dzień kobiet

Dzień Kobiet

Drogie Panie,
Życzę Wam, abyście zawsze miały możliwości, chęci i siłę na to, aby być dokładnie takimi Kobietami, JAKIMI CHCECIE BYĆ.
Aby ludzie wokół przestali mówić Wam co macie robić, kogo i jak kochać, ile mieć dzieci, czy i jak studiować, pracować, gotować, sprzątać i jak żyć.
Aby przestano oceniać Was po wyglądzie, stanie cywilnym, dzietności, czystości mieszkania i zawartości lodówki.


Życzę Wam dobrych ludzi wokół i patrzenia w lustro z życzliwością.
Jesteście wystarczająco dobre, mądre i piękne, niezależnie od tego co mówią inni.
Jesteście wystarczająco dobrymi matkami, córkami, siostrami, teściowymi, szefowymi i koleżankami.


Życzę nam, aby w Polsce skończyło się wreszcie hodowanie dziewczynek wyłącznie do obsady jedynych prawych i sprawiedliwych ról należnych kobiecie: Matki Polki Poświęcającej się oraz Polskiej Żony Służącej.
Tych ról idealnych dla kobiet jest dużo więcej.
Tych dróg, jakimi możemy podążać, jako szczęśliwe i spełnione osoby, jest bardzo wiele.
Każda jest tak samo dobra, bo każda z nich jest NASZA.
To MY ją wybieramy.
To MY nią podążamy.
I to MY płacimy cenę za swoje decyzje.
Dlatego NIKT nie ma prawa nas oceniać.
NIKT nie ma prawa porównywać nas do innych.
NIKT nie ma prawa nakazywać nam, która z dróg jest dla nas, a która nie.


Nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jest tylko jedna możliwa i dobra droga.
Nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jesteście do niczego.
Jesteście wartościowymi osobami, tu i teraz.
Bądźmy dla siebie i innych kobiet życzliwe.
Pomagajmy sobie nawzajem.
I głosujmy na tych, którzy szanują kobiety BEZ „pod warunkiem, że” bo na szacunek i miłość Kobieta nie musi „zasłużyć” realizując zadania z listy.
Szacunek i miłość jest. Po prostu.
A jak ich nie ma, to trzeba uciekać bo każda z nas na nie zasługuje, nie tylko 8.03.
Na szacunek i miłość zasługujemy każdego dnia.


PS. Jeśli potrzebujesz więcej pary w skrzydła, zajrzyj tu (klik).

Kategorie: Inne
ser

Odpowiedź Producenta

Jakiś czas temu, podczas rutynowego przeglądu etykiet w jednym ze sklepów zaciekawiła mnie informacja o barwniku. Najczęściej jeśli obserwowałam substancje dodatkowe w serach „żółtych” było to annato. Tym razem pojawiła się nowa rzecz: annato NORBIKSYNA.

Annato nie budziło mojego zdziwienia, ludzie chcą kupować ser o określonym, powtarzalnym kolorze. Jeśli żółty, to ma być ŻÓŁTY, a nie białawo-żółtawy, więc klient nasz pan. Producenci barwią na żółto i wszyscy są szczęśliwi. Jednak tym razem zauważyłam annato NORBIKSYNA.

Jeśli dobrze pamiętam, annato to mieszanina biksyny rozpuszczalnej w tłuszczach i norbiksyny rozpuszczalnej w wodzie. Zatem obniżając zawartość tłuszczu, być może muszę dodać barwnik w innej proporcji niż w klasycznym serze o wyższej zawartości tłuszczu?


Czemu więc zainteresowałam się akurat NORBIKSYNĄ?

ADI norbiksyny jest na poziomie 0.6 mg / kg m.c. a zatem 20 x mniej niż biksyny (12 mg / kg, widziałam też materiały gdzie ADI biksyny było określone na poziomie 6 mg / kg, a norbiksyny 0.3 mg / kg m.c.).
Więc gdybym kierowała, się w życiu tabelką z wartościami ADI, powinnam jeść mniej sera z norbiksyną. Jednak czy w tym przypadku ma to znaczenie? I czy w ogóle warto interesować się wartościami ADI?

Co to jest to ADI?

Żeby zrozumieć specyfikę problemu oraz zastanowić się nad innymi obszarami, gdzie to o czym tu piszę jest ważne w kontekście zdrowia, warto poznać sens określania ADI.

ADI – w dużym uproszczeniu – podaje nam na tacy informacje ile czego możemy zjeść, aby spożywając to codziennie przez całe życie – było w miarę ok. Nie jest to najszczęśliwszy wskaźnik, bo ludzie w życiu codziennym nie za bardzo są w stanie z tego skorzystać (na etykietach nie ma słowa o zagrożeniu oraz ilościach + jest jeszcze coś takiego jak synergia, działanie wielu substancji razem itp. itd) ale dziś nie o tym. Dziś lepszy taki niż żaden.

Ogólnie sytuacja wygląda tak: substancje dodatkowe charakteryzuje określona wartość ADI („dopuszczalne dzienne spożycie”), dzięki temu producent wie ile czego można dodać do surowca, a konsument wie ile czego można zjeść. Jak sytuacja wygląda w praktyce? Różnie, co widać w raportach (zdarzają się przekroczone ilości) oraz w sklepach spożywczych (nikt nie chodzi z kalkulatorem i nie wylicza, nie ma nawet z czego wyliczać, bo nie ma takich informacji na etykietach).

Kto pyta nie błądzi.

Zapytałam więc producenta ile dodaje barwnika, zakładając że poziom jest w normie. Zawsze zakładam, że przytomni producenci żywności gdzie w ekipie pracują inteligentni ludzie o bujnej wyobraźni przestrzennej, chociażby w trosce o dobre imię marki i przyszłą sprzedaż, nie robią wałków. Z logicznego punktu widzenia to się po prostu nie opłaca.

W tym jednak przypadku bardziej interesowały mnie konkretne ilości norbiksyny, a zatem informacja ile jest barwnika w 100g sera, a co za tym idzie – najbardziej przydatna rzecz z punktu widzenia konsumenta czyli konkretnie: ILE MOGĘ ZJEŚĆ.

Maila z prywatnej skrzynki wysłałam w sobotę, odpowiedź otrzymałam w poniedziałek rano. Po upewnieniu się, że dane są jawne, przekazuję zawartości norbiksyny w tym konkretnym produkcie.

Wedle odpowiedzi Producenta Rycki Edam Light zawiera 222 mg barwnika w 1 kg sera.

Barwnik zawiera 1.2% norbiksyny, zatem w 1 kg sera znajduje się 2.66 mg norbiksyny.

To oznacza, że w 100 g sera mamy 0.266 mg norbiksyny.

Zatem paczka (w tym przypadku jest to 135 g) tego sera zawiera 0.359 mg norbiksyny.

Ile mogę zjeść?

Dla fanów sera nie ma czegoś takiego jak „za dużo”. Jednak znając zawartość norbiksyny przyjrzyjmy się jak to się ma do ADI, czyli jak mogę wykorzystać wartości ADI w życiu codziennym.

Jeśli ADI dla norbiksyny zostało określone na poziomie 0.6 mg / kg m.c., aby nie wystąpiły skutki uboczne po wieloletnim, codziennym spożyciu produktu zawierającego norbiksynę, dopuszczalne dzienne spożycie dla osoby ważącej 50 kg nie powinno przekroczyć:

0.6 mg na 1 kg masy ciała

x mg na 50 kg masy ciała

x = 30 mg

Jeśli 135 g sera zawiera 0.359 mg norbiksyny, jest to niższa wartość niż 30 mg.

Zatem spożywając jedną paczkę (135 g) sera na śniadanie, plus drugą paczkę (135 g) na kolację codziennie przez całe życie, przy założeniu, że nie jem nic innego zawierającego annato (norbiksynę) oraz że norbiksyna nie wchodzi w reakcje z innymi substancjami – nic złego związanego z poziomem norbiksyny w organizmie nie powinno się wydarzyć.

Gdyby przyjąć ADI dla norbiksyny na poziomie 0.3 mg / kg m.c., osoba ważąca 50 kg może spożywać 15 mg dziennie, czyli również sporo więcej niż 0.359 mg. W tym przypadku, w optymalnych warunkach, mogę zjeść maksymalnie 41 opakowań (135 g) tego sera dziennie.

To w czym problem?

W przypadku tego sera? W niczym.

Jednak w temacie ADI – mimo, że wartości podawane są z pewnym marginesem – mam kilka uwag pod rozwagę, zwłaszcza dla osób kochających przetworzoną żywność, pijących litry kolorowych napojów, również z dodatkiem alkoholu.

  1. Na etykietach nie ma podanych zawartości substancji, które łatwo przedawkować spożywając kilka różnych produktów o podobnym składzie. W wielu przypadkach bardzo ciężko przedawkować daną substancję, bo w spożywanych napojach czy jedzeniu ilości są bardzo niewielkie. Może w przypadku określonych substancji na etykiecie powinna znaleźć się informacja ile można spożyć oraz notka dotycząca spożycia produktów pokrewnych? Może warto dodać na etykiecie również informacje dotyczące cukru czy tłuszczów trans w CAŁYM opakowaniu? Bo te iluzoryczne porcje, których nikt przecież nie przestrzega nie mają kompletnie sensu.
  2. Nie wiemy jak dokładnie działają substancje w mieszaninach oraz w połączeniu z innymi substancjami z innych produktów, gdy spożywamy je (często w wysokich dawkach) przez wiele lat.
  3. Nie wiadomo jak działają określone substancje w określonych połączeniach z innymi substancjami z naszego środowiska (można rzucić okiem na zawartości określonych substancji w wodzie, żywności, powietrzu).
  4. Nie wiemy jak sytuacja wygląda przy wieloletnim spożyciu mieszanek z wieloletnim spożywaniem alkoholu i leków.

Przykład? Proszę bardzo.

Załóżmy, że napój zawiera substancję X o ADI na poziomie 40 mg / kg m.c.

To oznaczałoby, że osoba ważąca 50 kg nie powinna przekraczać spożycia na poziomie 2000 mg w ciągu dnia. Całkiem sporo, więc chyba luz.

Osoba ta lubi określony napój, w którym producent dodaje 585 mg substancji X na 1 litr.

Osoba ta spożywa w ciągu całego dnia 2.5 litra tego napoju, co oznacza spożycie substancji X na poziomie 1462.5 mg dziennie. 1462.5 mg to mniej niż 2000 mg, zatem poziom bezpieczny. Problem niestety w tym, że substancję X osoba ta dostarcza sobie codziennie również z innego napoju, który spożywa w ilości 2 x puszka 250 mL dziennie, oraz z produktów spożywczych w ilości 250 g dziennie. CODZIENNIE. Więc może warto zapytać producenta napoju w puszcze oraz producentów pozostałych produktów ile dodają substancji X na 100 mL oraz na 100 g aby zorientować się, czy przypadkiem nie przekraczamy dopuszczalnego dziennego spożycia. Ale kto by się tam przejmował, oj tam oj tam. Na coś trzeba umrzeć.

I na tym właśnie polega dwustronny medal jeśli chodzi o produkty typu LIGHT, sugarfree, glutenfree itp. itd. Asortyment ten ma swoje zalety, jest produkowany z myślą o konsumentach z wielu względów unikających cukru, wysokich dawek tłuszczu itd. Niestety wiele osób zakłada, że jeśli coś nie zawiera cukru lub zawiera mniej tłuszczu, to można wypić / zjeść więcej, a to nie zawsze prawda.

Jak żyć?

Przede wszystkim spokojnie.

Nie da się ogarniać zawsze wszystkiego i wszędzie, podobnie jak nie da się mieć prywatnej oczyszczalni wody czy żyć w bańce z czystym powietrzem. Skupiajmy się zatem na tym, na czym możemy.

  1. Eliminujmy niepotrzebne substancje – mimo, że w większości przypadków ryzyko przedawkowania jest niewielkie, warto jeść jak najwięcej żywności niskoprzetworzonej wtedy kiedy mamy taką możliwość.
  2. Dbajmy o jak najbardziej zbilansowany i zróżnicowany jadłospis zamiast codziennie kupować te same, słabe produkty. Być może kasza, natka pietruszki czy kapusta kiszona nie są na pierwszych stronach gazet, nie ma też ich na uśmiechniętych zdjęciach influencerów jednak nie oznacza to, że mamy o nich zapominać. Proste, normalne jedzenie jest bardziej wartościowe i cenne dla organizmu niż pięknie reklamowany wypchany mieloną tekturą z dodatkiem mrożonego mięsa flak z psudobułą i sosem z toną cukru.
  3. Przyjrzyjmy się również innym parametrom takim jak odpowiednia ilość snu, odpoczynku, zarządzanie stresem – ma to kolosalne znaczenie w trosce o zdrowie fizyczne i psychiczne.

Tak, istnieje też świat poza jedzeniem, ADI i substancjami dodatkowymi, co nie oznacza, że mamy totalnie olewać to, co wkładamy do ust. Wręcz przeciwnie – to co ląduje w naszym koszyku w spożywczym, a następnie na talerzu i w brzuchu buduje nasz organizm (szerzej pisałam o tym tu – kliknij). Zatem nie ma przesady w sformułowaniu, że jesteśmy tym, co jemy.

#

Jaki kraj, takie mieszanki przypraw

Byłoby wspaniale

Życie byłoby prostsze i mniej stresujące, gdyby człowiek nie musiał zastanawiać się nad jakością informacji w reklamie w tv, na profilu influencera czy na etykiecie produktu spożywczego. Ale ten idealny świat bez ściemniania niestety nie istnieje. Oczy należy mieć dookoła głowy, zwłaszcza jeśli towarzyszą nam choroby lub musimy unikać określonych składników. Ale też dlatego, by przykładowo pewnego pięknego dnia nie napić się swojej ulubionej, pysznej, aromatycznej kawusi z unoszącymi się na powierzchni białawymi plamami pozlepianych kłaków mąki.

Jak to możliwe?

Normalnie.

Nie chcemy podwyżek cen. Nie chcemy płacić kilka PLN za małą paczusię przypraw. Jednocześnie nie chce nam się czytać etykiet. Chcielibyśmy wszystko mieć podane na tacy, najlepiej za darmo. I nikogo nie interesuje, że niektóre surowce są po prostu drogie. Z wielu względów. A producenci nie są fundatorami naszych zachcianek.

Jaki kraj, takie mieszanki

Asortyment serwowany w obrębie jednej marki często różni się nieco w detalach (ilość i jakość danego składnika) w zależności od kraju na jaki jest rzucany. Wachlarz jest adekwatny m.in. do określonych przyzwyczajeń konsumenta, tradycji, średnich cen na danym rynku oraz…mentalności. A w Polsce inwestowanie w zdrowie, w tym w zdrowe jedzenie, wynika z sytuacji społeczno-ekonomicznej ukształtowanej przez ostatnie dziesięciolecia. Czyli jest na poziomie początkującym. Nie chcemy płacić więcej za jedzenie wyższej jakości bo po pierwsze nie zawsze nas na to stać, a po drugie – jedzenia NIE WIDAĆ. Nowe szmaty, buty, zegarek, samochód czy drogie wakacje – owszem. A przecież powszechnie wiadomo, że dla wielu osób najważniejsze jest jedno: co ludzie powiedzą? Niestety w Polsce nadal wyznacznikiem standardu życia i pewnym synonimem luksusu jest przykładowo drogi samochód, zadbany dom, rajskie wakacje, oraz pasek, buty i torba od projektanta a nie zadbane zęby, skóra, regularne badania profilaktyczne i zdrowe jedzenie codziennie na talerzu. Stąd szeroki rynek produktów, mieszanek i półproduktów gdzie składnik główny i/lub oczekiwany zastąpiony jest częściowo innym: bazą, zamiennikiem, czy jak np. w przypadku przetworzonego mięsa – wodą z dodatkami i/lub wypełniaczem. Podobnie jest na rynku przypraw.

Piękne etykiety

Zestawy do pierników, aromatycznej szarlotki czy ciastek korzennych kojarzą mi się z mieszaniną korzennych przypraw z udziałem przede wszystkim cynamonu, kardamonu, imbiru i goździków. I faktycznie w mieszankach, których ceny zaczynają się już od 0.99 PLN znajdziemy takie składniki. Warto jednak być czujnym i świadomie wybierać zestawy przypraw. Na co zwrócić uwagę? Jak omijać pułapki jeśli potrzebujemy zestawu przypraw bez dodatków?

Krok 1 – pierwszy składnik

Jeśli potrzebujemy wyłącznie samych przypraw do ciasta, ciastek, aromatycznej kawy lub herbaty lub z jakiegoś powodu nie możemy spożywać cukru lub najnormalniej w świecie nie smakuje nam kawa z cukrem – możemy się mocno zdziwić kupując produkt bez czytania składu. Jeszcze pół biedy jeśli to kawa z łyżeczką cukru, gorzej jeśli do ulubionej kawusi sypniemy przyprawę opartą o mąkę pszenną.

Krok 2 – tabela wartości odżywczych

Zdarza się, że pierwszy składnik na etykiecie to mieszanka, a więc litania surowców. To zdarza się często np. na etykietach płatków śniadaniowych, granoli, muesli itp. ale też na przyprawach. Wydaje nam się wtedy, że skład wygląda spoko. Tymczasem w tabeli wartości odżywczych NIESPODZIANKA! No bo jak to możliwe, że cynamon daje 50g cukru na 100g produktu?! Normalnie. Na drugim miejscu jest cukier. Czyli przykładowo 50% to przyprawy, a druga połowa – cukier. Można? Można.

Krok 3 – cena

Cudów nie ma, bo producenci spożywki to nie organizacje charytatywne. Z pustego nie nalejesz. Jak kiełbasa kosztuje 5 PLN za kg to można spodziewać się, że z mięsem będzie miała niewiele wspólnego poza stroną wizualną, o co spece od stron wizualnych z pewnością starannie zadbają.

Każdy orze jak może

Podobnie jest w przyprawach. Jak przyprawowy surowiec jest drogi, to kosztuje minimum kilka PLN za małą paczkę a nie 90 groszy. Oczywiście zdarzają się wyjątki, takie jak nieuzasadniona wysoka cena, promocja, moda na coś czy wyprzedaż ze względu na bliski termin przydatności do spożycia. Jednak generalna zasada jest taka, że przyprawy bez wypełniaczy, bazy czy innych dodatków kosztują więcej.

Światełko w tunelu

Przyznam, że nie jest łatwo znaleźć w powszechnie obecnym sklepie prostą przyprawę korzenną, którą bez obawy dodamy i do ciastek i do kawy czy herbaty. Jednak takie produkty istnieją i na mojej platformie edukacyjnej przedstawiam kilka z nich (kliknij aby zobaczyć).

Składy mogą być proste jak konstrukcja cepa, cena wyższa niż w przypadku innych produktów. Jednak nie jest to różnica torpedująca nasz lubiący promocje i niskie ceny umysł, prawda?

Jak żyć?

W każdej książce, którą napisałam powtarza się jedno zdanie: decyzja należy do ciebie.

Bo przecież nie ma obowiązku kupowania produktów lepszej jakości, podobnie nikt nie powinien oceniać cię, jeśli wybierzesz coś z wypełniaczem. To indywidualne decyzje, zależne od wielu czynników.

Ja niezmiennie zachęcam cię do świadomego kupowania. Jeśli potrzebujesz maksymalnie uniwersalnego produktu, warto wybrać prostą mieszankę bez cukru i mąki, którą możesz wykorzystać do różnych celów.

Jeśli potrzebujesz małej ilości przypraw do ciastek, jeśli nie chorujesz na coś, co wiąże się z dietą wykluczającą, jeśli ciasto czy ciastka robisz raptem raz w roku – na mące pszennej i zawsze słodzisz cukrem – nie ma co się spinać i płakać nad składami. Weź to, co możesz, to co masz pod ręką.

Zawsze jest jakieś wyjście, często mamy wybór. Niech w większości przypadków będzie to wybór świadomy. Bo świadome życie smakuje lepiej. Po prostu.

_____

PS Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o zdrowym stylu życia oraz świadomym jedzeniu i robieniu zakupów spożywczych zajrzyj tu (klik).

Wpis nie jest sponsorowany.
vegan

VEGAN czyli zdrowe

Z bliżej nieokreślonych przyczyn, utarło się fałszywe przekonanie dotyczące produktów VEGAN (czyli roślinnych) o tym, że skoro jest roślinny to MUSI być zdrowy. I wcale nie jestem przedstawicielem produktów odzwierzęcych szukającym dziury w całym. Wręcz przeciwnie. Uważam, że jemy zbyt dużo mięsa i zdaję sobie sprawę, że podłoże tej sytuacji jest zróżnicowane i wielopłaszczyznowe.

Więc o co z tym vegan chodzi?

Oczywiście o pieniądze. Bo skoro część osób chętniej sięga po produkt z napisem VEGAN to czemu tego nie wykorzystać?

Przeprowadzając proste ankiety typu „tak” lub „nie” wśród kilku-kilkunastu tysięcy dość świadomych konsumentów okazało się, że większość osób nie nabiera się już na pytania typu „czy VEGAN = ZDROWY?” Niemniej jednak nadal 21% osób uważa, że wegańskie słodycze mają raczej lepszy skład niż niewegańskie, a 20% osób zaznaczyło, że wegańskie ciasto jest raczej zdrowsze niż niewegańskie.

ALE… Już przy bardziej podchwytliwie skonstruowanych pytaniach mniej więcej ta sama grupa badawcza uważa, że:

  • wegańskie posiłki w knajpie będą raczej zdrowsze niż te niewegańskie (47%)
  • jeśli coś ma napis VEGAN, chętniej sięgamy po to w sklepie (26%)
  • w wegańskiej kawiarni są raczej lepsze produkty niż w zwykłej (35%).

Dość skwapliwie wykorzystują to niektórzy producenci. Zatem warto zwracać na to uwagę. Produkty oklejone napisami VEGAN z motywem roślinnym nie powinny nikomu sugerować, że „roślinny” automatycznie zawsze znaczy „lepszy”, a już na pewno nie powinno się to kojarzyć z „zawsze zdrowszy”.

Podobnie producenci słodzonego nabiału. Chętnie dodają informacje dotyczące witamin, składników mineralnych oraz korzyści, jakie płyną z suplementowania tych substancji. Oczywiście z ich produktów. Cały problem niestety w tym, że owszem – korzyści są i to niepodważalne. Organizm ludzki potrzebuje przykładowo zarówno witaminy D jak i wapnia oraz innych substancji. Tyle, że nie ma potrzeby aby wraz z witaminami i innymi niezbędnymi składnikami pochłaniać tony cukru. Ale o tym na opakowaniach produktów pseudoprozdrowotnych już nie przeczytamy.

Czy niektórzy producenci robią z ciebie idiotę?

Tak.

Nie przeczytamy bowiem o skutkach CODZIENNEGO nadmiaru cukru dodanego w diecie, o tragicznych skutkach CODZIENNEGO nadmiaru kalorii w codziennym jadłospisie. Nie przeczytamy o przecukrzeniu dzieci, o tym, że statystyki są coraz bardziej tragiczne, że wiele chorób zaczyna się bardzo niewinnie a kończy przedwczesną śmiercią, np. tuż po 40-tce. Nie przeczytamy też najczęściej o tym, że miejsce deserów jest (jeśli już muszą być) NIE w pozycji śniadania + kolacji. Bo budowanie nawyku jedzenia słodkich posiłków niemal przez cały dzień jest niebezpieczne zwłaszcza u dzieci. Miejsce deseru jest na deser. PO zjedzeniu pełnowartościowego posiłku.

Tymczasem słodzone deserki proponowane są dzieciom i dorosłym jako świetna wersja śniadania, drugiego śniadania, kolacji lub jako fajna przekąska. Jako propozycja na jakiś tam głód czy apetyt. Na wycieczkę, na chwilę zapomnienia, na luźny wieczór po ciężkim dniu.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki napoju czerpie nadmiar cukru? Nie.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki jogurtu owocowego czerpie nadmiar cukru? Nie.

Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki wegańskiego odpowiednika jogurtu czy deseru czerpie nadmiar cukru? Nie.

Nadmiar cukru z produktu typu VEGAN jest tak samo niebezpieczny jak z produktu nieweganskiego.

Kultura przecukrzania, czipsyzacji i alkoholizacji ma się świetnie.

Ciasta czy ciastka wegańskie oparte o ogromną ilość cukru i słaby tłuszcz utwardzony są tak samo niezdrowe jak niewegańskie. Czipsy z ogromna ilością tłuszczu – nawet jeśli są z różnych warzyw i są BIO – nadal zawierają ogromną ilość najczęściej słabego tłuszczu.

Wiele ciast i ciastek typu cukier z mąką + margaryna zawierająca tłuszcze częściowo utwardzone NIGDY nie zawierało składników pochodzenia zwierzęcego. Czipsy typu ziemniaki, olej słonecznikowy, sól NIGDY nie zawierały składników pochodzenia zwierzęcego. Zarówno ciasta, ciastka jak i czipsy zawsze były wegańskie i zawsze były niezdrowe.

Dzięki reklamom w TV i mediach społecznościowych dobrze wiemy, że jak impreza to ziemniory z tłuszczem. Jak rodzinny obiad to oczywiście zbliży nas do siebie butla gazowanej wody z cukrem. A gdy wracamy styrani z roboty – warto sięgnąć po słodzony nabiał, batonik lub po prostu flaszkę. Bo co się będziemy rozdrabniać skoro można raz a dobrze. Oczywiście najlepiej drogą flaszkę, bo jak już pić, to na bogato: na drogim blacie, w drogim kieliszku, kulturalnie i z klasą. A nie jak menele – najtańszy syf na ławce w parku. Bo przecież to nie my jesteśmy uzależnionymi od cukru alkoholikami. My jemy wyłącznie zdrowsze wersje słodyczy, a łychę pijemy wyłącznie drogą, prawda?

I teraz wkracza VEGAN, cały na zielono.

A skoro było już o nabiale, pseudozdrowych batonikach z czymś tam na coś tam oraz o alkoholu, to pora na nowy sektor, który ma dać nam ukojenie i chwilę zapomnienia. Albo chociaż nasycić głód oraz uspokoić głowę, bo przecież jest VEGAN.

Czyli zdrowo.

Czyli można.

Bez wyrzutów sumienia.

Gdy przeczytamy etykiety pierwszych z brzegu deserów, okazuje się, że skład opiera się o wodę z cukrem i dodatkami. A dla organizmu naprawdę nie ma większego znaczenia czy te 2-3 łyżeczki cukru dostanie z wody z tej czy innej firmy. 2-3 łyżeczki cukru w porcji to może być spora ilość na raz dla małego dziecka ale też dla osoby dorosłej, która ma nieprawidłowo zbilansowaną dietę opartą o same słodzone posiłki.

Jak żyć?

O wyrzutach sumienia, a właściwie o kompletnym bezsensie posiadania wyrzutów sumienia związanych z jedzeniem pisałam chyba w każdej mojej książce, a najszerzej w NIE ŻRYJ GÓWIEN” (klik), czy bliźniaczej „Na coś trzeba umrzeć (klik)„. Bo jedzenie nie ma psychicznie niszczyć. Ma odżywiać, dostarczać wszystkich niezbędnych składników odżywczych. Jedzenie nie ma rozgrzeszać, nie ma wypełniać luki po czymś tam, słodycze nie mają być codziennym lekiem na chroniczne psychiczne zmęczenie, samotność i stres. Na zmęczenie psychiczne, samotność i stres są zupełnie inne rozwiązania, nie mające z pseudozdrowymi słodyczami nic wspólnego.

Niestety wiele osób nadal utożsamia VEGAN z „czyli mogę zjeść więcej bo zdrowe„. Dlatego w bezmyślnej konsumpcji produktów BIO czy VEGAN upatruję większe zagrożenie niż kiedyś w sektorze LIGHT. Zwłaszcza u osób, które nie zwracają uwagi na skład, mają średnio zbilansowaną dietę z nadmiarem cukrów prostych dodanych oraz szukają rozgrzeszenia dotyczącego jedzenia słodyczy.

Słodycze to słodycze, słodzone produkty to element menu, słodzony deser to też słodycze. To coś, co jedni mogą jeść w większych a inni w mniejszych ilościach i tyle.

Same słodzone produkty nie zastąpią całodziennego jadłospisu w dobrze zbilansowanej diecie. Objadanie się „zdrowszymi” słodyczami „bo skoro są zdrowsze to mogę zjeść więcej” to słaby pomysł. To również słaby przekaz w stronę nieświadomych wszystkich konsekwencji nadmiaru cukru i kalorii w menu dzieci.

Wegańskie desery to również element menu, zwłaszcza dla osób, które z różnych przyczyn unikają nabiału, mleka krowiego czy produktów pochodzenia zwierzęcego. Nie ma sensu dorabiać prozdrowotnych ideologii bo zarówno słodzony deserek oparty na mleku krowim jak i na wegańskich odpowiednikach to najczęściej 2-3 łyżeczki cukru dodanego w małym kubeczku.

Wegańskie wersje produktów powstały dla osób unikających z różnych przyczyn surowców pochodzenia zwierzęcego. I bardzo dobrze, rozrastający się rynek produktów roślinnych cieszy mnie podobnie jak rosnąca świadomość konsumentów. Bo właśnie o tę świadomość tu chodzi. O to, aby nie sięgać bezmyślnie po produkty z napisem VEGAN. O to, aby pamiętać, że deser to DESER. A jeśli ktoś ma ochotę na roślinną wersję – bardzo dobrze, że asortyment jest coraz bardziej zróżnicowany i dostępny.

______________

PS Jeśli nie chce Ci się na razie czytać książek, a chcesz na szybko wiedzieć które produkty mają sprawdzony przeze mnie skład, oraz jak ograniczyć cukry proste i cukier dodany zajrzyj na moją platformę edukacyjną (klik). Jeśli chcesz w 2 tygodnie zacząć kontrolować to co kupujesz oraz ilość cukru, którą spożywasz w tym prostym szkoleniu (klik) nauczę Cię kilku prostych trików – wystarczy 10 minut dziennie (to szkolenie jest też na mojej platformie w pakiecie premium).

Tortilla o prostym składzie

Sprawdzając składy produktów spożywczych w poszukiwaniu dobrego placka typu tortilla, doszłam do jednego wniosku.

Albo tortilla albo prosty skład.

Jak się okazało w żadnym – naprawdę w żadnym, a sprawdzam składy od lat – popularnym sklepie nie znalazłam jeszcze produktu typu tortilla o prostym składzie, czyli bez litanii dodatków spożywczych.

I oczywiście można by się tymi dodatkami nie przejmować, zwłaszcza gdy ktoś kupuje tego typu produkt raz czy dwa razy w roku, a po spożyciu nie odczuwa dolegliwości. Jednak wiele razy pisały do mnie osoby, które jedzą placek typu tortilla zdecydowanie częściej. Co wtedy?

W ostatnich dniach znalazłam ciekawą alternatywę, która może być stosowana zamiennie zamiast placka typu tortilla. Nazywa się Piada, a sprzedawana jest w Lidlu, zdaje się że jedynie sezonowo (termin „Najlepiej spożyć przed” daje nam możliwość zrobienia zapasu na 3 miesiące).

Co ze składem?

Prosty: mąka, woda, smalec, sól, drożdże. Jednak i tym razem nie ma róży bez kolców, wszystko ma swoje wady i zalety. Owszem, skład jest prosty, bez udziwnień, 6 linijek dodatków spożywczych i niepotrzebnych wielu osobom konserwantów, ALE smalec wieprzowy NIE jest surowcem, który chciałabym polecać, zwłaszcza osobom z nadmierną podażą tłuszczów zwierzęcych w diecie.

Jak żyć?

Spokojnie. Bez nadmiernego stresu spożywczego.

Piada czy tortilla raz na jakiś czas nie powinny nikomu zaszkodzić, natomiast warto pamiętać o tym, że tłuszcze zwierzęce i kilogramy dodatków spożywczych nie są czymś pożądanym w naszej diecie. Jeśli ktoś potrzebuje alternatywy dla bułek, chleba czy naleśników – warto szukać PITY. Produkty typu pita w większości sprawdzanych przeze mnie sklepów miały bardzo proste składy i mogą być ciekawą alternatywą dla fanów pieczywa i placków. Więcej informacji na ten temat oraz proste wskazówki jak zadbać o siebie i o rodzinę znajdziesz na mojej platformie edukacyjnej (klik).

FAK of The Year – marzec.

Marcowa nominacja do nagrody FAK of The Year powinna trafić do wszystkich napojów instant w stylu granulowanych herbatek na coś tam.

Najbardziej absurdalnym jest dla mnie sprzedawanie tego typu produktów sugerując, że mogą mieć one (niby nie napoje, a ich składniki, ale któż czyta etykiety, a ze zrozumieniem to już w ogóle) wpływ na odporność.

Dla przykładu – nowa, lepsza jakość o smaku cytrynowym. Co na froncie? M.in.:

  • z witaminą C,
  • z sokiem owocowym,
  • z cukrem trzcinowym.

A teraz zderzenie z rzeczywistością.

  • Soku owocowego 0.4% – jest to sok odtworzony z suszonego soku owocowego.

  • Cukru trzcinowego 10%, reszta to zwykły cukier + glukoza, a zawartość cukrów prostych wynosi 94 %. Nadmiar cukru trzcionowego jest tak samo niebezpieczny jak zwykłego, a przy niewielkich ilościach dla organizmu raczej nie ma znaczenia jaki cukier użyjesz.
  • Producent zaleca około 4 łyżeczki (20 g) produktu na jedną szklankę. Przyjmując, że człowiek pije 2 – 3 kawy czy herbaty dziennie, mamy spożycie może sięgać około 8 – 12 łyżeczek produktu (40 – 60 g). Czyli 37.6 – 56.4 g (7.52 – 11.28 ŁYŻECZKI) cukrów prostych DZIENNIE.

7-11 łyżeczek cukru dziennie, CODZIENNIE z herbatki – w imię czego?

Jak się okazuje – magicznej witaminy C.

Informacje dotyczące cudowności związanych z witaminą C zajmują prawie pół tyłu opakowania.

Ja mam tylko jedno pytanie marketingowe.

Jeśli konsument kupuje cukier z glukozą i cukrem trzcinowym, po co mu pisać na opakowaniu o odporności? Przecież nadmiar cukru codziennie nie wspiera odporności, a jak ktoś chce witaminę C, to zapotrzebowanie dzienne łatwo pokryć jedząc zupełnie przeciętną ilość owoców i warzyw, przykładowo durną czerwoną paprykę.

Podsumowując, nie podoba mi się sprzedawanie cukru hasłami o witaminie C – uważam, że jest to bardzo nie fair, zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi nie znających się na chemii witamin oraz o pokolenie naszych Rodziców i Dziadków, którzy często nie znają się na zdrowym odżywianiu oraz nie mają okularów lub siły aby przeczytać o co chodzi.

Kategorie: FAK of The Year
pasztet

ŁelDan – luty.

Osoby, które obserwują moją działalność w SM (social media) pewnie zdziwi ujęcie tego typu asortymentu w Plebiscycie, jednak ideą ŁelDana jest pokazanie lepszych alternatyw popularnych produktów, niezależnie od ich bezwzględnych walorów zdrowotnych. Dlatego też lutowa nominacja do nagrody ŁelDan of The Year trafia do marki PIKOK PURE za pasztet z indyka.

Dobrze się składa.

Owszem, fanów pasztetu pewnie ucieszy fakt, iż produkt przy stosunkowo osiągalnej cenie zawiera głównie mięso, a nie mieloną tekturę z tłuszczem, na wzmacniaczach smaku.

Reszta składników nie dziwi, w końcu to pasztet a nie chude mięso na parze.

Zwracam też uwagę, że jest to produkt Z INDYKA a nie „z indykiem” co w praktyce potrafi czasami oznaczać niewielki dodatek indyka.

Czyli polecam?

Nie.

Nieustannie polecam warzywa, sport oraz odpowiednią ilość snu i odpoczynku. A nawiązując do wstępu- ja pasztetów i parówek nie lubię i praktycznie nie jadam (raz na kilka lat zdarza mi się zjeść kanapkę z pasztetem i ogórkiem kiszonym, jeśli mój Tata zrobi pasztet). Natomiast porównując asortyment na polskim rynku, gdzie – jak się okazuje – w pasztet można wsadzić praktycznie wszystko, myślę, że warto zwrócić uwagę Konsumenta kochającego tego typu produkty na wersję opartą na prostych składnikach, bez udziwnień. Bo lepiej i zdrowiej jest raz na jakiś czas zjeść pasztet oparty na mięsie, niż produkt oparty na MOM, czyli surowcu o obniżonej funkcjonalności (MOM = mięso oddzielone mechanicznie) z tłuszczem.

Dlatego też: well done, PIKOK Pure!

fak of the year

FAK of The Year – luty.

Kolejna nominacja do nagrody FAK of The Year trafia do Lekkich Kanapek Z CZEKOLADĄ firmy SONKO.

Równoległa rzeczywistość.

Czytając opis czuję się trochę jak w równoległym świecie spożywczym, bo w naszym sformułowanie „lekkie kanapki”, w połączeniu z następującym po tym „Z CZEKOLADĄ” tworzy swego rodzaju spożywczy oksymoron. Ach, ileż byśmy dali, aby pyszna prawdziwa czekolada mleczna była w końcu „lekka”, aby ten nieziemsko pachnący, kuszący swym kolorem i smakiem nadmiar tłuszczu z cukrem nie powodował skutków ubocznych…

Niestety nie w tym życiu.

A wracając do produktu- serwowanie dzieciom (bo jeśli dobrze zrozumiałam zamysł producenta, kanapki są przewidziane dla młodszego klienta) informacji dotyczących lekkości produktu z czekoladą, a także sugerowanie, że jest to „doskonała śniadaniowa przekąska” nie jest w mojej opinii dobrym pomysłem.

Być może dla określonej, wąskiej grupy osób jest to jakieś rozwiązanie. Natomiast wydaje mi się, że sugerowanie, że jest to „doskonała” opcja dla wystarczająco już przecukrzonych słodzonymi napojami i bezsensownymi przekąskami dzieciaków (dodatkowo dokarmianych między posiłkami przez nieświadomych niczego dziadków), jest co najmniej ryzykowne na kilku płaszczyznach.

Swoją drogą sformułowanie „śniadaniowa przekąska” to niezły zabieg stylistyczno-marketingowy. Niby nie ma napisane „doskonały rodzaj śniadania” bo nie musi – słowo „śniadaniowa” nawet w połączeniu ze słowem „przekąska” robi przecież całą robotę. Równie dobrze mogłoby tam być np. „doskonała śniadaniowa Litwo Ojczyzno moja” a i tak klient zapamięta „śniadaniowa”, prawda…? No brawo.

Druga sprawa to uspokajający napis „Z OWSEM”.

Nie no fajnie, że z owsem, tyle, że 55% produktu to czekolada. Czyli cukier z tłuszczem, a nie owies.

Owies owszem jest, ale nie 30% a 9.9% tak więc jak dla mnie ciut za mało, aby machać mi tym owsem przed nosem.

Total zawartość cukru 32.8 g, tłuszczu 19.4 g na 100 g produktu, paczka to 72 g.

Jak dla mnie buła z kremem pseudoczekoladowym czy chrupkie pieczywo z czekoladą to SŁODYCZE. A słodycze mają być może swoje miejsce w menu, z tym że w standardzie nie powinny zastępować pełnowartościowego śniadania, zwłaszcza u dzieci.

A najsmutniejsze jest to, że po raz kolejny muszę przypominać: budowanie nieprawidłowych nawyków żywieniowych u dzieci jest niebezpoieczne, nadmiar cukru i tłuszczu w diecie to droga na skróty do otyłości, która przyczynia się do chorób układu krążenia. Z kolei nadmiar cukru to nie tylko większe ryzyko cukrzycy typu 2 i otyłości ale też próchnicy, która jest obecnie na porządku dziennym nawet u najmłodszych dzieci.

SONKO, macie tyle fajnych produktów, nie szkoda Wam marki? Dla mnie ten produkt to niepotrzebny strzał w kolano.

Kategorie: FAK of The Year
łeldan of the year

ŁelDan – styczeń.

Stało się, w końcu mamy na rynku genialny pomysł połączenia smaku czekolady mlecznej z walorami czekolady gorzkiej.

Przedstawiam Państwu styczniową nominację do nagrody ŁelDan of The Year, przyszłość czekolady mlecznej – Lindt EXCELLENCE 65% COCOA MILK CHOCOLATE.

Skład prosty- śmietanka nadaje mleczny charakter, a tłuszcz mleczny dodano zapewne dla złagodzenia smaku miazgi kakaowej (masy kakaowej jest tu faktycznie 65%).

Ale tak naprawdę nominację przyznaję za proste rozwiązanie trudnego problemu jakim jest akceptacja deserowej czy gorzkiej czekolady, ze względu na jej wytrawny charakter. Konsumenci wybierają mleczną bo kochają łagodniejszy, słodki smak, tymczasem tabliczka klasycznej mlecznej to przeciętnie 55 g cukru na 100 g- ponad połowa produktu. Tu mamy 21 g na 100g produktu- nieco ponad 1/5 składu.

I nie- nie oznacza to, że można to jeść na kilogramy. Zarówno w gorzkich czekoladach jak i tu, mamy zdecydowanie wyższą zawartość tłuszczu (przeciętnie 40-50 g w gorzkiej vs 30 g w mlecznej)- czekolada to produkt wysokokaloryczny. Z tym, że za łagodniejszym smakiem jak widać wcale nie musi iść ogromna ilość cukru.

Well done, Lindt!

fak of the year

FAK of The Year – styczeń.

Styczniowa nominacja do nagrody FAK of The Year trafia do Mlekoladek. Jak widać za mało mamy na rynku słodyczy reklamowanych „zawartością mleka” i trzeba produkować kolejne.

Jak dowiadujemy się z frontu opakowania, produkt „zawiera mleko” i ma „wyjątkowy smak”. Znajdziemy też serduszko z napisem „rekomendacja mam”. O smaku dyskutować nie mam zamiaru, natomiast ciekawi mnie ta rekomendacja.

W składzie produktu na pierwszym miejscu cukier, jest też mleko w proszku, a tuż za nim (trzecia pozycja) tłuszcz palmowy.

Cukier w tabeli na poziomie 51 g na 100 g produktu. Jest to suma cukru dosypanego i mlecznego, co nie zmienia faktu, że ponad połowa produktu to cukier.

Najbardziej niefortunne jednak, oprócz tej rekomendacji (podziwiam dobór grupy badawczej, serio), jest użycie znaku serduszka z opiekuńczą łapką. Dla mnie taki symbol oznacza troskę o serce w sensie dosłownym, czyli spodziewam się substancji wpływających korzystnie na serce i układ krążenia. W zamian dostaję cukier i tłuszcz palmowy.

Proponowanie dziecku mleka w postaci czekoladki uważam za fatalny pomysł, zwłaszcza w kontekście epidemii otyłości i powszechnego przecukrzenia produktów dla dzieci i niemowląt.

Przypominam też, że otyłość przyczynia się do chorób układu krążenia, a nadmiar cukru to nie tylko większe ryzyko cukrzycy typu 2 i otyłości ale też próchnicy. Tak więc gratuluję tym 4 mamom z grupy badawczej, które jednak nie zarekomendowałyby tego produktu innym mamom dla ich dzieci.

Kategorie: Inne
łeldan

Plebiscyt ŁelDan of The Year 2019

Za nami 12 nominacji do nagrody ŁelDan of The Year 2019.

Produkty, które otrzymały nominację nie są z definicji „zdrowe” w klasycznym tego słowa znaczeniu. Ideą Plebiscytu ŁelDan of The Year jest wskazywanie LEPSZYCH ALTERNATYW oraz produktów, które w jakiś sposób ułatwiają nam życie.

W tym roku przyznane zostaną dwie – jedna to wygrana w Plebiscycie, druga będzie Nagrodą Publiczności.

Przypominam, które produkty otrzymały nominacje w 2019 roku.

  1. STYCZEŃ – danie typu fastfood (klik).
  2. LUTY – dania z kaszy jaglanej typu fastfood (klik).
  3. MARZEC – frytki (klik).
  4. KWIECIEŃ – gotowiec z lodówki (klik).
  5. MAJ – czipsy kukurydziane (klik).
  6. CZERWIEC – musli dla niemowląt i dzieci (klik).
  7. LIPIEC – vegangurt (klik).
  8. SIERPIEŃ – mus owocowo-warzywny (klik).
  9. WRZESIEŃ – lody (klik).
  10. PAŹDZIERNIK – gotowiec z rybą (klik).
  11. LISTOPAD – gotowa zupa (klik).
  12. GRUDZIEŃ – powidła (klik).

Pora na głosowanie!

Przypominam, że NIE GŁOSUJEMY TU. Głosujemy wyłącznie pod postami dotyczącymi Plebiscytu na Instagramie (klik) oraz na Facebooku (klik) @doktorania do końca stycznia 2020.

Wyniki w lutym 2020.