Zanim powiesz "tak"

Zanim powiesz „tak”.

Ciąża? Wspólny kredyt? Wspólne mieszkanie? Małżeństwo? A może bierzecie zwierzaka ze schroniska? Zanim powiesz „tak”, dobrze się zastanów – odpowiedz sobie na 12 prostych pytań. Metodę „jakoś to będzie” można stosować podczas wyboru ciastek, a nie męża czy podejmowania decyzji o macierzyństwie. Później faktycznie jest „jakoś”. A nie wiem czy wiesz, ale „jakoś” nie jest wcale synonimem słowa „dobrze”.

1. Czy jest dobrym człowiekiem?

W stosunku do istot żyjących typu zwierzęta, dorośli, dzieci. To się da zaobserwować w przypadkowych sytuacjach, da się też wyczuć. Masz intuicję – dość niedoceniany zmysł – warto nauczyć się z niego korzystać. Obserwuj, słuchaj, wyciągaj wnioski. Byłoby wspaniale, gdyby słowa „okrutny”, „wredny”, „zimny” nie pojawiały się w jakimkolwiek kontekście dotyczącym Twojego wybranka.

2. Czy jest pomocny?

Obserwujesz to w codziennych sytuacjach. Interesuje się czy ma wylane? Nie jest wszechwiedzący, nie umie czytać w myślach ale nawet jeśli nie wie co zrobić – zapyta, sprawdzi, dowie się, zainteresuje. A wszystko po to aby ułatwić życie bliskim. Twoje też. Czyż to nie wspaniałe?

3. Czy potrafi dbać?

O innych ale też o siebie. Dokładnie w tej kolejności. Zwróć uwagę czy na spacerze proponuje Ci marynarkę lub ciepłą herbatę. Czy dba o swoich Rodziców, bliskich. Czy dba o swoje zdrowie prowadząc przynajmniej umiarkowanie zdrowy styl życia? Wszystko ma znaczenie.

4. Czy jest opiekuńczy ale NIE ZABORCZY?

Musisz umieć to odróżnić. Jeśli tworzy wokół Ciebie zasłonę ochronną ale nie jest to kotara warząca 20 ton – jest ok. Jeśli facet nie izoluje Cię od świata, nie jest zazdrosny o znajomych, koleżanki, samotne wyjścia i wyjazdy, a jedynie troszczy się o Twoje bezpieczeństwo – doskonale. Niestety granica między „martwię się”, a emocjonalnym kiblem w stylu „chyba mnie nie kochasz” jest czasem bardzo cienka i dobrze jest od początku bardzo jasno i wyraźnie ją wyznaczyć, zanim powiesz „tak”.

5. Czy ma poczucie własnej wartości ale NIE JEST BUFONEM?

To cudownie gdy mężczyzna nie ma kompleksów i pozwala Ci na normalne życie towarzyskie bo wie, że go kochasz i nie w głowie Ci inni. To smutne, gdy facet jest zakompleksiony i mocno trzyma Cię przy sobie z obawy, że uciekniesz, lub poniża Cię przy znajomych, żeby podbić swoją wartość. Męczące jest również bycie z kimś kto ma bez przerwy rację. Wiadomo, że każdy z nas popełnia błędy i trzeba umieć się do tego przyznać, wyciągnąć rękę na zgodę. Jeśli on uważa, że nigdy się nie myli – dobrze się zastanów zanim powiesz „tak” takiemu Królowi Życia Dla Ubogich. Umysłowo.

6. Czy ma takie samo zdanie w sprawie dzieci czy zwierząt jak Ty?

Nie chcesz mieć dzieci ani zwierząt? W porządku. Marzysz o dzieciach? Też w porządku. A co gdy Ty tak, a on niestety nie? Warto ustalić to zanim będzie za późno. Nie łap faceta na dziecko – z tego nie wynika prawie nigdy nic dobrego, zwłaszcza dla dzieci. Ale jeśli on ogląda się za dziećmi znajomych ze specyficznym „ciepłem w oczach”, jest troskliwy dla zwierząt itd. – to może być wskazówka dla Ciebie, że też chciałby założyć rodzinę. Ważna rzecz. Weź też pod uwagę, że u niektórych uczucia tacierzyńskie pojawiają się po porodzie, a nawet dopiero po kilku miesiącach od porodu. Nie ma w tym nic złego ani niewłaściwego. Tak samo nie ma nic złego w tym, że czasem kobieta też nie potrafi od razu oswoić się z tym, że została matką. Nie ma właściwego momentu na wytworzenie więzi. Potrzeba czasu, zatem daj sobie i jemu ten czas pod warunkim, że istnieje jakaś spójność przekonań. Nigdy nie pozwól innym ludziom aby mieli wpływ na tak ważne decyzje w Twoim życiu jak „czy już wypada”, „czy już nie wypada” mieć dzieci. To jest Wasza decyzja. TYLKO Wasza i wszystko musi być wspólnie uzgodnione zanim powiesz „tak”.

7. Czy dba o drobiazgi? Albo przynajmniej o Duże Sprawy?

Są mężczyźni, którzy widzą i ogarniają ogół, nie widząc detali. Takiego można prędzej czy później nauczyć, co jest dla Ciebie ważne, co poprawia Ci humor: sms, róża czy lody czekoladowe. Są też tacy, co nie ogarniają ogółu ale skupiają się na drobiazgach. Nie zorganizują Ci wakacji ale doskonale wiedzą co lubisz gdy masz gorszy nastrój, nie mają głowy do terminowego płacenia rachunków ale przyniosą Ci zdrowe śniadanie do łóżka. Nie, nie hamburgera. Jeśli on nie jest wobec Ciebie jak ten z „detalistów” ani jak ten z „dbam o duże sprawy”, to gdzie jest…? No właśnie. Nigdzie.

8. Czy zostawisz z nim to, co najcenniejsze?

Gdy wyobrażasz sobie sytuację, że zostawiasz z nim dziecko, psa, kota – sam na sam – masz w głowie może lekki niepokój. Maksymalnie lekki. To najprostszy test, jeśli właśnie zastanawiasz się, czy mogłabyś mieć z nim dziecko. Jeśli wiesz, że on sobie poradzi, może będzie mu trudno na początku ale na pewno nie stanie się krzywda – to jest właśnie ta właściwa osoba. Dlaczego? W życiu bywa różnie. Zdarzają się choroby, niespodziewane sytuacje, ludzie są razem dłużej, krócej. Ale to, co trzeba ogarnąć w najlepszy z możliwych sposobów to wspólne dzieci, zwierzęta. Jeśli macie psa – nie martwisz się co z nim będzie jeśli z nim zostanie. Jeśli rozstaniecie się i staniecie w obliczu opieki naprzemiennej nad dziećmi – nie będziesz drżała ‚co teraz?’. Jeśli dzieci są dla Ciebie największym i najważniejszym skarbem na świecie, to niesamowity luksus nie martwić się O NIC, zostawiając je z właściwą osobą.

9. Czy jest zaradny?

I wcale nie chodzi tu o zaradność finansową, raczej o życiową. On nie czeka aż śmieci „się wyrzucą”, a chleb „się kupi”. Sam oczywiście się kupi. Przytomny i ogarnięty facet wie, że sprawy na świecie nie dzieją się same – trzeba o nie zadbać, czasem zapracować czy zawalczyć. Oczywiście możesz być w grupie kobiet, które potrzebują popychadła i dobrze czują się w towarzystwie takiego przysłowiowego pizdusia-plastusia. Nie ma w tym nic złego. Ale jeśli stronisz raczej od kategorii „mam dwie lewe ręce” – przyda Ci się facet, który po prostu radzi sobie w życiu i albo Ci pomoże albo Cię tego nauczy, a najlepiej jedno i drugie. To bardzo przyjemne uczucie być z kimś, kto martwi się za Ciebie o pewne sprawy. W takiej sytuacji Ty możesz zająć się ważniejszymi sprawami, np. dbaniem o tego kogoś. 

10. Czy myśli o Twoim samopoczuciu?

Specjalnie napisałam to oddzielnie, bo jeśli ktoś martwi się o wszystko poza Twoją głową to może być problem. W związku trzeba prędzej czy później postarać się dogadać. Gdy różowa firanka kokardek, serduszek, ciasteczek i czekoladek opadnie niepostrzeżenie na brudną, suchą ziemię – zaczyna się orka nad związkiem albo…czas na płodozmian. Jeśli ktoś potrafi bezwarunkowo, nie w handlu wymiennym – tak po prostu – zarejestrować zmiany Twojego nastroju, uchwycić i załagodzić Twój niepokój, pomnożyć radość, ukoić smutek, czy gorycz porażki – jest to właściwie chodzący ideał. Zazdrość o Twoje sukcesy, wzmaganie niepokoju brakiem wytłumaczeń czy milczeniem, szantaż emocjonalny, wyśmiewanie, szydzenie – to zwykła manipulacja i trzymaj się od takich osób z daleka. Szkoda czasu na gierki, w życiu są o wiele fajniejsze i przyjemniejsze rzeczy do roboty. Rozważ ten punkt bardzo uczciwie wobec siebie, zanim powiesz „tak”.

11. Czy ma stały napęd?

Na początku na pewno. Każdemu na początku „się chce” – dbać, robić, działać, rozmawiać. A co dalej? Czy on zdaje sobie sprawę z tego, że nad relacją trzeba i warto pracować? Czy potrafi iść na kompromis, gdy jest to konieczne? Czy chce mu się poświęcać dla Ciebie czas, pieniądze, cokolwiek? Oczywiście – poświęcenie ma swoje granice i nie można rezygnować z siebie, ale są momenty gdy warto się nagiąć, gdy trzeba docisnąć, nawet gdy jest się zmęczonym, lub gdy trzeba odpuścić, kiedy walka dla zasady traci sens. Tylko czy po jakimś czasie nadal mu się chce…?

12. Czy macie zgodność w „sprawach łóżkowych”?

Rozmawialiście o tym…? Wydaje Ci się to nieistotne? To muszę Cię zmartwić. W znakomitej większości jest to bardzo istotne i warto obgadać potrzeby i oczekiwania na spokojnie, luzie, bez stresu czy ciśnienia, że ktoś coś musi albo jest cudakiem. Duże potrzeby są ok. Małe potrzeby są ok. Tu nie ma wyznacznika jak powinno być. Ma być tak, abyście obydwoje byli szczęśliwi – nie tylko jedno z Was. Nie oceniaj – wysłuchaj czego ktoś potrzebuje. Nie mów od razu „nie” – zobacz, sprawdź – kto wie czy Ci się nie spodoba? Jasno i wyraźnie mów o swoich potrzebach i granicach, ale pozostań otwarta na dyskusje. Nic nie robi takiej wyrwy w związku, nic tak nie niszczy od środka jak nieporozumienia w łóżku. Jeśli któraś ze stron nie może jasno mówić o sprawach intymnych, swoich oczekiwaniach, potrzebach – w konsekwencji zamyka się w sobie, odpuszcza „te tematy”. To jest jak pleśnienie od środka. Na zewnątrz nie widać, przecież „wszystko OK”. A po jakimś czasie nie ma już co zbierać, nie ma co naprawiać.

Jeśli na powyższe pytania odpowiedziałaś „nie” lub „nie wiem”…

Pora na przemyślenie tego i owego, spokojną rozmowę na neutralnym gruncie, na wywalenie osób trzecich z Waszej relacji, chyba że kredyt albo zachodzenie w ciążę załatwiacie w trzy osoby.

Jeśli odpowiedzi były wszędzie „tak”…

Gratuluję, jesteś szczęściarą! Pilnuj tego faceta, dbaj o niego tak jak on dba o Ciebie. Nie bądź królewienką, której wszystko się należy. Każda relacja wymaga pracy – z Twojej strony również. Każdy w gruncie rzeczy szuka tego samego, zmieniają się jedynie proporcje. I właśnie tych idealnych – tylko Waszych (a nie mamy czy koleżanki) proporcji warto szukać, uczyć się, wypracowywać. Na tym właśnie polega codzienność.

Kategorie: Inne
Wielkanoc

Twoja Wielkanoc.

Niebawem kolejne Święta. Wielkanoc. Dla niektórych po prostu dzień wolny, dla innych Bardzo Ważny Czas. A ja zwracam Ci uwagę tylko na jedną – ciągle tę samą – rzecz: szacunek.

Czarny piątek.

To co się działo pod moimi zdjęciami w #czarnypiątek na instagramie jest dla mnie niezrozumiałe. Jak to możliwe, że osoba wierząca, praktykująca, broniąca życia może życzyć drugiej osobie śmierci, gwałtu czy urodzenia chorego dziecka. Tak samo nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy chodzą do kościoła, głośno śpiewają, wygłaszają poglądy, deklarują, że wierzą, a w domu nie szanują i niszczą własne dzieci, traktują żonę jak człowieka niższej kategorii itd. Gdzie jest granica hipokryzji?

Ten typ tak ma.

Jasne – stresy w życiu, pracy, 'taki charakter’. Ale tego nie trzeba, nie wolno przynosić do domu, trzeba pracować nad sobą. Po to człowiek jest dorosły, żeby uczył się siebie, nauczył się budować sobie system oddzielający. Spacer z pracy, siłownia, bieganie przed obiadem, książka w autobusie, techniki medytacyjne, wizyta u specjalisty – cokolwiek.

Chrześcijaństwo.

To w gruncie rzeczy piękna religia ucząca SZACUNKU do drugiego człowieka, miłosierdzia, miłości. Nie muszę być wierząca, żeby całe życie Jezusa postrzegać jako jedną wielką lekcję szacunku. Nie muszę chodzić do kościoła, żeby obserwować nowego Papieża, ktory pokazuje kolejne, bardzo współczesne wymiary tej religii, za co bardzo lubię i podziwiam tego człowieka.

A gdzie jest Twój szacunek do drugiej osoby? 

Na tacy na mszy? W umytych oknach? Gdzie jest Twoja cierpliwość do dziecka, które jest niewinne, ma prawo nie wiedzieć? Gdzie Twoja miłość do osoby, która nie chce Cię skrzywdzić ale popełniła błąd? 

Idą Święta. Znowu.

Znowu Wielkanoc. Czasem pracę można rozłożyć w czasie, zapytaj doświadczonej gospodyni – podpowie. Ale jeśli się nie udało – odpuść troszkę. Tylko troszkę. Po latach nie będziesz pamiętała ile umyłaś okien. Czy dywan był uprany, czy lśniło 11/10 czy tylko 6/10. Czysty, zadbany dom jest ważny, fajny – tak. Ale przykręcanie śruby gdy nie ma takiej potrzeby lub możliwości jest złe. Nie będziesz pamiętała czy było 36 potraw czy 17. 

Co zapamięta Twoje dziecko? Partner? Partnerka?

Raczej zapach ciasta na Wielkanoc, krzątaninę, harmider czy wojnę, stres i krzyki? Czytanie książeczki, radość z dni wolnych, spacer, wspólne spędzanie czasu, refleksje czy nieprzyjemną atmosferę, warczenie 'idź stąd, nie przeszkadzaj mi’?

Przyjeżdża Rodzina.

Trzeba się pokazać, Wielkanoc – wiadomo. Ale czy serio trzeba? Może niech każdy przyniesie po jednej potrawie? To już coś!

„Uznają mnie za leniwą, nieroba, dwie lewe ręce.”

No i…? Ale będziesz wypoczęta, uśmiechnięta. Będzie magiczny czas na przemyślenia, rozmowy, czas dla Partnera, Przyjaciółki, Dziecka, Zwierzaka. Nie bądź niewolnicą cudzych poglądów. Tych oceniających Cię ludzi nie będzie przy Tobie, gdy będziesz zdychała przed wtorkiem w robocie, gdy Twoje dziecko będzie smutne bo je olałaś z braku czasu. Będziesz sama ze swoim zmęczeniem, żalem, straconym czasem.

Miej w życiu właściwe, Twoje własne priorytety.

Właściwe priorytety to nie są przedmioty. To ludzie. Szacunek i czas dla bliskich. Miłość, wybaczenie, akceptacja.

Odpuść, zrób mniej, nie rób wcale. Czasem warto.

Kategorie: Inne, Temat miesiąca
probiotyki

Probiotyki.

To będzie krótka piłka. W temacie probiotyków mam do powiedzenia tylko jedno. Nie wiem czy wiesz, ale w aptece dostępne są probiotyki w postaci LEKÓW

Lek czy suplement?

Lek od suplementu różni się tym, że w składzie kapsułki jest dokładnie to, co zadeklarował producent. 

Lek od suplementu różni się tym, że aby pojawił się na rynku, producent musi przedstawić odpowiednią dokumentację, a nie szeroki uśmiech.

Lek od suplementu różni się tym, że leczy. Suplement diety – jak sama nazwa wskazuje – jest dodatkiem do diety. 

Suplement?

Sprzedając złoty chleb w piekarni nie muszę twardo udowadniać zawartości złota oraz tego, że to złoto faktycznie leczy. Idę do urzędu, mówię 'Panie, mam złoty chleb, super jest, bierz Pan!’, a Urzędnik mi odpowiada na to 'Super, biere!’. I to w sumie tyle.

Jeśli probiotyk, który kupujesz jest suplementem ale jest przebadany i masz na to dowody – fajnie. Bo niektóre suplementy są przecież ok. Jeśli nie – radzę wybierać LEKI

Tak przy okazji… Najpopularniejsze probiotyki w postaci leku przechowuje się w lodówce. A pisząc „w lodówce” mam na myśli temperaturę 2-8’C non-stop, a nie „oj tam, oj tam – jutro schowam”.

Jak żyć?

Zapytaj Farmaceutę o probiotyk w postaci leku. Gwarantuję, że cena Cię nie zabije. Jest podobna, a czasem wręcz niższa. Serio.

Dodatkowo jedz kiszone warzywa, a jeśli lubisz nabiał – pij fermentowane napoje mleczne. To najprostsze źródła cennych drobnoustrojów. Masz je na wyciągnięcie ręki i to w śmiesznej cenie – np. kapusta kiszona, jogurty naturalne. Możesz kupić lub zrobić samemu, np. zakwas z buraków.

Proste, prawda?

herbata

Czy herbata może być szkodliwa?

Zaparzasz herbatę, zapominasz o niej i pijesz zimną? Lubisz liściastą i wsypujesz liście bezpośrednio do kubka? Jeśli tak – lepiej to przeczytaj.

Herbata jest znana od tysięcy lat i wiemy bardzo dobrze, że zawiera wiele cennych właściwości, zwłaszcza ta zielona. Ale czy może być jednocześnie szkodliwa? Niestety tak, na szczęście da się zminimalizować problem w bardzo prosty sposób.

Jedna z herbat.

Kiedyś czytając składy herbat w sklepie bardzo zdziwił mnie nietypowy opis.

herbata

Pewnie producent miała na myśli granulat. Ale prawda jest taka, że nieco zmodyfikowane zdanie, np. „Parzyć 5 minut, nie przekraczać czasu parzenia.” powinno znajdować się na KAŻDEJ herbacie, a zwłaszcza czarnych i czerwonych. 

Uwaga na szczawiany.

Nie ma sensu robić nagonki na szczawiany, ale byłoby dobrze znać kilka faktów w temacie:

  • Szczawiany zaliczane są do substancji przeciwżywieniowych pochodzenia roślinnego.
  • Nadmierna podaż tych substancji może być przyczyną wielu schorzeń, z których najpowszechniejszym jest kamica nerkowa.
  • Kwas szczawiowy w organizmie człowieka pochodzi ze źródeł pokarmowych, bądź jest końcowym produktem metabolizmu, m.in. kwasu askorbinowego (!).
  • Najbardziej typowe źródła szczawianów: szpinak, rabarbar, szczaw, kawa i herbata.
  • Wchłanianie szczawianów jest na szczęście niewielkie u zdrowej (!) osoby. U osób z problemami (hiperoksaluria) lub z tendencją do kamicy – problem może być poważny.
  • Jeśli masz niedobory np. wapnia – miej na uwadze ten temat.

A co ma do tego herbata…?

Sporo.

Jeśli pijasz herbaty na litry, zwłaszcza czarne i czerwone, jeśli wsypujesz liście bezpośrednio do kubka i popijasz sobie napar przez kilkanaście minut – najprawdopodobniej dostarczasz tych szczawianów do organizmu trochę za dużo.

Jeśli dodatkowo Twoja dieta uboga jest w pokarmy zawierające wapń, lub spożywasz je popijając herbatą – ryzyko działania niepożądanego rośnie.

Czy wiesz jak parzyć herbatę?

  • Herbaty czarne i czerwone zalewa się wrzątkiem, natomiast pozostałe wodą o temp. 70 – 85 °C.
  • Czas parzenia większości herbat nie powinien przekraczać 5 min!

Wydłużenie czasu parzenia może spowodować zwiększenie zawartości szczawianów rozpuszczalnych – w niektórych herbatach o kilka procent, w niektórych nawet prawie o 150 %.

Ciężko ocenić jak to wygląda w przypadku Twojej ulubionej herbaty, ponieważ zawartość szczawianów w herbatach jest zróżnicowana i zależy od wielu czynników.

Co robić?

Można w banalny sposób ograniczyć ryzyko związane ze szczawianami i zapomnieć o temacie.

  • Zadbaj o produkty bogate w wapń w swoim jadłospisie.  
  • Jeśli kochasz warzywa bogate w szczawiany – gotowanie w wodzie pozwala zredukować zawartość szczawianów o ok. 50 %.
  • Zaparzaj herbatę w taki sposób, jaki podany został na opakowaniu. 

Proste, prawda?

 

__________________________________

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o szczawianach, o herbatach, które są najbardziej wartościowe, wapniu, glutenie, mleku, zakupach spożywczych, substancjach dodatkowych oraz odchudzaniu i innych ciekawostkach dotyczących jedzenia – zapisz się na kurs online, zobacz plan lekcji tu (kliknij), startujemy już w poniedziałek, a dziś ostatni dzień niższej ceny: -64% z okazji wczorajszego Dnia Kobiet!

depresja

Depresja to choroba, którą się leczy.

23.02 to Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Kilka słów komentarza z mojej strony w temacie DEPRESJA.

Depresja – leczymy, działamy. Warto bo da się z tego wyjść.

Depresję leczy się różnymi sposobami, a najlepiej połączyć kilka na raz. Terapia zmasowana na różnych płaszczyznach jest najskuteczniejsza: leki lub nie, psychoterapia, dieta, sport, sen.

Depresja może dotknąć KAŻDEGO.

Nie ważne, czy wyglądasz dobrze czy źle, czy masz wszystko czy nie masz nic, czy podróżujesz po świecie czy siedzisz w domu, masz wfuj kasy czy przymierasz głodem. Sytuacja jest dość prosta – choroby nie wybierają. Biorą jak leci.

Nie ma nic złego w tym, że masz gorszy nastrój czy depresję.

Nie ma nic złego w tym, że masz wszystko i masz fatalny nastrój lub depresję.

Nie ma nic złego w tym, że nie masz absolutnie żadnych powodów aby narzekać i mimo to masz dołek. 

Nie musisz ukrywać gorszego nastroju ani depresji.

Tak jak nie ukrywasz grypy, zapalenia płuc czy złamania nogi. Depresja to choroba jak każda inna. Ma swoją jednostkę – a właściwie jednostki, bo jest tego trochę – w ogólnej klasyfikacji chorób.

Leczenie to nie wstyd.

Psychoterapia czy chodzenie do specjalisty to powód do dumy, a nie wstydu. To, że przyjmujesz leki przepisywane na obniżenie nastroju czy zaburzenia lękowe to nie jest powód do wstydu, nie świadczy to źle o Tobie w żaden sposób. Przeciwnie! Dbanie o siebie jest super!

Nie ma nic złego w tym, że jesteś Twardzielem / Twardzielką ale coś Cię przytłacza i leżysz na podłodze.

Nie mam problemu z przyznaniem, że rok 2017 przytłoczył mnie pod każdym możliwym względem począwszy od zawodowego, przez osobisty na zdrowotnym zakończywszy. Wszystko zwaliło mi się na głowę w ciągu 4 miesięcy właściwie. Jestem silną psychicznie osobą jak pewnie niektórzy wiedzą, mimo to długotrwały brak snu, odpoczynku, gorsza dieta i poważne problemy zrobiły swoje. Walnęło mnie i tyle. Wyszłam sama z dołka ale mówię Wam otwarcie, nie miałabym absolutnie żadnych wątpliwości w temacie udania się do specjalisty, gdybym nie była w stanie się podnieść. Grypy też się nie wstydzę.

A teraz BARDZO WAŻNE❗️

Jeśli u bliskiej osoby lub znajomego widzisz, że coś jest nie tak – wyciągnij rękę. Osoba w dołku często nie jest w stanie, po prostu.

NIE PYTAJ. Przyjedź, zrób herbatę, rosół, przytul, umów do specjalisty, cokolwiek. 

Działaj.

Jeśli obserwujesz u siebie niepokojące objawy – pora na działanie. Nie czekaj, nie trać czasu.

W życiu trzeba mieć czas na życie, jeśli zaczynasz umierać od środka – pora coś z tym zrobić. To prostsze niż myślisz – zrób dziś pierwszy, mały krok. Pomyśl, że tak nie będzie zawsze i to kiedyś minie. 

Poradzisz sobie sama lub z pomocą, ale to się kiedyś skończy i niebo znowu będzie niebieskie, wiosenne, takie jak lubisz…

Kategorie: Inne, Temat miesiąca
dziecku

Nie kupuj dziecku gówien w nagrodę.

Kiedy mogę dać dziecku kolorowy jogurcik? A paróweczkę?

Takie pytania dostaję codziennie. Odpowiadam zwykle zgodnie z prawdą „nigdy” albo „to zależy”. Ponieważ rynek produktów dla dzieci działa na mnie jak płachta na byka – rzuć okiem na kilka uwag ogólnych. O parówkach było już kiedyś (kliknij jak chcesz przeczytać), dziś o innych fast-foodach.

Zastanów się co kupujesz.

Dajesz dziecku żelki z witaminami? Ciastka z tłuszczem utwardzonym? Słabo, a raczej dramat. A może popularne jogurciki smakowe w kolorowych kubeczkach? A może wszechobecne musy owocowe? Może słodkie serki homogenizowane? Też nie najlepiej.

Jeśli totalnie nie patrzysz na skład, tylko jak leci – bierzesz z półki wszystko co z napisem „dla dzieci” – dobrze się zastanów, bo za kilka – kilkanaście lat, Twoje dziecko może przyjść do Ciebie z pytaniem 'dlaczego?’. Co mu wtedy odpowiesz?

Kiedy zaczyna się edukacja żywieniowa?

Jeśli myślisz, że w szkole czy w przedszkolu – grubo się mylisz. Edukacja zaczyna się w łonie matki. Jeśli jesteś w ciąży ale odżywiasz się raczej słabo – najwyższa pora aby coś zmienić. Dziecko zaczyna przyzwyczajać się do pewnych smaków już na etapie bezpiecznego oczekiwania w brzuchu Mamy. Wiesz co to jest programowanie żywieniowe? Pierwsze trzy lata w życiu dziecka to czas na przygotowanie organizmu i zbudowanie właściwych nawyków żywieniowych. W przedszkolu jest już za późno, a w szkole dochodzi presja grupy, z której ciężko wyjść nie mając racjonalnych argumentów w zanadrzu podczas przeciętnej pyskówki.

Ojej, ale dlaczego nie dawać żelków, kolorowych serków i jogurcików?

Przecież nabiał jest zdrowy! Nabiał być może tak, nabiał z rafinowanych cukrem lub syropem glukozowo-fruktozowym już niekoniecznie. Żelki to słodycze, a nie źródło witamin. Witaminy są np. w warzywach.

Ale przecież dziecko POTRZEBUJE cukru!

Serio? Ale ile dokładnie? Cukrów prostych czy złożonych? A ile dodanych? A ile czasu dziennie Twoje dziecko spędza na świeżym powietrzu? No właśnie. Cukrów dodanych może śmiało być ZERO. Tak. Cukrów prostych naturalnego pochodzenia – ułamek całości, bo stawiamy na węglowodany złożone. Dziecko potrzebuje węglowodanów złożonych, może spokojnie spożywać trochę cukrów prostych naturalnego pochodzenia, może spokojnie jeść naturalny cukier obecny w jogurcie czy świeżych owocach – byle z umiarem. Cukrów dodanych NIE potrzebuje.

No to ile mogę maksymalnie podać?

Przyjmij sobie, że w przeciętnym przypadku cukry dodane przewidziane są dla dzieci w maksymalnej ilości (to wartość baaardzo ogólna i uśredniona) około 3 łyżeczek dziennie (15 g). TRZECH. Paczka żelków to około 10 łyżeczek (50 gramów). Cukrów prostych naturalnych można zjeść trochę więcej – najlepiej w postaci świeżych owoców i warzyw, a nie soków czy musów.

Przecież musy to same owoce!

Zgoda. Ale musy to przetworzone owoce. Mus NIGDY nie zastąpi owocu. Nawet jeśli mają podobną zawartość cukru w porcji – owoc bogaty jest witaminy i składniki mineralne nie poddane obróbce. 

No to już najlepiej nic nie jeść!

Jeść ale z umiarem. Jeść ale nie budować idiotycznych nawyków. Kolorowy kubeczek słodkiej brei nie dostarczy wyłącznie cennych składników – dostarczy również cukru. Niepotrzebnie. Kolorowy mus pokazuje, że owoce czy warzywa nie są niezbędne – wystarczy słodka papka. A to nie jest prawdą.

Coś jeszcze?

Urozmaicenie jest dobre. Czasami wychodzenie poza schemat jest dobre. Sporadyczne ekscesy są dobre. Uśmiech i radość z jedzenia są dobre.

Codzienny nadmiar cukru i tłuszczów utwardzonych jest zły. Brak lub niewielka ilość warzyw – są złe. Słodkie papki zamiast naturalnych nieprzetworzonych produktów są złe. Żywność przetworzona jako codzienny standard jest zła. Nagradzanie i karanie jedzeniem JEST FATALNE. Nie wgrywaj fatalnego oprogramowania w głowę swojego dziecka – słono za to kiedyś zapłaci.

Jak żyć?

Raz na jakiś czas – ok. Czemu nie? Codziennie jako standard, nawyk, przyzwyczajenie, rytuał – NIE! Pokaż dziecku, że jogurt lub serek naturalny (!) można wzbogacić owocami ŚWIEŻYMI, orzechami, może łyżeczką miodu, sezamem, siemieniem lnianym itp. – w zależności od wieku.

I na litość boską NIE KUPUJ DZIECKU GÓWIEN W NAGRODĘ! Żelki w nagrodę? Ciastka z utwardzonym tłuszczem w nagrodę? Hamburger w nagrodę? Badziew wyglądający jak jogurt w nagrodę? W nagrodę dostaje się NAGRODY, a nie gówna. Jeśli chcesz wprowadzić element zaskoczenia – powiedz, że „dla odmiany”, „na spróbowanie”, „na trasie łatwiej jest zjeść to, ale to wyjątkowa sytuacja” itd.

Tak, zgadzam się, te fast-foody dziecięce czasem bardzo się przydają, ale niech „czasem” pozostanie „czasem”, a nie „codziennie”.

Buduj dobre nawyki od urodzenia.

Jeśli jesteś świadomym Rodzicem – pamiętaj, że edukacja żywieniowa zaczyna się od samego początku. Niemowlak nie potrzebuje docukrzanych herbatek, ciastek, musów i słodkich serków w kolorowych opakowaniach. Niemowlak potrzebuje mleka z piersi, przytulić się i w kimę. A następnie w ramach rozszerzania diety po 6 miesiącu – dobrego, prostego jedzenia bez cukru dodanego. Jeśli nauczysz dziecko jeść jogurt naturalny – będzie jadło jogurt naturalny. Jeśli nauczysz picia wody – będzie piło wodę. Jeśli sama jesz byle co i nauczysz picia i jedzenia gówien w ładnych opakowaniach – będzie piło i jadło gówna – bo tak to działa.

Nie daj robić z siebie idioty.

Nadmiar cukru jest niekorzystny na każdym etapie naszego życia. Zbywamy temat tekstami typu: przecież nic się nie dzieje, przecież jestem szczupła, przecież dziecko normalnie wygląda, nie można sobie wszystkiego odmawiać, przecież tak ładnie prosi. Nie nabieraj się na to, że reklamowali coś w telewizji, że przecież napisane 'dla dzieci’, że kolorowe opakowanie, że stoi na półce w aptece. To często jedynie MARKETING, bo musi nastąpić SPRZEDAŻ, nic więcej.

Buduj w dziecku siłę.

Jeśli robisz w mózgu dziecka bazę wiedzy na temat zdrowego odżywiania – będzie mu łatwiej oprzeć się presji grupy podczas urodzinek lub przerwy w szkole. Dajesz mu oręże do głupkowatych dyskusji, których wszędzie pełno.

Ale wiesz co? Nie martw się tym, że dookoła banda ignorantów, Twoje dziecko doskonale sobie poradzi. To Ty masz rację ładując spory wysiłek w wychowanie i kształtowanie prawidłowych wzorców dotyczących jedzenia. Czasem jest ciężko, wiem. Ale to Ty będziesz czuła radość i odetchniesz z ulgą za parę lat, gdy wiele Twoich koleżanek będzie załamywało ręce. I to właśnie Ty usłyszysz „dziękuję” zamiast „dlaczego”.

 

 

 

_________________________

Ps. Jeśli uwagi ogólne to dla Ciebie za mało – rzuć okiem na profil @doktorania na Facebooku i Instagramie – tam sporo szczegółowych informacji oraz zdjęcia produktów.

Kategorie: Dzieci, Wyróżnione
2017

Podsumowanie 2017 – zaskoczenia, trendy, gnioty.

Trzy konferencje (Gdynia i Warszawa) z udziałem i wsparciem osób z niepełnosprawnościami, szkolenia, wykłady, spotkania, dawka wiedzy w sieci, kurs online. Tysiące zdjęć, komentarzy, rozmów z producentami, naloty na sklepy, kawiarnie, restauracje. Dzień Dobry TVN, Radio Gdańsk, Komisja Europejska w Brukseli, kilka wywiadów. Mój prywatny samochód celowo umazany w fusach po kawie, a innego dnia piękne, okrągłe kotlety z surowego mięsa mielonego za klamkami, niestety bez buraczków. Było kolorowo. Kocham to co robię i cieszę się, że przy okazji frajdy mogę pomagać innym. A jaki byl ten 2017 rok w sklepach? Równie ciekawy!

Trendy 2017 na plus!

Z dobrych trendów w 2017 roku, cieszy mnie obecna już prawie wszędzie moda na wędliny z wysoką zawartością mięsa i brakiem konserwantów. Naturalnie azotany są ale producenci zaczęli nas oszczędzać jeśli chodzi i dodatkową zawartość azotynu sodu. O azotynie więcej pisałam tu (kliknij).

Coraz większa ekspansja kaszy jaglanej jako dodatku do typowych zbożowych produktów to kolejny doskonały i zdrowy trend, przykładowo chrupki, musy z kaszą itp. 

Na rynku jest też coraz więcej „zdrowych fastfoodów”. Gotowe miksy śniadaniowe, gotowe dania obiadowe – i nie jest to żywność przetworzona. Proste składniki skomponowane w gotowe do przyrządzenia danie. Wady? Cena. Za gotowiec prawie zawsze trzeba więcej zapłacić ale nadal nie jest to kwota przewyższająca typowe, gówniane fasfoody. Bo owszem, hamburger może kosztuje ze 3 pln ale czy znasz kogoś, kto zamawia jednego i się nim naje? No właśnie. Więc porownując ceny – nadal zdrowy fastfood wychodzi taniej. 

Bardzo cieszy mnie powiększające się grono polskich producentów usprawniających swoimi propozycjami naszą krzątaninę w kuchni: producentów past do kanapek, baz do zup, mieszanek do obiadów, batonów z ziarnami i pestkami itd. Często bardzo ciężko im się przebić na rynku wśród prawdziwych gigantów, ale zachęcam Was do działania, nie poddawania się i kontaktu – wartościowe produkty można i trzeba promować w social mediach.

Dobrym trendem jest również powolne odchodzenie od produktów typu LIGHT – obserwuję coraz mniej propozycji z tej grupy na półkach. Coraz bardziej świadomy konsument wie, że to najczęściej ściema, a chyba jedną z niewielu grup LIGHT, którą warto kupować jest nabiał. Ale nie zawsze 0 % – raczej 1.5, jeśli nie ma przeciwwskazań do znacznego ograniczenia tłuszczów w diecie.

Warto też zwrócić uwagę na trend dotyczący pieczywa – coraz więcej jest na rynku mieszanek do samodzielnego wypieku. Dostępne są przykładowo produkty bez mąki, gdzie upieczenie własnego bochenka nie wymaga ani specjalistycznego sprzętu ani nadzwyczajnych umiejętności. Taki chleb ma co prawda zdecydowanie wyższą kaloryczność oraz nieco niższą wartość odżywczą niż ziarna i pestki nie poddane obróbce cieplnej, ale stanowi przyjemne urozmaicenie jadłospisu.

Trendem, który obserwuję z pewnym dystansem jest zastępowanie cukru zamiennikami. O ile z jednej strony ma to sens (nadmiar cukru jest słaby), o tyle w produktach dla dzieci nie widzę aż tylu zalet. Dlaczego? Walka z nadmiarem cukru nie polega na zamianie jednego produktu słodkiego na inny. Chodzi o to, aby coś zrobić z nawykiem, może nie pozbyć się go – raczej zamienić środkową część. Wskazówka i nagroda zostają, ale ładowanie cukru zamieniamy na coś innego. Warto, aby to coś innego było coraz mniej słodkie z czasem lub wręcz zamieniło się w coś innego niż jedzenie. Trudne, wiem. Ale da się. Jeśli produkty oparte na ksylitolu mają pomóc i być etapem przejściowym – ok. Natomiast zamiana setek kilogramów cukru na setki kilogramów ksylitolu jest dla mnie lekko dyskusyjna w kontekście przyszłościowym.

Gnioty 2017.

Na pewno zwróciliście uwagę na coraz silniejszy, mocno zaznaczony w 2017 roku trend dotyczący opakowań, tzn. nie podawanie numerka tylko opisanie dodatków do żywności pełną nazwą chemiczną. Konsument rzucający okiem na etykietę nie widzi symbolu 'E’ – czyli jest ok i pakuje produkt do koszyka. Każdemu z nas zdarzyło się to nie raz, prawda? Jest na to rada. Jeśli prosty produkt typu jogurt ma kilka linijek tekstu – odkładamy na półkę. Są wyjątki, jasne. Przykładowo dobre, kilku składnikowe musli może mieć 10 linijek tekstu bo taką ma zawartość. Ale to są wyjątki.

Pieczywo i dział cukierniczy w supermarketach nadal jest totalnym dramatem. Tzw. „produkcja własna” to miejsce, gdzie mogłabym nakręcić kilkugodzinny LIVE – oj, czego tam nie ma. Etykieta prostego tak naprawdę ciasta drożdżowego służyła mi na warsztatach do nauczania o dodatkach spożywczych i uwierzcie – byliśmy wszyscy w lekkim szoku. Dwadzieścia – trzydzieści składników.

Smutnym tematem jest nadal produkcja oleju palmowego na pewnych obszarach, chów klatkowy, hodowla przemysłowa itd. Jest to trudny temat, bo ludzie nadal chodzą na kurczaki, nadal jedzą tony żywności zawierającej jajka i produkty pochodne, nadal spożywają setki kilogramów ciastek z tłuszczami utwardzonymi itd. – dopóki to się nie zmieni, nie ma szans na cokolwiek. A zdaje się, że nie zmieni się jeszcze długo. Ciężko produkować tanie ciastka czy kurczaki w panierce na tony, dysponując wolnym wybiegiem czy hodowlą szczęśliwych zwierząt – to po prostu nierealne. Dlatego zachęcam do stopniowego ograniczania produktów pochodzenia zwierzęcego w naszym jadłospisie

Dziwi mnie też ciągła obecność słabych markowych produktów, np. parówek i dalsze pakowanie kasy w dzialania marketingowe wokół nich. Przypomina mi to trochę sytuację sprzed wielu lat, gdy różne znane marki wykładały się na swoich złotych strzałach.

Drodzy Szefowie Działów i inne Tęgie Głowy Marketingowo-Storytellingowe – może pora zatrudnić wizjonera z wykształceniem przynajmniej korespondującym z dietetycznym, hmm?

Co jeszcze? Cukier pod różnymi nazwami. Zdarza się, że słodki składnik widzę na etykiecie w pięciu miejscach… Jedyne co nas ratuje to tabela wartości odżywczych, która nie powinna kłamać. Ale jak wiadomo bywa różnie, o czym mówiłam podczas mojej wizyty w Dzień Dobry TVN w pierwszej połowie 2017. Przykładowo, ostatnio wpadła mi do ręki etykieta miodowego batona, gdzie producent deklaruje 6.28g cukru na 100g produktu co jest niestety nierealne. Napisałam w tej sprawie i czekam na odpowiedź – ewidentna pomyłka, co się zdarza. Czasami przypadkiem, czasami celowo.

Irytującym tematem są sztuczki typu sektor PREMIUM, gdzie (poza ceną) nadal nie wiem jakie jest kryterium tego „premium”, bo z pewnością nie dobry skład, oraz „TRADYCYJNE„, gdzie chemia spożywcza rozgościła się na dobre, co jest najzwyczajniejszym na świecie oszustwem.

Ale chyba najgorszym trendem w 2017 roku jest coraz częstsza obecność żelków z dodatkami, zwłaszcza w aptekach. Jestem wręcz obsesyjnie uczulona na tego typu produkty, bo nawet przy dawkowaniu 2 szt dziennie – po 1. jest to dodatkowa porcja cukru KAŻDEGO dnia, po 2. nadmiar cukru nigdy nie jest dobry, choćby połączony był z różnymi przecudownymi składnikami, po 3, uczymy dzieci FATALNYCH nawyków i w końcu po 4. nie każdy jest w stanie powstrzymać się od zjedzenia większej ilości niż DWA, prawda…?

Produkty dla dzieci.

Tu niestety nie jest kolorowo. Rynek produktów dla dzieci to nadal, w 2017 roku, jeden wielki dramat i kompletna samowolka, zwłaszcza w sektorze produktów dla NIEMOWLĄT. Niestety robię autentyczny bojkot działów dziecięcych, polecając Rodzicom kupowanie prostych produktów z innych półek, a FOR KIDS omijamy szerokim łukiem. Zwłaszcza płatki śniadaniowe. Pod płaszczykiem „wielozbożowości” i innych czczych obietnic znajdziemy zwykle tonę cukru, który owszem smakuje ale niestety uzależnia i nadmiar tego składnika w diecie jest bardzo niebezpieczny, zwłaszcza dla dzieci.

Trendem, o którym wspominałam wyżej, a który zaznacza się w 2017 są produkty, np. napoje z zamiennikami cukru. Obserwuję to zjawisko z niepokojem, bo tak jak mówiłam – ma to sens (nadmiar cukru jest słaby), ale w produktach dla dzieci niesie pewne niebezpieczeństwo. Dziecko nie rozumie często dlaczego nie może pić pysznego słodkiego napoju, Rodzic nie zawsze chce lub potrafi to wytłumaczyć. Natomiast oszukiwanie siebie i młodego konsumenta, że na rynku są „zdrowe” napoje, żelki czy lizaki – to duży błąd, mający szereg negatywnych konsekwencji, ciągnących się latami, a kończący się najczęściej w lekarskim gabinecie. 

O parówkach dla dzieci pisałam tu (kliknij), na szczęście tekst szeroko rozniósł się w sieci i szczerze mówiąc nie chcę podnosić sobie ciśnienia pisząc o tym ponownie.

Z pozytywnych rzeczy zaznaczonych w 2017 roku:

  • Kolorowe wody, które kolory mają jedynie na opakowaniach, a w składzie czysta woda. Fajnie.
  • Powolna ekspansja produktów o dobrym, prostym składzie, np. bez konserwantów, z dodatkiem kaszy jaglanej itd.
  • Barwniki naturalne – jest ich coraz więcej na rynku ale nadal za mało.
  • Kaszki i dodatki polskich producentów, o banalnym, dobrym składzie – droższe ale lepiej na to niż na tonę zabawek, serio.

Jak widzisz niewiele tu można dodać, ten sektor nadaje się do gruntownej przemiany, ale gdy zapytałam speców w Komisji Europejskiej co i jak zrobić w tej sprawie – okazało się, że nie jest to proste i jeszcze długa droga przed nami. Pozostaje zatem czytać etykiety i omijać produkty dedykowane szerokim łukiem. Dotyczy to również menu dla dzieci w restauracjach, gdzie w 90% przypadków zawsze jest ten sam byle jaki, fatalny zestaw.

Tak przy okazji, jeśli Ci mało i chcesz przeczytać podsumowanie 2016, to jest ono tu (kliknij).

Co robić? Jak żyć?

Na luzie żyć! Oddzielić emocje od jedzenia! Odżywianie to nie wyścig szczurów ani pole do autosabotażu. Warto próbować nowych produktów, nowych smaków, bo każda nowość budzi nasz śpiący pod kołderką rutyny mózg na nowo do życia. Nawet jeśli coś ma gorszy skład, można sprobować i tyle.

A jeśli popełnisz błąd? Trudno. Każdemu z nas to się zdarza i nie ma w tym nic wielkiego. Istotne w popełnianiu błędów jest to, jak z nich wyjdziesz. Trauma i wyrzuty sumienia nie są potrzebne. Podziękuj za lekcję i idź dalej. Odpuszczanie jest czasem dobre i zdrowe, pod warunkiem, że nie jest sposobem na życie. To, że jeden raz odpuścisz nie przekreśla przeszłości ani przyszłości.

A jeśli nawet ten błąd jest duży to co się stanie? NIC. Jeśli ktoś Cię ocenia, lub komuś coś się nie podoba to co się staie? NIC. I w momencie, gdy zdasz sobie z tego sprawę, świat stanie się bardziej przyjaznym miejscem do życia, gwarantuję.

A wy, Drodzy Producenci Gniotów – ogarnijcie się, pliz. 

Wiem, że na żywności dla dzieci da się zarobić najwięcej, ale serio, czy naprawdę warto? Jeśli musicie ładować gdzieś ten swój tani syf, dodawajcie go do produktów dla osób dorosłych – mniej lub bardziej ale świadomych tego, co pakują do swoich biednych żołądków.

A jeśli nie wzrusza Was płacz naszych organów wewnętrznych i nie chcecie zmieniać składów swoich gównianych produktów – brnijcie dalej w swoje marketingowe sztuczki, na które nabiera się coraz mniej z nas. Ładujcie dalej grube miliony w reklamy z idiotyczną treścią i kłamliwym zdjęciem. Będę miała o czym pisać i z czego się pośmiać przynajmniej, bo nawet kijem bym nie dotknęła niektórych produktów, które oferujecie i to często z półki PREMIUM.

Chciałabym napisać…

Listę spektakularnych rzeczy i z uśmiechem na ustach wklejać #bestin2017 ale nie znoszę braku autentyczności u innych, tym bardziej u siebie. Ten 2017 był bardzo trudny dla mnie, pod każdym możliwym względem. Tym bardziej dziękuję wszystkim, którzy bezinteresownie i interesownie wspierali mnie we wszelkich działaniach, oraz tym którzy próbowali pomagać ale nie wiedzieli jak albo wyszło odwrotnie.

Tak jak Ty, ja również podnoszę się kolejny raz, wyciągam wnioski i idę do przodu. Bo na tym ta zabawa zwana życiem polega.

Jeszcze tylko mały detalik…

Tak dla przypomnienia.

Nie bierz tego co jest w sieci czy w TV 1:1, czyli zbyt dosłownie. Pamiętaj, że to co widzisz, to tylko część prawdy. Nigdy nie jest tak, że ich życie jest takie piękne i kolorowe, a Twoje nudne i beznadziejne…

Choroby, nerwy, strata czy brak szczęścia nie omija nikogo z nas. Za pięknymi i dalekimi podróżami chowa się stres i często mordercze zmęczenie, za sukcesami prawie zawsze stoi wiele fuckupów, za uśmiechniętą buzią – smutek i bezsilność, a za wyrzeźbionym ciałem czy medalem – godziny ćwiczeń i litry potu. Ale to właśnie one czynią z nas coraz silniejszych ludzi, gotowych na jeszcze trudniejsze zadania. Bo życie to nie jebajka. Tak mówią, ja to potwierdzam, a Ty o tym pamiętaj, gdy następnym razem będziesz zazdrościła ładnej, chudej pani z telewizji…

7 zdań, które pomogą Ci sprawdzić, czy relacja jest toksyczna.

Z pozoru relacja wygląda idealnie.

Z pozoru masz wszystko, czego zawsze szukałaś, wszystko o czym marzyłeś.

Z pozoru jesteś szczęśliwa, zadowolony.

A teraz przeczytaj ciąg dalszy i szczerze się zastanów – czy masz tak czasami? Zawsze? Czy Twoja relacja z Partnerem, Partnerką, Rodzicem, współpracownikiem wygląda tak jak w opisie? Bo jeśli tak, pora coś z tym zrobić TERAZ, dziś, natychmiast. 

1. Jestem zbyt przeciętna. 

Po tzw. konstruktywnej „no co Ty, przecież ja tylko…” albo „zobaczysz, jeszcze wspomnisz moje słowa” ewentualnie „przecież wiesz, że chcę dla Ciebie jak najlepiej…” krytyce – nie czujesz potrzeby zmiany tego co być może faktycznie warto dopracować. Może faktycznie Mama, Tata, Szef, Partner, Partnerka ma rację.

Ale nie. Ty czujesz się jak gówno. Albo czujesz paraliżujący niepokój, strach, niechęć do działania. Krytyka jest czasem potrzebna, jasne. Równanie z ziemią i podcinanie skrzydeł to działka hejterów, nie osób teoretycznie bliskich lub neutralnych.

2. Czuję nicość.

Jesteś sama siedząc obok drugiej osoby i czujesz to często bardzo wyraźnie, mając kogoś teoretycznie bliskiego niemal na wyciągnięcie ręki. Siedzisz obok niego / niej. A tak naprawdę nie ma nikogo.

3. To moja wina.

Ktoś notorycznie wywołuje w Tobie poczucie winy. I nie ważne, czy chodzi o drobiazgi czy o sprawy życia i śmierci. Jeśli kulisz się w sobie – coś jest nie tak. Nie na tym polega związek, relacja, współpraca.

4. Ja to ogarnę.

Bez przerwy posługujesz się inteligencją emocjonalną, biorąc na siebie część lub całość przyczyny przykrego zachowania drugiej osoby. Cóż, taka relacja, robisz to w nadziei, że coś się zmieni. Bo może faktycznie to Ty jesteś w jakimś stopniu przyczyną problemów. Może faktycznie ktoś miał coś, może nie rozumie, może nie wie, może kiedyś, może coś tam itp., itd. 

5. Wszystko wytrzymam.

Smutek, poczucie zagrożenia, niepewność towarzyszą Ci przez większość czasu. Ktoś bardzo stara się, aby te uczucia nie opuszczały Cię na dłużej niż kilka godzin, dni. 

6. Sukcesów jak na lekarstwo.

Przestałaś chwalić się sukcesami bo to tylko psuje atmosferę, rozjusza drugą osobę. Lepiej po prostu nic nie mówić.

7. Porażek mam potąd.

Za to bardzo chętnie opowiadasz o porażkach, poprawiając w ten sposób humor swojemu rozmówcy.

Co teraz?

Było sporo „Hmm, mam podobnie”…? To teraz powiem Ci coś ważnego i zapamiętaj to raz na zawsze.

Tak nie musi być. Uwierz mi, proszę.

Krytyka może być po prostu konstruktywna, dająca powera.

Można czuć bliskość, nawet nie odzywając się do siebie.

Wzbudzanie poczucia winy jest złe.

Nieuzasadnione branie na siebie wszystkich win jest bez sensu.

Ciągłe: smutek, poczucie zagrożenia i niepewność nie są naturalnymi elementami zdrowego układu, nie na tym polega fajna relacja.

Sukces dzielony powinien być odczuwany podwójnie, a smutek po połowie – a nie na odwrót.

Jesteś wystarczajaco dobra, jesteś wystarczajaco fajny – tu i teraz.

Zawsze można być lepszym, pewnie. Zawsze warto się starać, jasne. Ale nie da się posiąść całej wiedzy od razu i w sumie nie ma takiej potrzeby. Czasem warto znaleźć kogoś, dla kogo będziesz po prostu w sam raz. Będziesz wystarczająco OK. Kogoś, kto będzie Cię szanował, bo każdy z nas na to zasługuje – bez względu na stan wiedzy, umiejętności, kolor skóry, wyznanie czy orientację. Kogoś, dla kogo będziesz ’wow’, zamiast 'no ok, niech będzie skoro już jest’.

Jak wyjść z toksycznej relacji?

To najczęściej bardzo trudne.

Pierwszy ważny krok – uświadomić sobie, że to co się dzieje nie jest dla mnie dobre. Ktoś zabiera mi cenną energię i przy okazji zdrowie. Bo organizm nie lubi toksycznych klimatów, o nie. 

Drugi krok – przyjrzeć się uważnie, czy jest jakakolwiek szansa na zmianę w układzie. Czy druga osoba to odpowiedni Partner do dyskusji czy jednak szkoda czasu? 

Jeśli szkoda czasu – pora na zbieranie całej energii na opuszczenie chorego, zabierającego życie układu. To trudne ale da się. Milionom się udało, Tobie też się uda. Czasem lepiej stopniowo, czasem chirurgicznym cięciem. Oceń samodzielnie jak będzie lepiej ale nie dla kogoś. Jak będzie lepiej DLA CIEBIE.

Wyjście wydaje się nierealne? Potrzebujesz impulsu? Nie czekaj, poszukaj go. Odwiedź grupy wsparcia, konferencje, eventy, pogadaj z koleżankami, kumplami, którym się udało. Toksyczni Rodzice to dość skomplikowany temat, ale jeśli szczere rozmowy nie pomagają, warto ograniczyć kontakty do minimum albo drastycznie dać do zrozumienia, że coś musi się zmienić albo kontakt zostanie urwany. Do niektórych dociera. Fatalne szefostwo też nie jest bułką z masłem ale zachęcam do działania. Szkoda organizmu, szkoda czasu, szkoda życia.

Nie żałuj tego co było.

To był piękny czas, który nauczył Cię wielu nowych rzeczy. Podziękuj, bądź wdzięczna losowi za lekcję i idź do przodu. A jeśli nadal trudno Ci się zdecydować, pomyśl o tym, co możesz stracić, jeśli poświęcisz życie na porywanie się z motyką na słońce. Jeśli jesteś w stanie zamienić motykę na turbo tarczę, a słońce na energooszczędną żarówkę – walcz o relację. W przeciwnym razie albo spalisz się w promieniach albo Twoja skóra stanie się skorupą. Czy na pewno warto…?

Kategorie: Inne
czekolada z orzechami

Czekolada mleczna – porównanie.

Lubię czekoladę gorzką, ale nie jestem hipokrytka i przyznaję otwarcie – czasem jak mam ochotę na coś słodszego – czekolada mleczna z orzechami jest moim wyborem. Czy jest w tym coś nadzwyczaj złego? 

Czy kawałek czekolady mlecznej to ZUO?

Nie, dopóki jest to przysłowiowy kawałek, a nie pół tabliczki. Tak, dobrze przeczytałaś: jeśli sporadycznie jesz kawałek czekolady do kawy, nie ma to aż tak olbrzymiego znaczenia, czy zawsze jesz gorzką czy nie.

W jednym kawałku (w zależności od wielkości kostki – może być to ok. 5 – 15 g) mlecznej jest ok 2.7 – 8.25 g cukru, w gorzkiej 1.3 – 3.9 g.  Zatem jeśli jesz przeciętny kawałek, to nie ma większego znaczenia czy będzie to czekolada mleczna (np. 4 g cukru) czy gorzka (np. 2 g cukru), chociaż zachęcam Cię do gorzkiej.

czekolada

czekolada

Jeśli jesz większe ilości czekolady – różnica robi się coraz bardziej znacząca, przy połowie tabliczki jest to 26 g cukru (5 łyżeczek) vs. 13 g (2.5 łyżeczki). W przypadku całej tabliczki jest to 10 – 11 łyżeczek vs. 5 łyżeczek (gorzka) cukru. Sporo. 

Problem jest gdzieś indziej.

Pierwsza sprawa – mlecznej da się zjeść więcej, jest łatwiej. Gorzka już tak nie wchodzi, prawda?

Po drugie – cukier napędza apetyt na cukier. Co z tego wynika? Chcesz więcej. I więcej. Dziś kawałek, jutro półtora, za tydzień już dwa. Osłabiona codziennymi sprawami silna wola nie ma szans z grzeszną przyjemnością, jaką jest kolejna malutka kosteczka cukru z tłuszczem.

Co robić?

  1. W żadnym razie nie rób zapasów – czekolada mleczna tylko w sklepie na półce.
  2. Masz ochotę na kawałek? Fajnym rozwiązaniem są mini tabliczki lub miniatury ulubionych słodyczy.
  3. Nie kupuj nadziewanych czekolad – to zwykle niezłe badziewie.
  4. Nie stosuj wobec siebie zakazów, traktuj siebie łagodnie, bądź dla siebie dobra! Jeśli raz na jakiś czas zdarza Ci się 'napad’ – zjedz kawałek, dwa – to naprawdę nic wielkiego. Jeśli napady są zbyt często, zastanów się co jest tak naprawdę przyczyną. Czy faktycznie chodzi o „czekolada mleczna musi być”, czy zapychasz nią jedynie potrzebę czegoś innego? W jednej z lekcji kursu o jedzeniu (jeszcze możesz się zapisać, startujemy 28.12, zapisy tu – kilknij) tłumaczę na czym polegają nawyki i dlaczego sięgamy po dodatkowe, nadmiarowe ilości niechcianych produktów oraz co z tym zrobić. Bo tak naprawdę nie zawsze chodzi o tę przysłowiową czekoladę czy czipsy, prawda…?
  5. Jeśli ma być czekolada mleczna, kup tę z orzechami. Dlaczego? Po pierwsze orzechy są zdrowe i smaczne, z czekoladą działają synergistycznie, a jeśli nie jesz ich na co dzień – warto nawet w takiej postaci. Po drugie – im więcej orzechów tym ciut mniej cukru w czekoladzie. Po trzecie – z czysto finansowego punktu widzenia – to się po prostu opłaca, orzechy są drogie, a tu masz kilka – kilkanaście sztuk w ramach czekolady. Proste.

A teraz do rzeczy – mały przegląd.

Cukier podany jest w przeliczeniu na 100 g.

Leonidas.

Skład bardzo dobry, orzechów 8 %. Cukier 51 g.

czekolada

Milka.

Skład ok, orzechów 9 %. Cukier 53 g.

czekolada

Czekolada z okienkiem. Alpen Gold.

Skład słaby (tłuszcz palmowy, E476, nieznany aromat, mniej masy kakaowej), orzechów 23 %. Cukier 46.5 g.

czekolada

Wedel.

Skład ok (jaki aromat?), orzechów 21 %. Cukier 45 g.

czekolada

Lidl.

Skład bardzo dobry, orzechów 27 %. Cukier 40.2 g.

czekolada

Biedronka.

Skład słaby (E476, aromat). Cukier 56 g.

czekolada

Biedronka.

Skład ok. Cukier 54 g.

czekolada

Godiva.

Skład bardzo dobry. Cukier 53 g.

czekolada mleczna

Heidi.

Skład bardzo dobry, orzechów 20%. Cukier 46 g.

czekolada

Lindt.

Skład ok. Cukier 51 g.

czekolada mleczna

Ritter Sport.

Skład ok, orzechów 12%, prażone. Cukier 51 g.

czekolada mleczna

Wawel.

Skład słaby (tłuszcz roślinny Shea). Cukier 52 g.

czekolada

Podsumowując.

Najgorzej wypadła zdecydowanie „czekolada mleczna z okienkiem”.

Jedna z Biedronki i ta Wawel też średnio.

Zaskoczeniem jest przeciętna ocena dla Lindt (chociaż gorzkie mają doskonałe) i wysoka dla tej z Lidla.

Nie wzięłam pod uwagę czekolad gniotów, które nie są czekoladami typu aro itp. Spośród innych czekolad – jak widać jest różnie i skład często nie jest skorelowany z ceną. 

Na czym polega fenomen dobrej czekolady?

Chodzi o sposób produkcji. To trochę jak z innymi przysmakami. Można zrobić rosół w 20 min – pewnie. Ale czy będzie smakował jak ten przygotowywany w tradycyjny – wielogodzinny sposób? Można zmieszać składniki czekolady, dodać polirycynooleinian poliglicerolu (E 476) i gotowe. Dodatek ten przyspiesza i ułatwia wytwarzanie czekolady, tylko nie jestem do końca przekonana czy o to chodzi w tym przypadku. Dobra czekolada to długotrwałe konszowanie (mieszanie), dzięki któremu uzyskujemy niezwykłe walory produktu. Konszowanie to proces uszlachetniający. Dlatego nie uznaję fastfoodowych czekolad z E476, sorry. 

Jak żyć?

Gorzka jest fajna z uwagi na większą zawartość cennego kakao i mniejszą zawartość cukru.

Spośród mlecznych wybieram te z orzechami.

Nie kupuję fastfoodów i czekolad z dziwnymi dodatkami lub tajemniczymi aromatami.

Nie wierzę w mity dotyczące czekolad, pisałam o tym tu (kliknij).

A na koniec pamiętaj: czekolada nie pyta, czekolada zrozumie. KEEP CALM AND EAT CHOCOLATE! Byle z umiarem czyli nie na tony. A jeśli masz ochotę na większy kawałek – marsz na siłkę lub długi spacer!

prezent

Idealny prezent dla kobiety.

Jak wiadomo, zbliżają się święta, wszyscy publikują swoje listy prezentów, wiec i ja postanowiłam podpowiedzieć Wam co nieco w tym jakże ważkim temacie. Dziś pierwsza część, czyli idealne prezenty dla Matki oraz dla Singielki. 

Top 5 dla Matki.

1. Zamrażarka XXL.

Najlepszy i najbardziej uniwersalny prezent ever. Można trzymać tam tony mrożonego jedzenia, które pojawia się tam samo – gotowe do spożycia po rozmrożeniu. Rozmiar XXL przydaje się również w przypadku uciążliwego Partnera, który np. udaje że nie słyszy. Krótkotrwałe ochłodzenie osobnika powoduje przywrócenie zdolności słyszenia i reagowania na komunikaty.

Jeśli nie masz miejsca w kuchni na ten niezbędny hit – nie martw się. Można przebić się lekko do sąsiada lub zagospodarować odrobinkę wspólnego korytarza w bloku. Hej, to nie lata 60, mamy 21 wiek – wystarczy, że udostępnisz mu swój szybki internet forever albo obiecasz, że zawsze będziesz lajkowal jego głupie posty na fejsbuku i po problemie. 

A skoro już jest sprzęt to przyda się…

2. Talon na mrożonki.

Może to być talon do dyskontu na 90 paczek mrożonej marchwi ale jeśli masz rozmach – idź na całość. Zainwestuj w torby plus wkłady chłodzące, kup warzywa na patelnię, ładnie opakuj i gotowe. Drożej – wiadomo, ale w końcu święta są raz w roku. Prezent umieść w wiadrze i owiń w papier w grube Mikołaje, nadając bryle kształt cukierka. Dla niepoznaki, hyhy.

3. Turbo Lizak 

Najlepsza inwestycja to ta w siebie, swój rozwój – jak mawiają kołcze na szkoleniach za 7990 pln. Ale jak tu inwestować, gdy wokoło latają bachory? W dodatku Twoje.

Jest na to sposób, będący zarazem idealnym prezentem dla zalatanej Matki – lizak! Ale nie jakiś tam XXL czupaczups. Tu musi być solidny konkret, bo rozwój nie trwa 5 min, zatem warto poszukać w sklepach lizaka wielkości główki od kapusty. W ten sposób, w końcu masz czas dla siebie, tylko nie zmarnuj go na sudoku – to wymysł szatana! Tam są ZAGRANICZNE cyfry (i to arabskie!), jak już to tylko jolka – nasza polska. 

Ale tak serio to żarty na bok, pomyśl ile prań, ile zmywarek, ile prasowania możesz wtedy zrobić w ramach relaksu i samorozwoju! Przecież praca w domu, to nie praca – to Twój czas wolny i czysta przyjemność, powinnaś się cieszyć z takiego prezentu, doceniając niezwykły gest darczyńcy.

4. Folia uspokajająco – rozwojowa.

prezent

Kolejny niewiarygodnie genialny prezent to rolka folii z bąbelkami – jest to wręcz podarunek widowiskowy, z elementami magii. Można sobie z tej folii kilka kawałków odciąć i rozdać członkom Rodziny. W ten sposób pozbywamy się na kilka – kilkanaście minut (w zależności od metrażu) wybranych członków (Rodziny) w sposób dla nich niezwykle zdrowy. Po pierwsze jest to produkt sugarfree (bez cukru), po drugie rozwija zdolności manualne oraz po trzecie – obniża napięcie i stres. Zaoszczędzony czas można wykorzystać w wybrany przez siebie sposób czyli na drobne prace domowe typu zaszywanie dziury w gaciach lub mycie szyby upieprzonej zaschniętym czymś (jak widać z metody BLW nie wyrasta się tak szybko). Czyli po prostu magia Świąt!

5. Magiczne bułki.

Jeśli natomiast dysponujesz skromniejszym budżetem, polecam Ci serdecznie bułki ze świeżutkiego ciasta mrożonego prosto z aksamitnie czystych ekologicznych terenów zielonej Azji typu Chiny, które to bułki przyleciały dziś rano transportem lotniczym aby zachować najświeższą swieżość. W świątecznych zestawach można je dostać z równie aksamitnym sprejem o zapachu bagietki, bo jak wiadomo najlepszym prezentem dla matki jest poranny aromat świeżo zmielonej, zaparzonej kawy rozpuszczalnej, świeżo zrobionego prania, które powiesi się samo albo świeżo odpalonego spreju bagietkowego. Ach któż nie marzy o tak idealnym poranku w świątecznej atmosferze bukietu relaksujących zapachów (typu bagietka)?

Top 5 dla singielki 

1. Tabletki wzdymające.

Najbardziej trafionym prezentem jest oczywiście sztuczny brzuch, ale należy go podarować PRZED imprezą rodzinną, aby Petentka mogła go od razu użyć. Krótka instrukcja obsługi obejmuje wymowne spojrzenia z ewentualnym mrugnięciem oka, tudzież 'nie mogę jeszcze powiedzieć, bo nie chcę zapeszyć’ Ewentualne ataki smiechu odbywać należy w wucecie, gdzie oczywiście co chwilę latasz BO CIĄŻA. Nie martw się, od dziś wszystko możesz zwalić na ciążę, przynajmniej przez jakiś czas. Później wymyśli się coś innego.

2. Pierścionek w kształcie obrączki.

Doskonałym uzupełnieniem lub prezentem samodzielnym jest obrączka. Również polecam dać przed nasiadem rodzinnym. W trakcie posiedzenia błyskasz co i rusz komu trzeba przed nosem, wspominając między słowami, że no wiecie – Elvis, Las Vegas – ale wiecie – to tajemnica i ucinasz temat zdaniem, że jeszcze nie chcesz się chwalić zanim nie zalegalizujecie w Polsce. Proste jak drut, a ile durnych dyskusji mniej.

3. Talon na eko jarmuż.

Wybornym prezentem wydaje się być talon na ekologiczny jarmuż z pobliskiego bazaru. Podobno bazarowe bony podarunkowe są już od 30 pln, tak więc nie ma dramatu. W razie braku jarmużu, zawsze można dopisać 'wymiennie na eko warzywa, zroszone eko rosą o eko świcie’ co wydaje się zupełnie oczywiste ale wolałam dodać, jakby co. Gdyby ktoś się czepiał, że warzywa uprawiane są tuż przy autostradzie, możesz odpyskować coś w stylu, że lepsze przy polskiej autostradzie niż przy chińskiej – zawsze działa.

4. Kupon na iPhona.

Jeśli dysponujesz większym budżetem, a bliska Ci singielka to gadżeciara – oczywistym rozwiązaniem jest kupon zniżkowy na iPhona Y. Teraz wszyscy szaleją na punkcie X, ale te kolejki i histeria są po prostu żenujące. Czyż nie lepiej spokojnie, kulturalnie i z godnością zapisać się już do kolejki oczekujących na kolejny model? Do tego kupon zniżkowy na 1% to doskonała inwestycja w przyszłość, w końcu 1% teraz to nie to samo co 1% za 5 miesięcy!

5. Premiumator Wody

Uniwersalnym ale niestety drogim prezentem wydaje się być Premiumator Wody, dzięki któremu ze zwykłej, taniej kranówy otrzymujemy wodę Premium, zbliżoną smakiem do tej z lodowca. Działanie urządzenia opiera się na znanym od tysięcy lat mechanizmie, tzw. Efekcie Place-boo.

Otóż Premiumator ma na froncie bardzo dobrej jakości (bardzo wysoka rozdzielczość) zdjęcie lodowca, zatem gdy tania i żenująca kranówa przepływa przez urządzenie, a odbiorca patrzy intensywnie na zdjęcie (nawet bez mrugania), następuje wewnętrzna przemiana i otrzymana woda jest w jakości HDMI, czyli niemal jak lodowiec. Wadą urządzenia jest jego wysoka cena, bo aż 13999 pln, ale w sumie zalety mówią same za siebie i jak pomyślisz sobie ILE dzięki tym 13999 zyskujesz w przyszłości, to okazuje się, że prawie nic, czyli wychodzi jak za darmo.

 

Powodzenia!

Kategorie: Inne, Temat miesiąca

Zlituj się nad swoim dzieckiem.

Tak się składa, że z wykształcenia jestem również pedagogiem i skutkiem, a może przyczyną tego jest zainteresowanie tematami dzieciowymi. A z racji mojej obecności na wczorajszej konferencji 'Dziecko w rozwodzie”, gdzie przez większość czasu siedziałam w szoku, z niedowierzaniem kiwając głową, nasunęły mi się pewne wnioski. Przykłady, które przywołam pochodzą z autentycznych rozpraw sądowych, o których opowiadali Prelegenci.

Naturalnie można rozpocząć długą i burzliwą dyskusję… 

Zaczynając od tego dokąd zmierza świat, omówić wady i zalety postępu technologicznego, później płynnie przejść do dysfunkcyjnych relacji – w kontekście przeniesienia życia do świata wirtualnego. Można wrzucić szczyptę samotności w sieci i bez sieci, dodać narodową skłonność do cierpienia i poświęceń, zahaczyć o wszechobecną hipokryzję bo przecież jestem dobrym człowiekiem, chodzę do kościoła ale jak zupa za słona to wpierdol albo nie dam ci kasy na nowe spodnie. Następnie gładko wszedłby temat olbrzymiej wartości jaką jest małżeństwo, bo przecież zawsze warto walczyć – za wszelką cenę. Otóż nie zawsze i nie za wszelką cenę, bo moje życie nie podlega przetargom, ale o tym cicho sza, przecież to niemoralne dbać o własne sprawy, szczęście, pieniądze. I właściwie jesteśmy już blisko meritum, bo jeśli szczęście i pieniądze to przecież nic nie da Ci w życiu takiej radości i nie będzie Cię tyle kosztowało co dzieci. Jeśli nie masz dzieci to przecież „nie znasz życia” i nie wiesz co to studnia bez dna. Jeśli niedajboże dbasz przy okazji o siebie i/lub masz pieniądze – przegrałaś życie. Heh.

Ale wróćmy do dzieci.

Jestem gorącym zwolennikiem filozofii nie płakania nad rozlanym mlekiem – i w pracy i w życiu prywatnym ale też w odżywianiu. Oczywiście mogę zawsze kupować żywność eko, nieprzetworzoną itp., ale nadejdzie w końcu taki moment, że nie będzie innej opcji: kupię coś innego i już. Jestem gorącym przeciwnikiem bycia w małzeństwie za wszelką cenę. Jeśli obydwie (!) osoby uważają, że jest co ratować – ok. Ale w sytuacji, gdy pozostał tylko popiół, warto dać sądowi ten popiół posprzątać. 

Co tam w sądzie słychać?

Temat rzeka. W opinii Prelegentów – mnóstwo do zrobienia, do zmiany, do poprawy. Momentami tragedia. Brak tablic alimentacyjnych. Sąd ma dbać o dobro dzieci. Bo Rodzice nie są w stanie.

Włos mi się zjeżył na głowie, gdy usłyszałam o walkach (przed sądem!) o punkty na kartach lojalnościowych w sklepach. Jak to powiedziała właśnie jedna z Prelegentek – sąd jest od sprzątania popiołu. Nie od idiotycznych dyskusji jaki kolor bluzek ma nosić dziecko (autentyk). Historie jakie usłyszałam nie mieszczą mi się w głowie, bo nie potrafię zrozumieć jak można być takim potworem dla swojej ukochanej pociechy. Oddzielnym tematem są sprawy finansowe – chyba na osobny wpis bo to co się dzieje również nie mieści się w głowie. Smutne i prawdziwe. 

Dziecko w rozwodzie.

Najtrudniejsze tematy to te związane z ochroną dzieci. Nie rozumiem rodziców, którzy mają w dupie dobro swoich dzieci, wciągając je w zagrywki między sobą. Rozumiem, że rozstanie jest bardzo trudne i bolesne, że niektórzy czują potrzebę odwetu, pokazania, udowodnienia czegoś komuś – ja to wszystko doskonale rozumiem. Wiem, że to jest bardzo ciężki okres dla wszystkich, że potrzeba czasu, pomocy specjalistycznej bardzo często, że samemu trudno to nie raz udźwignąć. Ale dlaczego, do kurwy nędzy, wciągasz w to swoje dziecko? Udowadniaj, walcz, rób co Ci serce podpowiada – to Twoje życie. Ale nie krzywdź dziecka!

Ludzie ludziom zgotowali ten los.

Serio. Zaskakujące i szokujące są dla mnie matki i ojcowie, którzy tak wiele uwagi, dbałości i poświęcenia ofiarowali swoim dzieciom, a następnie bez żalu jadą walcem po psychice swojego ukochanego maleństwa – zabraniając czy utrudniając kontakty z matką/ojcem, która/y dotychczas zachowywał/a się wobec dziecka bez zarzutu. A robią to dla zasady. Żeby mu/jej pokazać. Ale co pokazać? I nie mam na myśli teraz, podkreślam to jeszcze raz, rodzin, gdzie ojcowie czy matki mieli w dupie dzieci i nagle się obudzili i też – dla zasady – walczą.

Człowieku, opanuj się! DLA JAKIEJ ZASADY TY TO ROBISZ?

Dlaczego robisz to swojemu dziecku? Ono ma tak wiele stresu, cierpienia – czemu dokładasz mu swoje brudy? Czemu smarujesz to biedne dziecko swoim gównem? Ono później chodzi – do przedszkola, do szkoły – umazane, oblepione.

Tak. Właśnie tak to sobie teraz wyobraź, bo tak to wygląda: dziecko chodzi oblepione gównem Twoich kłamliwych historii, Twojego napuszczania, robienia zdjęć dowodowych, wypytywania, nastawiania, angażowania w dowolny sposób. To bardzo ciężkie brzemię, czy naprawdę chcesz aby je nosiło?

Weź się w garść.

Załatw te bardzo trudne, wyczerpujące sprawy w czterech ścianach BEZ obecności dzieci. Musisz wzbić się na wyżyny swojej inteligencji, również tej emocjonalnej i wszelkie spory, pokazywanie kto, co i dlaczego, śledzenie i inne genialne pomysły – załatwić w cztery oczy. Nie w sześć, nie w osiem.  W cztery.

Poszukaj pomocy specjalisty – warto! Nie wszyscy są dodatkowo płatni. Rozmawiaj ze swoim dzieckiem o wszystkim SZCZERZE. Tłumacz trudne zagadnienia, w przeciwnym razie dziecko sobie dopowie – niekoniecznie prawdę. Nie pozwalaj, by dziecko było Twoim opiekunem, pocieszycielem.

A tak serio…

Czasem warto po prostu odpuścić. Zemsta niewiele daje. Zranienie jest straszne, to prawda. Otwarta rana goi się powoli, na pewno. Ale wszelkie dziwne i wykańczające akcje niewiele tak naprawdę zmieniają. Pogodzenie się z pewnymi sprawami, spokój wewnętrzny i pozytywne nastawienie są bardzo korzystne dla nas pod kątem zdrowotnym. A jeśli chodzi o dzieci… Pamiętaj proszę, że dziura którą robisz swojemu dziecku w mózgu, zachowując się jak idiotka/ta, ograniczając kontakty bez wyraźnej przyczyny, walcząc w obecności dziecka, wciągając je we wszystko, budując fałszywy obraz i zabierając poczucie równowagi, bezpieczeństwa – pozostanie w tej małej główce na zawsze. I nie zmienią tego tony drogich zabawek, zagraniczne wyjazdy czy odwracanie uwagi słodyczami i wizytami w makdonaldzie.

Tylko TY możesz to zmienić. Twoje dziecko na to zasługuje, bo ono nie jest winne temu, że Wam nie wyszło.

Zagryź zęby i nie pytaj, nie mów, nie kłam, nie podpowiadaj, nie szantażuj. Spróbuj coś zmienić – nawet drobiazg, jeśli jest Ci teraz bardzo trudno. Zrób to. Niech to będzie dobry weekend, pierwszy z wielu następnych. Wiem, że potrafisz.

 

Kategorie: Dzieci, Inne

Mleko kokosowe – dlaczego zawiera dodatki?

Odpowiedź jest właściwie bardzo podobna jak w przypadku wielu innych produktów spożywczych, ale zacznijmy od początku.

 

Co to jest 'mleko’ kokosowe?

Tak naprawdę nie 'mleko kokosowe’ bo termin 'mleko’ zarezerwowany jest dla wydzieliny gruczołów mlecznych ssaków. Zatem kokosowy może być napój. Ale i tak wszyscy mówią potocznie 'mleko’.

To rozdrobniony miąższ orzecha kokosowego z wodą. Nie ma w tym wielkiej filozofii, tak jak niezbyt trudne jest zrobienie takiego mleka w domu. Ot, wiórki z wodą, blender i po sprawie.

Dlaczego napoje roślinne czasem wyglądają brzydko?

Gdy odstawisz 'mleko roślinne’ na jakiś czas, zaobserwujesz rozdzielenie się faz. Cięższe cząsteczki opadną na dno naczynia, na gorze zostanie wodnista breja. Czy jest w tym coś złego? Nie, to proces sedymentacji, który wynika z grawitacji działającej na cząsteczki zawiesiny. Osobnym tematem jest niemieszanie się warstwy tłuszczowej z warstwą wodną. Łatwo zaobserwować to w sosie z dodatkiem oliwy lub w rosole na tłustym mięsie. Czy jest w tym coś złego? Nie, oliwa i inne tłuszcze nie mieszają się z wodą i już. A wracając do napojów roślinnych – mieszaninę wystarczy energicznie zmieszać i ponownie mamy biały, jednolity płyn. 

Dlaczego producenci dodają bajery?

Ponieważ nie wszyscy akceptują proces sedymentacji i niemieszania się cieczy. Otwierając opakowanie danego produktu, rozwarstwiona zawartość może (niepotrzebnie) budzić podejrzenia. Producenci spieszą zatem z pomocą. Wystarczy dodatek zagęstników, stabilizatorów i emulgatorów, by otrzymany produkt zawsze wyglądał idealnie!

Czy to coś groźnego? 

Nie, substancje te raczej nie powinny budzić Twojego niepokoju, dopóki nie jesz żywności przetworzonej na tony i dobrze czujesz się po spożyciu tego typu dodatków. Glicerydy kwasów tłuszczowych są elementem naszej diety natomiast polimery typu karboksymetyloceluloza czy guma ksantanowa to już inna bajka. Wzdęcia, zaparcia, biegunki to typowy efekt uboczny po tego typu substancjach ale tylko u niektórych z nas. 

Czy da się znaleźć mleko kokosowe bez dodatków?

Tak, proste napoje roślinne bywają niemal w każdym sklepie i to mnie cieszy.

Jeśli obawiasz się nieestetycznego wyglądu – przed otwarciem wstrząśnij, nic więcej.

 

   

 

 Ps. Jeśli interesuje Cię temat innych mlek roślinnych, to np. tu pisałam o alpro (kliknij). Natomiast jeśli chcesz zmienić nawyki żywieniowe i / lub myślisz o poszerzeniu wiedzy na temat zdrowego odżywiania – bez wychodzenia z domu, w prosty, bezstresowy sposób, już niebawem rusza 14 – dniowy kurs online na ten temat, zapisy i lista tematów tu (kliknij).