ser

Odpowiedź Producenta

Jakiś czas temu, podczas rutynowego przeglądu etykiet w jednym ze sklepów zaciekawiła mnie informacja o barwniku. Najczęściej jeśli obserwowałam substancje dodatkowe w serach „żółtych” było to annato. Tym razem pojawiła się nowa rzecz: annato NORBIKSYNA.

Annato nie budziło mojego zdziwienia, ludzie chcą kupować ser o określonym, powtarzalnym kolorze. Jeśli żółty, to ma być ŻÓŁTY, a nie białawo-żółtawy, więc klient nasz pan. Producenci barwią na żółto i wszyscy są szczęśliwi. Jednak tym razem zauważyłam annato NORBIKSYNA.

Jeśli dobrze pamiętam, annato to mieszanina biksyny rozpuszczalnej w tłuszczach i norbiksyny rozpuszczalnej w wodzie. Zatem obniżając zawartość tłuszczu, być może muszę dodać barwnik w innej proporcji niż w klasycznym serze o wyższej zawartości tłuszczu?


Czemu więc zainteresowałam się akurat NORBIKSYNĄ?

ADI norbiksyny jest na poziomie 0.6 mg / kg m.c. a zatem 20 x mniej niż biksyny (12 mg / kg, widziałam też materiały gdzie ADI biksyny było określone na poziomie 6 mg / kg, a norbiksyny 0.3 mg / kg m.c.).
Więc gdybym kierowała, się w życiu tabelką z wartościami ADI, powinnam jeść mniej sera z norbiksyną. Jednak czy w tym przypadku ma to znaczenie? I czy w ogóle warto interesować się wartościami ADI?

Co to jest to ADI?

Żeby zrozumieć specyfikę problemu oraz zastanowić się nad innymi obszarami, gdzie to o czym tu piszę jest ważne w kontekście zdrowia, warto poznać sens określania ADI.

ADI – w dużym uproszczeniu – podaje nam na tacy informacje ile czego możemy zjeść, aby spożywając to codziennie przez całe życie – było w miarę ok. Nie jest to najszczęśliwszy wskaźnik, bo ludzie w życiu codziennym nie za bardzo są w stanie z tego skorzystać (na etykietach nie ma słowa o zagrożeniu oraz ilościach + jest jeszcze coś takiego jak synergia, działanie wielu substancji razem itp. itd) ale dziś nie o tym. Dziś lepszy taki niż żaden.

Ogólnie sytuacja wygląda tak: substancje dodatkowe charakteryzuje określona wartość ADI („dopuszczalne dzienne spożycie”), dzięki temu producent wie ile czego można dodać do surowca, a konsument wie ile czego można zjeść. Jak sytuacja wygląda w praktyce? Różnie, co widać w raportach (zdarzają się przekroczone ilości) oraz w sklepach spożywczych (nikt nie chodzi z kalkulatorem i nie wylicza, nie ma nawet z czego wyliczać, bo nie ma takich informacji na etykietach).

Kto pyta nie błądzi.

Zapytałam więc producenta ile dodaje barwnika, zakładając że poziom jest w normie. Zawsze zakładam, że przytomni producenci żywności gdzie w ekipie pracują inteligentni ludzie o bujnej wyobraźni przestrzennej, chociażby w trosce o dobre imię marki i przyszłą sprzedaż, nie robią wałków. Z logicznego punktu widzenia to się po prostu nie opłaca.

W tym jednak przypadku bardziej interesowały mnie konkretne ilości norbiksyny, a zatem informacja ile jest barwnika w 100g sera, a co za tym idzie – najbardziej przydatna rzecz z punktu widzenia konsumenta czyli konkretnie: ILE MOGĘ ZJEŚĆ.

Maila z prywatnej skrzynki wysłałam w sobotę, odpowiedź otrzymałam w poniedziałek rano. Po upewnieniu się, że dane są jawne, przekazuję zawartości norbiksyny w tym konkretnym produkcie.

Wedle odpowiedzi Producenta Rycki Edam Light zawiera 222 mg barwnika w 1 kg sera.

Barwnik zawiera 1.2% norbiksyny, zatem w 1 kg sera znajduje się 2.66 mg norbiksyny.

To oznacza, że w 100 g sera mamy 0.266 mg norbiksyny.

Zatem paczka (w tym przypadku jest to 135 g) tego sera zawiera 0.359 mg norbiksyny.

Ile mogę zjeść?

Dla fanów sera nie ma czegoś takiego jak „za dużo”. Jednak znając zawartość norbiksyny przyjrzyjmy się jak to się ma do ADI, czyli jak mogę wykorzystać wartości ADI w życiu codziennym.

Jeśli ADI dla norbiksyny zostało określone na poziomie 0.6 mg / kg m.c., aby nie wystąpiły skutki uboczne po wieloletnim, codziennym spożyciu produktu zawierającego norbiksynę, dopuszczalne dzienne spożycie dla osoby ważącej 50 kg nie powinno przekroczyć:

0.6 mg na 1 kg masy ciała

x mg na 50 kg masy ciała

x = 30 mg

Jeśli 135 g sera zawiera 0.359 mg norbiksyny, jest to niższa wartość niż 30 mg.

Zatem spożywając jedną paczkę (135 g) sera na śniadanie, plus drugą paczkę (135 g) na kolację codziennie przez całe życie, przy założeniu, że nie jem nic innego zawierającego annato (norbiksynę) oraz że norbiksyna nie wchodzi w reakcje z innymi substancjami – nic złego związanego z poziomem norbiksyny w organizmie nie powinno się wydarzyć.

Gdyby przyjąć ADI dla norbiksyny na poziomie 0.3 mg / kg m.c., osoba ważąca 50 kg może spożywać 15 mg dziennie, czyli również sporo więcej niż 0.359 mg. W tym przypadku, w optymalnych warunkach, mogę zjeść maksymalnie 41 opakowań (135 g) tego sera dziennie.

To w czym problem?

W przypadku tego sera? W niczym.

Jednak w temacie ADI – mimo, że wartości podawane są z pewnym marginesem – mam kilka uwag pod rozwagę, zwłaszcza dla osób kochających przetworzoną żywność, pijących litry kolorowych napojów, również z dodatkiem alkoholu.

  1. Na etykietach nie ma podanych zawartości substancji, które łatwo przedawkować spożywając kilka różnych produktów o podobnym składzie. W wielu przypadkach bardzo ciężko przedawkować daną substancję, bo w spożywanych napojach czy jedzeniu ilości są bardzo niewielkie. Może w przypadku określonych substancji na etykiecie powinna znaleźć się informacja ile można spożyć oraz notka dotycząca spożycia produktów pokrewnych? Może warto dodać na etykiecie również informacje dotyczące cukru czy tłuszczów trans w CAŁYM opakowaniu? Bo te iluzoryczne porcje, których nikt przecież nie przestrzega nie mają kompletnie sensu.
  2. Nie wiemy jak dokładnie działają substancje w mieszaninach oraz w połączeniu z innymi substancjami z innych produktów, gdy spożywamy je (często w wysokich dawkach) przez wiele lat.
  3. Nie wiadomo jak działają określone substancje w określonych połączeniach z innymi substancjami z naszego środowiska (można rzucić okiem na zawartości określonych substancji w wodzie, żywności, powietrzu).
  4. Nie wiemy jak sytuacja wygląda przy wieloletnim spożyciu mieszanek z wieloletnim spożywaniem alkoholu i leków.

Przykład? Proszę bardzo.

Załóżmy, że napój zawiera substancję X o ADI na poziomie 40 mg / kg m.c.

To oznaczałoby, że osoba ważąca 50 kg nie powinna przekraczać spożycia na poziomie 2000 mg w ciągu dnia. Całkiem sporo, więc chyba luz.

Osoba ta lubi określony napój, w którym producent dodaje 585 mg substancji X na 1 litr.

Osoba ta spożywa w ciągu całego dnia 2.5 litra tego napoju, co oznacza spożycie substancji X na poziomie 1462.5 mg dziennie. 1462.5 mg to mniej niż 2000 mg, zatem poziom bezpieczny. Problem niestety w tym, że substancję X osoba ta dostarcza sobie codziennie również z innego napoju, który spożywa w ilości 2 x puszka 250 mL dziennie, oraz z produktów spożywczych w ilości 250 g dziennie. CODZIENNIE. Więc może warto zapytać producenta napoju w puszcze oraz producentów pozostałych produktów ile dodają substancji X na 100 mL oraz na 100 g aby zorientować się, czy przypadkiem nie przekraczamy dopuszczalnego dziennego spożycia. Ale kto by się tam przejmował, oj tam oj tam. Na coś trzeba umrzeć.

I na tym właśnie polega dwustronny medal jeśli chodzi o produkty typu LIGHT, sugarfree, glutenfree itp. itd. Asortyment ten ma swoje zalety, jest produkowany z myślą o konsumentach z wielu względów unikających cukru, wysokich dawek tłuszczu itd. Niestety wiele osób zakłada, że jeśli coś nie zawiera cukru lub zawiera mniej tłuszczu, to można wypić / zjeść więcej, a to nie zawsze prawda.

Jak żyć?

Przede wszystkim spokojnie.

Nie da się ogarniać zawsze wszystkiego i wszędzie, podobnie jak nie da się mieć prywatnej oczyszczalni wody czy żyć w bańce z czystym powietrzem. Skupiajmy się zatem na tym, na czym możemy.

  1. Eliminujmy niepotrzebne substancje – mimo, że w większości przypadków ryzyko przedawkowania jest niewielkie, warto jeść jak najwięcej żywności niskoprzetworzonej wtedy kiedy mamy taką możliwość.
  2. Dbajmy o jak najbardziej zbilansowany i zróżnicowany jadłospis zamiast codziennie kupować te same, słabe produkty. Być może kasza, natka pietruszki czy kapusta kiszona nie są na pierwszych stronach gazet, nie ma też ich na uśmiechniętych zdjęciach influencerów jednak nie oznacza to, że mamy o nich zapominać. Proste, normalne jedzenie jest bardziej wartościowe i cenne dla organizmu niż pięknie reklamowany wypchany mieloną tekturą z dodatkiem mrożonego mięsa flak z psudobułą i sosem z toną cukru.
  3. Przyjrzyjmy się również innym parametrom takim jak odpowiednia ilość snu, odpoczynku, zarządzanie stresem – ma to kolosalne znaczenie w trosce o zdrowie fizyczne i psychiczne.

Tak, istnieje też świat poza jedzeniem, ADI i substancjami dodatkowymi, co nie oznacza, że mamy totalnie olewać to, co wkładamy do ust. Wręcz przeciwnie – to co ląduje w naszym koszyku w spożywczym, a następnie na talerzu i w brzuchu buduje nasz organizm (szerzej pisałam o tym tu – kliknij). Zatem nie ma przesady w sformułowaniu, że jesteśmy tym, co jemy.

#
biedronka

Biedronka – 10 ciekawych produktów.

Nie jestem fanem marek własnych dyskontów – często (nie zawsze) jest to byle co. Ale tak jak obiecałam, tym razem postanowiłam znaleźć coś pozytywnego wśród morza różnych propozycji od Jeronimo (Biedronka).

1. Warzywa

Jak kto lubi, jak kto uważa. Fajnie kupować na rynku, a jak nie – macie tu np. fajne zestawy pociętych warzyw, kiełki. Coś dla zabieganych.

biedronka

2. Zagraniczne cuda.

W Biedronce są tańsze, więc warto spróbować np. awokado, batat – smaczne i zdrowe.

biedronka

3. Ser kozi.

Prosty skład bez zbędnych dodatków.

biedronka

4. Masło bez laktozy.

Ciekawa propozycja dla osób odczuwających dyskomfort po wypiciu mleka.

biedronka

5. Zupa krem – mrożonka.

Mrożonki w Biedronce są różne – niektóre gorsze, niektóre lepsze. Dwie zupy kremy (zielona i czerwona) są fajne, smak – kwestia gustu.

biedronka

6. Olej lniany.

Ciekawy produkt, który warto mieć w lodówce. W Biedrze stoi na półce, a szkoda bo olej lniany warto chronić przed światłem i ciepłem.

biedronka

7. Orzechy.

Warto: i orzechy i migdały. Jak wiecie prawie zawsze mam coś w tym stylu przy sobie.

biedronka

8. Fasola.

W Biedronce jest kilka rodzajów fasoli i soczewicy – obczajcie bo to fantastyczna baza do różnych dań zarówno na słodko jak i na słono.

biedronka

9.Chleb 7 zbóż.

Ciekawy skład. Jeden z niewielu dobrych w Biedronce.

biedronka

10. Płatki owsiane górskie.

Fajne, proste i tanie. Do zrobienia wlasnego muesli, ciastek itp.

biedronka

Biedronka – tak czy nie?

Niestety jest sporo produktów z beznadziejnym składem, zwłaszcza gotowce są najczęściej tragiczne. Jednak w każdym sklepie są produkty lepsze i gorsze, sami dobrze wiecie. Znalezienie tych (zaledwie) 10 propozycji zajęło mi godzinę – to trochę dużo na tle innych sklepów… Wędliny nie znalazłam dobrej (jakaś jedna – ale innej marki – była lepsza od innych), jogurty (zwłaszcza owocowe!) mnie nie zachwyciły, prosty twaróg był ok, mleka i mięsa nie kupowałam i nie jadłam więc się nie wypowiadam ale chciałam kupić jakąkolwiek pastę do chleba – raczej takie sobie, pieczywo też. To nie było łatwe zadanie.

Podsumowując.

Warto obczajać temat bo da się zrobić fajne zakupy taniej – ja za wszystko zapłaciłam ok. 50 pln. Nie jestem orłem jeśli chodzi o gotowanie więc zrobię z tych produktów proste rzeczy:

– sałatkę z fasolą i olejem lnianym,

– batata z kozim serem,

– kanapkę z masłem i serem kozim do pracy,

– owsiankę z orzechami (reszta orzechów do samochodu),

– zupę krem z fasolą.

Można? Można! Ale z głową.

Kategorie: Moja opinia

Szybki obiad czy pizza?

Przychodzisz do domu, otwierasz lodówkę i nadchodzi ten krępujący moment konsternacji, że jednak obiad sam się nie ugotował. A miał kurde tyle czasu. Siedział sam w domu, albo z dziecmi siedział i przecież nic nie miał do roboty…!

Jeśli też tak miewasz, podsunę Ci kolejny produkt z serii 'to może pizza…?’ Oczywiście- pizza na cienkim cieście z dobrej jakości składnikami jest super i gdyby tylko te 1000 kcal szło w cycki- na bank jadłabym codziennie…

Dlatego nie wiem jak Wy ale ja mam zamrażarkę pełną skarbów i nie mówię w tej chwili o tej 1/3 wypełnionej grycanami (oczywiście w każdym jest koperek lub natka, przysięgam!). Mam na myśli zestawy mrożonych warzyw ale nie typu marchewka z groszkiem. Mieszanki wieloskładnikowe czyli zdrowy fast-food. To banalnie prosty i wbrew pozorom tani sposób na zdrowy posiłek.

Oczywiście najlepiej jeść świeże produkty itp. itd.- jak się da to wspaniale. Jak się nie da- trzeba jakoś wybrnąć, a odpowiednio zamrożone warzywa po rozmrożeniu nadal są wartościowe. Jest tylko jeden warunek, warunek zero: zero glutaminianu (i innych wzmacniaczy smaku typu ekstrakt drożdżowy), zero oleju palmowego, zero sztucznych barwników, aromatów i zero innych podejrzanych substancji. Najlepiej jak skład jest w miarę zróżnicowany (a nie np. 70% ziemniaków) i zbilansowany pod względem wartości odżywczej (zawierający również białko najlepiej pochodzenia roślinnego, np. soczewica, fasola, groch- odradzam 'gotowce’ z mięsem).

Zatem mieszankę wrzucasz do garnka lub na patelnię, dodajesz łyżeczkę dobrego oleju (niektóre witaminy lepiej wchłaniają się w towarzystwie odrobiny tłuszczu), w wersji rozszerzonej ulubione przyprawy, kaszę, ryż itp. a w wersji na bogato np. passatę pomidorową (przecier) lub ulubione dodatki (np. oliwki) i tyle w temacie.

Głębsza prawda jest jednak taka, że Twojego organizmu nie obchodzi czy byłaś/eś na targu warzywnym lub czy o świcie w pocie czoła zbierałaś/eś ekologiczne kaszubskie warzywa (wersja extended), które później obrawszy i zmieszawszy doprawiłaś/eś wg zasad feng shui itp. itd.

Natomiast warto wiedzieć, że taka wątroba płacze na widok seropodobnej brei będącej mieszanką tłuszczu palmowego i wody z mlekiem w proszku i milionem E, trzustka przewraca oczami na widok pseudo-salami będącego w rzeczywistości tłuszczem z dodatkiem bliżej nieokreślonej części nieznanego zwierzęcia, a bidny żołądek z przerażeniem obserwuje tonę poprawiaczy i innych substancji drażniących bo przecież bez tego to gówno szumnie zwane pizzą smakuje jak tektura z margaryną.

Zrobienie obiadu z warzyw mrożonych trwa tyle ile zamówienie/ rozmrożenie/ odgrzanie pizzy, natomiast wartość odżywczą mimo strat podczas gotowania itp. w porównaniu do wartości średniej jakości pizzy dzieli przepaść, nie wspominając o ilości chamskiego tłuszczu, którego kompletnie nie potrzebujesz np. w naczyniach wieńcowych. No chyba, że ktoś generalnie lubi mieć tłuste aorty, to wtedy sorry i smacznego.