dzieci

Nie truj siebie, nie truj dzieci.

Lato. Sezon grillowy w pełni. Co wrzucasz na ruszt? Co dla dzieci? Kiełbaski? Paróweczki? Karkóweczka z tacki? Gotowa, przyprawiona, zapakowana – luksusowo. Wystarczy otworzyć opakowanko i przypiec. Na różowo? Na czarno? Poczęstujesz tym swoje dziecko?

To jest złe. Tym bardziej dla dzieci.

Spalone na węgiel czy nawet lekko przypalone mięso jest szkodliwe. Palone na ognisku kiełbachy są szkodliwe. Opiekane w ogniu grilla mięsa są szkodliwe. A wszystko przez zestaw tych cudownych substancji, wśród których są WWA (wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne), które razem z setkami innych substancji tak bardzo nam smakują, ale niestety są naprawdę szkodliwe.

Plus mięso.

Tak, ma znaczenie co wrzucisz na grilla. Jeśli kupujesz produkt dla dzieci, możesz się srogo zdziwić. Przykładowo to coś, zawiera zaledwie 54% mięsa. Reszta to długa historia o niczym.

 

dzieci

 

dzieci

 

Tu kolejna ciekawostka – kabanosiki drobiowe – w domyśle dla dzieci. A w składzie bęc! Oprócz oczywistości – tłuszcz zwierzęcy. Czyli coś, czego Twoje dziecko TOTALNIE NIE POTRZEBUJE w swojej diecie. Tak jak dodatkowej porcji azotynu sodu.

 

dzieci

dzieci

 

A może masz ochotę na domowego hamburgerka z rusztu…?

 

dzieci

 

Ale tak serio hamburgerka czy MOM z wodą, olejem i bajerami…? To chyba trochę taka parówka w kształcie hamburgera, jak myślisz?

 

dzieci

 

Jak żyć?

  1. Wybieraj warzywa – warzywa też można grillować. NAPRAWDĘ!
  2. Jeśli kochasz mięso – kupuj prawdziwe i chude mięso od dobrego dostawcy oraz przyprawiaj samodzielnie naturalnymi składnikami i warzywami.
  3. Nie pal produktów na węgiel. Możesz przecież używać tacek lub specjalnych naczyń.
  4. Nie opiekaj w ogniu, raczej nad rozżarzonym materiałem lub na grillu elektrycznym.
  5. Jeśli musisz kupić jakiś produkt – kup coś z lepszym składem. Jak musi być mięso dla dzieci, kup chudy kawałek i duś z warzywami w odpowiednim naczyniu na grillu lub zrób dziecku kanapkę z plasterkiem wędliny z wysoką zawartością mięsa i bez konserwantów + zaproponuj do tego grillowane warzywa w postaci szaszłyka i banana bio z grilla na deser.

 

dzieci

 

Jeśli chcesz wiedzieć więcej:

Jeśli chcesz dowiedzieć się jak wybierać parówki zajrzyj tu (klik).

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat odżywiania się dzieci i niemowląt, zajrzyj tu (klik).

kaszka

Kaszka dla niemowląt? Dramat.

Która kaszka to dramat? Myślisz, że poleje się krew? Że polecą inwektywy? Że idę na wojenkę z wielkim koncernem?

Jeśli weszłaś tu tylko dla jatki – muszę Cię rozczarować. Moja działalność w internecie to naświetlanie problemów, próba dokonania zmian w myśleniu konsumentów, zwiększenie świadomości, pomaganie ludziom w podejmowaniu wysiłku, jakim jest praca z nawykami.

Nie jestem Wodzirejem Gównoburzy i nie zależy mi na popularności opartej na konfliktach z markami. Nie hejtuję marek, chociaż nie ukrywam, że mam ulubione oraz takie, za którymi nie przepadam (ze względu na słabe składy produktów). Ale w dyskusji ZAWSZE chodzi o konkretny PRODUKT i o to, czy skład jest lepszy czy gorszy, a nie o rzucanie mięsem czy oczernianie marki. Nie interesują mnie clickbaitowe nagłówki i granie na skrajnych emocjach Czytelników. Chodzi o to, żeby się czegoś dowiedzieć, poznać inny sposób widzenia, o to żeby wyłapać błędy i wspólnie zastanowić się nad rozwiązaniem.

Dla mnie liczy się PRAWDA, a celem działań jest ZMIANA. No ale do rzeczy.

O co chodzi?

Na warsztat wzięłam „Porcja zbóż, mleczna kaszka bez dodatku cukru”, która wedle tabeli zawiera 41g cukrów prostych na 100g produktu. Sporo, nawet jak na naturalne cukry.

kaszkakaszka

Podobna kaszka z dodatkiem cukru zawiera ok 24g cukrów (naturalny + dodany) na 100g produktu. Zatem jak to możliwe i która jest lepsza?

kaszkakaszka

O komentarz dotyczący zawartości cukru w „kaszce bez dodatku cukru” poprosiłam Bobovitę, czekam na ich odpowiedź, tymczasem…

Zalecenia zaleceniami, a skład jaki jest – każdy widzi.

Generalnie w produktach dla niemowląt najlepiej W OGÓLE NIE DODAWAĆ CUKRU (ani soli).  Kaszka z dosypanym cukrem to dla mnie dyskwalifikacja. To jest budowanie niebezpiecznego nawyku i to już w pierwszych miesiącach życia. Dziecko chętniej zje słodkie, ale czy warto…?

Jak żyć?

Po pierwsze nie skreślam Bobovity bo nie widzę na razie powodu. Jak się powód znajdzie to dam znać. W rozmowie telefonicznej Pani z Bobovity obiecała odpowiedzieć na moje dość szczegółowe pytania drogą mailową, zatem czekam cierpliwie na rozwiązanie tej zagadki.

Bardzo podoba mi się linia bezcukrowych kaszek, nie tylko Bobovity, ale też innych firm – jest ich już sporo na rynku! Poszukaj, wystarczy wpisać „kaszka bez dodatku cukru” – myślę, że to fajne rozwiązanie jeśli chodzi o błyskawiczny posiłek dla dziecka. Oczywiście można też ugotować płatki czy kaszę i zblendować – super rozwiązanie.

A wracając ogólnie do żywienia niemowląt i kaszek – zawsze wybieraj jogurty, kaszki itp. BEZ dodatku CUKRU.

Nie kupuj herbatek granulowanych, docukrzanych napojów owocowych i innych badziewi. Niemowlę, ale też starsze dziecko, naprawdę nie potrzebuje docukrzania. Więcej w tym temacie przeczytasz w tym tekście (kliknij).

Nie funduj zwiększonego ryzyka chorób swojemu kilkumiesięcznemu dziecku. Tony zabawek i góra pieniędzy nie pomogą później w odwracaniu zmian zdrowotnych i fatalnych nawyków, choćbyś nie wiem jak bardzo chciała.

Bądź „wariatką”, „niszcz dzieciństwo” – z premedytacją.

Nie patrz na przyjaciółki, rodzinę, znajomych. Patrz tylko na swoje dziecko. Widzisz je? Widzisz jego przyszłość? Niech będzie fajna, tak zdrowa jak tylko się da, radosna. Niech będzie BEZ dodatku CUKRU.

żłobek

Żłobek – zobacz co je Twoje dziecko.

Bulisz za prywatny żłobek.

NIEMAŁO.

A może udało się z państwowym? Jadłospis gdzieś wisi, chyba jest ok. Czasem nawet ma jakąś pieczątkę dietetyka – czyli wygląda nieźle.

Tak myślisz?

No to teraz patrz.

  • wszechobecna żywność przetworzona – płatki śniadaniowe, napoje, słodzone jogurty i pseudo jogurty, ciastka z fatalnym składem itd. – brak normalnego jedzenia (np. płatków owsianych, jaglanych, jogurtów naturalnych, kaszy jaglanej, WODY do picia),
  • przypalone, smażone, tłuste potrawy – kompletnie nie nadające się dla starszych dzieci, a już na bank nie dla żłobkowych,
  • produkty niskiej i bardzo niskiej jakości – np. wędlina z niską zawartością mięsa, dżem z fatalnym składem itd.,
  • faktyczny jadłospis niezgodny z podanym na kartce, np. było napisane „jogurt”, dzieci dostały przecukrzony deser wyglądający jak jogurt (tak, ten truskawkowy za 59 groszy).

Do tego jedzenie totalnie niedostosowane dla tych najmłodszych dzieci (żłobek) – np. kawały ogórka kiszonego ze skórą, twarda fasola, papryka ze skórą w sporych kawałkach, niepokrojona kapusta kiszona, chleb z pestkami i ziarnami (np. duże kawałki soi) itd. – dla starszego dziecka może nie stanowić to problemu, dla młodszych – tu bywa różnie,

To tylko przykłady moich zastrzeżeń z nalotów na jeden z prywatnych żłobków (zdjęcia mają słabą rozdzielczość i nie zawsze widać problem – były robione ukradkiem).

żłobekżłobekżłobekżłobekżłobek

[Spalone racuchy]

Tu powinno być zdjęcie spalonych, ociekających tłuszczem racuchów ale gdzieś mi uciekło. Jak znajdę to dodam do tego wpisu.

To są autentyczne zdjęcia, które zrobiłam jakiś czas temu (żłobek – jeden z prywatnych w Trójmieście). Każdej z tych potraw próbowałam sama. Większość posiłków nie nadawała się dla małych dzieci (żłobek), niektóre były słabe również dla przedszkolaków, a kilku nie podawałabym nawet dorosłym.

Co na to dyrekcja?

Na moje pytanie dotyczące jedzenia (i powyższe uwagi) Pani Dyrektor powiedziała, że mają wspólne jedzenie z przedszkolem i „tak wyszło”. 

Poza tym popularną odpowiedzią jest „bo dzieci nie chcą tego jeść”. Czy wszystkie dzieci w wieku żłobkowym nie chcą jeść prawdziwego jedzenia i pić wody? Dlatego cała grupa dostaje napoje CODZIENNIE do picia? Jakie to jest słabe.

Czy da się coś zmienić?

Czasem dostaję maile od Czytelników z opisem sytuacji, czasem z menu, jedna z Czytelniczek poprosiła mnie wczoraj o pomoc bo wchodzi na drogę sądową z jedną z placówek prywatnych, która ewidentnie wprowadza rodziców w błąd. Dla niej próby negocjacji zakończyły się usunięciem dziecka ze żłobka – to jest NIENORMALNE. 

Da się.

Zanim zapiszesz dziecko do przedszkola czy żłobka – zobacz menu, zajrzyj do kuchni jeśli masz możliwość.

Moja interwencja w jednym z państwowych przedszkoli w Trójmieście odniosła pozytywny skutek. Pani Dyrektor była otwarta na zmiany, zastrzegła, że mają ograniczony budżet ale że się POSTARAJĄ. I wiecie co? Naprawdę się udało. Wiedziałam, że nie uda się przeforsować wszystkich zmian ale byłam pod wrażeniem, że zrobili sporo w granicach swoich możliwości. CZYLI DA SIĘ. Nawet w państwowej placówce. Są prywatne żłobki i przedszkola gdzie jadłospis jest fenomenalny, poszukaj.

Co mogę zrobić?

Sprawdzaj, kontroluj, pytaj, rozmawiaj – nie poddawaj się. W ostateczności samodzielnie przygotowuj posiłki lub możesz zawsze zabrać dziecko z placówki – to są trudne rozwiązania, wiem. Plus oczywiście zgłoś sprawę odpowiednim władzom w swojej miejscowości lub nagłośnij temat. Nawet jeśli to mała miejscowość. Jeśli wszyscy będą siedzieć sicho – nic się nie zmieni.

Pamiętaj.

Pierwsze 36 miesięcy w życiu Twojego dziecka to takie trochę „programowanie żywieniowe”. Ten okres będzie rzutował na całe życie Twojej Pociechy. Zrób wszystko co w Twojej mocy, żeby uniknąć błędów żywieniowych – nie kupuj przesłodzonych produktów, fastfoodów, kolorowych napojów – generalnie stawiaj na żywność nieprzetworzoną jak najczęściej. Na spróbowanie czy na zasadzie pokazania jakiegoś dziwoląga – tak. W razie awarii czy sytuacji wyjątkowej – tak. Ale nigdy w standardzie. 

Prywatne żłobki to szersze pole do popisu. W Państwowych też da się coś zrobić, ale potrzebne są chęci.

To co jest dla mnie najsmutniejsze, to totalne zlanie tematu ciepłym moczem w niektórych placówkach. Władze czasem mają w dupie – jest wspólna kuchnia i tyle. Albo na kartce wisi co innego, a dzieci dostają co innego. I o tyle o ile mogę jeszcze zrozumieć związane czasem ręce w placówkach państwowych (co też jest dla nie realnym dramatem), kompletnie nie rozumiem samowolki w prywatnych żłobkach. Kiedy ludzie w końcu zrozumieją, że dzieciom (zwłaszcza tym malutkim) NIE WOLNO DAWAĆ BYLE CZEGO DO JEDZENIA? Strasznie mi szkoda tych Maluchów.

Takie działania są niedopuszczalne i jeśli widzisz problem – nie czekaj. Jeśli potrzebujesz pomocy – pisz, podpowiem, pomogę na tyle ile mogę.

Pora coś z tym zrobić. TERAZ. 

 

Zanim powiesz "tak"

Zanim powiesz „tak”.

Ciąża? Wspólny kredyt? Wspólne mieszkanie? Małżeństwo? A może bierzecie zwierzaka ze schroniska? Zanim powiesz „tak”, dobrze się zastanów – odpowiedz sobie na 12 prostych pytań. Metodę „jakoś to będzie” można stosować podczas wyboru ciastek, a nie męża czy podejmowania decyzji o macierzyństwie. Później faktycznie jest „jakoś”. A nie wiem czy wiesz, ale „jakoś” nie jest wcale synonimem słowa „dobrze”.

1. Czy jest dobrym człowiekiem?

W stosunku do istot żyjących typu zwierzęta, dorośli, dzieci. To się da zaobserwować w przypadkowych sytuacjach, da się też wyczuć. Masz intuicję – dość niedoceniany zmysł – warto nauczyć się z niego korzystać. Obserwuj, słuchaj, wyciągaj wnioski. Byłoby wspaniale, gdyby słowa „okrutny”, „wredny”, „zimny” nie pojawiały się w jakimkolwiek kontekście dotyczącym Twojego wybranka.

2. Czy jest pomocny?

Obserwujesz to w codziennych sytuacjach. Interesuje się czy ma wylane? Nie jest wszechwiedzący, nie umie czytać w myślach ale nawet jeśli nie wie co zrobić – zapyta, sprawdzi, dowie się, zainteresuje. A wszystko po to aby ułatwić życie bliskim. Twoje też. Czyż to nie wspaniałe?

3. Czy potrafi dbać?

O innych ale też o siebie. Dokładnie w tej kolejności. Zwróć uwagę czy na spacerze proponuje Ci marynarkę lub ciepłą herbatę. Czy dba o swoich Rodziców, bliskich. Czy dba o swoje zdrowie prowadząc przynajmniej umiarkowanie zdrowy styl życia? Wszystko ma znaczenie.

4. Czy jest opiekuńczy ale NIE ZABORCZY?

Musisz umieć to odróżnić. Jeśli tworzy wokół Ciebie zasłonę ochronną ale nie jest to kotara warząca 20 ton – jest ok. Jeśli facet nie izoluje Cię od świata, nie jest zazdrosny o znajomych, koleżanki, samotne wyjścia i wyjazdy, a jedynie troszczy się o Twoje bezpieczeństwo – doskonale. Niestety granica między „martwię się”, a emocjonalnym kiblem w stylu „chyba mnie nie kochasz” jest czasem bardzo cienka i dobrze jest od początku bardzo jasno i wyraźnie ją wyznaczyć, zanim powiesz „tak”.

5. Czy ma poczucie własnej wartości ale NIE JEST BUFONEM?

To cudownie gdy mężczyzna nie ma kompleksów i pozwala Ci na normalne życie towarzyskie bo wie, że go kochasz i nie w głowie Ci inni. To smutne, gdy facet jest zakompleksiony i mocno trzyma Cię przy sobie z obawy, że uciekniesz, lub poniża Cię przy znajomych, żeby podbić swoją wartość. Męczące jest również bycie z kimś kto ma bez przerwy rację. Wiadomo, że każdy z nas popełnia błędy i trzeba umieć się do tego przyznać, wyciągnąć rękę na zgodę. Jeśli on uważa, że nigdy się nie myli – dobrze się zastanów zanim powiesz „tak” takiemu Królowi Życia Dla Ubogich. Umysłowo.

6. Czy ma takie samo zdanie w sprawie dzieci czy zwierząt jak Ty?

Nie chcesz mieć dzieci ani zwierząt? W porządku. Marzysz o dzieciach? Też w porządku. A co gdy Ty tak, a on niestety nie? Warto ustalić to zanim będzie za późno. Nie łap faceta na dziecko – z tego nie wynika prawie nigdy nic dobrego, zwłaszcza dla dzieci. Ale jeśli on ogląda się za dziećmi znajomych ze specyficznym „ciepłem w oczach”, jest troskliwy dla zwierząt itd. – to może być wskazówka dla Ciebie, że też chciałby założyć rodzinę. Ważna rzecz. Weź też pod uwagę, że u niektórych uczucia tacierzyńskie pojawiają się po porodzie, a nawet dopiero po kilku miesiącach od porodu. Nie ma w tym nic złego ani niewłaściwego. Tak samo nie ma nic złego w tym, że czasem kobieta też nie potrafi od razu oswoić się z tym, że została matką. Nie ma właściwego momentu na wytworzenie więzi. Potrzeba czasu, zatem daj sobie i jemu ten czas pod warunkim, że istnieje jakaś spójność przekonań. Nigdy nie pozwól innym ludziom aby mieli wpływ na tak ważne decyzje w Twoim życiu jak „czy już wypada”, „czy już nie wypada” mieć dzieci. To jest Wasza decyzja. TYLKO Wasza i wszystko musi być wspólnie uzgodnione zanim powiesz „tak”.

7. Czy dba o drobiazgi? Albo przynajmniej o Duże Sprawy?

Są mężczyźni, którzy widzą i ogarniają ogół, nie widząc detali. Takiego można prędzej czy później nauczyć, co jest dla Ciebie ważne, co poprawia Ci humor: sms, róża czy lody czekoladowe. Są też tacy, co nie ogarniają ogółu ale skupiają się na drobiazgach. Nie zorganizują Ci wakacji ale doskonale wiedzą co lubisz gdy masz gorszy nastrój, nie mają głowy do terminowego płacenia rachunków ale przyniosą Ci zdrowe śniadanie do łóżka. Nie, nie hamburgera. Jeśli on nie jest wobec Ciebie jak ten z „detalistów” ani jak ten z „dbam o duże sprawy”, to gdzie jest…? No właśnie. Nigdzie.

8. Czy zostawisz z nim to, co najcenniejsze?

Gdy wyobrażasz sobie sytuację, że zostawiasz z nim dziecko, psa, kota – sam na sam – masz w głowie może lekki niepokój. Maksymalnie lekki. To najprostszy test, jeśli właśnie zastanawiasz się, czy mogłabyś mieć z nim dziecko. Jeśli wiesz, że on sobie poradzi, może będzie mu trudno na początku ale na pewno nie stanie się krzywda – to jest właśnie ta właściwa osoba. Dlaczego? W życiu bywa różnie. Zdarzają się choroby, niespodziewane sytuacje, ludzie są razem dłużej, krócej. Ale to, co trzeba ogarnąć w najlepszy z możliwych sposobów to wspólne dzieci, zwierzęta. Jeśli macie psa – nie martwisz się co z nim będzie jeśli z nim zostanie. Jeśli rozstaniecie się i staniecie w obliczu opieki naprzemiennej nad dziećmi – nie będziesz drżała ‚co teraz?’. Jeśli dzieci są dla Ciebie największym i najważniejszym skarbem na świecie, to niesamowity luksus nie martwić się O NIC, zostawiając je z właściwą osobą.

9. Czy jest zaradny?

I wcale nie chodzi tu o zaradność finansową, raczej o życiową. On nie czeka aż śmieci „się wyrzucą”, a chleb „się kupi”. Sam oczywiście się kupi. Przytomny i ogarnięty facet wie, że sprawy na świecie nie dzieją się same – trzeba o nie zadbać, czasem zapracować czy zawalczyć. Oczywiście możesz być w grupie kobiet, które potrzebują popychadła i dobrze czują się w towarzystwie takiego przysłowiowego pizdusia-plastusia. Nie ma w tym nic złego. Ale jeśli stronisz raczej od kategorii „mam dwie lewe ręce” – przyda Ci się facet, który po prostu radzi sobie w życiu i albo Ci pomoże albo Cię tego nauczy, a najlepiej jedno i drugie. To bardzo przyjemne uczucie być z kimś, kto martwi się za Ciebie o pewne sprawy. W takiej sytuacji Ty możesz zająć się ważniejszymi sprawami, np. dbaniem o tego kogoś. 

10. Czy myśli o Twoim samopoczuciu?

Specjalnie napisałam to oddzielnie, bo jeśli ktoś martwi się o wszystko poza Twoją głową to może być problem. W związku trzeba prędzej czy później postarać się dogadać. Gdy różowa firanka kokardek, serduszek, ciasteczek i czekoladek opadnie niepostrzeżenie na brudną, suchą ziemię – zaczyna się orka nad związkiem albo…czas na płodozmian. Jeśli ktoś potrafi bezwarunkowo, nie w handlu wymiennym – tak po prostu – zarejestrować zmiany Twojego nastroju, uchwycić i załagodzić Twój niepokój, pomnożyć radość, ukoić smutek, czy gorycz porażki – jest to właściwie chodzący ideał. Zazdrość o Twoje sukcesy, wzmaganie niepokoju brakiem wytłumaczeń czy milczeniem, szantaż emocjonalny, wyśmiewanie, szydzenie – to zwykła manipulacja i trzymaj się od takich osób z daleka. Szkoda czasu na gierki, w życiu są o wiele fajniejsze i przyjemniejsze rzeczy do roboty. Rozważ ten punkt bardzo uczciwie wobec siebie, zanim powiesz „tak”.

11. Czy ma stały napęd?

Na początku na pewno. Każdemu na początku „się chce” – dbać, robić, działać, rozmawiać. A co dalej? Czy on zdaje sobie sprawę z tego, że nad relacją trzeba i warto pracować? Czy potrafi iść na kompromis, gdy jest to konieczne? Czy chce mu się poświęcać dla Ciebie czas, pieniądze, cokolwiek? Oczywiście – poświęcenie ma swoje granice i nie można rezygnować z siebie, ale są momenty gdy warto się nagiąć, gdy trzeba docisnąć, nawet gdy jest się zmęczonym, lub gdy trzeba odpuścić, kiedy walka dla zasady traci sens. Tylko czy po jakimś czasie nadal mu się chce…?

12. Czy macie zgodność w „sprawach łóżkowych”?

Rozmawialiście o tym…? Wydaje Ci się to nieistotne? To muszę Cię zmartwić. W znakomitej większości jest to bardzo istotne i warto obgadać potrzeby i oczekiwania na spokojnie, luzie, bez stresu czy ciśnienia, że ktoś coś musi albo jest cudakiem. Duże potrzeby są ok. Małe potrzeby są ok. Tu nie ma wyznacznika jak powinno być. Ma być tak, abyście obydwoje byli szczęśliwi – nie tylko jedno z Was. Nie oceniaj – wysłuchaj czego ktoś potrzebuje. Nie mów od razu „nie” – zobacz, sprawdź – kto wie czy Ci się nie spodoba? Jasno i wyraźnie mów o swoich potrzebach i granicach, ale pozostań otwarta na dyskusje. Nic nie robi takiej wyrwy w związku, nic tak nie niszczy od środka jak nieporozumienia w łóżku. Jeśli któraś ze stron nie może jasno mówić o sprawach intymnych, swoich oczekiwaniach, potrzebach – w konsekwencji zamyka się w sobie, odpuszcza „te tematy”. To jest jak pleśnienie od środka. Na zewnątrz nie widać, przecież „wszystko OK”. A po jakimś czasie nie ma już co zbierać, nie ma co naprawiać.

Jeśli na powyższe pytania odpowiedziałaś „nie” lub „nie wiem”…

Pora na przemyślenie tego i owego, spokojną rozmowę na neutralnym gruncie, na wywalenie osób trzecich z Waszej relacji, chyba że kredyt albo zachodzenie w ciążę załatwiacie w trzy osoby.

Jeśli odpowiedzi były wszędzie „tak”…

Gratuluję, jesteś szczęściarą! Pilnuj tego faceta, dbaj o niego tak jak on dba o Ciebie. Nie bądź królewienką, której wszystko się należy. Każda relacja wymaga pracy – z Twojej strony również. Każdy w gruncie rzeczy szuka tego samego, zmieniają się jedynie proporcje. I właśnie tych idealnych – tylko Waszych (a nie mamy czy koleżanki) proporcji warto szukać, uczyć się, wypracowywać. Na tym właśnie polega codzienność.

Kategorie: Inne
dziecku

Nie kupuj dziecku gówien w nagrodę.

Kiedy mogę dać dziecku kolorowy jogurcik? A paróweczkę?

Takie pytania dostaję codziennie. Odpowiadam zwykle zgodnie z prawdą „nigdy” albo „to zależy”. Ponieważ rynek produktów dla dzieci działa na mnie jak płachta na byka – rzuć okiem na kilka uwag ogólnych. O parówkach było już kiedyś (kliknij jak chcesz przeczytać), dziś o innych fast-foodach.

Zastanów się co kupujesz.

Dajesz dziecku żelki z witaminami? Ciastka z tłuszczem utwardzonym? Słabo, a raczej dramat. A może popularne jogurciki smakowe w kolorowych kubeczkach? A może wszechobecne musy owocowe? Może słodkie serki homogenizowane? Też nie najlepiej.

Jeśli totalnie nie patrzysz na skład, tylko jak leci – bierzesz z półki wszystko co z napisem „dla dzieci” – dobrze się zastanów, bo za kilka – kilkanaście lat, Twoje dziecko może przyjść do Ciebie z pytaniem 'dlaczego?’. Co mu wtedy odpowiesz?

Kiedy zaczyna się edukacja żywieniowa?

Jeśli myślisz, że w szkole czy w przedszkolu – grubo się mylisz. Edukacja zaczyna się w łonie matki. Jeśli jesteś w ciąży ale odżywiasz się raczej słabo – najwyższa pora aby coś zmienić. Dziecko zaczyna przyzwyczajać się do pewnych smaków już na etapie bezpiecznego oczekiwania w brzuchu Mamy. Wiesz co to jest programowanie żywieniowe? Pierwsze trzy lata w życiu dziecka to czas na przygotowanie organizmu i zbudowanie właściwych nawyków żywieniowych. W przedszkolu jest już za późno, a w szkole dochodzi presja grupy, z której ciężko wyjść nie mając racjonalnych argumentów w zanadrzu podczas przeciętnej pyskówki.

Ojej, ale dlaczego nie dawać żelków, kolorowych serków i jogurcików?

Przecież nabiał jest zdrowy! Nabiał być może tak, nabiał z rafinowanych cukrem lub syropem glukozowo-fruktozowym już niekoniecznie. Żelki to słodycze, a nie źródło witamin. Witaminy są np. w warzywach.

Ale przecież dziecko POTRZEBUJE cukru!

Serio? Ale ile dokładnie? Cukrów prostych czy złożonych? A ile dodanych? A ile czasu dziennie Twoje dziecko spędza na świeżym powietrzu? No właśnie. Cukrów dodanych może śmiało być ZERO. Tak. Cukrów prostych naturalnego pochodzenia – ułamek całości, bo stawiamy na węglowodany złożone. Dziecko potrzebuje węglowodanów złożonych, może spokojnie spożywać trochę cukrów prostych naturalnego pochodzenia, może spokojnie jeść naturalny cukier obecny w jogurcie czy świeżych owocach – byle z umiarem. Cukrów dodanych NIE potrzebuje.

No to ile mogę maksymalnie podać?

Przyjmij sobie, że w przeciętnym przypadku cukry dodane przewidziane są dla dzieci w maksymalnej ilości (to wartość baaardzo ogólna i uśredniona) około 3 łyżeczek dziennie (15 g). TRZECH. Paczka żelków to około 10 łyżeczek (50 gramów). Cukrów prostych naturalnych można zjeść trochę więcej – najlepiej w postaci świeżych owoców i warzyw, a nie soków czy musów.

Przecież musy to same owoce!

Zgoda. Ale musy to przetworzone owoce. Mus NIGDY nie zastąpi owocu. Nawet jeśli mają podobną zawartość cukru w porcji – owoc bogaty jest witaminy i składniki mineralne nie poddane obróbce. 

No to już najlepiej nic nie jeść!

Jeść ale z umiarem. Jeść ale nie budować idiotycznych nawyków. Kolorowy kubeczek słodkiej brei nie dostarczy wyłącznie cennych składników – dostarczy również cukru. Niepotrzebnie. Kolorowy mus pokazuje, że owoce czy warzywa nie są niezbędne – wystarczy słodka papka. A to nie jest prawdą.

Coś jeszcze?

Urozmaicenie jest dobre. Czasami wychodzenie poza schemat jest dobre. Sporadyczne ekscesy są dobre. Uśmiech i radość z jedzenia są dobre.

Codzienny nadmiar cukru i tłuszczów utwardzonych jest zły. Brak lub niewielka ilość warzyw – są złe. Słodkie papki zamiast naturalnych nieprzetworzonych produktów są złe. Żywność przetworzona jako codzienny standard jest zła. Nagradzanie i karanie jedzeniem JEST FATALNE. Nie wgrywaj fatalnego oprogramowania w głowę swojego dziecka – słono za to kiedyś zapłaci.

Jak żyć?

Raz na jakiś czas – ok. Czemu nie? Codziennie jako standard, nawyk, przyzwyczajenie, rytuał – NIE! Pokaż dziecku, że jogurt lub serek naturalny (!) można wzbogacić owocami ŚWIEŻYMI, orzechami, może łyżeczką miodu, sezamem, siemieniem lnianym itp. – w zależności od wieku.

I na litość boską NIE KUPUJ DZIECKU GÓWIEN W NAGRODĘ! Żelki w nagrodę? Ciastka z utwardzonym tłuszczem w nagrodę? Hamburger w nagrodę? Badziew wyglądający jak jogurt w nagrodę? W nagrodę dostaje się NAGRODY, a nie gówna. Jeśli chcesz wprowadzić element zaskoczenia – powiedz, że „dla odmiany”, „na spróbowanie”, „na trasie łatwiej jest zjeść to, ale to wyjątkowa sytuacja” itd.

Tak, zgadzam się, te fast-foody dziecięce czasem bardzo się przydają, ale niech „czasem” pozostanie „czasem”, a nie „codziennie”.

Buduj dobre nawyki od urodzenia.

Jeśli jesteś świadomym Rodzicem – pamiętaj, że edukacja żywieniowa zaczyna się od samego początku. Niemowlak nie potrzebuje docukrzanych herbatek, ciastek, musów i słodkich serków w kolorowych opakowaniach. Niemowlak potrzebuje mleka z piersi, przytulić się i w kimę. A następnie w ramach rozszerzania diety po 6 miesiącu – dobrego, prostego jedzenia bez cukru dodanego. Jeśli nauczysz dziecko jeść jogurt naturalny – będzie jadło jogurt naturalny. Jeśli nauczysz picia wody – będzie piło wodę. Jeśli sama jesz byle co i nauczysz picia i jedzenia gówien w ładnych opakowaniach – będzie piło i jadło gówna – bo tak to działa.

Nie daj robić z siebie idioty.

Nadmiar cukru jest niekorzystny na każdym etapie naszego życia. Zbywamy temat tekstami typu: przecież nic się nie dzieje, przecież jestem szczupła, przecież dziecko normalnie wygląda, nie można sobie wszystkiego odmawiać, przecież tak ładnie prosi. Nie nabieraj się na to, że reklamowali coś w telewizji, że przecież napisane 'dla dzieci’, że kolorowe opakowanie, że stoi na półce w aptece. To często jedynie MARKETING, bo musi nastąpić SPRZEDAŻ, nic więcej.

Buduj w dziecku siłę.

Jeśli robisz w mózgu dziecka bazę wiedzy na temat zdrowego odżywiania – będzie mu łatwiej oprzeć się presji grupy podczas urodzinek lub przerwy w szkole. Dajesz mu oręże do głupkowatych dyskusji, których wszędzie pełno.

Ale wiesz co? Nie martw się tym, że dookoła banda ignorantów, Twoje dziecko doskonale sobie poradzi. To Ty masz rację ładując spory wysiłek w wychowanie i kształtowanie prawidłowych wzorców dotyczących jedzenia. Czasem jest ciężko, wiem. Ale to Ty będziesz czuła radość i odetchniesz z ulgą za parę lat, gdy wiele Twoich koleżanek będzie załamywało ręce. I to właśnie Ty usłyszysz „dziękuję” zamiast „dlaczego”.

 

 

 

_________________________

Ps. Jeśli uwagi ogólne to dla Ciebie za mało – rzuć okiem na profil @doktorania na Facebooku i Instagramie – tam sporo szczegółowych informacji oraz zdjęcia produktów.

Kategorie: Dzieci, Wyróżnione

Zlituj się nad swoim dzieckiem.

Tak się składa, że z wykształcenia jestem również pedagogiem i skutkiem, a może przyczyną tego jest zainteresowanie tematami dzieciowymi. A z racji mojej obecności na wczorajszej konferencji 'Dziecko w rozwodzie”, gdzie przez większość czasu siedziałam w szoku, z niedowierzaniem kiwając głową, nasunęły mi się pewne wnioski. Przykłady, które przywołam pochodzą z autentycznych rozpraw sądowych, o których opowiadali Prelegenci.

Naturalnie można rozpocząć długą i burzliwą dyskusję… 

Zaczynając od tego dokąd zmierza świat, omówić wady i zalety postępu technologicznego, później płynnie przejść do dysfunkcyjnych relacji – w kontekście przeniesienia życia do świata wirtualnego. Można wrzucić szczyptę samotności w sieci i bez sieci, dodać narodową skłonność do cierpienia i poświęceń, zahaczyć o wszechobecną hipokryzję bo przecież jestem dobrym człowiekiem, chodzę do kościoła ale jak zupa za słona to wpierdol albo nie dam ci kasy na nowe spodnie. Następnie gładko wszedłby temat olbrzymiej wartości jaką jest małżeństwo, bo przecież zawsze warto walczyć – za wszelką cenę. Otóż nie zawsze i nie za wszelką cenę, bo moje życie nie podlega przetargom, ale o tym cicho sza, przecież to niemoralne dbać o własne sprawy, szczęście, pieniądze. I właściwie jesteśmy już blisko meritum, bo jeśli szczęście i pieniądze to przecież nic nie da Ci w życiu takiej radości i nie będzie Cię tyle kosztowało co dzieci. Jeśli nie masz dzieci to przecież „nie znasz życia” i nie wiesz co to studnia bez dna. Jeśli niedajboże dbasz przy okazji o siebie i/lub masz pieniądze – przegrałaś życie. Heh.

Ale wróćmy do dzieci.

Jestem gorącym zwolennikiem filozofii nie płakania nad rozlanym mlekiem – i w pracy i w życiu prywatnym ale też w odżywianiu. Oczywiście mogę zawsze kupować żywność eko, nieprzetworzoną itp., ale nadejdzie w końcu taki moment, że nie będzie innej opcji: kupię coś innego i już. Jestem gorącym przeciwnikiem bycia w małzeństwie za wszelką cenę. Jeśli obydwie (!) osoby uważają, że jest co ratować – ok. Ale w sytuacji, gdy pozostał tylko popiół, warto dać sądowi ten popiół posprzątać. 

Co tam w sądzie słychać?

Temat rzeka. W opinii Prelegentów – mnóstwo do zrobienia, do zmiany, do poprawy. Momentami tragedia. Brak tablic alimentacyjnych. Sąd ma dbać o dobro dzieci. Bo Rodzice nie są w stanie.

Włos mi się zjeżył na głowie, gdy usłyszałam o walkach (przed sądem!) o punkty na kartach lojalnościowych w sklepach. Jak to powiedziała właśnie jedna z Prelegentek – sąd jest od sprzątania popiołu. Nie od idiotycznych dyskusji jaki kolor bluzek ma nosić dziecko (autentyk). Historie jakie usłyszałam nie mieszczą mi się w głowie, bo nie potrafię zrozumieć jak można być takim potworem dla swojej ukochanej pociechy. Oddzielnym tematem są sprawy finansowe – chyba na osobny wpis bo to co się dzieje również nie mieści się w głowie. Smutne i prawdziwe. 

Dziecko w rozwodzie.

Najtrudniejsze tematy to te związane z ochroną dzieci. Nie rozumiem rodziców, którzy mają w dupie dobro swoich dzieci, wciągając je w zagrywki między sobą. Rozumiem, że rozstanie jest bardzo trudne i bolesne, że niektórzy czują potrzebę odwetu, pokazania, udowodnienia czegoś komuś – ja to wszystko doskonale rozumiem. Wiem, że to jest bardzo ciężki okres dla wszystkich, że potrzeba czasu, pomocy specjalistycznej bardzo często, że samemu trudno to nie raz udźwignąć. Ale dlaczego, do kurwy nędzy, wciągasz w to swoje dziecko? Udowadniaj, walcz, rób co Ci serce podpowiada – to Twoje życie. Ale nie krzywdź dziecka!

Ludzie ludziom zgotowali ten los.

Serio. Zaskakujące i szokujące są dla mnie matki i ojcowie, którzy tak wiele uwagi, dbałości i poświęcenia ofiarowali swoim dzieciom, a następnie bez żalu jadą walcem po psychice swojego ukochanego maleństwa – zabraniając czy utrudniając kontakty z matką/ojcem, która/y dotychczas zachowywał/a się wobec dziecka bez zarzutu. A robią to dla zasady. Żeby mu/jej pokazać. Ale co pokazać? I nie mam na myśli teraz, podkreślam to jeszcze raz, rodzin, gdzie ojcowie czy matki mieli w dupie dzieci i nagle się obudzili i też – dla zasady – walczą.

Człowieku, opanuj się! DLA JAKIEJ ZASADY TY TO ROBISZ?

Dlaczego robisz to swojemu dziecku? Ono ma tak wiele stresu, cierpienia – czemu dokładasz mu swoje brudy? Czemu smarujesz to biedne dziecko swoim gównem? Ono później chodzi – do przedszkola, do szkoły – umazane, oblepione.

Tak. Właśnie tak to sobie teraz wyobraź, bo tak to wygląda: dziecko chodzi oblepione gównem Twoich kłamliwych historii, Twojego napuszczania, robienia zdjęć dowodowych, wypytywania, nastawiania, angażowania w dowolny sposób. To bardzo ciężkie brzemię, czy naprawdę chcesz aby je nosiło?

Weź się w garść.

Załatw te bardzo trudne, wyczerpujące sprawy w czterech ścianach BEZ obecności dzieci. Musisz wzbić się na wyżyny swojej inteligencji, również tej emocjonalnej i wszelkie spory, pokazywanie kto, co i dlaczego, śledzenie i inne genialne pomysły – załatwić w cztery oczy. Nie w sześć, nie w osiem.  W cztery.

Poszukaj pomocy specjalisty – warto! Nie wszyscy są dodatkowo płatni. Rozmawiaj ze swoim dzieckiem o wszystkim SZCZERZE. Tłumacz trudne zagadnienia, w przeciwnym razie dziecko sobie dopowie – niekoniecznie prawdę. Nie pozwalaj, by dziecko było Twoim opiekunem, pocieszycielem.

A tak serio…

Czasem warto po prostu odpuścić. Zemsta niewiele daje. Zranienie jest straszne, to prawda. Otwarta rana goi się powoli, na pewno. Ale wszelkie dziwne i wykańczające akcje niewiele tak naprawdę zmieniają. Pogodzenie się z pewnymi sprawami, spokój wewnętrzny i pozytywne nastawienie są bardzo korzystne dla nas pod kątem zdrowotnym. A jeśli chodzi o dzieci… Pamiętaj proszę, że dziura którą robisz swojemu dziecku w mózgu, zachowując się jak idiotka/ta, ograniczając kontakty bez wyraźnej przyczyny, walcząc w obecności dziecka, wciągając je we wszystko, budując fałszywy obraz i zabierając poczucie równowagi, bezpieczeństwa – pozostanie w tej małej główce na zawsze. I nie zmienią tego tony drogich zabawek, zagraniczne wyjazdy czy odwracanie uwagi słodyczami i wizytami w makdonaldzie.

Tylko TY możesz to zmienić. Twoje dziecko na to zasługuje, bo ono nie jest winne temu, że Wam nie wyszło.

Zagryź zęby i nie pytaj, nie mów, nie kłam, nie podpowiadaj, nie szantażuj. Spróbuj coś zmienić – nawet drobiazg, jeśli jest Ci teraz bardzo trudno. Zrób to. Niech to będzie dobry weekend, pierwszy z wielu następnych. Wiem, że potrafisz.

 

Kategorie: Dzieci, Inne
azotany dziecko

Dlaczego robicie to naszym DZIECIOM?

IARC ogłosiło temat rakotwórczości mięsa przetworzonego, może skłoni to kogoś do przemyślenia tematu spożywania mięsa kilka razy dziennie. Ja już jakiś czas temu ograniczyłam spożycie wędlin, a jeśli już – szukam produktów o wysokiej zawartości mięsa i bez zawartości azotynów.

Nie da się ich uniknąć zupełnie, to oczywiste. Ale ograniczając spożycie mięsa oraz świadomie wybierając produkty, można próbować zmniejszyć podaż. O tym dlaczego warto unikać tych substancji pisałam tu.

Dziś w nocy naszło mnie na przeglądanie stron rządowych, a konkretnie Rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie dozwolonych substancji dodatkowych, a zwłaszcza załącznika dotyczącego warunków stosowania w żywności dla niemowląt i małych dzieci.

Wnioski.

Jeśli mam aktualną wersję, to na liście dozwolonych substancji NIE MA azotynów (o działaniu rakotwórczym). Czyli produkty dla niemowląt i małych dzieci NIE MAJĄ PRAWA ich zawierać.
 
Ale już parówy i szyneczki dla starszych dzieci – luzik. Producenci ochoczo ładują w mięso konserwant i bez mrugnięcia okiem opakowują to w kolorowe kwiatuszki, serduszka, świnki, ludziki i Bóg wie co jeszcze.

Problem polega na tym, że…

Piszą do mnie Mamy niemowląt i małych dzieci, pytając które parówki mogą dać dziecku. Odpowiadam im zwykle: ŻADNE.

Rodzice nie zdają sobie sprawy, że żywność zawierająca dodatek azotynu nie jest odpowiednia dla dzieci, ani dla nich samych. Wystarczy nam już tych substancji dookoła, serio.

Droga Kancelario, Panie Ministrze i wszyscy, którzy możecie coś zrobić.

Dlaczego ktoś dopuszcza do obrotu produkt z założenia dla dzieci, w którym jest zaledwie 54% mięsa, a reszta to długa historia o niczym, z dodatkiem rakotwórczego konserwantu? Przecież nazwa „Bobaski” sugeruje, że produkt mogą spożywać małe dzieci, ale czy na pewno…?

parówki parówki

Na cholerę tu te uśmiechnięte dzieci i słoneczko? Bo mnie, szczerze mówiąc jest totalnie nie do śmiechu widząc takie rarytasy w sklepie.

Dlaczego na opakowaniach z żywnością zawierającą dodatek azotynu sodu typu szynka czy parówki nie ma informacji dotyczących ich szkodliwości, tak jak jest na innych produktach zawierających szkodliwe substancje?

Tak, wiem, że są normy.

Tak, wiem, że źródłem azotanów(V) i azotanów(III) (azotynów) w codziennej diecie człowieka są jeszcze warzywa i woda pitna.

Tak, wiem, że mięso bez konserwantu też może być szkodliwe, a zepsute to już dno.

Tak, wiem, że azotany i azotyny są wszędzie i nie da się znakować wszystkiego.

ALE WĘDLINY ZAWIERAJĄCE DODANE AZOTYNY W ILOŚCIACH KONSERWUJĄCYCH SIĘ DA, ZWŁASZCZA TE DLA DZIECI, PRAWDA?

Wszystko się da, tylko trzeba chcieć. Ale ktoś tu ewidentnie nie chce. A szkoda.

Czy kaszki dla dzieci są zdrowe?

Czy produkt leżący na półce ze zdrową żywnością’ jest bardziej wartościowy? Jak widzę na opakowaniu uśmiechnięte dzieciaki i wielkie kolorowe owoce to zwykle zapala mi się czerwona lampka, tak było i tym razem.

Dziś o kaszce mleczno-kukurydzianej Celiko. Nie mam nic do firmy Celiko- przeciwnie, uważam, że mają fajne pomysły ale tym razem jak dla mnie kulą w płot.

Zacznę od końca, tzn. od zawartości cukru: 56g na 100g produktu (czyli w porcji ponad 5.5 łyżeczki). Jak ktoś dużo biega- czemu nie. Jak ktoś siedzi- trochę dużo. Moim zdaniem? Jest to dla każdego dziecka spora dawka cukru w dużej mierze pochodzenia 'sztucznego’.

W tym momencie powinno nastąpić 'dziękuję, do widzenia’ ale zobaczcie co jeszcze ciekawego producent przeznaczył dla kolorowych uśmiechniętych dzieci prócz cukru i syropu glukozowego.

Trzon produktu stanowi kaszka kukurydziana (50%) + mleko w proszku (16%). Do kompletu cześciowo utwardzony tłuszcz palmowy. Słowo 'utwardzony’ powinno budzić u Was jawny sprzeciw. To nie jest dobra grupa tłuszczów dla dorosłych (choroby krążenia, otyłość), tym bardziej dla dzieci. 'Palmowego’ też nie lubię- nie jest aż tak wartościowy, żebym padała na kolana plus otoczka ekologiczna.

Truskawki są w ilości 2.5% na całość, naturalnie w proszku. Niestety główny składnik tego proszku to maltodekstryna, mająca tyle wspólnego z truskawkami co kwiatek z kożuchem.

Do tego w składzie jakieś witaminy (zalewane wodą 75’C, heh) oraz 'minerały’ (na studiach mówili, że 'minerały to są w ziemi’), regulator kwasowości, przeciwzbrylacz, aromat, sól.

Jakaś alternatywa? Pewnie! Kaszka kukurydziana zwykła bez dodatków (owsiana, jaglana itp.) z jogurtem (kefirem, maślanką) z truskawkami lub innymi świeżymi lub suszonymi (byle umytymi!) owocami (dla starszych dzieci: pestkami, nasionami plus ewentualnie lokalnym miodem naturalnym).

Prościej, taniej ale przede wszystkim zdrowiej.

Dlaczego cukier wpływa na płodność?

Statystycznie większość z Was wie, że nadmiar cukru może być przyczyną wielu chorób. Kojarzymy cukrzycę, otyłość oraz związane z tym choroby układu krążenia. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że regularne spożywanie cukru w większych ilościach (przy niskiej aktywności fizycznej) może skutkować nie tylko zwiększeniem masy ciała (co ma negatywny wpływ na płodność) ale też ZABURZENIAMI HORMONALNYMI występującymi również u osób NIE MAJĄCYCH nadwagi. Dlaczego tak się dzieje?

Węglowodany oddziałują na stężenie glukozy i insuliny we krwi. Gdy ich podaż (zwłaszcza produktów o wysokim IG- indeksie glikemicznym, czyli szybko podnoszących poziom glukozy) jest stale zbyt wysoka, może prowadzić to do zakłócenia równowagi związanej z regulacją poziomu glukozy we krwi, za którą odpowiada INSULINA. Po spożyciu produktu bogatego w cukier (np. słodyczy), poziom glukozy gwałtownie podnosi się, następnie wyrzut insuliny pojawia się w celu wyrównania. Przy systematycznej podaży większych dawek cukru insulina utrzymuje się na wysokim poziomie- stan ten nazywamy hiperinsulinemią, czego konsekwencją może być insulinooporność. Oznacza to, że tkanki przestają prawidłowo reagować na ten hormon, co (łącznie z hiperinsulinemią) zaburza równowagę hormonalną (insulina związana jest również z innymi procesami w organizmie). Insulinooporności sprzyja występowanie nadmiaru tkanki tłuszczowej, której odkładanie wzmaga sama insulina. W prostych słowach: organizm lubi równowagę i spokój bo wszystko ma elegancko poukładane- hormony krążą we krwi przekazując różne informacje, wszyscy ładnie pracują jak przysłowiowy facet z taczką. Jeśli w każdym posiłku dostarczasz cukry proste (patrząc na składy produktów nie jest to wcale takie trudne) i to w nadmiarze- następuje zaburzenie równowagi, za dużo glukozy, insuliny, sprzeczne komunikaty, nawet chaos. Generalnie jest 'taki zapieprz, że nie ma kiedy taczki załadować’. Co to oznacza?

Gdy jesteśmy głodni, spożywamy posiłek ale zamiast sytości nadal mamy apetyt, więc jemy więcej. Dzieje się tak również dlatego, że otyłość wiąże się z zaburzeniami poziomu leptyny- substancji odpowiedzialnej za uczucie sytości. Dodatkowo nieprawidłowy poziom leptyny oddziałuje poprzez receptory na komórki ziarniste i hamuje syntezę hormonów steroidowych. Zmiany te wpływają na funkcjonowanie jajników i jakość oocytów, co powoduje zaburzenia menstruacji i może mieć negatywny wpływ na płodność.  Wg badaczy leptyna może pełnić rolę łącznika między odżywianiem a reprodukcją- zgromadzone dane wskazują na udział leptyny w regulacji procesów związanych z dojrzewaniem seksualnym oraz rozrodem.

Niestety to nie wszystko, otyłość oznacza też zwiększoną produkcję estrogenów, których liczba koreluje z wydzielaniem hormonu luteinizującego (LH) oraz zwiększonym stosunkiem LH/FSH (FSH – hormon folikulotropowy), co niekorzystnie wpływa na wzrost pęcherzyków jajnikowych. Zawartość tkanki tłuszczowej determinuje również morfologię i grubość endometrium, jakość oocytu i embrionu. Nie dziwi więc fakt, że kobiety z nadmierną masą ciała mają TRZYKROTNIE WIĘKSZE RYZYKO wystąpienia zaburzeń płodności.

O czym warto jeszcze pamiętać? O tym, że oprócz spożywania nadmiaru 'zwykłego’ cukru (sacharozy), niekorzystna jest też podaż FRUKTOZY (dodawanej do niektórych napojów, lodów itp.), która nie powoduje skoków insuliny, ale jest dużo łatwiej przekształcana w tkankę tłuszczową. Więcej o fruktozie znajdziecie tu. Zamiast żywności przetworzonej i produktów o wysokiej zawartości cukru lub (co gorsze) syropów cukrowych, jadłospis warto wzbogacać o węglowodany złożone (pełnoziarniste pieczywo, kasze), produkty o niższym IG, dzięki którym nie narażamy się na gwałtowne skoki glukozy (a w konsekwencji insuliny). Rezygnując z nadmiaru słodyczy (np. 1 – 2 kostki czekolady zamiast połowy tabliczki) warto również ograniczać spożycie owoców do jednej porcji dziennie.

Nie myślcie sobie, że uwagi te dotyczą wyłącznie kobiet! U otyłych MĘŻCZYZN ryzyko zaburzeń erekcji jest trzykrotnie większe w niż u mężczyzn z prawidłową masą ciała. Im wyższa masa ciała tym niższe jest również stężenie testosteronu (uczestniczącego w procesie powstawania i dojrzewania plemników).

Jaki z tego wniosek? Stabilizacja poziomu cukru we krwi oraz skuteczna walka z otyłością może być jednym z elementów dbania o siebie oraz leczenia niepłodności i to bardzo ważnym, ponieważ ma dobrze udokumentowane pozytywne efekty. ALE bezmyślne odchudzanie pod postacią eliminacji tłuszczu z diety może mieć negatywny wpływ bo zarówno nadmiar, jak i niedobór masy ciała wynikające ze sposobu żywienia mogą negatywnie wpływać na płodność.  Myślę, że warto spróbować i zacząć od obserwowania siebie – kiedy i dlaczego spożywamy produkty słodzone. Jeśli potrzebujesz wsparcia w tym temacie – więcej informacji jak ograniczyć cukry proste i cukier dodany oraz sporo prostych wskazówek jak zadbać o siebie i o rodzinę znajdziesz na mojej platformie edukacyjnej (klik). Jeśli chcesz w 2 tygodnie zacząć kontrolować to co kupujesz oraz ilość cukru, którą spożywasz w tym prostym szkoleniu (klik) nauczę Cię kilku prostych trików – wystarczy 10 minut dziennie (to szkolenie jest też na mojej platformie w pakiecie premium).

mleko modyfikowane

Mleko modyfikowane – jakie wybrać?

Absolutnym aksjomatem w tym temacie jest ogromna przewaga karmienia piersią. Mleko kobiece może zawierać nawet kilka tysięcy składników, których ilość i proporcje zmieniają się z dnia na dzień, w zależności od indywidualnych potrzeb dziecka. Wybór jakie mleko modyfikowane będziemy podawać dziecku jest niezwykle trudny – warto wiedzieć czego szukamy, a czego należy unikać.

Co to jest mleko modyfikowane (MM)?

Mleko krowie bardzo różni się od ludzkiego, dlatego konieczne są modyfikacje, m.in.: obniżenie ilości białka, zmiana składu białka (zawartość lekkostrawnej serwatki), zwiększenie ilości tłuszczów nienasyconych (mleko krowie zawiera zbyt dużo szkodliwych tłuszczów nasyconych), zwiększenie zawartości laktozy, zmniejszenie zawartości jonów obciążających nerki. Na podstawie wieloletnich badań nad mlekiem kobiecym, producenci mlek modyfikowanych (MM) prześcigają się w oferowaniu preparatów jak najbardziej zbliżonych do wzorca (mleka kobiecego), niestety od ideału dzieli ich przepaść, o czym warto pamietać.

Czym różni się mleko kobiece od krowiego?

Przede wszystkim: składem tłuszczu, mniejszą zawartością białka oraz jego innym składem, mniejszą zawartością fosforu, większą zawartością oligosacharydów i większą ich różnorodnością oraz obecnością licznych mediatorów odpowiedzi immunologicznej.

Co to są LCPUFA?

 

Cały wpis jest częścią lekcji o mleku modyfikowanym, którą znajdziesz w kursie Programowanie Żywieniowe Dzieci. Nabór na szkolenie jest dwa razy w roku, wtedy cena kursu niższa jest nawet o 50% (pierwszy dzień zapisów).