Czy co roku jest to samo? Nie, z każdym rokiem jest CORAZ GORZEJ. Czytam etykiety ubrań od wielu lat i nigdy wcześniej nie widziałam tak szybko postępującej sytuacji jeśli chodzi o oszustwa tym sektorze. Co ciekawe, nie tylko w fast fashion – również w droższych, niby „lepszych” markach.
Pamietam jak kiedyś irytowało mnie, gdy producent pisał „WEŁNIANY” a wełny było raptem 75%. Teraz producenci bez problemu piszą „z WEŁNY” czy „wełniany” gdy wełna nie stanowi nawet połowy składu!
Uroki fast fashion?
Owszem, ta marynarka jest z MANGO, ale to samo widziałam w polskich markach, gdzie daleko jest do fast fashion – wełniany sweter czy płaszcz za kilkaset – kilka tysięcy (!) pln a czasem więcej plastiku niż wełny. Co ciekawe nie wszędzie jest tak samo – np. w H&M od lat nie obserwuję takich tanich praktyk – tam zawsze jest w opisie „z dodatkiem” wełny, moheru czy innego surowca, nawet jeśli ten „dodatek” to 75%. Więcej na ten temat piszę i opowiadam na mojej platformie w tym wpisie (kliknij aby przeczytać) oraz na webinarze o czytaniu etykiet odzieży.
JAK ŻYĆ?
Nie zwracaj uwagi na dodatkowe etykiety (zakrywające te ze składem) z napisem „wool blend”, „wool inside”, „with wool” czy durnowate teksty typu „w optyce wełny”, „wełniany w dotyku” i inne bzdury.
Zawsze czytaj etykiety produktów, aby nie nabierać się na takie banalne marketingowe chwyty.
Nie kupuj poliestru jak nie masz pieniędzy. Szukaj ubrań w komisach, z drugiej ręki, a jeśli nie – wrzuć w filtry „wełna” bo fast fashion ma często w ofercie wełnę 100% w cenie 100% poliestru.
Od wielu lat obserwuję na rynku produkty zawierające owoce przetworzone, ale reklamowane po prostu jako „owoce”. Wiem, zabrzmi to jak masło maślane, ale owoce przetworzone NIE są świeżymi owocami – są PRZETWORZONE. I w takiej formie nigdy nie zastąpią świeżych, co niektórzy producenci i influencerzy próbują zgrabnie zamieść pod dywanik „troski”.
Wcale nie mam zamiaru wyłącznie krytykować takich produktów. Uważam, że bez problemu znajdziemy miejsce dla owoców przetworzonych w naszym jadłospisie, natomiast postawmy grubą kreskę pomiędzy owocami świeżymi a produktami zawierającymi owoce przetworzone.
Często na opakowaniach produktów przeczytasz napis „wysoka zawartość owoców”. Ale co to właściwie znaczy ta „wysoka zawartość” i kiedy jest wysoka, a kiedy niska?
Ten, kto robi dżemy, dobrze wie, że świeże owoce zawierają sporo wody. Zatem dżem przygotowany z 40 g owoców na 100 g produktu nie będzie propozycją z najwyższej półki, choćby nawet były to owoce BIO.
Gdy 40 g owoców poddamy obróbce cieplnej, większość wody wyparuje, a do sporządzenia dżemu zostanie nam dosłownie garść surowca. Skoro produkt zawiera 100 g, słoik trzeba będzie czymś uzupełnić – niestety zwykle jest to zwykle czysty cukier (sacharoza lub fruktoza) z substancją żelującą. 60 czy 80 g surowca też nie powala na kolana. Ale 180 g owoców (np. w niektórych powidłach) na 100 g produktu – już tak.
Jak żyć?
Uważaj na dość sprawny marketing produktów owocowych. Odważne hasła w stylu „porcja owoców” czy „woda i owoc” mają się nijak do rzeczywistości. Woda i owoc to dla mnie szklanka wody i świeże jabłko. Jeśli do wody dodamy trochę soku owocowego lub soku z koncentratu, nie możemy tu postawić znaku równości. Woda z odrobiną soku nie zastąpi nigdy wody ze świeżym jabłkiem. Tak samo jak mus owocowy nie zastąpi świeżego jabłka czy banana. Bo między owocem surowym a produktem przetworzonym jest zbyt duża różnica. Woda, błonnik, witaminy – gdy owoc zawiera 10 g cukrów w porcji surowca, a produkt przetworzony 20 g czy 50 g w porcji, nie ma tu możliwości aby udawać, że 2 – 5 x więcej cukru to te same wartości odżywcze.
Gdzie jest miejsce przetworów owocowych?
Widzę je jako dodatek, jako urozmaicenie naszej diety. Inaczej smakuje naleśnik z powidłami śliwkowymi w porównaniu z naleśnikiem podanym ze świeżymi śliwkami. W okresie jesienno-zimowym, gdy dostęp do świeżych owoców jest ograniczony, możemy śmiało korzystać z przetworów owocowych. Proponuję zatem wybierać świeże, lokalne, owoce sezonowe, a poza sezonem lub w razie sytuacji bez wyjścia kupować mrożone lub suszone bez substancji konserwujących, np. morele niesiarkowane, lub przetwory typu mus czy powidła. Jednym słowem przetwory należy spożywać z umiarem.
Na co uważać?
Na brak różnorodności – ciągle tylko musy i soki to fatalny nawyk u dzieci. Koniecznie trzeba też uważać na ZĘBY. Permanentna obecność przetworów czy soków owocowych w jamie ustnej to nie tylko ogromne wydatki – to również niepotrzebny stres i ból dla dziecka.
Uwaga kontekście alergii! Utrwalanie może odbywać się metodą chemiczną (np. przy użyciu związków siarki, pochodnych kwasu sorbowego lub benzoesowego) lub fizyczną (m.in. mrożenie, pakowanie aseptyczne i pasteryzacja). Chemicznie utrwalane przetwory mogą dawać niepotrzebne działania nieporządne.
Drogie Panie, Życzę Wam, abyście zawsze miały możliwości, chęci i siłę na to, aby być dokładnie takimi Kobietami, JAKIMI CHCECIE BYĆ. Aby ludzie wokół przestali mówić Wam co macie robić, kogo i jak kochać, ile mieć dzieci, czy i jak studiować, pracować, gotować, sprzątać i jak żyć. Aby przestano oceniać Was po wyglądzie, stanie cywilnym, dzietności, czystości mieszkania i zawartości lodówki.
Życzę Wam dobrych ludzi wokół i patrzenia w lustro z życzliwością. Jesteście wystarczająco dobre, mądre i piękne, niezależnie od tego co mówią inni. Jesteście wystarczająco dobrymi matkami, córkami, siostrami, teściowymi, szefowymi i koleżankami.
Życzę nam, aby w Polsce skończyło się wreszcie hodowanie dziewczynek wyłącznie do obsady jedynych prawych i sprawiedliwych ról należnych kobiecie: Matki Polki Poświęcającej się oraz Polskiej Żony Służącej. Tych ról idealnych dla kobiet jest dużo więcej. Tych dróg, jakimi możemy podążać, jako szczęśliwe i spełnione osoby, jest bardzo wiele. Każda jest tak samo dobra, bo każda z nich jest NASZA. To MY ją wybieramy. To MY nią podążamy. I to MY płacimy cenę za swoje decyzje. Dlatego NIKT nie ma prawa nas oceniać. NIKT nie ma prawa porównywać nas do innych. NIKT nie ma prawa nakazywać nam, która z dróg jest dla nas, a która nie.
Nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jest tylko jedna możliwa i dobra droga. Nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jesteście do niczego. Jesteście wartościowymi osobami, tu i teraz. Bądźmy dla siebie i innych kobiet życzliwe. Pomagajmy sobie nawzajem. I głosujmy na tych, którzy szanują kobiety BEZ „pod warunkiem, że” bo na szacunek i miłość Kobieta nie musi „zasłużyć” realizując zadania z listy. Szacunek i miłość jest. Po prostu. A jak ich nie ma, to trzeba uciekać bo każda z nas na nie zasługuje, nie tylko 8.03. Na szacunek i miłość zasługujemy każdego dnia.
Insulinooporność to coraz popularniejszy temat, i bardzo dobrze, bo przez to, że stan ten bywa bezobjawowy – wiele osób nie do końca rozumie powagę sytuacji. Tymczasem zdiagnozowana insulinooporność to moment, w którym trzeba zatrzymać się i zweryfikować dotychczasowy styl odżywiania oraz sposoby spędzania czasu, a także wprowadzić zmiany. Po co? Aby maksymalnie przedłużyć sobie życie, kiedy jeszcze jest to możliwe. Zatem co to jest insulinooporność oraz co jeść przy insulinooporności?
Co to jest insulinooporność?
BARDZO upraszczając temat: spożywając produkt zawierający cukier i/lub syropy cukrowe, np. słodycze, słodzony nabiał, napoje, ale też kanapki z białego chleba, bułki, biały makaron itp., stosunkowo szybko do Twojej krwi przedostaje się glukoza, którą trzeba dalej rozprowadzić po organizmie, czyli przetransportować do komórek. W całym procesie bierze udział insulina, bo glukoza sama z siebie nie jest w stanie dotrzeć do każdej komórki w twoim ciele. Co więcej, insulina nie tylko pomaga w rozprowadzaniu glukozy – bierze ona udział w wielu innych procesach, w tym w przemianach metabolicznych różnych substancji. Przykładowo wspiera przekształcanie glukozy w tłuszcz, który następnie magazynowany jest w postaci tkanki tłuszczowej. Krótko mówiąc – codzienny nadmiar cukru w twoim organizmie nie dość, że robi bałagan, to jeszcze zamieniany jest w tłuszcz! Czyli im więcej jesz cukru, którego nie jesteś w stanie spalić, tym więcej organizm ma roboty z jego utylizacją, oraz z zapanowaniem nad zaburzoną równowagą. W konsekwencji pewne sprawy wymykają się spod kontroli. To, że ważysz coraz więcej to wierzchołek góry lodowej, bo chorób serca, miażdżycy, cukrzycy typu 2, problemów z zajściem w ciążę i wielu innych kłopotów często nie widać.
Przyczyny insulinooporności
Aby uniknąć insulinooporności, trzeba wiedzieć, jakie są jej przyczyny. Wśród najczęściej występujących wymienia się:
nadwagę i otyłość,
siedzący tryb życia,
przyjmowanie niektórych leków,
choroby,
nieregularne, źle zbilansowane posiłki,
błędy dietetyczne – np. za wysoka kaloryczność posiłków.
Objawy insulinooporności i diagnostyka lekarska
Jak rozpoznać insulinooporność, zanim poddasz się diagnostyce lekarskiej? Zdarzają się sytuacje, że objawów brak – człowiek jest szczupły i dobrze się czuje więc nic nie wskazuje na jakiekolwiek problemy, które wychodzą na światło dzienne zwykle zupełnie przypadkowo, np. podczas badań potrzebnych do pracy. Jest jednak kilka przesłanek, na które warto zwrócić uwagę, bo mogą świadczyć o problemie, na przykład:
problemy ze schudnięciem, mimo stosowania optymalnych diet i aktywności fizycznej,
długotrwałe problemy z zajściem w ciążę,
kłopoty ze snem, senność w ciągu dnia,
rozdrażnienie,
ciągłe zmęczenie,
częste bóle głowy,
nadciśnienie,
napady wilczego głodu,
niespodziewane spadki energii w ciągu dnia.
Jeśli uważasz, że coś jest na rzeczy, warto iść na czczo (bez jedzenia i picia) do laboratorium na doustny test obciążenia glukozą. Trwa to mniej więcej 2h i daje w miarę jasny obraz tego co twój organizm robi z dostarczoną doustnie glukozą. Jeśli wynik zaniepokoi cię – warto skonsultować go z lekarzem, bo insulinooporność, stan przedcukrzycowy czy cukrzyca to nie koniec świata. Ale im szybciej się za to zabierzesz, tym lepiej, taniej i zdrowiej.
Czy to się leczy?!
W leczeniu insulinooporności kluczowa jest zdrowa, zbilansowana dieta i zmiany w stylu życia. Pod nadzorem specjalisty warto zadbać o bilans składników odżywczych oraz ilość kalorii, a także opracować ulubione, łatwe do zrobienia posiłki. Ważna jest też redukcja masy ciała (jeśli to konieczne) i aktywność fizyczna, bo nawet odrobina ruchu codziennie potrafi zdziałać cuda.
Co jeść przy insulinooporności?
To, co można czy wręcz trzeba jeść przy insulinooporności, specjalista dobiera do twoich możliwości i upodobań. Często polecane są produkty z niższym indeksem glikemicznym, np. pełnoziarnisty chleb zamiast sztucznych, napompowanych białych buł, pełnoziarnisty makaron, różnorodne warzywa. Często zalecane jest ograniczenie nadmiaru tłuszczów, potraw smażonych, słodyczy oraz napojów, zwłaszcza słodzonych i alkoholowych. Nie oznacza to odstawiania wszystkiego do zera, na raz. Chodzi raczej o spokojną, stopniową zmianę nawyków żywieniowych. O odpowiednią częstotliwość i obfitość posiłków – najlepiej, gdy są w miarę regularne i mniej obfite, co jest zresztą ogólną wskazówką dietetyczną dla wszystkich osób.
Czego nie jeść przy insulinooporności?
Warto unikać cukru i syropów cukrowych. Produkty o niskiej zawartości błonnika takie jak np. białe pieczywo, tanie ciastka, ciasta i drożdżówki też są średnio wskazane, zwłaszcza w nadmiarze. Surowe warzywa to lepszy pomysł zamiast wszelkich paluszków i chrupek. Jeśli ktoś lubi chrupiące przekąski, to skropione dobrą oliwą warzywa na ciepło ze szczyptą soli będą dobrą alternatywą na kolację dla ciężkich, tłustych, słonych potraw.
Dieta insulinowa i inne sposoby odżywiania na blogu
Na blogu doktor Ania piszę i publikuję treści, które pomagają ogarnąć nawyki żywieniowe i zmienić na lepsze nie tylko w sposób kupowania produktów spożywczych i jedzenia, ale przede wszystkim myślenia. Jedzenie zaczyna się od uświadomienia sobie złożoności tematu i zależności między samopoczuciem i zdrowiem a codziennymi posiłkami. Jeśli chcesz wiedzieć więcej – na blogu znajdziesz teksty poświęcone zarówno prostym sposobom na to jak i od czego zacząć, oraz konkretnym produktom spożywczym.
To produkty, które mają znacząco zmienić jakość Twojego życia. Za pomocą zestawu kapsułek wedle przekazu reklamowego możesz np.: schudnąć 23 kg, powiększyć penisa, powiększyć biust, przyswoić porcję warzyw równoważną kilkunastu kilogramom oraz uzupełnić wszystko, czego nie masz, a co wypadałoby mieć, żeby pięknie wyglądać (np. duży biust), mieć idealne życie (większy penis) i zdrowo funkcjonować (warzywa). Oczywiście nie możesz mieć wszystkiego na raz bez suplementów, bo szybkie tempo życia, stres, zmęczenie, nadgodziny w pracy, plus brak czasu na planowanie posiłków oraz podobno „teraz warzywa są bezwartościowe” komplikują życie. Na ratunek przybywają suplementy – niezbędne w twojej diecie, ratujące życie, a jeśli o nich zapomnisz, jesteś skazana na ciągłe niedobory i ich skutki. Takie informacje dostaję codziennie drogą mailową, wraz z licznymi guzikami „tylko teraz”, „niesamowita oferta”, „nowe życie” i innymi wiadomościami typu KUP TERAZ, bo inaczej coś tam stracę. Producenci suplementów bywają niezwykle kreatywni, jednak często to, co piszą to… bzdury i półprawdy.
Suplementy diety – uzupełniają, nie zastępują
Suplementy diety – jak sama nazwa wskazuje – to środki spożywcze uzupełniające DIETĘ. Nie są to leki. To preparaty uzupełniające. Niestety w Polsce popularność suplementów diety wzrosła do tego stopnia, że ludzie potrafią zrobić z nich zastępstwo leków i żywności – mimo, że sami producenci podkreślają na opakowaniach ich funkcję uzupełniającą, a nie zastępującą.
To jeszcze nie wszystko – najgorszą sytuacją jest ta, gdy pacjent mimo wskazań od lekarza zamiast leku wybiera suplement. Tymczasem suplement to NIE LEK! Proces rejestracji leku jest długotrwały oraz najważniejsze: oparty na wynikach badań niezależnych jednostek naukowych. Proces rejestracji suplementu polega na czymś zupełnie innym. Możemy porównać go raczej do wprowadzania nowego chleba na rynek, bo suplementom bliżej jest do żywności niż do leków.
Niestety konsumenci nie zdają sobie sprawy z tego, że kupując suplement w aptece, nie kupują czegoś w stylu leku. To, że preparat jest do kupienia w aptece, nie zmienia absolutnie nic w kontekście rejestracji czy badań. W kapsułkach, które codziennie łykają (za które płacą często kilkaset PLN miesięcznie) może znajdować się sama laktoza lub – co gorsze – składniki niezgodne z deklarowanymi na etykiecie. Bo suplementy to nie leki, nie muszą przechodzić kilkuetapowej rejestracji i sprawdzania preparatu pod wieloma kątami.
Dlaczego suplementów nie można traktować na równi z żywnością i lekami?
Suplementy diety, nawet te najbardziej wartościowe, nie zastępują żywności i leków, bo:
niektóre witaminy i składniki mineralne lepiej wchłaniają się z naturalnych źródeł, np. w obecności tłuszczu, a więc z takiej postaci, w jakiej występują w żywności,
niektóre witaminy i składniki mineralne nie będą miały przyswajalności równiej obecności w danej postaci leku, więc reklamowanie ich podaniem ich zawartości w pastylce czy tabletce musującej nie ma nic wspólnego z tym, ile faktycznie dostanie organizm,
suplementy nie są prawidłowo zbilansowane dla każdego oraz pod kątem zawartości innych niezbędnych składników, które są niezbędne w diecie,
suplementy nie są wszystkie i z automatu badane przed wprowadzeniem na rynek tak jak leki – często stosując dany preparat, pacjent opiera się na papierowej deklaracji bez pokrycia w przypadku nieuczciwego producenta.
Dlaczego stosowanie suplementów diety możne być niebezpieczne?
Stosując suplementy z podejrzanego źródła (a może wytwarzać je każdy) lub stosując kilka różnych preparatów na raz bez konsultacji z wykwalifikowanym specjalistą (czyli NIE z trenerem czy panią z instagrama – WYŁĄCZNIE z osobą po studiach kierunkowych: lekarzem, dietetykiem lub farmaceutą) może dojść do zagrożenia utraty życia lub zdrowia, np. w przypadku przedawkowania witaminy A. Stosowanie niektórych suplementów na własną rękę lub z podejrzanego źródła z sieci bywa bardzo niebezpieczne.
Decydując się na suplementację, warto zacząć od konsultacji lekarskiej, zrobienia badań laboratoryjnych i odpowiedzenia sobie na pytanie: czy naprawdę tego potrzebuje? Czy naprawdę zdrowa, zbilansowana dieta to wciąż coś nieosiągalnego, trudnego, drogiego? Na moim kanale na Instagramie i Youtube codziennie udowadniam, że zbilansowane odżywianie oraz świadome kupowanie nie jest ani droższe, ani trudniejsze od kupowania i jedzenia byle czego.
A jeśli faktycznie potrzebujesz uzupełnić niedobory – zapytaj w aptece czy dany preparat jest w postaci leku – to bezpieczniejsza, bo sprawdzona forma, np. w postaci leków możesz kupić magnez czy witaminę D w każdej aptece.
Jakie objawy mogą świadczyć o niedoborach w organizmie?
Skoro suplementy diety mają na celu uzupełniać niedobory, warto znać objawy, które o tych niedoborach świadczą, oto przykładowe:
niedobory witaminy C – bóle stawów i mięśni, obniżona odporność na infekcje, ogólne osłabienie
niedobory witamin z grupy B – skurcze mięśni, nadmierne wypadanie włosów, kłopoty z koncentracją, infekcje błon śluzowych,
Czy naprawdę żyjemy tak szybko i źle, że suplementy są niezbędne?
Skoro czytasz ten tekst, jest duże prawdopodobieństwo, że interesuje Cię temat pełnowartościowych posiłków. Wiesz, że da się je samodzielnie przygotować, a nawet kupić – o ile, będziesz sprawdzać skład i nie dasz się nabrać na chwyty marketingowe. W rezultacie można dość zdrowo funkcjonować bez konieczności codziennego uzupełniania kilkunastu składników, które często występują w towarzystwie sporych dawek cukru. Nadmiar cukru dawkowany codziennie sprawia, że dany preparat robi w organizmie więcej szkody niż dobrego. Przykładem są słodzone produkty i napoje wzbogacone m.in. w witaminę C z zaleceniem spożycia na poziomie 2-3 łyżeczek cukru dodanego dziennie, CODZIENNIE. Tymczasem wiele składników, np. witaminę C, która często dodawana jest w procesie produkcji tylko po to, aby na froncie opakowania dać wielki napis, łatwo uzupełnić w ilości dobowego zapotrzebowania ze zwykłych produktów, np. jedząc kawałek czerwonej papryki. I absolutnie nie ma potrzeby podawania dodatkowych dawek.
A jeśli masz objawy niedoborów – warto iść na badania diagnostyczne i przekonać się, których dokładnie składników brakuje oraz ile – zamiast tankowania litrów syropu glukozowego codziennie.
Interesują Cię też inne tematy związane z dobrym, zdrowym i świadomym odżywianiem? Na blogu doktor Ania znajdziesz teksty na temat cukru, soli, tłuszczu, przekąsek, nawyków żywieniowych, edukacji dzieci i wielu innych spraw zmieniających życie!
Sklepik szkolny, podobnie jak automat z przekąskami i napojami, to dla wielu dzieci świątynia bylejakości, tłuszczu oraz cukru. Oferowane produkty zwykle zawierają kilka łyżeczek cukru dodanego w porcji, i nie są to jedyne słodzone posiłki w codziennym jadłospisie dzieci. Przy lawinowo rosnącym poziomie otyłości u najmłodszych – zamiast wprowadzić odgórne regulacje, do szkół wstawiane są kolejne automaty z cukrem i tłuszczem, z których dzieci mogą korzystać podczas przerw nawet kilka razy dziennie. Czy ktokolwiek zastanawia się nad konsekwencjami, zanim wyda pozwolenie na listę produktów dostępnych do samodzielnego zakupu w szkole? Czy kogokolwiek to obchodzi? Czy da się zmienić świątynię bylejakości w miejsce z lepiej zbilansowanym jedzeniem?
Co oferuje sklepik szkolny?
Jeśli sklepik szkolny nie ma rozbudowanej oferty, to utrzymuje się z tego, co sprzedaje się najlepiej: słodkich, słonych i tłustych produktów. Są to między innymi słodzone wyroby piekarnicze, batoniki, paluszki, precelki, słodzone jogurty, słodzone napoje, pseudosoki itp. Według badań sprzed kilku lat niemal 2/3 uczniów kupuje w sklepiku szkolnym przynajmniej raz w tygodniu, gdzie słowo „przynajmniej” oznacza, że może to dziać się również 3, 5 lub 10 razy w tygodniu. To może wydawać się nawet wygodne – rodzic daje rano dziecku pieniądze i mówi „kup sobie coś w szkole” – w miejscu, w którym teoretycznie powinno być coś dobrego i wartościowego. Miejscu, z którego dziecko powinno wynieść nie tylko elementarną wiedzę z różnych przedmiotów, ale też podstawy zdrowego odżywiania i stylu życia. Miejscu, w którym wykucie na blachę rzek Egiptu ważniejsze jest niż zwiększanie świadomości dotyczącej konsekwencji nieprawidłowego stylu odżywiania.
Dając dziecku pieniądze na jedzenie z automatu lub sklepu z przekąskami, przygotowywanie śniadania i drugiego śniadania mamy z głowy. Przy braku elementarnej wiedzy z zakresu zbilansowanych posiłków dziecku trudno jest jednak zrozumieć czemu nie powinno opierać śniadania na pseudomięsie z bułą, dlaczego nie warto jeść słodyczy kilka razy dziennie, a także jakie będą konsekwencje codziennego nadmiaru cukru w jadłospisie. A konsekwencje dla zdrowia fizycznego i psychicznego pojawiają się stosunkowo szybko, bo cukrzyca typu 2 czy otyłość nie czekają na specjalne zaproszenie. Przy braku jakiejkolwiek kontroli nad spożywaniem cukru u dziecka droga do problemów i zaburzeń jest szeroko otwarta.
Dieta dziecka zależy od rodzica
Nigdy nie zrozumiem rodziców, którzy nie zgadzają się na usuwanie niezdrowego jedzenia w sklepikach szkolnych. Bo oburzenie producentów rozumiem doskonale – w końcu to spory i łatwy pieniądz, młody konsument jest mniej świadomy i zdecydowanie mniej wymagający, jeśli chodzi o skład produktu. Stąd protesty producentów i dystrybutorów, dotyczące usuwania nadmiaru cukru i tłuszczu z menu dziecięcego nie są zaskoczeniem. Ale czemu rodzicom, którzy teoretycznie kochają swoje dzieci, tak zależy na ryzykowaniu zdrowiem swoich pociech poprzez przyzwolenie na codzienny nadmiar kalorii, cukru i tłuszczu? Odpowiedź na to pytanie pozostaje dla mnie niewiadomą.
Oczywista jest dla mnie natomiast potrzeba szukania wystarczająco dobrych rozwiązań, kompromisów. Bo nie chodzi przecież o zabranianie czy natychmiastowe usuwanie słodyczy i słonych przekąsek z jadłospisu dzieci. Chodzi o budowanie prawidłowych nawyków, wyjaśnianie konsekwencji oraz pokazywanie lepszych alternatyw.
Po pierwsze – budowanie nawyków. Mimo, że mocno posłodzony kompot do codziennego obiadu w szkole jest według norm żywienia w placówkach OK, to utrwalenie nawyku picia słodzonego napoju nie tylko w ciągu dnia, ale też do posiłku OK na pewno nie jest. Przeciwnie – ma szereg negatywnych, często nieodwracalnych konsekwencji.
Po drugie – budowanie świadomości. Dzieci potrzebują tego, co dorośli – dostępu do informacji, wyjaśnień i wsparcia. Jeśli rodzic powtarza dziecku bzdury o tym, że słodycze są w nagrodę, że to przyjemność lub coś, na co trzeba zasłużyć, a brak byle jakich produktów w sklepiku szkolnym to „brak zrozumienia potrzeb uczniów” czy „odbieranie dzieciństwa” albo przyjemności – dziecko dokładnie zapamięta te słowa.
Czasem warto wyjaśnić, jakie zagrożenie niesie za sobą codzienne spożywanie byle jakiego jedzenia, codzienny nadmiar cukru. Trzeba pokazać lepsze i gorsze przykłady, realne scenariusze i poświęcić 15 minut na wytłumaczenie podstawowych zasad funkcjonowania organizmu. A zasady są proste: codzienny nadmiar kalorii przyczynia się do otyłości, codzienny nadmiar cukru – również do cukrzycy typu 2. Słodkie i słone, tłuste przekąski łatwo przedawkować, bo są tłuste, słone lub słodkie. Wszyscy je kochamy, bo tłuszcz jest nośnikiem smaku. Jednak ich codzienny nadmiar może oznaczać kłopoty. Dodatkowo samo gadanie nie wystarczy – warto dawać dobry przykład. I nie oznacza to wcale chleba z wodą czy koktajlu z jarmużu. Jadłospis dziecka może być pełnowartościowy, urozmaicony i słodki bez ton cukru dodanego czy tłuszczu. Tak samo zresztą jak dieta dorosłych. A jeśli nie wiemy, jak skomponować posiłki – może warto poprosić dietetyka o wsparcie, w oparciu o to, co dziecko lubi i może jeść?
Przykłady lepszych alternatyw dla dzieci oferowane przez sklepik szkolny
Kompromis w sklepiku szkolnym jest możliwy i wpadło już na to wiele firm. Sklepiki szkolne oferują np. kanapki z dodatkiem warzyw, a nie z samym pseudomięsem, batoniki orzechowe, jabłka, naturalnie słodkie koktajle owocowe (bez cukru dodanego), sałatki, małe paczuszki orzechów czy bakalii oraz wodę, czy napoje z obniżoną zawartością cukru lub z dodatkiem soku owocowego. Dzieci chętnie wybiorą to, co ciekawie wygląda i fajnie pachnie, a tak może być nawet z atrakcyjnie podanymi mini marchewkami. Żaden sklepik szkolny nie musi rezygnować z działalności, a rodzice powinni się raczej cieszyć z tego, że dziecko nie kupi już na drugie śniadanie 11 łyżeczek cukru w postaci małej paczki żelków.
Nawyki żywieniowe dziecka kształtowane na poziomie przedszkola czy szkoły podstawowej są kluczowe dla jego wyborów (a często i problemów) w przyszłości. Nie nad wszystkim da się zapanować, nie nad wszystkim trzeba. Z pewnością warto uczyć dzieci podejmowania świadomych decyzji, warto rozmawiać i przeanalizować to, co oferuje codziennie sklepik szkolny. Dzięki spokojnej rozmowie bez zmuszania, zakazów i nakazów, dzięki lepszemu zrozumieniu tematu, młodym konsumentom łatwiej będzie częściej wybierać lepszą alternatywę i o to właśnie w tym chodzi.
Więcej tekstów na temat diety dziecka, cukru i nawyków żywieniowych znajdziesz na moim blogu Doktor Ania.
Życie byłoby prostsze i mniej stresujące, gdyby człowiek nie musiał zastanawiać się nad jakością informacji w reklamie w tv, na profilu influencera czy na etykiecie produktu spożywczego. Ale ten idealny świat bez ściemniania niestety nie istnieje. Oczy należy mieć dookoła głowy, zwłaszcza jeśli towarzyszą nam choroby lub musimy unikać określonych składników. Ale też dlatego, by przykładowo pewnego pięknego dnia nie napić się swojej ulubionej, pysznej, aromatycznej kawusi z unoszącymi się na powierzchni białawymi plamami pozlepianych kłaków mąki.
Jak to możliwe?
Normalnie.
Nie chcemy podwyżek cen. Nie chcemy płacić kilka PLN za małą paczusię przypraw. Jednocześnie nie chce nam się czytać etykiet. Chcielibyśmy wszystko mieć podane na tacy, najlepiej za darmo. I nikogo nie interesuje, że niektóre surowce są po prostu drogie. Z wielu względów. A producenci nie są fundatorami naszych zachcianek.
Jaki kraj, takie mieszanki
Asortyment serwowany w obrębie jednej marki często różni się nieco w detalach (ilość i jakość danego składnika) w zależności od kraju na jaki jest rzucany. Wachlarz jest adekwatny m.in. do określonych przyzwyczajeń konsumenta, tradycji, średnich cen na danym rynku oraz…mentalności. A w Polsce inwestowanie w zdrowie, w tym w zdrowe jedzenie, wynika z sytuacji społeczno-ekonomicznej ukształtowanej przez ostatnie dziesięciolecia. Czyli jest na poziomie początkującym. Nie chcemy płacić więcej za jedzenie wyższej jakości bo po pierwsze nie zawsze nas na to stać, a po drugie – jedzenia NIE WIDAĆ. Nowe szmaty, buty, zegarek, samochód czy drogie wakacje – owszem. A przecież powszechnie wiadomo, że dla wielu osób najważniejsze jest jedno: co ludzie powiedzą? Niestety w Polsce nadal wyznacznikiem standardu życia i pewnym synonimem luksusu jest przykładowo drogi samochód, zadbany dom, rajskie wakacje, oraz pasek, buty i torba od projektanta a nie zadbane zęby, skóra, regularne badania profilaktyczne i zdrowe jedzenie codziennie na talerzu. Stąd szeroki rynek produktów, mieszanek i półproduktów gdzie składnik główny i/lub oczekiwany zastąpiony jest częściowo innym: bazą, zamiennikiem, czy jak np. w przypadku przetworzonego mięsa – wodą z dodatkami i/lub wypełniaczem. Podobnie jest na rynku przypraw.
Piękne etykiety
Zestawy do pierników, aromatycznej szarlotki czy ciastek korzennych kojarzą mi się z mieszaniną korzennych przypraw z udziałem przede wszystkim cynamonu, kardamonu, imbiru i goździków. I faktycznie w mieszankach, których ceny zaczynają się już od 0.99 PLN znajdziemy takie składniki. Warto jednak być czujnym i świadomie wybierać zestawy przypraw. Na co zwrócić uwagę? Jak omijać pułapki jeśli potrzebujemy zestawu przypraw bez dodatków?
Krok 1 – pierwszy składnik
Jeśli potrzebujemy wyłącznie samych przypraw do ciasta, ciastek, aromatycznej kawy lub herbaty lub z jakiegoś powodu nie możemy spożywać cukru lub najnormalniej w świecie nie smakuje nam kawa z cukrem – możemy się mocno zdziwić kupując produkt bez czytania składu. Jeszcze pół biedy jeśli to kawa z łyżeczką cukru, gorzej jeśli do ulubionej kawusi sypniemy przyprawę opartą o mąkę pszenną.
Krok 2 – tabela wartości odżywczych
Zdarza się, że pierwszy składnik na etykiecie to mieszanka, a więc litania surowców. To zdarza się często np. na etykietach płatków śniadaniowych, granoli, muesli itp. ale też na przyprawach. Wydaje nam się wtedy, że skład wygląda spoko. Tymczasem w tabeli wartości odżywczych NIESPODZIANKA! No bo jak to możliwe, że cynamon daje 50g cukru na 100g produktu?! Normalnie. Na drugim miejscu jest cukier. Czyli przykładowo 50% to przyprawy, a druga połowa – cukier. Można? Można.
Krok 3 – cena
Cudów nie ma, bo producenci spożywki to nie organizacje charytatywne. Z pustego nie nalejesz. Jak kiełbasa kosztuje 5 PLN za kg to można spodziewać się, że z mięsem będzie miała niewiele wspólnego poza stroną wizualną, o co spece od stron wizualnych z pewnością starannie zadbają.
Każdy orze jak może
Podobnie jest w przyprawach. Jak przyprawowy surowiec jest drogi, to kosztuje minimum kilka PLN za małą paczkę a nie 90 groszy. Oczywiście zdarzają się wyjątki, takie jak nieuzasadniona wysoka cena, promocja, moda na coś czy wyprzedaż ze względu na bliski termin przydatności do spożycia. Jednak generalna zasada jest taka, że przyprawy bez wypełniaczy, bazy czy innych dodatków kosztują więcej.
Składy mogą być proste jak konstrukcja cepa, cena wyższa niż w przypadku innych produktów. Jednak nie jest to różnica torpedująca nasz lubiący promocje i niskie ceny umysł, prawda?
Jak żyć?
W każdej książce, którą napisałam powtarza się jedno zdanie: decyzja należy do ciebie.
Bo przecież nie ma obowiązku kupowania produktów lepszej jakości, podobnie nikt nie powinien oceniać cię, jeśli wybierzesz coś z wypełniaczem. To indywidualne decyzje, zależne od wielu czynników.
Ja niezmiennie zachęcam cię do świadomego kupowania. Jeśli potrzebujesz maksymalnie uniwersalnego produktu, warto wybrać prostą mieszankę bez cukru i mąki, którą możesz wykorzystać do różnych celów.
Jeśli potrzebujesz małej ilości przypraw do ciastek, jeśli nie chorujesz na coś, co wiąże się z dietą wykluczającą, jeśli ciasto czy ciastka robisz raptem raz w roku – na mące pszennej i zawsze słodzisz cukrem – nie ma co się spinać i płakać nad składami. Weź to, co możesz, to co masz pod ręką.
Zawsze jest jakieś wyjście, często mamy wybór. Niech w większości przypadków będzie to wybór świadomy. Bo świadome życie smakuje lepiej. Po prostu.
Zdrowe nawyki żywieniowe to nie tylko wiedza na temat zbilansowanego odżywiania, to również znajomość własnego organizmu. Dlatego zanim zaczniesz kupować superfoods czy prozdrowotne produkty spożywcze i jeść je na siłę, bo koleżanka je, bo było w gazecie, że trzeba lub bo gwiazda z Instagrama polecała – zastanów się czy na pewno warto inwestować w zagraniczne lub reklamowane cuda oraz czy dobrze się po nich czujesz.
Zdrowe odżywianie jest ważne, czy wiesz dlaczego?
Bo wpływa na nasze życie codzienne, CODZIENNIE.
Bo przez nieprawidłowe nawyki żywieniowe i nieodpowiednio zbilansowane posiłki możesz mieć kłopoty w życiu prywatnym i zawodowym. A mówiąc wprost – dieta oparta o tłuste, słone fastfoody, litry słodzonych napojów i garść supli plus sporadycznie jakieś warzywko, prędzej czy później odbije Ci się czkawką w postaci problemów ze zdrowiem, gorszym samopoczuciem oraz kłopotami ze snem. To z kolei będzie rzutowało na CAŁE twoje życie, bo będziesz źle się czuć od rana do wieczora, w nocy kiepsko spać, więc od rana czuć się jeszcze gorzej. Czyli błędne koło.
Związek między tym co jesz a jakością Twojego życia, jest silny i nierozerwalny, czy tego chcesz czy nie. A jeślizmiana sposobu żywienia i stylu życia nie przynosi rezultatów w postaci poprawy zdrowia i samopoczucia – warto iść do specjalisty (np. gastrologa, neurologa czy psychiatry). Wcześniej jednak postaraj się, aby Twój jadłospis był dopasowany do Ciebie. Czyli jedz nie tylko to, co zdrowe – jedz to, po czym czujesz się dobrze, w ilości, jakiej potrzebuje Twój organizm. Dobra pamięć, energia, koncentracja, mocne włosy, skóra, paznokcie, lepsza odporność na stres oraz motywacja do działania, to tylko przykłady korzyści, którymi odpłaci się organizm w zamian za prawidłowo zbilansowaną dietę. Dodatkowo, jeśli przestaniesz inwestować w byle co i wydawać kasę na byle jakie jedzenie byle gdzie, w kieszeni zostanie kilka PLN więcej na przyjemności takie, jak np. kino, dobra książka czy film lub inny element do domowej kolekcji.
Nawyki zdrowego żywienia – zacznij od poznania siebie
Nie każdy musi pić litry mleka krowiego bo wapń, jeść jabłko ze skórką, bo błonnik i witaminy itp. itd. Jeśli po mleku czy surowym jabłku boli Cię brzuch lub odczuwasz dyskomfort, chyba coś tu nie gra. Podobnie jest ze słodyczami: nie musisz obawiać się zakazów żywieniowych. Bo nie chodzi o niejedzenie czekolady czy inne zakazy. Ważnymi elementami sukcesu są: obserwowanie organizmu oraz oddzielenie emocji od jedzenia. Jeśli jedzenie służy do pocieszania czy nagradzania siebie, warto zacząć od szukania innych nagród czy sposobów pocieszenia, a może odwiedzić specjalistę, który podrzuci fajne sposoby na pozajedzeniowe radzenie sobie z emocjami.
Wiesz już co jest dla Ciebie dobre, i chcesz wybierać lepiej?
Nawet sok warzywny może okazać się większą szkodą niż pożytkiem, jeśli ślepo poddajemy się marketingowym frazom i promocjom w sklepie. Dobrze jest znać zasady zbilansowanego odżywiania oraz lepsze i gorsze produkty, aby nie nabierać się zdrowo brzmiące hasła. Przed pułapkami spożywczymi może uchronić Cię treść pełnej ZROZUMIENIA książki „Smart shopping”. Bez narzucania jedynie słusznych poglądów, bez zmuszania do gwałtownych zmian i rezygnacji ze wszystkiego, co uwielbiasz. Opowiadam tam o żywności w prosty sposób, aby zwrócić Twoją uwagę na świadome odżywianie, świadome zakupy i świadome decyzje. Jeszcze więcej informacji jak ograniczyć cukry proste i cukier dodany oraz prostych wskazówek jak zadbać o siebie i o rodzinę znajdziesz na mojej platformie edukacyjnej (klik). Jeśli chcesz w 2 tygodnie zacząć kontrolować to co kupujesz oraz ilość cukru, którą spożywasz w tym prostym szkoleniu (klik) nauczę Cię kilku prostych trików – wystarczy 10 minut dziennie (to szkolenie jest też na mojej platformie w pakiecie premium)..
Nie wiem, czy wiecie, ale gastroskopia to badanie, podczas którego beka się i próbuje wyrzygać rurkę wsadzoną do żołądka (tak, wsadzoną przez usta). Zanim zadzwonisz do lekarza, żeby zgłosić ból brzucha i dostać skierowanie na gastro, proponuję poznać bliżej pojęcie zbilansowanej diety. Wszyscy słyszeli, nie wszyscy pamiętają. Co to jest zbilansowana dieta?
Czy zbilansowana dieta jest na serio aż tak ważna?
Bóle brzucha, wzdęcia, bóle głowy, ospałość i brak energii do życia – oczywiście mogą być to oznaki całkiem poważnych chorób, jednak być może wcale nie masz raka, a coś innego: niedobór pewnych substancji odżywczych, nadmiar innych, np. cukrów prostych lub zbyt długie przerwy między posiłkami. Twoje ciało i samopoczucie może też komunikować brak wody, witamin i składników mineralnych. Jeśli znasz wymienione objawy z życia codziennego, oprócz badań diagnostycznych, być może warto zająć się też zawartością lodówki oraz zmienić sposób myślenia o jedzeniu. Jeśli chcesz poczuć się lepiej, trzeba zadbać o dobre nawyki, zamiast nieustannie tkwić w bylejakości żywieniowej. Ale jak zbilansować dietę, żeby to co jemy, zmieniało jakość codzienności?
Co powinna zawierać zbilansowana dieta?
Zbilansowana dieta to optymalny dla danej osoby sposób żywienia, to taki zestaw posiłków, który pokrywa indywidualne zapotrzebowanie na wszystkie składniki. To dieta pełnowartościowa, z indywidualnie dobraną ilością składników. Zbilansowana dieta dotyczy:
odpowiedniej ilości posiłków – najczęściej od 3 do 5 dziennie – w zależności od stylu życia, wykonywanej pracy i zapotrzebowania kalorycznego,
odpowiedniej ilości kalorii – żeby zbilansować dietę, najlepiej zacząć od obliczenia zapotrzebowania kalorycznego. Przeciętne zapotrzebowanie osoby dorosłej pracującej przy biurku, osoby o umiarkowanej aktywności fizycznej oscyluje w okolicach 2000 – 2500 kcal,
odpowiedniej ilości składników – proporcje są różnorodne, przeciętnie wygląda to tak: węglowodany od 45 do 65 %, tłuszcze od 20 do 35 % i białko od 10 do 20 % i powinno być to dobierane indywidualnie,
Odpowiedniej ilości wody – od 1,5 do nawet 3 litrów dziennie – im większa aktywność, tym więcej potrzebujesz płynów. Pamiętaj, żeby pić wodę po prostu, a nie wtedy, kiedy chce Ci się pić. Ten moment jest już informacją o odwodnieniu organizmu.
odpowiedniej ilości witamin, składników mineralnych, błonnika pokarmowego – żeby nasze ciało odwdzięczało nam się dobrym samopoczuciem i zdrowiem, wydajnością podczas pracy, zdrową skórą, szybką regeneracją, oraz bezproblemowymi i regularnymi wizytami w toalecie – należy zadbać o szczegóły.
Odpowiednie” to słowo klucz. Zbilansowana dieta musi być dopasowana do Twojego stylu życia i z tym stylem życia współgrać. Oczywiście samym jedzeniem tematu do końca nie załatwisz. Zdrowa, zbilansowana dieta przynosi największe korzyści wtedy, kiedy łączysz ją z aktywnością fizyczną, odpowiednią ilością snu, zarządzaniem stresem itd.
Gdybym miała Ci coś polecić na „już”…
Gdybym miała polecić Ci coś na rozpęd, na początek, coś co pokazałoby Ci sens działań oraz w bezstresowy, prosty sposób dało na tacy szybkie rozwiązania od których warto rozpocząć zmiany – byłaby to książka „Nie żryj gówien” lub „Na coś trzeba umrzeć”. To siostry bliźniaczki, które różnią się jedynie słownictwem (w „Nie żryj” znajdziesz brzydkie wyrazy).
Po przeczytaniu skończą się wątpliwości i kończenie dyskusji słowami „na coś trzeba umrzeć”. Chyba, że planujesz umrzeć tuż po czterdziestce, wtedy totalnie nie musisz przejmować się czymkolwiek i kompletnie nie zawracaj sobie głowy zbilansowaną dietą.
Gdy chodziłam do szkoły podstawowej, nie było supermarketów ze ścianami artykułów papierniczych. Stało się w kolejkach w małych lub większych sklepikach papierniczych i doskonale pamiętam, że każda wizyta w takim miejscu była dla mnie jak odwiedzenie świątyni.
Od dziecka zawsze miałam bzika na punkcie działów papierniczych i tuż po księgarniach, to właśnie tam spędzałam najwięcej czasu. Moi Rodzice mieli chyba dużo cierpliwości na początku każdego roku szkolnego, bo zawsze dawali mi odpowiednią ilość czasu na wybór zeszytów, długopisów i wszystkich niezbędnych akcesoriów. Później, gdy w sklepach było już wszystko i można było wszystkiego samodzielnie dotknąć, zamiast podziwiania zza lady- czułam się jak w raju. Zeszyty wybierałam zawsze określonych marek, określonej jakości. Papier i okładka musiały odpowiadać mi w 100%. Lubiłam szyte bruliony ze sztywniejszą okładką od Unipapu, piękne, kolorowe zeszyty z zaokrąglonymi rogami od Herlitza, długopisy zwykle też od Herlitza, zakreślacze Stabilo. W liceum i czasach studenckich nic się nie zmieniło – nadal godzinami, już w sierpniu, a później we wrześniu wybierałam zestaw na nowy rok. Kupowałam zawsze dużo i korzystałam ze wszystkiego bo notowanie było moim sposobem na zapamiętywanie.
Jakość moich notatek była powszechnie znana wśród znajomych już od liceum. Wiele razy slyszałam, że powinnam je wydać w formie skryptów ale nigdy w życiu nawet przez myśl nie przeszło mi, że w przyszłości zostanę wydawcą! Gdy pisałam swoją zarówno pierwszą jak i drugą książkę wiedziałam, że będą dokładnie takie, jak notatki do nich – kolorowe, przejrzyste, pełne zróżnicowanej, zwięzłej treści, skonstruowane tak, aby można było w łatwy sposób znaleźć wszystko od razu. Wiedziałam, że będą starannie wydane, aby korzystanie z nich było przyjemnością, a nie smutnym obowiązkiem związanym z nabywaniem wiedzy. Nie znosiłam źle wydanych podręczników, taniego papieru, który rozpuszczał się w ręku. Uwielbiałam książki, przy wydaniu których położono nacisk na jakość wykonania, przy których poczyniono niejako ukłon w stronę Czytelnika, zapraszając go już od pierwszego dotyku okładki do zapoznania się z treścią.
Gdy założyłam wydawnictwo Doktor Ania Publishing wiedziałam, że to dopiero początek. Że w końcu mogę tworzyć to, co lubię, tak jak lubię, w jakości o której zawsze marzyłam. Wiedziałam, że papier czy materiały kosztują, i być może zarobek będzie mniejszy, ale bzik z dzieciństwa pozostał i oczywiste było, że styl tego co robię, czyli wygląd produktu i jakość druku będą moim znakiem rozpoznawczym.
Kalendarze obecne były w mojej pracy odkąd pamiętam, a ich wybór był co roku może nie kłopotem ale na pewno wyzwaniem. To nie mógł być nigdy przypadkowy produkt, byle jaki, z marnym papierem i jakimś tam wyglądem okładki. Jako dziecko korzystałam z Herlitza w formie małego segregatorka, do którego kupowałam co roku wkład, później kupowałam różne kalendarze i planery zagranicznych firm, następnie poznałam Moleskine. Jednak przy każdym, nawet najpiękniejszym produkcie, czegoś mi zawsze brakowało. A to za ciężki, a to nie do końca idealna okładka, a to ostre rogi, a to papier czy kolory nie takie jak lubię.
I tak oto, pewnego wiosennego dnia, podczas moich 5 nieśmiertelnych minut przeznaczonych na spokojną kawę, wpadłam na pomysł zaprojektowania własnego kalendarza. Takiego, który będzie odpowiadał moim potrzebom w 100%. Chciałam aby przede wszystkim był lekki, poręczny, elegancki ale z indywidualnym twistem. Żeby był jak dobra przyjaciółka, która nie ocenia, a podpowiada, przypomina. Jak asystent w pracy, który trzyma rękę na pulsie, aby nic mi nie uciekło. Żeby był silnym wsparciem gdy mam nad czym pracować i radosnym przybiciem piątki, gdy zaliczę sukces. Chciałam, aby przypominał mi o oczywistościach, bo w natłoku zadań i obowiązków zapominam czasem o podstawowych aspektach dbania o siebie.
Chciałam, aby odpowiadał moim potrzebom obcowania z pięknymi przedmiotami, prostym designem, dlatego do stworzenia oprawy graficznej zaprosiłam utalentowaną artystkę, której twórczość spójna jest z moim minimalistycznym gustem.
Wiem, że „2020” będzie dla mnie ważnym narzędziem w zarządzaniu czasoprzestrzenią, będzie mnie wspierał w działaniach i pomagał uporządkować sprawy zawodowe, tak aby mieć odpowiednią ilość czasu na życie prywatne. Bo codzienność to nie tylko praca, to również czas z bliskimi, czas dla siebie, przyjemności. Jeśli uważasz, że Tobie również przydałoby się takie wsparcie, rzuć okiem na układ i przykładową zawartość, ale ostrzegam, że ilość sztuk jest limitowana. Dodruku nie będzie, ze względu na wyjątkowe materiały, które sobie wymarzyłam. Są one sprowadzane na moje specjalne zamówienie po to, aby produkt był wyjątkowy, dopasowany do mojego trybu i stylu życia. Aby był spójny z moją filozofią życiową.
Sprawdź, może Tobie też spodoba się ta wyjątkowość i zapragniesz coś zmienić w nowym roku. Może w końcu zaczniesz celebrować swoją codzienność, cieszyć się tym co masz i pracować nad tym, czego jeszcze nie masz. Może w końcu uwierzysz, że szkoda czasu na przypadkowych ludzi, przedmioty, że szkoda życia na bylejakość.
Jakiś czas temu wrzuciłam na instagramowy oraz na facebookowy profil Doktor Ania zdjęcie kurczaka. Byłam ciekawa jak Producent rozwiązał temat braku substancji dodatkowych w produkcie zawierającym m.in. wodę, kurczaka i ryż.
Pytanie.
Mimo, iż domyślałam się gdzie „ukryta jest” będąca na pierwszym miejscu woda, wolałam upewnić się u źródła czy opłaca się robić produkt bez zagęstników i wspomagaczy zwłaszcza, że przy okazji takich rozmów zawsze dowiaduję się czegoś nowego, zbieram ciekawostki i fajne spożywcze „historie z życia wzięte”.
Nie zdążyłam jednak nawet napisać maila – Producent sam, niemal od razu odezwał się odpowiadając na moje pytania. Nie publikuję tu całej naszej dyskusji, pytań miałam kilka. Wrzucam (za zgodą Producenta) jedynie fragmenty dotyczące składu.
Odpowiedź.
„Tak naprawdę każdy producent i produkt mają swoją specyfikę. Konkurencja rynkowa i presja cenowa ze strony sieci handlowych powoduje, że w wielu firmach głównym celem jest jak najniższy koszt wytworzenia – wszystko po to, by sprostać oczekiwaniom cenowym handlu. Często więc receptura i jakość składników są tak dobierane, aby uzyskać jak najniższą cenę (np. poprzez stosowanie MOMu zamiast pełnowartościowego mięsa). Stosowanie dodatków do żywności nie jest zabronione, więc aby uzyskać odpowiedni smak i wygląd produktu, wielu producentów idzie na skróty – dodaje wzmacniacze smaku (glutaminian sodu lub inne.), barwniki i aromaty – tak jest najprościej i najtaniej, bo nie trzeba budować smaku w oparciu o większą ilość warzyw, przypraw, męczyć się z rozwojem receptur opartych o naturalne składniki etc. My mamy taką filozofię, że w składzie mamy tylko to, co niezbędne, aby dany produkt finalnie dobrze smakował bez wzmacniaczy, konserwantów, barwników i aromatów. Dlatego dość dużo czasu zajęło nam opracowanie receptur bez tych wszystkich dodatków w składzie. Jesteśmy jedyną firmą w Polsce z taką jakością/składem dań gotowych. Takie podejście kosztuje – bo przy naszej jakości nie jesteśmy w stanie często zaoferować wielu klientom naszych produktów w oczekiwanych przez nich cenach (takich, jakie inni producenci są w stanie, właśnie dzięki oszczędnościom na tańszych surowcach). No, ale to kwestia filozofii działania – my powiedzieliśmy sobie, że w kwestiach jakościowych nie idziemy na kompromisy i wierzymy, że również w dłuższej perspektywie okaże się to słuszne. Na razie widzimy, że takie podejście zaczyna procentować i coraz więcej klientów docenia jakość, a nie tylko najniższą możliwą cenę.”
„Wszystkie składniki są wymienione na etykiecie – nic poza tym nie dodajemy. Sos z częścią składników gotujemy w specjalnym „kotle”, mięso i warzywa dozujemy do słoików, zalewamy sosem i po zamknięciu sterylizujemy. Poza tym żadnych magicznych sztuczek nie stosujemy.”
„Co do zagęstników, to sami w niewielkich ilościach do niektórych produktów musimy dodawać skrobię, żeby uzyskać odpowiednią konsystencję sosu po sterylizacji (jednym słowem, żeby nie był zbyt rzadki). Ale robimy to nie dlatego, żeby na czymś „oszczędzić”, tylko dlatego, że po prostu nie ma innej możliwości technologicznie, aby utrzymać odpowiednią konsystencję produktu po sterylizacji. Natomiast dodatek skrobi mamy tylko w tych produktach, gdzie inne składniki (jak i dodatek mąki) nie są w stanie zapewnić odpowiedniej gęstości sosu Ponieważ jesteśmy przejrzyści i uczciwi, to piszę o tym wprost – zresztą wszystkie składniki są jasno wypisane na opakowaniach. Ponieważ trwałość produktów zapewniamy poprzez sterylizację (a nie konserwanty itp.), to niestety na to jedno ustępstwo czasami jesteśmy zmuszeni pójść.”
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.