Czy co roku jest to samo? Nie, z każdym rokiem jest CORAZ GORZEJ. Czytam etykiety ubrań od wielu lat i nigdy wcześniej nie widziałam tak szybko postępującej sytuacji jeśli chodzi o oszustwa tym sektorze. Co ciekawe, nie tylko w fast fashion – również w droższych, niby „lepszych” markach.
Pamietam jak kiedyś irytowało mnie, gdy producent pisał „WEŁNIANY” a wełny było raptem 75%. Teraz producenci bez problemu piszą „z WEŁNY” czy „wełniany” gdy wełna nie stanowi nawet połowy składu!
Uroki fast fashion?
Owszem, ta marynarka jest z MANGO, ale to samo widziałam w polskich markach, gdzie daleko jest do fast fashion – wełniany sweter czy płaszcz za kilkaset – kilka tysięcy (!) pln a czasem więcej plastiku niż wełny. Co ciekawe nie wszędzie jest tak samo – np. w H&M od lat nie obserwuję takich tanich praktyk – tam zawsze jest w opisie „z dodatkiem” wełny, moheru czy innego surowca, nawet jeśli ten „dodatek” to 75%. Więcej na ten temat piszę i opowiadam na mojej platformie w tym wpisie (kliknij aby przeczytać) oraz na webinarze o czytaniu etykiet odzieży.
JAK ŻYĆ?
Nie zwracaj uwagi na dodatkowe etykiety (zakrywające te ze składem) z napisem „wool blend”, „wool inside”, „with wool” czy durnowate teksty typu „w optyce wełny”, „wełniany w dotyku” i inne bzdury.
Zawsze czytaj etykiety produktów, aby nie nabierać się na takie banalne marketingowe chwyty.
Nie kupuj poliestru jak nie masz pieniędzy. Szukaj ubrań w komisach, z drugiej ręki, a jeśli nie – wrzuć w filtry „wełna” bo fast fashion ma często w ofercie wełnę 100% w cenie 100% poliestru.
Matcha – produkt obecny na rynku, od lat (ja pierwsze herbaty oraz akcesoria do przygotowania kupowałam 10 lat temu), obecnie jest chyba najsilniejszym trendem na polskim rynku. Dodatek tego surowca gwarantuje zakup, bo hype na zielone produkty jest tak silny, że ma je w ofercie niemal każda firma produkująca napoje czy słodycze.
Hype na produkty z dodatkiem proszku matcha
Jest tego coraz więcej. Mam wrażenie, że za każdym razem gdy wchodzę do sklepu widzę coś nowego „z dodatkiem” lub „o smaku matcha”. Oto kilka przykładów:
Ciastka z dodatkiem matcha
Gotowa do wypicia matcha na napoju kokosowym
Gotowa do wypicia matcha bez dodatku cukru
Czekoladki o smaku matcha
Gotowa do wypicia matcha latte na mleku krowim
Czy to dobrze czy źle?
To zależy, jak zawsze. Myślę, że w ogólnym rozrachunku – to jeden z najbardziej pozytywnych trendów ostatnich lat, ponieważ:
matcha jest wartościowym surowcem
przyrządzanie napoju (czyli oryginalnej herbaty lub wersji z mlekiem, np. latte) to przyjemna i uspokajająca rutyna, którą nasz mózg lubi
zwrócenie uwagi na wartościowe surowce i proste rutyny dające ukojenie, to jednocześnie doskonały wstęp do dobrego treningu uważności.
Gdzie zatem haczyk? Oczywiście jak zawsze – w składach produktów. Nie oszukujmy się – dodatek tytułowego składnika, chia czy innego wartościowego surowca nie sprawi, że produkt jest automatycznie zdrowy czy dobry. Tona cukru, tłuszczu i dodatki spożywcze, których nie potrzebuje nasz przewód pokarmowy to wystarczający powód aby nie kupować produktu reklamowanego nawet jeśli zawiera ułamek wartościowego surowca.
Jak oceniać produkty z dodatkiem matcha?
Nie kupuj na szybko wyłącznie dlatego, że na foncie jest napis matcha.
Nie kupuj produktów „o smaku”.
Sprawdź 3 pierwsze miejsca w składzie – tych składników jest najwiecej w produkcie.
Rzuć okiem na tabelę wartości odżywczych – rubryka cukry proste oraz tłuszcz. Powyżej 10g cukru czy tłuszczu na 100 g produktu to dużo bo zwykle jesz/pijesz 100-200g czy ml.
Podsumowując
Niewielki dodatek nawet najlepszego surowca nie sprawi, że słodki napój czy przekąska stanie się wartościowym produktem bo nadmiar cukru, tłuszczu i kalorii w diecie nie zostanie zniwelowany dodatkiem 2% dowolnego superfood. Dlaczego? Na moim blogu doktor Ania znajdziesz odpowiedź na to pytanie, jak również teksty na temat cukru, soli, tłuszczu, przekąsek, nawyków żywieniowych, edukacji dzieci i wielu innych spraw zmieniających życie! A jeśli potrzebujesz jeszcze więcej informacji na ten temat, jeśli chcesz nauczyć się oceniać produkty spożywcze, wybierać zamienniki oraz jeśli chcesz dowiedzieć się jak zadbać o zdrowie swoje i bliskich – zapraszam Cię na moją Platformę Edukacyjną, gdzie znajdziesz opisy produktów (m.in. tych wymienionych powyżej), ich zamienniki, szkolenia, wykłady i kursy online oraz podcast o życiu po swojemu. Dostęp jest na 3 lub 12 miesięcy, zobacz jakie są opcje (kliknij).
Drogie Panie, Życzę Wam, abyście zawsze miały możliwości, chęci i siłę na to, aby być dokładnie takimi Kobietami, JAKIMI CHCECIE BYĆ. Aby ludzie wokół przestali mówić Wam co macie robić, kogo i jak kochać, ile mieć dzieci, czy i jak studiować, pracować, gotować, sprzątać i jak żyć. Aby przestano oceniać Was po wyglądzie, stanie cywilnym, dzietności, czystości mieszkania i zawartości lodówki.
Życzę Wam dobrych ludzi wokół i patrzenia w lustro z życzliwością. Jesteście wystarczająco dobre, mądre i piękne, niezależnie od tego co mówią inni. Jesteście wystarczająco dobrymi matkami, córkami, siostrami, teściowymi, szefowymi i koleżankami.
Życzę nam, aby w Polsce skończyło się wreszcie hodowanie dziewczynek wyłącznie do obsady jedynych prawych i sprawiedliwych ról należnych kobiecie: Matki Polki Poświęcającej się oraz Polskiej Żony Służącej. Tych ról idealnych dla kobiet jest dużo więcej. Tych dróg, jakimi możemy podążać, jako szczęśliwe i spełnione osoby, jest bardzo wiele. Każda jest tak samo dobra, bo każda z nich jest NASZA. To MY ją wybieramy. To MY nią podążamy. I to MY płacimy cenę za swoje decyzje. Dlatego NIKT nie ma prawa nas oceniać. NIKT nie ma prawa porównywać nas do innych. NIKT nie ma prawa nakazywać nam, która z dróg jest dla nas, a która nie.
Nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jest tylko jedna możliwa i dobra droga. Nigdy nie dajcie sobie wmówić, że jesteście do niczego. Jesteście wartościowymi osobami, tu i teraz. Bądźmy dla siebie i innych kobiet życzliwe. Pomagajmy sobie nawzajem. I głosujmy na tych, którzy szanują kobiety BEZ „pod warunkiem, że” bo na szacunek i miłość Kobieta nie musi „zasłużyć” realizując zadania z listy. Szacunek i miłość jest. Po prostu. A jak ich nie ma, to trzeba uciekać bo każda z nas na nie zasługuje, nie tylko 8.03. Na szacunek i miłość zasługujemy każdego dnia.
Jakiś czas temu, podczas rutynowego przeglądu etykiet w jednym ze sklepów zaciekawiła mnie informacja o barwniku. Najczęściej jeśli obserwowałam substancje dodatkowe w serach „żółtych” było to annato. Tym razem pojawiła się nowa rzecz: annato NORBIKSYNA.
Annato nie budziło mojego zdziwienia, ludzie chcą kupować ser o określonym, powtarzalnym kolorze. Jeśli żółty, to ma być ŻÓŁTY, a nie białawo-żółtawy, więc klient nasz pan. Producenci barwią na żółto i wszyscy są szczęśliwi. Jednak tym razem zauważyłam annato NORBIKSYNA.
Jeśli dobrze pamiętam, annato to mieszanina biksyny rozpuszczalnej w tłuszczach i norbiksyny rozpuszczalnej w wodzie. Zatem obniżając zawartość tłuszczu, być może muszę dodać barwnik w innej proporcji niż w klasycznym serze o wyższej zawartości tłuszczu?
Czemu więc zainteresowałam się akurat NORBIKSYNĄ?
ADI norbiksyny jest na poziomie 0.6 mg / kg m.c. a zatem 20 x mniej niż biksyny (12 mg / kg, widziałam też materiały gdzie ADI biksyny było określone na poziomie 6 mg / kg, a norbiksyny 0.3 mg / kg m.c.). Więc gdybym kierowała, się w życiu tabelką z wartościami ADI, powinnam jeść mniej sera z norbiksyną. Jednak czy w tym przypadku ma to znaczenie? I czy w ogóle warto interesować się wartościami ADI?
Co to jest to ADI?
Żeby zrozumieć specyfikę problemu oraz zastanowić się nad innymi obszarami, gdzie to o czym tu piszę jest ważne w kontekście zdrowia, warto poznać sens określania ADI.
ADI – w dużym uproszczeniu – podaje nam na tacy informacje ile czego możemy zjeść, aby spożywając to codziennie przez całe życie – było w miarę ok. Nie jest to najszczęśliwszy wskaźnik, bo ludzie w życiu codziennym nie za bardzo są w stanie z tego skorzystać (na etykietach nie ma słowa o zagrożeniu oraz ilościach + jest jeszcze coś takiego jak synergia, działanie wielu substancji razem itp. itd) ale dziś nie o tym. Dziś lepszy taki niż żaden.
Ogólnie sytuacja wygląda tak: substancje dodatkowe charakteryzuje określona wartość ADI („dopuszczalne dzienne spożycie”), dzięki temu producent wie ile czego można dodać do surowca, a konsument wie ile czego można zjeść. Jak sytuacja wygląda w praktyce? Różnie, co widać w raportach (zdarzają się przekroczone ilości) oraz w sklepach spożywczych (nikt nie chodzi z kalkulatorem i nie wylicza, nie ma nawet z czego wyliczać, bo nie ma takich informacji na etykietach).
Kto pyta nie błądzi.
Zapytałam więc producenta ile dodaje barwnika, zakładając że poziom jest w normie. Zawsze zakładam, że przytomni producenci żywności gdzie w ekipie pracują inteligentni ludzie o bujnej wyobraźni przestrzennej, chociażby w trosce o dobre imię marki i przyszłą sprzedaż, nie robią wałków. Z logicznego punktu widzenia to się po prostu nie opłaca.
W tym jednak przypadku bardziej interesowały mnie konkretne ilości norbiksyny, a zatem informacja ile jest barwnika w 100g sera, a co za tym idzie – najbardziej przydatna rzecz z punktu widzenia konsumenta czyli konkretnie: ILE MOGĘ ZJEŚĆ.
Maila z prywatnej skrzynki wysłałam w sobotę, odpowiedź otrzymałam w poniedziałek rano. Po upewnieniu się, że dane są jawne, przekazuję zawartości norbiksyny w tym konkretnym produkcie.
Wedle odpowiedzi Producenta Rycki Edam Light zawiera 222 mg barwnika w 1 kg sera.
Barwnik zawiera 1.2% norbiksyny, zatem w 1 kg sera znajduje się 2.66 mg norbiksyny.
To oznacza, że w 100 g sera mamy 0.266 mg norbiksyny.
Zatem paczka (w tym przypadku jest to 135 g) tego sera zawiera 0.359 mg norbiksyny.
Ile mogę zjeść?
Dla fanów sera nie ma czegoś takiego jak „za dużo”. Jednak znając zawartość norbiksyny przyjrzyjmy się jak to się ma do ADI, czyli jak mogę wykorzystać wartości ADI w życiu codziennym.
Jeśli ADI dla norbiksyny zostało określone na poziomie 0.6 mg / kg m.c., aby nie wystąpiły skutki uboczne po wieloletnim, codziennym spożyciu produktu zawierającego norbiksynę, dopuszczalne dzienne spożycie dla osoby ważącej 50 kg nie powinno przekroczyć:
0.6 mg na 1 kg masy ciała
x mg na 50 kg masy ciała
x = 30 mg
Jeśli 135 g sera zawiera 0.359 mg norbiksyny, jest to niższa wartość niż 30 mg.
Zatem spożywając jedną paczkę (135 g) sera na śniadanie, plus drugą paczkę (135 g) na kolację codziennie przez całe życie, przy założeniu, że nie jem nic innego zawierającego annato (norbiksynę) oraz że norbiksyna nie wchodzi w reakcje z innymi substancjami – nic złego związanego z poziomem norbiksyny w organizmie nie powinno się wydarzyć.
Gdyby przyjąć ADI dla norbiksyny na poziomie 0.3 mg / kg m.c., osoba ważąca 50 kg może spożywać 15 mg dziennie, czyli również sporo więcej niż 0.359 mg. W tym przypadku, w optymalnych warunkach, mogę zjeść maksymalnie 41 opakowań (135 g) tego sera dziennie.
To w czym problem?
W przypadku tego sera? W niczym.
Jednak w temacie ADI – mimo, że wartości podawane są z pewnym marginesem – mam kilka uwag pod rozwagę, zwłaszcza dla osób kochających przetworzoną żywność, pijących litry kolorowych napojów, również z dodatkiem alkoholu.
Na etykietach nie ma podanych zawartości substancji, które łatwo przedawkować spożywając kilka różnych produktów o podobnym składzie. W wielu przypadkach bardzo ciężko przedawkować daną substancję, bo w spożywanych napojach czy jedzeniu ilości są bardzo niewielkie. Może w przypadku określonych substancji na etykiecie powinna znaleźć się informacja ile można spożyć oraz notka dotycząca spożycia produktów pokrewnych? Może warto dodać na etykiecie również informacje dotyczące cukru czy tłuszczów trans w CAŁYM opakowaniu? Bo te iluzoryczne porcje, których nikt przecież nie przestrzega nie mają kompletnie sensu.
Nie wiemy jak dokładnie działają substancje w mieszaninach oraz w połączeniu z innymi substancjami z innych produktów, gdy spożywamy je (często w wysokich dawkach) przez wiele lat.
Nie wiadomo jak działają określone substancje w określonych połączeniach z innymi substancjami z naszego środowiska (można rzucić okiem na zawartości określonych substancji w wodzie, żywności, powietrzu).
Nie wiemy jak sytuacja wygląda przy wieloletnim spożyciu mieszanek z wieloletnim spożywaniem alkoholu i leków.
Przykład? Proszę bardzo.
Załóżmy, że napój zawiera substancję X o ADI na poziomie 40 mg / kg m.c.
To oznaczałoby, że osoba ważąca 50 kg nie powinna przekraczać spożycia na poziomie 2000 mg w ciągu dnia. Całkiem sporo, więc chyba luz.
Osoba ta lubi określony napój, w którym producent dodaje 585 mg substancji X na 1 litr.
Osoba ta spożywa w ciągu całego dnia 2.5 litra tego napoju, co oznacza spożycie substancji X na poziomie 1462.5 mg dziennie. 1462.5 mg to mniej niż 2000 mg, zatem poziom bezpieczny. Problem niestety w tym, że substancję X osoba ta dostarcza sobie codziennie również z innego napoju, który spożywa w ilości 2 x puszka 250 mL dziennie, oraz z produktów spożywczych w ilości 250 g dziennie. CODZIENNIE. Więc może warto zapytać producenta napoju w puszcze oraz producentów pozostałych produktów ile dodają substancji X na 100 mL oraz na 100 g aby zorientować się, czy przypadkiem nie przekraczamy dopuszczalnego dziennego spożycia. Ale kto by się tam przejmował, oj tam oj tam. Na coś trzeba umrzeć.
I na tym właśnie polega dwustronny medal jeśli chodzi o produkty typu LIGHT, sugarfree, glutenfree itp. itd. Asortyment ten ma swoje zalety, jest produkowany z myślą o konsumentach z wielu względów unikających cukru, wysokich dawek tłuszczu itd. Niestety wiele osób zakłada, że jeśli coś nie zawiera cukru lub zawiera mniej tłuszczu, to można wypić / zjeść więcej, a to nie zawsze prawda.
Jak żyć?
Przede wszystkim spokojnie.
Nie da się ogarniać zawsze wszystkiego i wszędzie, podobnie jak nie da się mieć prywatnej oczyszczalni wody czy żyć w bańce z czystym powietrzem. Skupiajmy się zatem na tym, na czym możemy.
Eliminujmy niepotrzebne substancje – mimo, że w większości przypadków ryzyko przedawkowania jest niewielkie, warto jeść jak najwięcej żywności niskoprzetworzonej wtedy kiedy mamy taką możliwość.
Dbajmy o jak najbardziej zbilansowany i zróżnicowany jadłospis zamiast codziennie kupować te same, słabe produkty. Być może kasza, natka pietruszki czy kapusta kiszona nie są na pierwszych stronach gazet, nie ma też ich na uśmiechniętych zdjęciach influencerów jednak nie oznacza to, że mamy o nich zapominać. Proste, normalne jedzenie jest bardziej wartościowe i cenne dla organizmu niż pięknie reklamowany wypchany mieloną tekturą z dodatkiem mrożonego mięsa flak z psudobułą i sosem z toną cukru.
Przyjrzyjmy się również innym parametrom takim jak odpowiednia ilość snu, odpoczynku, zarządzanie stresem – ma to kolosalne znaczenie w trosce o zdrowie fizyczne i psychiczne.
Tak, istnieje też świat poza jedzeniem, ADI i substancjami dodatkowymi, co nie oznacza, że mamy totalnie olewać to, co wkładamy do ust. Wręcz przeciwnie – to co ląduje w naszym koszyku w spożywczym, a następnie na talerzu i w brzuchu buduje nasz organizm (szerzej pisałam o tym tu – kliknij). Zatem nie ma przesady w sformułowaniu, że jesteśmy tym, co jemy.
Życie byłoby prostsze i mniej stresujące, gdyby człowiek nie musiał zastanawiać się nad jakością informacji w reklamie w tv, na profilu influencera czy na etykiecie produktu spożywczego. Ale ten idealny świat bez ściemniania niestety nie istnieje. Oczy należy mieć dookoła głowy, zwłaszcza jeśli towarzyszą nam choroby lub musimy unikać określonych składników. Ale też dlatego, by przykładowo pewnego pięknego dnia nie napić się swojej ulubionej, pysznej, aromatycznej kawusi z unoszącymi się na powierzchni białawymi plamami pozlepianych kłaków mąki.
Jak to możliwe?
Normalnie.
Nie chcemy podwyżek cen. Nie chcemy płacić kilka PLN za małą paczusię przypraw. Jednocześnie nie chce nam się czytać etykiet. Chcielibyśmy wszystko mieć podane na tacy, najlepiej za darmo. I nikogo nie interesuje, że niektóre surowce są po prostu drogie. Z wielu względów. A producenci nie są fundatorami naszych zachcianek.
Jaki kraj, takie mieszanki
Asortyment serwowany w obrębie jednej marki często różni się nieco w detalach (ilość i jakość danego składnika) w zależności od kraju na jaki jest rzucany. Wachlarz jest adekwatny m.in. do określonych przyzwyczajeń konsumenta, tradycji, średnich cen na danym rynku oraz…mentalności. A w Polsce inwestowanie w zdrowie, w tym w zdrowe jedzenie, wynika z sytuacji społeczno-ekonomicznej ukształtowanej przez ostatnie dziesięciolecia. Czyli jest na poziomie początkującym. Nie chcemy płacić więcej za jedzenie wyższej jakości bo po pierwsze nie zawsze nas na to stać, a po drugie – jedzenia NIE WIDAĆ. Nowe szmaty, buty, zegarek, samochód czy drogie wakacje – owszem. A przecież powszechnie wiadomo, że dla wielu osób najważniejsze jest jedno: co ludzie powiedzą? Niestety w Polsce nadal wyznacznikiem standardu życia i pewnym synonimem luksusu jest przykładowo drogi samochód, zadbany dom, rajskie wakacje, oraz pasek, buty i torba od projektanta a nie zadbane zęby, skóra, regularne badania profilaktyczne i zdrowe jedzenie codziennie na talerzu. Stąd szeroki rynek produktów, mieszanek i półproduktów gdzie składnik główny i/lub oczekiwany zastąpiony jest częściowo innym: bazą, zamiennikiem, czy jak np. w przypadku przetworzonego mięsa – wodą z dodatkami i/lub wypełniaczem. Podobnie jest na rynku przypraw.
Piękne etykiety
Zestawy do pierników, aromatycznej szarlotki czy ciastek korzennych kojarzą mi się z mieszaniną korzennych przypraw z udziałem przede wszystkim cynamonu, kardamonu, imbiru i goździków. I faktycznie w mieszankach, których ceny zaczynają się już od 0.99 PLN znajdziemy takie składniki. Warto jednak być czujnym i świadomie wybierać zestawy przypraw. Na co zwrócić uwagę? Jak omijać pułapki jeśli potrzebujemy zestawu przypraw bez dodatków?
Krok 1 – pierwszy składnik
Jeśli potrzebujemy wyłącznie samych przypraw do ciasta, ciastek, aromatycznej kawy lub herbaty lub z jakiegoś powodu nie możemy spożywać cukru lub najnormalniej w świecie nie smakuje nam kawa z cukrem – możemy się mocno zdziwić kupując produkt bez czytania składu. Jeszcze pół biedy jeśli to kawa z łyżeczką cukru, gorzej jeśli do ulubionej kawusi sypniemy przyprawę opartą o mąkę pszenną.
Krok 2 – tabela wartości odżywczych
Zdarza się, że pierwszy składnik na etykiecie to mieszanka, a więc litania surowców. To zdarza się często np. na etykietach płatków śniadaniowych, granoli, muesli itp. ale też na przyprawach. Wydaje nam się wtedy, że skład wygląda spoko. Tymczasem w tabeli wartości odżywczych NIESPODZIANKA! No bo jak to możliwe, że cynamon daje 50g cukru na 100g produktu?! Normalnie. Na drugim miejscu jest cukier. Czyli przykładowo 50% to przyprawy, a druga połowa – cukier. Można? Można.
Krok 3 – cena
Cudów nie ma, bo producenci spożywki to nie organizacje charytatywne. Z pustego nie nalejesz. Jak kiełbasa kosztuje 5 PLN za kg to można spodziewać się, że z mięsem będzie miała niewiele wspólnego poza stroną wizualną, o co spece od stron wizualnych z pewnością starannie zadbają.
Każdy orze jak może
Podobnie jest w przyprawach. Jak przyprawowy surowiec jest drogi, to kosztuje minimum kilka PLN za małą paczkę a nie 90 groszy. Oczywiście zdarzają się wyjątki, takie jak nieuzasadniona wysoka cena, promocja, moda na coś czy wyprzedaż ze względu na bliski termin przydatności do spożycia. Jednak generalna zasada jest taka, że przyprawy bez wypełniaczy, bazy czy innych dodatków kosztują więcej.
Składy mogą być proste jak konstrukcja cepa, cena wyższa niż w przypadku innych produktów. Jednak nie jest to różnica torpedująca nasz lubiący promocje i niskie ceny umysł, prawda?
Jak żyć?
W każdej książce, którą napisałam powtarza się jedno zdanie: decyzja należy do ciebie.
Bo przecież nie ma obowiązku kupowania produktów lepszej jakości, podobnie nikt nie powinien oceniać cię, jeśli wybierzesz coś z wypełniaczem. To indywidualne decyzje, zależne od wielu czynników.
Ja niezmiennie zachęcam cię do świadomego kupowania. Jeśli potrzebujesz maksymalnie uniwersalnego produktu, warto wybrać prostą mieszankę bez cukru i mąki, którą możesz wykorzystać do różnych celów.
Jeśli potrzebujesz małej ilości przypraw do ciastek, jeśli nie chorujesz na coś, co wiąże się z dietą wykluczającą, jeśli ciasto czy ciastka robisz raptem raz w roku – na mące pszennej i zawsze słodzisz cukrem – nie ma co się spinać i płakać nad składami. Weź to, co możesz, to co masz pod ręką.
Zawsze jest jakieś wyjście, często mamy wybór. Niech w większości przypadków będzie to wybór świadomy. Bo świadome życie smakuje lepiej. Po prostu.
Z bliżej nieokreślonych przyczyn, utarło się fałszywe przekonanie dotyczące produktów VEGAN (czyli roślinnych) o tym, że skoro jest roślinny to MUSI być zdrowy. I wcale nie jestem przedstawicielem produktów odzwierzęcych szukającym dziury w całym. Wręcz przeciwnie. Uważam, że jemy zbyt dużo mięsa i zdaję sobie sprawę, że podłoże tej sytuacji jest zróżnicowane i wielopłaszczyznowe.
Więc o co z tym vegan chodzi?
Oczywiście o pieniądze. Bo skoro część osób chętniej sięga po produkt z napisem VEGAN to czemu tego nie wykorzystać?
Przeprowadzając proste ankiety typu „tak” lub „nie” wśród kilku-kilkunastu tysięcy dość świadomych konsumentów okazało się, że większość osób nie nabiera się już na pytania typu „czy VEGAN = ZDROWY?” Niemniej jednak nadal 21% osób uważa, że wegańskie słodycze mają raczej lepszy skład niż niewegańskie, a 20% osób zaznaczyło, że wegańskie ciasto jest raczej zdrowsze niż niewegańskie.
ALE… Już przy bardziej podchwytliwie skonstruowanych pytaniach mniej więcej ta sama grupa badawcza uważa, że:
wegańskie posiłki w knajpie będą raczej zdrowsze niż te niewegańskie (47%)
jeśli coś ma napis VEGAN, chętniej sięgamy po to w sklepie (26%)
w wegańskiej kawiarni są raczej lepsze produkty niż w zwykłej (35%).
Dość skwapliwie wykorzystują to niektórzy producenci. Zatem warto zwracać na to uwagę. Produkty oklejone napisami VEGAN z motywem roślinnym nie powinny nikomu sugerować, że „roślinny” automatycznie zawsze znaczy „lepszy”, a już na pewno nie powinno się to kojarzyć z „zawsze zdrowszy”.
Podobnie producenci słodzonego nabiału. Chętnie dodają informacje dotyczące witamin, składników mineralnych oraz korzyści, jakie płyną z suplementowania tych substancji. Oczywiście z ich produktów. Cały problem niestety w tym, że owszem – korzyści są i to niepodważalne. Organizm ludzki potrzebuje przykładowo zarówno witaminy D jak i wapnia oraz innych substancji. Tyle, że nie ma potrzeby aby wraz z witaminami i innymi niezbędnymi składnikami pochłaniać tony cukru. Ale o tym na opakowaniach produktów pseudoprozdrowotnych już nie przeczytamy.
Czy niektórzy producenci robią z ciebie idiotę?
Tak.
Nie przeczytamy bowiem o skutkach CODZIENNEGO nadmiaru cukru dodanego w diecie, o tragicznych skutkach CODZIENNEGO nadmiaru kalorii w codziennym jadłospisie. Nie przeczytamy o przecukrzeniu dzieci, o tym, że statystyki są coraz bardziej tragiczne, że wiele chorób zaczyna się bardzo niewinnie a kończy przedwczesną śmiercią, np. tuż po 40-tce. Nie przeczytamy też najczęściej o tym, że miejsce deserów jest (jeśli już muszą być) NIE w pozycji śniadania + kolacji. Bo budowanie nawyku jedzenia słodkich posiłków niemal przez cały dzień jest niebezpieczne zwłaszcza u dzieci. Miejsce deseru jest na deser. PO zjedzeniu pełnowartościowego posiłku.
Tymczasem słodzone deserki proponowane są dzieciom i dorosłym jako świetna wersja śniadania, drugiego śniadania, kolacji lub jako fajna przekąska. Jako propozycja na jakiś tam głód czy apetyt. Na wycieczkę, na chwilę zapomnienia, na luźny wieczór po ciężkim dniu.
Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki napoju czerpie nadmiar cukru? Nie.
Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki jogurtu owocowego czerpie nadmiar cukru? Nie.
Czy dla organizmu ma znaczenie z jakiej marki wegańskiego odpowiednika jogurtu czy deseru czerpie nadmiar cukru? Nie.
Nadmiar cukru z produktu typu VEGAN jest tak samo niebezpieczny jak z produktu nieweganskiego.
Kultura przecukrzania, czipsyzacji i alkoholizacji ma się świetnie.
Ciasta czy ciastka wegańskie oparte o ogromną ilość cukru i słaby tłuszcz utwardzony są tak samo niezdrowe jak niewegańskie. Czipsy z ogromna ilością tłuszczu – nawet jeśli są z różnych warzyw i są BIO – nadal zawierają ogromną ilość najczęściej słabego tłuszczu.
Wiele ciast i ciastek typu cukier z mąką + margaryna zawierająca tłuszcze częściowo utwardzone NIGDY nie zawierało składników pochodzenia zwierzęcego. Czipsy typu ziemniaki, olej słonecznikowy, sól NIGDY nie zawierały składników pochodzenia zwierzęcego. Zarówno ciasta, ciastka jak i czipsy zawsze były wegańskie i zawsze były niezdrowe.
Dzięki reklamom w TV i mediach społecznościowych dobrze wiemy, że jak impreza to ziemniory z tłuszczem. Jak rodzinny obiad to oczywiście zbliży nas do siebie butla gazowanej wody z cukrem. A gdy wracamy styrani z roboty – warto sięgnąć po słodzony nabiał, batonik lub po prostu flaszkę. Bo co się będziemy rozdrabniać skoro można raz a dobrze. Oczywiście najlepiej drogą flaszkę, bo jak już pić, to na bogato: na drogim blacie, w drogim kieliszku, kulturalnie i z klasą. A nie jak menele – najtańszy syf na ławce w parku. Bo przecież to nie my jesteśmy uzależnionymi od cukru alkoholikami. My jemy wyłącznie zdrowsze wersje słodyczy, a łychę pijemy wyłącznie drogą, prawda?
I teraz wkracza VEGAN, cały na zielono.
A skoro było już o nabiale, pseudozdrowych batonikach z czymś tam na coś tam oraz o alkoholu, to pora na nowy sektor, który ma dać nam ukojenie i chwilę zapomnienia. Albo chociaż nasycić głód oraz uspokoić głowę, bo przecież jest VEGAN.
Czyli zdrowo.
Czyli można.
Bez wyrzutów sumienia.
Gdy przeczytamy etykiety pierwszych z brzegu deserów, okazuje się, że skład opiera się o wodę z cukrem i dodatkami. A dla organizmu naprawdę nie ma większego znaczenia czy te 2-3 łyżeczki cukru dostanie z wody z tej czy innej firmy. 2-3 łyżeczki cukru w porcji to może być spora ilość na raz dla małego dziecka ale też dla osoby dorosłej, która ma nieprawidłowo zbilansowaną dietę opartą o same słodzone posiłki.
Jak żyć?
O wyrzutach sumienia, a właściwie o kompletnym bezsensie posiadania wyrzutów sumienia związanych z jedzeniem pisałam chyba w każdej mojej książce, a najszerzej w „NIE ŻRYJ GÓWIEN” (klik), czy bliźniaczej „Na coś trzeba umrzeć (klik)„. Bo jedzenie nie ma psychicznie niszczyć. Ma odżywiać, dostarczać wszystkich niezbędnych składników odżywczych. Jedzenie nie ma rozgrzeszać, nie ma wypełniać luki po czymś tam, słodycze nie mają być codziennym lekiem na chroniczne psychiczne zmęczenie, samotność i stres. Na zmęczenie psychiczne, samotność i stres są zupełnie inne rozwiązania, nie mające z pseudozdrowymi słodyczami nic wspólnego.
Niestety wiele osób nadal utożsamia VEGAN z „czyli mogę zjeść więcej bo zdrowe„. Dlatego w bezmyślnej konsumpcji produktów BIO czy VEGAN upatruję większe zagrożenie niż kiedyś w sektorze LIGHT. Zwłaszcza u osób, które nie zwracają uwagi na skład, mają średnio zbilansowaną dietę z nadmiarem cukrów prostych dodanych oraz szukają rozgrzeszenia dotyczącego jedzenia słodyczy.
Słodycze to słodycze, słodzone produkty to element menu, słodzony deser to też słodycze. To coś, co jedni mogą jeść w większych a inni w mniejszych ilościach i tyle.
Same słodzone produkty nie zastąpią całodziennego jadłospisu w dobrze zbilansowanej diecie. Objadanie się „zdrowszymi” słodyczami „bo skoro są zdrowsze to mogę zjeść więcej” to słaby pomysł. To również słaby przekaz w stronę nieświadomych wszystkich konsekwencji nadmiaru cukru i kalorii w menu dzieci.
Wegańskie desery to również element menu, zwłaszcza dla osób, które z różnych przyczyn unikają nabiału, mleka krowiego czy produktów pochodzenia zwierzęcego. Nie ma sensu dorabiać prozdrowotnych ideologii bo zarówno słodzony deserek oparty na mleku krowim jak i na wegańskich odpowiednikach to najczęściej 2-3 łyżeczki cukru dodanego w małym kubeczku.
Wegańskie wersje produktów powstały dla osób unikających z różnych przyczyn surowców pochodzenia zwierzęcego. I bardzo dobrze, rozrastający się rynek produktów roślinnych cieszy mnie podobnie jak rosnąca świadomość konsumentów. Bo właśnie o tę świadomość tu chodzi. O to, aby nie sięgać bezmyślnie po produkty z napisem VEGAN. O to, aby pamiętać, że deser to DESER. A jeśli ktoś ma ochotę na roślinną wersję – bardzo dobrze, że asortyment jest coraz bardziej zróżnicowany i dostępny.
______________
PS Jeśli nie chce Ci się na razie czytać książek, a chcesz na szybko wiedzieć które produkty mają sprawdzony przeze mnie skład, oraz jak ograniczyć cukry proste i cukier dodany zajrzyj na moją platformę edukacyjną (klik). Jeśli chcesz w 2 tygodnie zacząć kontrolować to co kupujesz oraz ilość cukru, którą spożywasz w tym prostym szkoleniu (klik) nauczę Cię kilku prostych trików – wystarczy 10 minut dziennie (to szkolenie jest też na mojej platformie w pakiecie premium).
Sprawdzając składy produktów spożywczych w poszukiwaniu dobrego placka typu tortilla, doszłam do jednego wniosku.
Albo tortilla albo prosty skład.
Jak się okazało w żadnym – naprawdę w żadnym, a sprawdzam składy od lat – popularnym sklepie nie znalazłam jeszcze produktu typu tortilla o prostym składzie, czyli bez litanii dodatków spożywczych.
I oczywiście można by się tymi dodatkami nie przejmować, zwłaszcza gdy ktoś kupuje tego typu produkt raz czy dwa razy w roku, a po spożyciu nie odczuwa dolegliwości. Jednak wiele razy pisały do mnie osoby, które jedzą placek typu tortilla zdecydowanie częściej. Co wtedy?
W ostatnich dniach znalazłam ciekawą alternatywę, która może być stosowana zamiennie zamiast placka typu tortilla. Nazywa się Piada, a sprzedawana jest w Lidlu, zdaje się że jedynie sezonowo (termin „Najlepiej spożyć przed” daje nam możliwość zrobienia zapasu na 3 miesiące).
Co ze składem?
Prosty: mąka, woda, smalec, sól, drożdże. Jednak i tym razem nie ma róży bez kolców, wszystko ma swoje wady i zalety. Owszem, skład jest prosty, bez udziwnień, 6 linijek dodatków spożywczych i niepotrzebnych wielu osobom konserwantów, ALE smalec wieprzowy NIE jest surowcem, który chciałabym polecać, zwłaszcza osobom z nadmierną podażą tłuszczów zwierzęcych w diecie.
Jak żyć?
Spokojnie. Bez nadmiernego stresu spożywczego.
Piada czy tortilla raz na jakiś czas nie powinny nikomu zaszkodzić, natomiast warto pamiętać o tym, że tłuszcze zwierzęce i kilogramy dodatków spożywczych nie są czymś pożądanym w naszej diecie. Jeśli ktoś potrzebuje alternatywy dla bułek, chleba czy naleśników – warto szukać PITY. Produkty typu pita w większości sprawdzanych przeze mnie sklepów miały bardzo proste składy i mogą być ciekawą alternatywą dla fanów pieczywa i placków. Więcej informacji na ten temat oraz proste wskazówki jak zadbać o siebie i o rodzinę znajdziesz na mojej platformie edukacyjnej (klik).
Gdy chodziłam do szkoły podstawowej, nie było supermarketów ze ścianami artykułów papierniczych. Stało się w kolejkach w małych lub większych sklepikach papierniczych i doskonale pamiętam, że każda wizyta w takim miejscu była dla mnie jak odwiedzenie świątyni.
Od dziecka zawsze miałam bzika na punkcie działów papierniczych i tuż po księgarniach, to właśnie tam spędzałam najwięcej czasu. Moi Rodzice mieli chyba dużo cierpliwości na początku każdego roku szkolnego, bo zawsze dawali mi odpowiednią ilość czasu na wybór zeszytów, długopisów i wszystkich niezbędnych akcesoriów. Później, gdy w sklepach było już wszystko i można było wszystkiego samodzielnie dotknąć, zamiast podziwiania zza lady- czułam się jak w raju. Zeszyty wybierałam zawsze określonych marek, określonej jakości. Papier i okładka musiały odpowiadać mi w 100%. Lubiłam szyte bruliony ze sztywniejszą okładką od Unipapu, piękne, kolorowe zeszyty z zaokrąglonymi rogami od Herlitza, długopisy zwykle też od Herlitza, zakreślacze Stabilo. W liceum i czasach studenckich nic się nie zmieniło – nadal godzinami, już w sierpniu, a później we wrześniu wybierałam zestaw na nowy rok. Kupowałam zawsze dużo i korzystałam ze wszystkiego bo notowanie było moim sposobem na zapamiętywanie.
Jakość moich notatek była powszechnie znana wśród znajomych już od liceum. Wiele razy slyszałam, że powinnam je wydać w formie skryptów ale nigdy w życiu nawet przez myśl nie przeszło mi, że w przyszłości zostanę wydawcą! Gdy pisałam swoją zarówno pierwszą jak i drugą książkę wiedziałam, że będą dokładnie takie, jak notatki do nich – kolorowe, przejrzyste, pełne zróżnicowanej, zwięzłej treści, skonstruowane tak, aby można było w łatwy sposób znaleźć wszystko od razu. Wiedziałam, że będą starannie wydane, aby korzystanie z nich było przyjemnością, a nie smutnym obowiązkiem związanym z nabywaniem wiedzy. Nie znosiłam źle wydanych podręczników, taniego papieru, który rozpuszczał się w ręku. Uwielbiałam książki, przy wydaniu których położono nacisk na jakość wykonania, przy których poczyniono niejako ukłon w stronę Czytelnika, zapraszając go już od pierwszego dotyku okładki do zapoznania się z treścią.
Gdy założyłam wydawnictwo Doktor Ania Publishing wiedziałam, że to dopiero początek. Że w końcu mogę tworzyć to, co lubię, tak jak lubię, w jakości o której zawsze marzyłam. Wiedziałam, że papier czy materiały kosztują, i być może zarobek będzie mniejszy, ale bzik z dzieciństwa pozostał i oczywiste było, że styl tego co robię, czyli wygląd produktu i jakość druku będą moim znakiem rozpoznawczym.
Kalendarze obecne były w mojej pracy odkąd pamiętam, a ich wybór był co roku może nie kłopotem ale na pewno wyzwaniem. To nie mógł być nigdy przypadkowy produkt, byle jaki, z marnym papierem i jakimś tam wyglądem okładki. Jako dziecko korzystałam z Herlitza w formie małego segregatorka, do którego kupowałam co roku wkład, później kupowałam różne kalendarze i planery zagranicznych firm, następnie poznałam Moleskine. Jednak przy każdym, nawet najpiękniejszym produkcie, czegoś mi zawsze brakowało. A to za ciężki, a to nie do końca idealna okładka, a to ostre rogi, a to papier czy kolory nie takie jak lubię.
I tak oto, pewnego wiosennego dnia, podczas moich 5 nieśmiertelnych minut przeznaczonych na spokojną kawę, wpadłam na pomysł zaprojektowania własnego kalendarza. Takiego, który będzie odpowiadał moim potrzebom w 100%. Chciałam aby przede wszystkim był lekki, poręczny, elegancki ale z indywidualnym twistem. Żeby był jak dobra przyjaciółka, która nie ocenia, a podpowiada, przypomina. Jak asystent w pracy, który trzyma rękę na pulsie, aby nic mi nie uciekło. Żeby był silnym wsparciem gdy mam nad czym pracować i radosnym przybiciem piątki, gdy zaliczę sukces. Chciałam, aby przypominał mi o oczywistościach, bo w natłoku zadań i obowiązków zapominam czasem o podstawowych aspektach dbania o siebie.
Chciałam, aby odpowiadał moim potrzebom obcowania z pięknymi przedmiotami, prostym designem, dlatego do stworzenia oprawy graficznej zaprosiłam utalentowaną artystkę, której twórczość spójna jest z moim minimalistycznym gustem.
Wiem, że „2020” będzie dla mnie ważnym narzędziem w zarządzaniu czasoprzestrzenią, będzie mnie wspierał w działaniach i pomagał uporządkować sprawy zawodowe, tak aby mieć odpowiednią ilość czasu na życie prywatne. Bo codzienność to nie tylko praca, to również czas z bliskimi, czas dla siebie, przyjemności. Jeśli uważasz, że Tobie również przydałoby się takie wsparcie, rzuć okiem na układ i przykładową zawartość, ale ostrzegam, że ilość sztuk jest limitowana. Dodruku nie będzie, ze względu na wyjątkowe materiały, które sobie wymarzyłam. Są one sprowadzane na moje specjalne zamówienie po to, aby produkt był wyjątkowy, dopasowany do mojego trybu i stylu życia. Aby był spójny z moją filozofią życiową.
Sprawdź, może Tobie też spodoba się ta wyjątkowość i zapragniesz coś zmienić w nowym roku. Może w końcu zaczniesz celebrować swoją codzienność, cieszyć się tym co masz i pracować nad tym, czego jeszcze nie masz. Może w końcu uwierzysz, że szkoda czasu na przypadkowych ludzi, przedmioty, że szkoda życia na bylejakość.
Zbliża się 1.09, śniadaniówki, mniejsze i większe wojenki domowe z dziećmi, nauczycielami, babciami itd. o to kto chce być otyły i mieć cukrzycę typu drugiego oraz kiedy.
I oczywiście wszystko jest kwestią dawki, równowagi, aktywności sportowej itp. ale patrząc na otyłe przedszkolaki oraz uczniów szkół podstawowych, czyli grupy wiekowe gdzie Rodzice i Opiekunowie mają jeszcze stosunkowo dużo do powiedzenia– chce mi się płakać.
Tak, 'do powiedzenia’ bo niestety SAMO SIĘ NIE ZROBI. Trzeba dziecku powiedzieć, wyjaśnić pokazać oraz DAWAĆ PRZYKŁAD. Dziecko nie jest przedmiotem, robotem, kolejnym Twoim projektem. To Człowiek – taki jak TY. Ten mały Człowiek oczekuje tego samego co TY i zasługuje na to co Ty – na równe traktowanie i dostęp do informacji, czyli raczej inne odpowiedzi niż „bo tak”, „bo nie”.
Wiem, że jesteś zmęczona ale z czegoś trzeba niestety zrezygnować i poświęcić te 5-10 minut na wyjaśnienie tematu.
Czego NIE KUPOWAĆ?
Posłużę się przykładem. Oto co dla Waszych dzieci przygotowała jedna z sieci sklepów. Co ciekawe, szukałam tego w wersji papierowej ale nie znalazłam. Widzę te strony tylko online i stamtąd pochodzą skriny.
Dla mnie to jest totalny DRAMAT.
TONY CUKRU.
Ogromne ilości cukru dziennie spożywają dzieci, które bez nadzoru jedzą co popadnie, CODZIENNIE. W gazetce są produkty, których nie kupowałabym dzieciom do śniadaniówek, no może poza bakaliami.
Cukier, cukier z tłuszczem, słone, tłuste przekąski – dlaczego?
Jeśli od małego uzależniamy dziecko od słodkich i słonych przekąsek – może ono chętniej sięgać po nie później. Dla dziecka to potencjalne problemy zdrowotne, dla sklepu kolejny klient, który wróci bo uzależnił się od pewnych produktów.
Jak żyć?
Ja wiem, że to nie jest do zrobienia na raz, efektów nie widać od razu. To jest proces, droga, próby, powtarzanie, konsekwencja, wzloty i upadki. Ale warto ten proces przeprowadzić. Bakalie zamiast słodyczy, świeże owoce zamiast musów i soków czy napojów, woda zamiast pseudowody, jasne zasady spożywania słodyczy związane z aktywnością sportową. Zmiany wprowadzaj spokojnie, powoli, małymi krokami. Dawaj dobry przykład, nie zrażaj się niepowodzeniami. Początki często są trudne ale warto pozostać konsekwentnym.
Permanentny nadmiar cukru w diecie może być przyczyną chorób, np. cukrzycy typu 2, jest prostą drogą do otyłości, wielu zaburzeń, w skrócie- pod wieloma względami trudniejszego życia.
Zastanów się czy chcesz fundować to swojemu dziecku zanim następnym razem sięgniesz po cukier z tłuszczem bo tak ładnie prosi, bo nie chcesz marnować dzieciństwa, bo była promocja, bo oj tam oj tam, raz można.
Każdy autor ma swój styl pisania, a ponieważ mojej nowej książki w tym roku nie będzie w księgarniach i nie będzie jak jej przekartkować – chcę przybliżyć Ci jak wygląda jej zawartość. Styl i układ podobny jest do mojej poprzedniej książki, „SMART SHOPPING”, którą znajdziesz np. w empiku – tam była wiedza ogólna, tym razem jest szerzej o produktach dla dzieci i niemowląt, stąd tytuł.: „Żywność dla dzieci”.
Książkę zaczynam od przypomnienia prostych faktów oraz wprowadzenia w dalsze rozdziały.
Tytułem wstępu
Wstęp to dyskusja z popularnymi zagrywkami rzucanymi przez osoby nieświadome lub świadomie negujące wpływ stylu życia na zdrowie. Wcale nie jest łatwo rozmawiać, gdy ktoś jest święcie przekonany, że tylko jej/jego argumenty są prawdziwe albo uważa, że „się nie da”. Ja wychodzę z założenia, że najpierw warto zdobyć wiedzę, spróbować, przetestować różne rozwiązania, a dopiero później dyskutować czy jest sens i czy się da.
Część szczegółowa
W dalszych rozdziałach omawiam skrótowo najpopularniejsze grupy produktów, zaczynając zawsze od kluczowych informacji – na co zwrócić uwagę, co omijać szerokim łukiem, czym się nie martwić.
Niemal w każdym rozdziale są lepsze i gorsze składy ze słowem komentarza. Pokazuję też kilka razy jak i po co obliczać cukry dodane w produkcie.
Zakończenie
Podsumowanie książki „Żywność dla dzieci” to kilka słów o zmianie nawyków żywieniowych oraz kilka stron do własnego zagospodarowania lub podrzucenia krótkiego przypomnienia bliskiej osobie.
Chcesz wiedzieć więcej?
Więcej informacji oraz krótkie filmy o tym jak powstawała książka, na jakim papierze jest drukowana i jak wygląda proces tworzenia itp. znajdziesz na instagramie @doktorania (profil prywatny).
Ja też nie lubię kupować kota w worku, zatem przedstawiam Ci spis treści mojej najnowszej książki, a przed oficjalną premierą (czyli póki ceny są jeszcze niższe) pokażę Ci też kilka stron ze środka. Książkę kupić można tylko w jednym miejscu – na mojej stronie internetowej (kliknij tu).
Jest to pozycja dla początkujących, polecam ją osobom, które nie do końca pewnie czują się w sklepie spożywczym na dziale dziecięcym, które nie wiedzą czym się kierować podczas wyboru produktów spożywczych, oraz dla tych, dla których żywność dla dzieci to „oj tam, oj tam” i „nie marnuj mu dzieciństwa”.
Napisałam tę książkę również dla tych Rodziców i Opiekunów, którym już ręce opadły i czują się bezsilni wobec otoczenia. W pierwszej części podejmuję polemikę z najczęstszymi komentarzami i mitami na temat żywienia dzieci. Następnie skrótowo omawiam produkty z najważniejszych grup spożywczych pokazując lepsze i gorsze składy, wspominam też w rozmowie z Iwoną Kibil o diecie roślinnej u dzieci. Na koniec serwuję przydatne listy zakupów oraz krótkie zadania do samodzielnego zrobienia.
Jeśli uważasz, że w Twojej biblioteczce lub wśród zasobów kogoś bliskiego mogłaby się przydać taka pozycja – zapraszam do nabycia. Obecnie trwa przedsprzedaż – ceny są obniżone, książka jest w drukarni i do magazynu wjedzie około 19.08. Zatem wysyłka nastąpi w dniach 20-23.08.
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.