkoholikami. My jemy wyłącznie zdrowsze wersje słodyczy, a łychę pijemy wyłącznie drogą, prawda?

I teraz wkracza VEGAN, cały na zielono.

A skoro było już o nabiale, pseudozdrowych batonikach z czymś tam na coś tam oraz o alkoholu, to pora na nowy sektor, który ma dać nam ukojenie i chwilę zapomnienia. Albo chociaż nasycić głód oraz uspokoić głowę, bo przecież jest VEGAN.

Czyli zdrowo.

Czyli można.

Bez wyrzutów sumienia.

Gdy przeczytamy etykiety pierwszych z brzegu deserów, okazuje się, że skład opiera się o wodę z cukrem i dodatkami. A dla organizmu naprawdę nie ma większego znaczenia czy te 2-3 łyżeczki cukru dostanie z wody z tej czy innej firmy. 2-3 łyżeczki cukru w porcji to może być spora ilość na raz dla małego dziecka ale też dla osoby dorosłej, która ma nieprawidłowo zbilansowaną dietę opartą o same słodzone posiłki.

Jak żyć?

O wyrzutach sumienia, a właściwie o kompletnym bezsensie posiadania wyrzutów sumienia związanych z jedzeniem pisałam chyba w każdej mojej książce, a najszerzej w NIE ŻRYJ GÓWIEN” (klik), czy bliźniaczej „Na coś trzeba umrzeć (klik)„. Bo jedzenie nie ma psychicznie niszczyć. Ma odżywiać, dostarczać wszystkich niezbędnych składników odżywczych. Jedzenie nie ma rozgrzeszać, nie ma wypełniać luki po czymś tam, słodycze nie mają być codziennym lekiem na chroniczne psychiczne zmęczenie, samotność i stres. Na zmęczenie psychiczne, samotność i stres są zupełnie inne rozwiązania, nie mające z pseudozdrowymi słodyczami nic wspólnego.

Niestety wiele osób nadal utożsamia VEGAN z „czyli mogę zjeść więcej bo zdrowe„. Dlatego w bezmyślnej konsumpcji produktów BIO czy VEGAN upatruję większe zagrożenie niż kiedyś w sektorze LIGHT. Zwłaszcza u osób, które nie zwracają uwagi na skład, mają średnio zbilansowaną dietę z nadmiarem cukrów prostych dodanych oraz szukają rozgrzeszenia dotyczącego jedzenia słodyczy.

Słodycze to słodycze, słodzone produkty to element menu, słodzony deser to też słodycze. To coś, co jedni mogą jeść w większych a inni w mniejszych ilościach i tyle.

Same słodzone produkty nie zastąpią całodziennego jadłospisu w dobrze zbilansowanej diecie. Objadanie się „zdrowszymi” słodyczami „bo skoro są zdrowsze to mogę zjeść więcej” to słaby pomysł. To również słaby przekaz w stronę nieświadomych wszystkich konsekwencji nadmiaru cukru i kalorii w menu dzieci.

Wegańskie desery to również element menu, zwłaszcza dla osób, które z różnych przyczyn unikają nabiału, mleka krowiego czy produktów pochodzenia zwierzęcego. Nie ma sensu dorabiać prozdrowotnych ideologii bo zarówno słodzony deserek oparty na mleku krowim jak i na wegańskich odpowiednikach to najczęściej 2-3 łyżeczki cukru dodanego w małym kubeczku.

Wegańskie wersje produktów powstały dla osób unikających z różnych przyczyn surowców pochodzenia zwierzęcego. I bardzo dobrze, rozrastający się rynek produktów roślinnych cieszy mnie podobnie jak rosnąca świadomość konsumentów. Bo właśnie o tę świadomość tu chodzi. O to, aby nie sięgać bezmyślnie po produkty z napisem VEGAN. O to, aby pamiętać, że deser to DESER. A jeśli ktoś ma ochotę na roślinną wersję – bardzo dobrze, że asortyment jest coraz bardziej zróżnicowany i dostępny.

______________

PS Jeśli nie chce Ci się na razie czytać książek, a chcesz na szybko wiedzieć które produkty mają sprawdzony przeze mnie skład, oraz jak ograniczyć cukry proste i cukier dodany zajrzyj na moją platformę edukacyjną (klik). Jeśli chcesz w 2 tygodnie zacząć kontrolować to co kupujesz oraz ilość cukru, którą spożywasz w tym prostym szkoleniu (klik) nauczę Cię kilku prostych trików – wystarczy 10 minut dziennie (to szkolenie jest też na mojej platformie w pakiecie premium).

Niesamowita choroba coraz bardziej popularna w Polsce i na świecie!

Od jakiegoś czasu obserwuję szerzącą się epidemię, ta niesamowita choroba jest ku mojemu przerażeniu coraz bardziej popularna w Polsce – sprawdź czy nie padłaś ofiarą!

Rozwiąż prosty test.

On może uratować Twój portfel, czas, zdrowie oraz życie.

Zobacz z iloma poniższymi stwierdzeniami zgadzasz się bez zastanowienia.

  • Suplement diety zawierający warzywa zapewni mi zdrowie, samopopoczucie i wygląd.
  • Lepiej zjeść kapsułkę zawierającą 200 kg warzyw niż warzywa z pola.
  • Syropy i gumy na odporność sprawią, że moje dziecko nie zachoruje w tym sezonie.
  • Podaję dziecku żelki bo to dobre źródło wysokich dawek dobrze przyswajalnych witamin.
  • Jeśli kupię herbatę detox to w końcu pozbędę się toksyn w życiu.
  • Jak kupię herbatkę przeczyszczającą to schudnę.
  • Jeśli kupię reklamowany przez gwiazdę zestaw do makijażu ust, będę miała takie same usta jak ona na tych zdjęciach.
  • Wystarczy, że znajdę chłopaka na tinderze, to będę w końcu szczęśliwa.
  • Jeśli prześpię się z nim, to on się we mnie zakocha.
  • Jak posmaruję cycki kremem to urosną o jeden rozmiar.
  • Jeśli będziemy mieli dziecko to nasze relacje poprawią się.
  • Jak kupię tabletki na odchudzanie to zrzucę kilka kilogramów.
  • Jeśli kupię koktajl białkowy, to będę miała ładniejsze ciało.
  • Jeśli zjem kulki mocy z białkiem to ujędrnię pośladki.
  • Jak kupię herbatkę na skórę to po kilku dniach będę wyglądała lepiej.
  • Jeśli kupię suple na płaski brzuch, zniknie skóra i tłuszcz z okolic talii.

 

Jeśli zgadzasz się nawet tylko z JEDNYM z powyższych stwierdzeń – jesteś zagrożona lub już dotknęła Cię ta choroba. 

Ta choroba nazywa się GŁUPOTA i jest bardzo niebezpieczna, bo wiara, że coś na tym świecie poza śmiercią przychodzi samo jest niebezpieczna. Na szczęście choroba jest uleczalna – wystarczy zdobyć wiedzę i zacząć MYŚLEĆ. 

Bo ZAWSZE potrzebna jest PRACA.

Jest to Twoja praca nad ciałem na siłce, bo jędrna sylwetka nie zrobi się wyłącznie od picia koktajli i 30min w tygodniu na rowerku.

Wspólna praca nad relacją, bo poznać kogoś, przespać się, zrobić dziecko to trochę za mało. Trzeba jeszcze rozmawiać, dowiadywać się, starać, pomagać, wyciągać rękę. Albo w końcu odejść i zacząć NORMALNIE żyć.

Praca chirurga, chirurga plastyka i innych lekarzy bo czasem trzeba zmniejszyć żołądek, wyciąć, przyciąć, poprawić itd. ŻADNE kosmetyki nie powiększą ust tak jak operacja, ŻADNE suplementy nie zastąpią odsysania tłuszczu, ŻADNE koktajle, herbatki i kosmetyki nie zastąpią modelowania sylwetki za pomocą fotoszopa lub skalpela, wypełniaczy i innych przydatnych drobiazgów.

Praca w głowie, łazience, kuchni i łożku nad jakością skóry bo ŻADNE – nawet najdroższe bajery – nie zastąpią braku stresu, odpowiedniej diety, ilości snu i CODZIENNEGO oczyszczania twarzy.

Praca nad odpornością – bo ŻADNE syropy glukozowe z dodatkami i gówniane gumy dla dzieci nie zastąpią aktywności sportowej, odpowiedniej diety i dbałości o zdrowie na innych płaszczyznach.

Żyjemy w kulturze fasfoodów.

Chcemy wszystko natychmiast, idealnie. Oglądamy porno i chcemy mieć takie cycki, ciało, penisa, udane życie seksualne i nie kończyć w 30 sekund. Ale jak przychodzi co do czego to na siłkę po kondycje do skakania i lepsze ciało to raczej nie, przestać jeść gówna to nie bo oj tam oj tam, o seksie rozmawiać to wstyd – no w sumie chciałabym ale boję się, o trenowaniu hamowania przedwczesnego wytrysku nie wspominając.

Ludzie kochani, sukcesy zawodowe, wysportowane ciało, piękny dom, zadbane dzieci, lepsze zdrowie, ładna skóra oraz szczęśliwe życie i zdrowe relacje NIE ROSNĄ NA DRZEWACH. Nie ma ich też na allegro, w aptekach, ani na Instagramie.

Wszystko jest fajne i możliwe.

Ale ZAWSZE potrzeba WYSIŁKU. Ty lub ktoś musi włożyć PRACĘ. Tabletka, szklaneczka płynu ani kremik tego nie załatwią.

Trzeba mówić o tym głośno bo młodzież oglądając jutuby i instagramy przestaje nam wierzyć. Widzi suple w ręku zrobionej gwiazdy, widzi tony białka u sportowców, widzi usta i myśli, że 60sec od zakupu czeka lepsze życie. NIE, nie czeka.

Ani od herbat, ani od prochów przeczyszczających ani od innych magicznych produktów NIE DA SIĘ schudnąć jak za pstryknięciem palcami. BO TO TAK NIE DZIAŁA. Nigdy.

Cały problem tkwi w tym, że przeważnie mylisz kolejność.

Białko biorą i często reklamują osoby, które go naprawdę potrzebują, SPORTOWCY. Oni trenują 100 więcej niż my, mają inne potrzeby, inny jadłospis.

Kolorowa gwiazda wygląda super, ale zazwyczaj ciało i twarz ma zrobione  PRZED reklamą. Właśnie dlatego, żeby móc reklamować.

Bądźmy świadomi tej kolejności, bądźmy świadomi, że każdy z nas ma inne potrzeby żywieniowe.

Musisz koniecznie wydać pieniądze?

Przekaż je na leczenie dzieci, wpłać na konto organizacji zajmującej się walką z przemocą wobec kobiet, zainwestuj w wyposażenie domu dziecka. Masz parcie na suple i dodatki? Nie ma sprawy. Ale traktuj to jako DODATEK, a nie sposób na życie.

Nie masz kasy a musisz coś brać?

Rzuciłam okiem na kilka magicznych herbat. Bazą jest często zielona herbata lub mieszanki oparte na (powszechnie dostępnych w każdym niemal sklepie!) produktach. Widziałam miód, stewię, rooibos, alfabet witamin, kofeinę, probiotyki. Miód dostaniesz z lokalnego źródła, witaminy są w warzywach i owocach, probiotyki w mlecznych napojach fermentowanych i kiszonkach, kofeina w kawie. Wejdź na stronę ulubionych herbat i dodatków lub weź do ręki produkt i sprawdź sama.

Normalną porcję białka – DOSTOSOWANĄ do swoich potrzeb znajdziesz w NORMALNYCH produktach spożywczych. Masz tabelę wartości – porównuj! Sprawdź warzywa strączkowe, twaróg, orzechy, na śniadanie zjedz jajko na miękko. DA SIĘ.

Nie ma nic złego w niewiedzy!

Ale jeśli już wiesz, pora na zmiany. A jeśli wiedziałaś już od dawna ale nadal wierzysz w brednie z ust solidnie opłaconych influencerów, na temat cudu typu dupa schudnie sama, silikon wstrzyknie się sam, usta zrobią się same, żołądek zmniejszy się sam jak tylko kupię i zjem coś tam – to to już nazywa się GŁUPOTA i jest to niemal jak szkodliwa CHOROBA, bo nadmiar białka w diecie jest SZKODLIWY, nadmiar substancji przeczyszczających jest SZKODLIWY, nadmiar cukru codziennie jest SZKODLIWY.

Ale najbardziej z tego wszystkiego szkodliwy jest nadmiar głupoty i bezmyślnego zaufania w obiecywane cuda.

CUDÓW NIE MA. Jest za to PRACA i to właśnie ona przynosi najlepsze efekty.

rak

Diagnoza to nie wyrok. Rak to choroba, którą się LECZY.

Idziesz na badanie.

Stres. A może luzik, przecież jesteś zdrowa. Nic się nie dzieje. Ale warto się badać, więc idziesz. Badanie trwa chwilę. Minutę, dwie, piętnaście. Ale to jest jeszcze pikuś, później jest czekanie. Czekanie jest najgorsze. A mogłaś nie iść na badanie. Może lepiej nie wiedzieć? O nie, nie. Lepiej zawsze wiedzieć – oszczędzasz dzięki temu czas i pieniądze. W końcu i tak się dowiesz, ale im szybciej – tym lepiej, szybciej i taniej.

W końcu nadchodzi moment odbioru wyników.

Dostajesz papier.

Kopertę, maila, logujesz się do portalu pacjenta. Czujesz zdenerwowanie, odczytujesz wynik i zamiast potężnego odczucia ulgi jest chwila ciszy i wgniecenie w powierzchnię ziemi. Ważysz milion kilogramów i zapadasz się w łóżko, krzesło, asfalt, trawę, cokolwiek. Czytasz jeszcze raz. Rak. Guz. Nie, to nie pomyłka. Rozglądasz się dookoła. Jest inaczej niż sekundę temu ale świat wcale nie wstrzymał oddechu, ludzie nie zatrzymali się jak w filmach, nic nie zwolniło, ptaki nadal latają, samochody jeżdżą, ludzie rodzą się i umierają, w szpitalach i domach. Nic nie zmieniło się dookoła i prawie nic nie powinno zmienić się w Twojej głowie. A jednak.

Wpadasz w panikę.

Panika i stres zawsze wynikają z niewiedzy. Nie wiesz, nie znasz, boisz się. Pomyśl sobie, że to tylko brak informacji w Twojej głowie. Mózg wypełnia to strachem z automatu. Boisz się o siebie, o rodzinę, o dzieci, o wszystko. Co będzie? No a co ma być? Będzie dobrze. Ludzie nie chodzą na badania, żyją spokojnie w niewiedzy i nie zastanawiają się 'co będzie’. Czy to dobrze czy źle? Głupim i niedoinformowanym żyje się łatwiej? Co będzie? Rak. Czy to się leczy? Jak to się leczy? Czy będzie operacja? Czy umrzesz? Ile masz jeszcze czasu?

Tak, wszyscy umrzemy. Jedni szybciej, inni trochę później. Ale zaraz, zaraz. Czy nie powinniśmy codziennie żyć tak, jak gdyby był to nasz ostatni dzień? Przecież najzdrowszy człowiek może wpaść pod samochód pijanego kierowcy. Tracisz czas na głupią pracę? Beznadziejne relacje? Nie jesteś szczęśliwa? Możesz to zmienić? To na co czekasz? Wszystko na raz. Co będzie?

Lepiej wiedzieć.

Przekopujesz internet, odwiedzasz kolejnych specjalistów, kolejne badania. A, więc jednak to się jakoś leczy. Rokowania lepsze lub gorsze. Masz więcej lub mniej czasu. No i?

Trzeba działać! Leczenie to jedno. Bardzo ważne 'jendo’. Nie wszystko da się wyleczyć akupunkturą i energią słoneczną. Czasami chemia jest dobra i potrzebna, nawet gdy walimy atomówką w muchę. Musisz się leczyć ale warto robić to kompleksowo.

Trzeba walczyć.

Pamiętaj o trzech pozostałych, potężnych narzędziach. Dieta – bogata w cenne składniki – bo zdrowa i nieprzetworzona żywność jest jak lekarstwo. I dosłownie i w przenośni, pamiętasz mój tekst o tym, czego boi się rak? Kliknij, jest tu. 

Sport – pobudzenie układu odpornościowego jest bardzo istotnym elementem nie tylko podczas choroby. Trzeba coś robić. Zawsze. Na tyle, na ile się da. Rak nie lubi sportu.

Psychika – twoja głowa rządzi. Najczęściej nastawienie ma olbrzymi wpływ na nasze zdrowie i działanie. To, jakim ładunkiem emocjonalnym obdarzysz dane zdarzenie, wpływa na późniejszy odbiór i działanie. Poddając się – poddaje się też Twój układ odpornościowy. Walcząc – Twój układ odpornościowy dostaje silnego kopa. Nie opłaca się? Ale dlaczego? Czemu nie spróbować? Twój organizm wcale nie chce się poddawać. On chce żyć, walczyć. To Ty chcesz się poddać, postępując wbrew niemu. Organizm chce żyć.

Trzeba żyć.

Co robisz, gdy dostajesz zapomnianą, niezaplanowaną fakturę za coś tam? Cóż, trzeba przyjąć dodatkowe zlecenie, wziąć nadgodziny, zrezygnować z nowego sweterka, nowej gry, wycieczki. Tu masz kolejną taką akcję. Oto masz coś kolejnego, niezaplanowanego, co mniejszym lub większym kosztem trzeba odwalić i już. Nie rozczulaj się nad sobą zbytnio, to tylko kolejna sprawa do załatwienia. Zobacz, nic dookoła się nie zmieniło. Ludzie nadal kłócą się i godzą, słońce wschodzi i zachodzi, leje deszcz, a później świeci słońce. Szkoda czasu na przechodzenie przez wszystkie idiotyczne fazy typu 'to nie może być prawda’, 'mnie to nie dotyczy’ i najlepsza: 'dlaczego ja’. A kogo to obchodzi? Czy to ważne? No właśnie.

To jak będzie?

Działamy, co? Nie warto się poddawać czy załamywać. Jeśli potrzebujesz kilku chwil czy dni na oswojenie się z tematem – nie ma sprawy. Bądź dla siebie dobra, łagodna. Ale nie wydłużaj tego oswajania się bo to bez sensu. Szkoda czasu, serio. Nie martw się na zapas, to nic nie zmieni. Trzeba jak najszybciej przejść do porządku dziennego, nawet jeśli leczenie jest trudne czy są efekty uboczne. Zdarza się. Po prostu trzeba to jakoś przeżyć bo później będzie coraz lepiej.

Warto. Na pewno warto. Dla tych promieni słońca na twarzy o poranku, bosych stóp na piasku, w morzu czy na mokrej trawie, dla smaku ulubionej potrawy, kawałka czekolady, ciasta od Babci, dla widoku pięknego nieba, zachodu i wschodu słońca, śpiących dzieci czy ukochanego zwierzęcia, dla zapachu świeżo mielonej kawy, herbaty, zupy, ściętej trawy, polnych kwiatów, ulicy po deszczu, dla 'kocham cię mamo’, dla rozanielonych oczu włochatego czworonoga podczas drapania pod brodą, dla dobrej lektury w kąpieli i wygłupów samemu lub z przyjaciółmi.

Warto, prawda? To jest życie. I ono jeszcze się nie kończy.

 

kisiel

Uwaga na witaminy!

Jeśli myślisz, że przy przeciętnej diecie ubogiej w warzywa i owoce wystarczy spożywać pewne produkty z napisem 'Witaminy’ – bardzo grubo się mylisz i zaraz Ci to udowodnię.

Kisielek.

Do wpisu na ten temat zainspirował mnie niewinnie wyglądający kisiel z ogromnym napisem 'Kubek witamin’ oraz stosownymi grafikami. Bardzo nie lubię, gdy ktoś stosuje takie chwyty marketingowe. Moim zdaniem jest to po prostu nieuczciwe. Nie każdy ma czas i możliwość rozszyfrowania małych literek na opakowaniu, nie wspominając o weryfikacji prawdziwości przekazu. Ale do rzeczy, oto kisielek:

witaminykisiel

Kubek witamin.

To świeże warzywa, owoce i ich proste przetwory. Domowe zupy, sklepowe czy domowe mrożonki, domowe dżemy, kisiel – jak najbardziej. Owszem, część witamin rozpada się pod wpływem gotowania czy przechowywania, ale po pierwsze: nie wszystkie, po drugie: warzywa i owoce to również błonnik i składniki mineralne.

Kubek witamin TO NIE CUKIER z dodatkami w śladowych ilościach.

W tym produkcie prócz cukru (główny składnik) i skrobi mamy owoce: maliny 1.3%, jeżyny 0.6%, jagody 0.5%. Serio. Do tego regulator kwasowości, aromaty, barwnik – niby nic ale dla niektórych już za dużo.

Dlaczego to nie działa.

Jest kilka przyczyn. Przeważnie witaminy z wielu względów lepiej wchłaniają się ze źródeł naturalnych, z niektórych (nie wszystkich) suplementów i innych atrakcji typu tabletki musujące dostajecie przykładowo zaledwie kilka procent podanej dawki. Do tego witaminy A, D, E, K lubią tłuszcz. Nie cukier, tłuszcz. A na deser najważniejsze info: witamina C (i kilka innych witamin też, ale w produktach najczęściej dodają C) jest średnio stabilna, co oznacza, że łatwo się rozpada, niszczy w drastycznych warunkach typu gotowanie itp. Tak więc to, że producent doda 100 mg witaminy C, zdecydowanie nie oznacza, że tyle się wchłonie.

Oddzielnym tematem jest sposób podania tych witamin. Bardzo często nośnikiem (czyli głównym składnikiem produktu, suplementu) jest cukier, syrop glukozowo-fruktozowy itp. Więc chcesz 100 mg witaminy C ale w pakiecie dostajesz 1-5 łyżeczki cukru gratis. Jak podaje producent, w porcji tego kisielku jest 3.5 łyżeczki cukru. Czy to ma sens? NIE!

Kisiel (i inne witaminy z cukrem) na diecie.

Jesteś na diecie, więc kisielek taki malutki, słodziutki, pełen witamin…? No nie bardzo.

Domowy kisiel bez cukru: tak, jak najbardziej! Kupowany (czyli głównie cukier): nie! Jak wspominałam, w porcji tego kisielku jest 3.5 łyżeczki cukru. Trochę sporo. Cukier napędza apetyt.

Co robić?

Kolejny raz podkreślam: nie szukaj witamin w sztucznych produktach z cukrem, kisielkach instant, tableteczkach musujących i innych dziwolągach. Witaminy są w warzywach i owocach. Durna natka pietruszki do zupy zamiast tabletki czy kisielku składających się głównie z cukru. Można? Można.

Przy niedoborach: badania krwi i/lub wizyta u lekarza lub dietetyka + być może suplementacja (z głową!) preparatami wysokiej jakości.

Nie dajcie się nabijać w butelkę. Szkoda zdrowia.

Kategorie: Moja opinia

Płatki w ładnych opakowaniach – dlaczego ich nie lubię?

Bo zwykle jest to przetworzony, dosłodzony ___ (wpisać ulubione słowo).

Najczęściej od 15 do nawet 50% produktu stanowi cukier. Zwykle w kilku postaciach, żeby było śmieszniej. I nie ma sprawy jeśli lubisz takie płatki, mają fajny skład itp. itd. – pod warunkiem, że biegasz, ćwiczysz, jesteś aktywna. Jeśli nie – odradzam i polecam zwykłe NIEPRZETWORZONE.

Tym razem przykłady z lidla. Chociaż zaznaczam, nie jest to jeszcze totalny upadek.

płatki

Tu cukier pochodzi również z rodzynek, wiadomo. Ale jeśli ktoś ogranicza z jakiegoś powodu cukry proste – tak naprawdę nie ma znaczenia czy z rodzynek czy z syropu.

Generalnie skład można uprościć do dwóch słów.

Pszenica i cukier. Ani jedno ani drugie nie jest moim faworytem wśród licznych składników w produktach które kupuję. Staram się wręcz unikać tych dwóch atrakcji, z wielu względów. Do pszenicy i cukru często dochodzą bajery, wtedy robi się jeszcze mniej ciekawie. Ale jeśli rzucicie okiem na skład nawet tych najprostszych płatków – cukier stanowi 15-20% produktu.

płatki

Jak dla mnie, to nadal dużo.

Może dlatego, że ja nie jem kilku sztuk do jogurtu, tylko solidną porcję. Jeśli chodzi o Lidl – mają też całkiem spoko produkty, np. zwykłe płatki, mieszanki typu musli. Nie każde ale coś można znaleźć. Mały ranking robiłam tu.

Jak żyć.

Tak jak wspominałam na swoim wykładzie podczas Food & Health Conference – nie daję się nabierać na hasła typu 'pełnoziarniste’, 'błonnik’, 'polskie zboża’ i cały ten marketing sentymentalny. Zdarza się, że napiszą 'wieloziarniste’, a na etykiecie 97% to pszenica. Albo 'pełnoziarniste’, a tu pełnego ziarna 5%.

Dzielnie czytam składy i sprawdzam zawartość cukru w tabeli. Jeśli ktoś nie pamięta co z tą tabelą,  wyjaśniam to tu.

Powodzenia w omijaniu min! Zwykłe, proste, nieprzetworzone płatki za 2-3 pln górą!

Kategorie: Moja opinia

Postanowienia Noworoczne, Nowy Rok, nowa ja itp. LOL

W obliczu wszechobecnych list 'Postanowienia Noworoczne’, chciałabym oficjalnie oświadczyć, że takowych nie robiłam i nie robię. Koniec komunikatu.

Słowo wyjaśnienia.

Ustalam sobie cele na bieżąco. Staram się aby były realne (nie zakładam na ten przykład 'never ever brownie’), mierzalne (wiem ile zjem brownie w miesiącu, PRAWDA?) oraz osiągalne (nie będę zakładała bez sensu 'nigdy więcej brownie’ bo wiem, że to nieosiągalne. Po co mi frustracja? A nie lepiej zacząć od 'ok, jedno brownie w miesiącu’ albo '2 x 1/2 brownie w miesiącu’…?). Tak, prawie jak S.M.A.R.T.

Nie tworzę idiotycznych list noworocznych.

W których wiadomo, że połowa zadań jest totalnie z dupy. Ale staram się określać zadania, postanowienia na dany dzień, tydzień. Czasem zapisuję sobie w kalendarzu, telefonie. Pamiętając, żeby były to REALNE cele.

Schudnę 5kg. Tony warzyw dziennie. Ta, jasne. Oczywiście chciałabym jeść 5 dużych porcji warzyw dziennie i totalnie ograniczyć słodycze aaale realnie rzecz ujmując postaram się do każdego posiłku zjeść COKOLWIEK warzywnego, jeden posiłek totalnie warzywny, a słodycze raczej w wersji 'zdrowszej’ (owoce, gorzka czekolada, orzechy) i w pierwszej połowie dnia.

Tworzę realne postanowienia.

Schudnę 1kg. Jak się uda – fajnie. Zobaczymy, czy jeszcze 1 dam radę. Natka, pomidor, liść sałaty, czosnek, kapusta kiszona, ogórek kiszony – można banalnie, tanio, szybko i zdrowo dołożyć do kanapki rano lub schrupać na wczesną kolację. Realne postanowienia, założenia (w dowolnym momencie roku, a najlepiej jak najszybciej) to 'zjem o jeden gówniany produkt mniej w tygodniu’, 'wypalę jednego papierosa mniej’ itd. Jestem zwolennikiem metody małych kroczków ale jeśli na Was lepiej działa radykalna zmiana – śmiało. Dobrze jest gdzieś to zapisać, a później jak się nam udaje – wymazywać, wykreślać, odznaczać, oznaczać. To dobrze robi na głowę, mózg lubi małe sukcesiki, zróbmy więc mu taką przyjemność, a co – niech chłopak ma coś od życia! Patrzcie, jakie to fajne: sami kreujemy temat, działamy we własnym tempie i obserwujemy mierzalne rezultaty!

Trzy proste uwagi.

(Chociaż nie dla każdego takie oczywiste):

1. Zmiany są dobre.

2. Nawet największe sprawy, postanowienia i działania zaczynają się od jednego małego kroczku. To może być ten jeden papieros, mały kawałek czekolady, rogalik, jedno ciastko czy jedna pralinka mniej. Pomidor do śniadania czy czosnek z natką do kolacji.

3. Nie trzeba się zniechęcać + zawsze warto próbować. Tyle razy próbowałaś/łeś i nic? NO I CO Z TEGO? To spróbuj jeszcze raz! Nie trać czasu na zniechęcanie się i durne założenia: nie udało się za 100 razem? SO WHAT? Pewnie uda się za 101!

Do boju Drodzy, ja wiem, że (nawet jeśli po malutku, to i tak na spokojnie) dacie radę. Kto jak nie WY?!

Poza tym: 2017 jest Wasz, SERIO!

Kategorie: Moja opinia
Okres

Ten okres, gdy „bez kija (lub czekolady) nie podchodź”.

Wiecie jak to w życiu bywa – różnie. Jedna leży, inna siedzi, a jeszcze inna biega mając okres. Niektóre nawet nie zauważą tych kilku dni, reszta zwija się z bólu przez tydzień. Wspólny mianownik? Troszkę ucieka żelazo.

Niektóre Dziewczyny miewają drobne zachcianki (może komuś czekoladki…?), inne pożerają wszystko co się rusza, jeszcze inne nie jedzą nic. Co więc zrobić żeby:
a) przeżyć
b) było miło
c) nie spaść się jak świnia / nie schudnąć 5kg przez te kilka dni? W końcu jak leżysz to organizm potrzebuje jednak mniej kalorii niż podczas maratonu, prawda?

Prosta zasada.

Przydatna wszędzie i zawsze – przygotuj się wcześniej!
Organizm najprawdopodobniej będzie bardzo potrzebował żelaza (zaopatrz się w ulubione źródła czyli mięso lub warzywka, np. banalna natka i owoce np. morele suszone itp.) i magnezu, zapewne odruchowo sięgniesz po czekoladę (przypadkowo po 23:00). W przypływie dyktowanego hormonami (okres) nastroju pojawią się ulubione hasełka tkanki tłuszczowej czyli: 'pierdolę’, 'chrzanić dietę dziś’, 'od jutra dieta’, 'tylko jeden kawałek / trzy sztuki / pół paczusi’. O tak, adipocyty tylko na to czekają. Bezmyślne obżeranie się na poprawę nastroju: 60 sekund przyjemności, dwie doby moralniaka, że może wiadro lodów i/lub 300g milka to jednak do dupy pomysł był.

Nie da się inaczej!

Eee tam. Da. Przygotuj wcześniej (pare dni przed lub rano, zanim będziesz jeszcze bardziej padnięta) lekkie posiłki i przekąski. Coś co lubisz ale co jednocześnie nie będzie powodowało problemów trawiennych (np. wzdęć), nie będzie toną cukru z utwardzonym tłuszczem palmowym. Lekkostrawne i sycące dania to dobry pomysł. Małe porcje też. Stawiaj na witaminy i składniki odżywcze. Jeśli źle czujesz się po nabiale lub dużych ilościach błonnika – odstaw mleko, otręby, skórki owoców i warzyw (itd.) na kilka dni. Zainwestuj w zamienniki ulubionych przekąsek. Kakao jak najbardziej na TAK! Wiele cennych substancji + poprawiacz nastroju. Ale mówię o KAKAO, a nie o produkcie kakao-podobnym typu cukier ze szczyptą kakao. Ciastka z płatków owsianych i kakao? Dodaj do nich suszone morele bez siarki! Rewelacja! Banalne, szybkie i tanie rzepisy krążą gdzieś na blogach (ja nie jestem specem w gotowaniu). Zamiast tony cukru – rodzynki, morele, daktyle, ksylitol, miód whatever. Może być nawet zwykły cukier – gwarantuję, że użyjesz go mniej niż producenci ciastek ze sklepu. A może trufle czekoladowe? Nutella? Przepisy na zdrowe (nawet wegańskie) zamienniki krążą w sieci.

Nie masz czasu gotować?

Nie kupuj byle czego. Niepotrzebne Ci produkty obciążające organizm, zwłaszcza teraz. Postaw na coś lekkostrawnego, zdrowe przekąski. Kup zwykłe pestki dyni, suszone morele, gorzką czekoladę, orzechy, widziałam też fajne batony owocowo-orzechowe z kakao, idealne do pracy zamiast marsa. Miej gdzieś blisko koło siebie, pod ręką – mogą się przydać. Nie zachęcam jednak do jedzenia owoców (zwłaszcza suszonych) na noc.

Pamiętaj o napojach.

Okres nie okres, pić coś trzeba ale po co Ci teraz puste, gazowane, kolorowe kalorie, zwłaszcza, gdy leżysz lub siedzisz? Woda z cytryną, miodem i imbirem? Na ciepło (na zimę!) lub na zimno, herbata zwykła lub mrożona, domowa lemoniada – przygotuj sobie dzbanek lub w butlę do roboty i temat z głowy! Lubisz słodzoną? Śmiało, łycha miodu lub ulubionego słodzidła to i tak zdecydowanie mniej niż w butli przeciętnego napoju.

A co na noc?

Ulubione książki, film, tabletki rozkurczowe i…coś do chrupania? Byle nie chipsy i żelki. Co powiesz na pieczone / grillowane warzywa skropione oliwą? Surowe warzywa z dipem na chudym jogurcie (natka!!!)? Lekka zupa lub duszone warzywa na ciepło (zima)? Może coś w stylu gazpacho (na lato)? Duże ilości cukru (w każdej postaci, owocowy też) stanowczo odradzam (zwłaszcza na noc). Jeśli bezwzględnie musi być czekolada, a masz problemy z cukrem lub nadwagą, może poszukaj takiej słodzonej stewią (lub czymś w ten deseń)? Jeśli masz wylane i pożerasz 3/4 tabliczki tuż przed snem, nie dziw się później skąd dodatkowe kg, jeśli kilka dni w miesiącu przyjmujesz milion kcal na leżąco (winien jest cukier!).

Pamiętaj.

Tu nie chodzi tylko o wygląd. A właściwie wygląd jest gdzieś na końcu listy, to efekt uboczny prawidłowo zbilansowanej diety i odpowiednio dobranej aktywności fizycznej. Tkanka tłuszczowa w nadmiarze i częste skoki (wysoki poziom) cukru przyczyniają się do wielu chorób, a jedzenie byle czego pogarsza samopoczucie: bywa przyczyną dolegliwości żołądkowych (po co Ci to teraz, mało masz problemów z brzuchem?) i nie dostarcza niezbędnych składników (mało tego, często zaburza wchłanianie!).

Jeśli nic nie możesz przełknąć…

Spróbuj czegoś na maxa napakowanego wartościami (pisałam o tym tu). Musisz coś zjeść (żelazo!) i koniecznie wypić, ustaw przypomnienie – niech dzwoni co 2-3h.

Ps. Warto dostarczać też pokarmy bogate w tryptofan (pisałam o tym tu) – organizm sobie poprzerabia na serotoninę i wszyscy będą zadowoleni.

Dziewczyny, trzeba sobie jakoś radzić, poprawiamy koronę i zapieprzamy dalej! Na leżąco też się da!

Kategorie: Moja opinia
obżerać

Jak się obżerać, aby nie przybierać?

Mieć ciastko i zjeść ciastko – czy to możliwe? CZYM warto się obżerać? Jak to zrobić, żeby jednak nie przytyć tych 100kg w dwa dni? Oto 10 zajebiście prostych zasad przydatnych każdemu, kto lubi sobie czasem zjeść.

1. Woda – pić!

Obecność prawidłowego poziomu wody gwarancją dobrego trawienia (i nie tylko) jest! Do tego wypicie szklanki wody np. pół godziny przed posiłkiem zmniejsza chwilowo apetyt. A mówiąc inaczej, nieco zmniejsza prawdopodobieństwo tego, że będziesz się mega obżerać. Pić!

2. Woda – nie pić!

Czy warto pić wodę podczas jedzenia? Zdania są podzielone. Jednym przeszkadza (rozrzedza soki trawienne), innym pomaga (łatwiej przełknąć kęs). Myślę, że jeśli już ktoś musi to jednak lepiej mniej niż więcej. A osobom z kłopotami trawiennymi raczej odradzam mimo, iż woda dość szybko wchłania się z przewodu pokarmowego i teoretycznie nie ma jakiegoś wielkiego dramatu.

3. Zjedz białko.

Białko jest dobre. Polecam roślinne. Lubisz mięsko? Zjedz do tego coś kwaśnego, np. spróbuj z żurawiną, morelami, jabłkiem itp. Soczewica? Fasola? Dodaj pomidory, mogą być przetworzone – fajne i zdrowe połączenie.

4. Uważaj na cukier.

Nadmiar cukrów prostych w diecie sprzyja tyciu – wiadomo. Dlaczego? Dużo glukozy to hiper wyrzut insuliny. Upraszczając – pojawia się takie dość nieprzyjemne hasełko 'tkanko tłuszczowa, przybywaj!’. A TEGO BYŚMY CHYBA NIE CHCIELI, prawda?

5. Nie bój się tłuszczu.

Mam na myśli dobry tłuszcz. Dobrej jakości wartościowe oleje i tłuste ryby to Twoi przyjaciele. Nie ma szarpaniny z insuliną, zapewniają uczucie sytości, są źródłami cennych (niezbędnych!) substancji. Pamiętaj, że mega ważne witaminy (A, D, E, K) słabo wchłaniają się bez tłuszczu. Od tłuszczu utwardzonego (gotowce i inne atrakcje) trzymaj się z daleka.

6. Pamiętaj o błonniku.

Wypełnia dając uczucie sytości oraz działa jak miotełka z szufelką – a sio nieczystości pokarmowe! Krótko i zwięźle? Jedz warzywa! DUŻO WARZYW. Warzywami MOŻNA się obżerać.

7. Nie jedz gówien.

Cóż tu więcej rzec. Unikaj żywności przetworzonej, ”gotowców’ i produktów typu 'light’. Większość z nich to kaloryczno-zdrowotny DRAMAT.

8. Zapomnij o zbyt długich przerwach między posiłkami.

Nie zachęcam do jedzenia co 1-2h ale zjedzenie śniadania, a następnie czekanie 9-10 h na obiadokolację nie jest chyba zbyt dobrym pomysłem. To ZDECYDOWANIE zły pomysł.

9. Jedz świadomie.

Czyli powoli, uważnie. Doceń każdy kęs, pomyśl o smaku, nie połykaj w pośpiechu źle pogryzionego jedzenia. Nie jedz oglądając  (TV, na kompie itp).

10. Pomóż, gdy jest źle.

Wspomaganie trawienia czasem jest potrzebne. Tradycyjnie stosowane środki na niestrawność (np. ziołowe) mają sens, pod warunkiem, że nie przesadzisz i PRZECZYTASZ ULOTKĘ.

Banalne, prawda? Powodzenia!

zakupy

Zakupy – bądź ninja w spożywczym.

Zakupy – jedni kochają leniwie przesuwać się między alejkami, niespiesznie oglądać nowości, wkładać do koszyka starannie wybrane rarytasy, dla innych jest to przykra konieczność. Czy da się zrobić zakupy w 15 minut? Da, jeśli dobrze się do tego przygotujesz.

Zasada nr 1.

NIGDY nie chodź na zakupy na głodzie. NIGDY. Jak Mózg idzie głodny do sklepu, będzie szukał torpedy żeby tylko przeżyć bo przecież zaraz może być koniec świata i on na wszelki wypadek właśnie teraz musi nażreć się byle czego. W skrócie – sięgniesz nie po to co trzeba.

Zasada nr 2.

Warto mieć listę. Przejrzyjmy w skrócie podstawowe grupy produktów czyli co warto włożyć do koszyka.

Warzywa.

Lubisz? Bierz wszystko, jak leci – co Ci wpadnie w ręce. Im więcej tym lepiej. Nie lubisz? Bierz cokolwiek. Najlepiej zielone. Wszystkie warzywa zawierają mnóstwo cennych substancji ale zielone mają najfajniejsze. Nie cierpisz warzyw? Przemycaj ile się da i gdzie się da. Np. natkę pietruszki (jako dodatek) – mega fajna sprawa do wielu posiłków (np. kanapek, zupy itd.). Pomidory (np. do kanapki), marchewka (np. surówka, sok), burak (np. sok, do sera), szpinak (np. do kanapki, do makaronu), cebula, czosnek, szczypiorek (np. kanapki), słowem – cokolwiek byle jak najwięcej. Nie masz czasu? Kup mrożone – doskonały wybór.

Kapusta kiszona, czosnek / cebula / por !!! (Pełna lista top 10 antyrakowa tu.)

Warzywa mają wypełniać najwięcej miejsca w koszyku!

Będąc przy dziale warzywnym lub na przyprawach, poszukaj od razu kurkumy (np. obiad) i imbiru (np. do herbaty) – warto mieć w domu i używać.

Owoce.

Bez szaleństw i nie na noc ale warto kupić, zwłaszcza sezonowe, krajowe są super.

Mięso.

Jak kto lubi. Wychodzę z założenia, że jednak jak najmniej. Częściej indyk niż kurczak, czasem wołowina. Zero gotowców, zwłaszcza mielonych. Ryby – koniecznie! 1-2 x w tygodniu, jakie? Mała podpowiedź była tu.
Szynka – ja nie kupuję, a jeśli juz to 97% mięsa i najlepiej bez azotanów. Oczywiście, że kiedyś jadłam wędliny na tony, parówki też (do momentu gdy obejrzałam film o ich wytwarzaniu – prawie zwymiotowałam), nadal uwielbiam chudą suchą krakowską ale jem sporadycznie, ze 2-3 razy w roku.

Nabiał.

Jak kto lubi, jak kto uważa. Mleko chude (poniżej 2%) trochę nie ma sensu. Lepiej mniej, a 3.2% i raczej mikrofiltrowane nisko pasteryzowane niż UHT. Ja nie kupuję mleka krowiego, jak już – używam roślinne. Jogurt – najlepiej naturalny. Owocowy to trochę słaby pomysł – to zwykle naturalny z 3-4 łyżeczkami cukru. Sery żółte – warto ale z umiarem. Pleśniowe sporadycznie.

Jajka.

Warto ale najlepiej '1′ lub '0′. Nie bać się cholesterolu – jajka mają więcej zalet niż wad.

Makarony itp.

Teoretycznie pszenica durum jest lepsza niż zwykła ale z drugiej strony durum ma więcej glutenu więc samodzielnie zdecyduj co wolisz. Fajne są makarony z mąki gryczanej itp. Spróbuj też częściej kupować kasze zamiast makaronów. Zobacz którą najbardziej lubisz. Polecam jaglaną – jest bardzo wartościowa, jęczmienną np. pęczak itd.

Warzywa strączkowe.

Fasole, soczewice – różne kolory. Warto! Banalne w przygotowaniu, zdrowe, sycące, niskokaloryczne. Zupa, drugie (do kaszy), lunch (do sałatki), słodycze (serio!) – poszukajcie ulubionych przepisów. Fajna, tania, powszechnie dostępna baza dla wielu potraw.

Chleb.

Ciężko znaleźć dobry, piekarnie zwykle mają 1 – 2 dobre a resztę 'ze wspomaganiem’. Zdecydowanie na zakwasie, raczej żytni a jeśli kochasz pszenny – spróbuj orkiszowego.

Płatki.

Owsiane górskie! Bogate w cenne wartości, chociaż te błyskawiczne też mają swoje zalety (czas przygotowania). Musli – bywa różnie, pisałam o tym tu. Crunchy, platko-chrupki i inne dziwne gotowe cuda – raczej dno i tona cukru.

Tłuszcze.

Olej lniany lub coś w ten deseń – wyłącznie na zimno! Warto trzymać w lodówce, cenne substancje są wrażliwe na światło i ciepło. Do smazenia co tam lubicie: rzepak, kokos nierafinowany, masło klarowane – byle nie oleje do stosowania na zimno (oliwa do krótkiego obsmażania). Masło – zwykłe, dobre, polskie, 82% tłuszczu i koniec kropka – daj spokój z tym cholesterolem. Gówien z utwardzonym nie jedz, a nie przejmujesz się kromką z masłem.

Przypominam o bardzo fajnych źródłach tłuszczu: orzechy i pestki, awokado (do jedzenia lub smarowania chleba), oliwki.

Orzechy, migdały, pestki.

Tak, tak, tak! Bezwzględnie obecne na liście. Uratują Cię przed spadkiem formy, nastroju, wilczym apetytem (+ moralniakiem po maku) i…’ciastkami konferencyjnymi’!

Słodycze.

Czekolada gorzka 70% i wzwyż, suszone morele i inne (ale NIE kandyzowane, dosłodzone itp.) owoce, najlepiej bez siarki. Raczej nie na noc. Niestety zdrowsze słodycze to te samodzielnie zrobione (np. banalne i szybkie ciastka: płatki owsiane + bakalie + jajka + kakao) niż kupowane. Kakao (zwykłe – gorzkie) warto mieć i stosować (byle z umiarem).

Dosładzacz – naturalny miód z POLSKI. Nie z Chin, nie mieszanka z UE i spoza UE itd. (dlaczego? Zajrzyj tu). Jak ktoś kocha białe kryształki i musza być białe kryształki, może być np. ksylitol ale uwaga z tymi zamiennikami (przeczytajcie to).

Mąka do naleśników.

Wiadomo, że bezglutenowo jest trudniej więc jak już – warto raczej orkiszową (odmiana pszennej) niż pszenną, warto mieszać kilka różnych – próbuj, eksperymentuj, dodawaj pełnoziarniste. Na blogach kulinarnych jest mnóstwo sprawdzonych przepisów, ja nie jestem specem od gotowania więc nie będę ściemniała, że się na tym jakoś mega znam.

Poprawiacze mdłych dań.

Dopiero zaczynasz przygodę z lepszym stylem odżywiania? Coś tam niby gotujesz ale nie jesteś wirtuozem (witaj w klubie)? Nie martw się, jest na to rada! Warto mieć w domu sól, ajwar, zioła (byle nie dziwne miksy), sos sojowy i ketchup (ale dobrej jakości!). Już niewielkie ilości jednego z poprawiaczy podkręcą smak, zwłaszcza warzyw – w końcu ma być nie tylko zdrowo ale też smacznie prawda?

Woda.

Tak, zwykła woda niegazowana. Zero idiotycznych napojów (przeczytaj tu), soków z koncentratu etc. Jak chcesz wypić soczek to raczej wybrałabym ten jednodniowy. Najlepiej warzywny lub chociaż z dodatkiem warzyw – teraz można je kupić już wszędzie. Kochasz gazowane, a nie chce Ci się robić samodzielnie? Rzuć okiem na ten ranking napojów, może coś pomoże.

Uwagi końcowe.

1. Nie bój się tłuszczu. To przez cukier i brak ruchu odkłada się tkanka tłuszczowa. Niebawem wytlumaczę Ci (w prosty sposób) dlaczego.

2. Generalnie organizm raczej nie lubi odżywiania monotonnego, diety kapuścianej, ananasowej i innych typu 'od dziś jem tylko…’ UROZMAICENIE powinno być kluczem jakim kierujesz się podczas zakupów.

3. Nie ma produktów wyłącznie zdrowych. Wszystko ma swoje wady i zalety, nawet superfoods. Mało tego! Coś, co dla jednej osoby jest super zdrowe i potrzebne dla kogoś innego może być wręcz szkodliwe. Uwierz mi, o każdym produkcie spożywczym mogę powiedzieć sporo dobrego i często tyle samo złego – sorry, taki mamy klimat!

Zatem wszystkiego po trochu, z przewagą dobrej jakości (!) prostych produktów. Wiem, że uda Ci się, początki są trudne i czasochłonne ale zobaczysz – wyrobisz w sobie nawyk i wkrótce staniesz się ninja zakupów spożywki! Do dzieła!

Zakupy

biedronka

Biedronka – 10 ciekawych produktów.

Nie jestem fanem marek własnych dyskontów – często (nie zawsze) jest to byle co. Ale tak jak obiecałam, tym razem postanowiłam znaleźć coś pozytywnego wśród morza różnych propozycji od Jeronimo (Biedronka).

1. Warzywa

Jak kto lubi, jak kto uważa. Fajnie kupować na rynku, a jak nie – macie tu np. fajne zestawy pociętych warzyw, kiełki. Coś dla zabieganych.

biedronka

2. Zagraniczne cuda.

W Biedronce są tańsze, więc warto spróbować np. awokado, batat – smaczne i zdrowe.

biedronka

3. Ser kozi.

Prosty skład bez zbędnych dodatków.

biedronka

4. Masło bez laktozy.

Ciekawa propozycja dla osób odczuwających dyskomfort po wypiciu mleka.

biedronka

5. Zupa krem – mrożonka.

Mrożonki w Biedronce są różne – niektóre gorsze, niektóre lepsze. Dwie zupy kremy (zielona i czerwona) są fajne, smak – kwestia gustu.

biedronka

6. Olej lniany.

Ciekawy produkt, który warto mieć w lodówce. W Biedrze stoi na półce, a szkoda bo olej lniany warto chronić przed światłem i ciepłem.

biedronka

7. Orzechy.

Warto: i orzechy i migdały. Jak wiecie prawie zawsze mam coś w tym stylu przy sobie.

biedronka

8. Fasola.

W Biedronce jest kilka rodzajów fasoli i soczewicy – obczajcie bo to fantastyczna baza do różnych dań zarówno na słodko jak i na słono.

biedronka

9.Chleb 7 zbóż.

Ciekawy skład. Jeden z niewielu dobrych w Biedronce.

biedronka

10. Płatki owsiane górskie.

Fajne, proste i tanie. Do zrobienia wlasnego muesli, ciastek itp.

biedronka

Biedronka – tak czy nie?

Niestety jest sporo produktów z beznadziejnym składem, zwłaszcza gotowce są najczęściej tragiczne. Jednak w każdym sklepie są produkty lepsze i gorsze, sami dobrze wiecie. Znalezienie tych (zaledwie) 10 propozycji zajęło mi godzinę – to trochę dużo na tle innych sklepów… Wędliny nie znalazłam dobrej (jakaś jedna – ale innej marki – była lepsza od innych), jogurty (zwłaszcza owocowe!) mnie nie zachwyciły, prosty twaróg był ok, mleka i mięsa nie kupowałam i nie jadłam więc się nie wypowiadam ale chciałam kupić jakąkolwiek pastę do chleba – raczej takie sobie, pieczywo też. To nie było łatwe zadanie.

Podsumowując.

Warto obczajać temat bo da się zrobić fajne zakupy taniej – ja za wszystko zapłaciłam ok. 50 pln. Nie jestem orłem jeśli chodzi o gotowanie więc zrobię z tych produktów proste rzeczy:

– sałatkę z fasolą i olejem lnianym,

– batata z kozim serem,

– kanapkę z masłem i serem kozim do pracy,

– owsiankę z orzechami (reszta orzechów do samochodu),

– zupę krem z fasolą.

Można? Można! Ale z głową.

Kategorie: Moja opinia

Nagonka na gluten czy na…ludzi?

Zanim o diecie dla osób z kapryśnym przewodem pokarmowym, kilka słów o nagonce na gluten bo wiele osób o to mnie pyta.

Moja dieta.

Jak wiecie jestem zwolennikiem zdrowej indywidualnie dobranej diety po której dobrze wyglądam i dobrze się czuje. Jeśli coś mi nie służy – staram się to wyeliminować lub (gdy to wartościowy produkt) coś zmienić i przemycić.

Gluten.

To niejednorodne białko występujące np. w zbożach. Osobom zdrowym raczej nic złego się nie stanie jak zjedzą trochę (!) glutenu. Osobom chorym (celiakia i nieceliakalna nadwrażliwość) może stać się wiele. Złego. Jeśli podejrzewasz u siebie lub bliskich nietolerancję glutenu – warto iść do lekarza, przeprowadzić diagnostykę. Im szybciej tym lepiej bo liczy się czas. Stricte naukowe wyjaśnienie i coś na luzie o glutenie będzie w oddzielnych wpisach. Tymczasem warto zajrzeć na stronę tego Stowarzyszenia.

Moje zdanie.

Unikam pszenicy. Krótko i zwięźle. Unikam też kukurydzy i soi. To nie znaczy, że wykluczyłam je z jadłospisu. Po prostu unikam. Ze względów zdrowotnych jestem na wstępie, oswajam się z dietą bezglutenową. Nie boję się glutenu i niektórych odmian pszenicy ale nie lubię skonstruowanej specjalnej wysoko-glutenowej pszenicy, która jest być może zbawieniem dla piekarzy ale co za dużo, to (może okazać się, że dla niektórych) niezdrowo.

O co chodzi z pszenicą?

Gluten od zawsze był składnikiem pszenicy i w miarę 'standardowa’ (pierwotnie obecna) ilość nie jest najprawdopodobniej aż tak wielką tragedią dla osób tolerujących. Problem jak zwykle tkwi w szczegółach. Czy modyfikacje genetyczne dają wyłącznie korzystne rezultaty? Kombinowanie co tu zrobić, żeby roślina ze zmienionym zapotrzebowaniem na składniki odżywcze i ochronne rosła na kamieniu jest trudnym tematem. Z jednej strony prowadzi to do zmian, których odległych skutków nie potrafimy przewidzieć. Z drugiej zaś, kolejny raz pojawia się 'wina po stronie klienta’. Chcecie kupować taniej, prawda? Wolicie 1kg mąki pszennej za 3pln czy orkiszowej za 9pln? Przecież nie każdego stać na kupowanie eko i nie-GMO, nie oszukujmy się. Ludzi jest coraz więcej, jakoś trzeba ich wykarmić. Daleko mi do hipokryzji ale…nie powiem, żeby ten stan rzeczy mi się podobał. Cóż, 'sorry – taki mamy klimat’.

Do rzeczy.

Właściwie wszędzie już widzę teksty w stylu 'jak nie masz celiakii to NIE odstawiaj glutenu Oszołomie!’.

BO CO?

Ludzie, odpieprzcie się od tego czy ktoś je gluten czy nie! Zajrzyjcie w swoje jelita, obczajcie równowagę bakteryjną, którą zaburzacie od pierwszej kropli sztucznego (przy braku karmienia piersią) mleka lub pierwszego zjedzonego antybiotyku, a kontynuujecie (to zaburzanie) spożywaniem gównianego żarcia. Czy wiecie, że 100 lat temu przeciętna zawartość ludzkich jelit była inna? Było więcej i lepiej a przez to bezpieczniej dla nas.

Nie rozumiem.

Nie kumam tej nagonki na osoby unikające glutenu. Nie kumam też nagonki na jedzących. Jeśli ktoś lepiej się czuje i wygląda po odstawieniu pszenicy to dlaczego ma ją jeść – dla zasady? JAKIEJ ZASADY?

To nie jest aż taki cud spożywczy, jak np. czosnek, żeby się do tego naginać i wyginać by jednak pojawił się w naszej diecie!
Jeśli coś jest nie tak lub boli mnie brzuch po pszenicy wysoko-glutenowej czy pseudo-mleku to nie mam zamiaru spożywać tego, choćby zebrał się nawet sztab lekarzy i przekonywał mnie np. do wartości odżywczej produktu UHT (ta, jasne).

Możecie bazować na wynikach badań naukowców lubiących gluten lub nie lubiących (wrzucę Wam literaturę w artykule o glutenie), sympatyzujących z firmami obrabiającymi pszenicę lub nie. Możecie bazować wyłącznie na opiniach jeśli wolicie, jedno jest pewne. Organizmu nie oszukacie. Jak nie boli lub jest lepiej to łot de fak ja się pytam?

Jeśli Wasze samopoczucie poprawia się po odstawieniu pszenicy, jeśli macie lepsze wyniki tarczycowe krwi po odstawieniu glutenu to dlaczego do cholery nie iść tym torem? DLACZEGO??? Co się wielkiego stanie jak odstawię gluten? Cóż takiego stracę? Bo jeszcze gównoburzę z odstawianiem nabiału jestem w stanie jakoś zrozumieć ale pszenica? Poza tym, że niektóre firmy mniej zarobią, jakie będą konsekwencje zdrowotne zamiany zbóż zawierających gluten na inne? No właśnie.

LOL.

Najbardziej śmieszy mnie tekst 'bo to nie gluten tylko ludzie ogólnie zaczynają się lepiej odżywiać’. Niektórzy chyba myślą, że jak już jest ten biedny przekreślony kłos (symbol braku glutenu) to mamy super zdrowy produkt, amen. Zajrzyjcie na mój instagram. Większość gotowych produktów bezglutenowych zbożowych (i nie tylko) jest GÓWNIANA bo czymś ten brak elastyczności trzeba zastąpić. Konsument nie chce jeść tektury. Dobrego, powszechnie dostępnego chleba bezglutenowego jeszcze nie znalazłam. To są chemiczne pieczywo-podobne wytwory. Owszem – ludzie zaczynają się lepiej odżywiać jak odstawią fastfoody oraz gdy sami pieką zdrowy chleb i nie kupują bezglutenowych śmieci.

Tymczasem…

Boli? Coś nie tak? Zrób badania. Idź do lekarza. Poobserwuj swój organizm – kiedy boli najbardziej? Kiedy wcale? To nie musi być gluten. Może nabiał? Owoce? Może to bóle na tle nerwowym? A może jakiś sygnał? Coś się dzieje i organizm daje znać:  czas rozpocząć diagnostykę Koleżanko! Kolego!

Są specyficzne objawy typowo 'brzuchowe’ ale niektóre osoby z celiakią nie mają żadnych – choroba przebiega po cichu, niszcząc błonę śluzową jelit. Celiakii poświęcę osobny wpis, to zbyt poważna sprawa by traktować ją po łebkach. Nie diagnozuje się jej 'bo mnie się tak wydaje’. Potrzebny jest pełen obraz: objawy kliniczne, wyniki badań serologicznych, histopatologicznych itd. Napiszę też o nieceliakalnej nadwrażliwości na gluten bo warto coś o tym wiedzieć.

Nie boli? Super. Lubisz mrożone pseudo-pieczywo z wysoką zawartością glutenu, żeby było bardziej puchate i rumiane? Jedz. Nie chcesz kupować byle czego ale nie czujesz potrzeby by rezygnować z glutenu? Czytaj skład, wybieraj różne zboża zamiast wyłącznie pszenicy. Ale zostaw ludzi rezygnujących lub ograniczających z jakiegoś powodu gluten w spokoju. Zamiast im współczuć sporych utrudnień związanych z dietą i zdrowiem, pieprzysz te swoje smutne bzdury o tym, że nie warto odstawiać.

Lepiej zatkaj sobie buzię pszenną bułą (ważącą tyle co pół tabliczki czekolady ale napompowanej do wielkości pomarańczy) i zamilcz, bo jak widać, u niektórych WARTO.

Kategorie: Moja opinia
beznadziejna

Jestem beznadziejna.

Jestem beznadziejna. Znasz? Znasz. Ja też znam. Wszyscy znamy. Ci uśmiechnięci ludzie z facebooka i instagrama też. Ci co mają takie zajebiste życie, domy, partnerów, dzieci, pracę i dalekie podróże też. Tylko te idealne modelki i top modele wstają codziennie rano i uśmiechają sie do siebie w lustrze myśląc 'wow ale czad’. Serio tak myślicie…?

To jesteście w błędzie!

Jestem beznadziejna/y.

Kto Ci takie bzdury zaserwował? Powiedział wprost? Zasugerowała? Pan Prezes? Ojciec? Matka? Brat? Partnerka? Dziewczyna? Szefowa? Mąż? Żona? Kolega z pracy? Ktoś w szkole? Na uczelni? Koleżanka z placu zabaw dla dzieci?

A może sami wpadliście na to w jakiś cudownie odkrywczy sposób? Jak tam miłe Panie? Co tam w magazynach? Idealna figura? Piękne, długie i gęste włosy? Gładka skóra? Holiłódzki uśmiech? A Wy co – prędzej łódzki niż holiłódzki…?
A Wy Panowie? Zazdrościcie innym facetom z siłki mega rzeźby? Pompa musi być? Płaski brzuch jak ze sfotoszopowanej okładki? Zajebista, bujna fryzura? Inni mają super fajne życie, co? A Wy – beznadzieja, nuda i jeszcze ten wygląd – masakra.

Uwaga!

Przełomowe odkrycie – nawet najpiękniejsze kobiety mają chwile w stylu 'o rany, wyglądam jak kupa’, najpotężniejsze umysły nieraz krzyczą 'dżizas, ale ze mnie debil’. Banalne ale prawdziwe, tak to wygląda, chyba o tym wiecie. Niektórzy mają lepiej niż Ty, a niektórzy gorzej – to oczywiste. Wniosek jaki warto z tego faktu wyciągnąć to akceptacja stanu rzeczy na który nie mamy wpływu i próba zmiany tego co możemy. Akceptacja skłonności do słodyczy i/lub gównianego żarcia i być może próba zmiany, stopniowego ograniczenia.

Nie ma sensu.

No błagam: karać się non stop za złe nawyki? Ależ to do niczego nie prowadzi. Budowanie ściany z poczucia winy spowoduje, że kiedyś rąbniemy w nią głową i nie dość, że będzie zdziwko to jeszcze zaboli.
Kiedyś usłyszałam banalne ale fajne zdanie: 'Ty jesteś ok i ja jestem ok’. Taki banał, serio! A teraz stań sobie grzecznie przed lustrem i powiedz to do siebie. Właśnie tak – jesteś ok!

Jestem ok.

Mam wady ale nie jestem beznadziejna/y bo jestem gruba, żrę żelki na kilogramy, kupuję parówki, mam gruby brzuch, siedzę w domu a inni balują, lubię hamburgery itp. itd. Jesteś w porządku. Każdy lubi, każdy ma słabości, wady, defekty. To jest NORMALNE.

Inni biegają maratony i wrzucają foty #gymlife, ja nienawidzę siłowni a po 100m biegu mam zadyszkę. No to co? To nie chodź na siłownię, znajdź coś co lubisz – może szybszy marsz z muzyką na uszach? Rower? Rolki? Łyżwy? Schody zamiast windy? To też jest ok.

Co dalej?

Bądź dla siebie dobra/y. Planuj nadprogramowe atrakcje.

A może chcesz coś zmienić? Super! Zapraszam do działania, fajna decyzja, warto!

Nie chcesz? Boisz się? Ok. Poczekaj jeszcze, poprzyglądaj się, obserwuj mojego fb, ig, snapchata, blog. Może coś wpadnie Ci w oko, jakiś fajny pomysł, inspiracja. Może zmienisz zdanie. Na spokojnie, bez spiny.

Z całą pewnością nie jesteś beznadziejna/y.

Dlaczego? Bo ja też lubię słodycze, czasem zjadłabym żelka, zdarza mi się zjeść fastfood, czasem przytyję 3kg, a teraz zamiast balować w sobotni wieczór – siedzę w domu przy kompie. Czy jestem beznadziejna? Nie. Czy czasem tak myślę? Tak, mam czasem gorszy nastrój i akceptuję to. Zawsze znajdzie się ktoś mądrzejszy, ładniejszy, chudszy, młodszy, bogatszy, zaradniejszy, lepszy w robocie, ktoś kto się lepiej odżywia, lepiej gotuje, lepiej dba o dzieci, w końcu ktoś kto w Ciebie nie wierzy, kto wbije szpile, hejter itd. Są też brzydsi, głupsi, grubsi – życie! Hejterom i osobom toksycznym współczuję. ALE nie łączmy tych wszystkich faktów z jedzeniem tego i owego ok? Starajmy się nie jeść 'w nagrodę’ i 'za karę’, a na stalowe nerwy i dobry nastrój polecam pestki dyni.

Jestem beznadziejna bo zjadłam brownie.

Czy przytyłam ostatnio 3kg? Tak ale nie będę marudzić, katować się tekstami typu 'oboszsz, wyglądam jak krowa’ – ograniczę słodycze i postaram się zrzucić.

Czy mam wyrzuty sumienia i jestem beznadziejna bo zjadłam brownie – milion kcal, tłuszczu i cukru? NIE! Cóż, trudno stało się. Było pyszne, dlaczego mam się zamartwiać i niszczyć organizm durnymi natrętnymi myślami skoro jedzenie było pyszne i przyjemne? Ciesz się tą przyjemnością! A skoro już się stało – nie obracaj tego w coś złego, przecież było fajnie.

’Nigdy więcej!’ obiecujesz sobie a później dół, że się nie udało. Jestem do niczego. Jestem beznadziejna/y. PO CO? Będzie następny raz! ALE może tym następnym razem postaram się zjeść z kimś na spółkę zamiast całe sama? Może zjem 3/4 porcji – pokażę sobie samej, że potrafię. Do tego w tym tygodniu przyłożę się do menu – mniej kaloryczne posiłki i nie jem 4h przed snem.

Ej, spokojnie. Wszystko stopniowo da się zrobić. Metoda małych kroczków.

Pamiętaj: ja jestem ok i Ty jesteś ok.

Kategorie: Moja opinia