cena sukcesu

Cena sukcesu.

Upragniona ciąża, wymarzona sylwetka, zadbany dom, prężnie rozwijająca się firma, dokończona praca naukowa, piękny ogród, własna winnica, a może szyjesz ciuchy? Ręcznie tkasz dywany? Może marzysz o otwarciu własnego salonu piękności? Masz wizję, plany, marzenia, wydaje się, że wystarczy wyciągnąć rękę i „jakoś to będzie”… Czy wiesz jaka jest cena sukcesu? Ile tak naprawdę będziesz musiała zapłacić po drodze? Nie tylko pln-ów, euro czy dolarów. Zapłacisz też ciałem: plus 5 lat do wieku bo stres i niewyspanie. Plus 10 lat w rozwoju umysłowym bo staniesz na krawędzi i trzeba będzie skoczyć. Więcej niż raz. Albo ktoś Cię tam lekko i z uśmiechem na ustach popchnie. Czy jesteś gotowa zapłacić?

Jaka jest cena sukcesu?

Nie wiem. Zapytaj ludzi, którzy go osiągneli. Ja nadal idę swoją drogą. Właściwie nie idę – wspinam się, wdrapuję, czołgam czasami. Mogę zatem zdradzić Ci ile to kosztuje po drodze i jaki jest koszt szacowany. O tak, o tym mogę śmiało opowiedzieć i to ze szczegółami. Bo niektórzy widzą tylko medal, fanfary i otwieranie szampana. Nie widzą ile sportowcy wkładają pracy na co dzień. Ile zmęczenia, zwątpienia, upadania i podnoszenia się, zagryzania zębów i przekonywania samego siebie, że dam radę, ile trzeba godzin dziennie władować w: rozwój talentu, idealnej sylwetki, własnej firmy, wychowywanie dziecka, psa, utrzymanie pięknego wnętrza zgodnego z trendami. To nie jest praca „za darmo”, o nie. To najczęściej olbrzymia inwestycja. Finansowa, fizyczna i umysłowa bo wielokrotnie przekraczasz własne granice wytrzymałości. A życie nie czeka z kryzysami aż będziesz w formie, wali najczęściej na oślep i w dupie ma czy jesteś na to gotowa czy nie.

Ale Ty tego nie widzisz. Oglądasz tylko efekt, nie mając pojęcia ile ktoś tak naprawdę zapłacił, a zapewniam Cię, że niemal każdy zapłacił. I to nie mało. 

Czyli co się właściwie dzieje?

Zanim zobaczysz swoje nazwisko na okładce pracy naukowej, na medalu, w rejestrze, w gazecie czy gdziekolwiek indziej – dzieje się zwykle dużo. Często więcej złych rzeczy niż dobrych – szczególnie na początku. Trzeba wkładać dużo siebie, rezultatów nie widać, motywacja niektórym siada, cena sukcesu wydaje się być za wysoka – zwłaszcza jeśli nie kochasz tego co robisz. Trzeba uzbroić się w nadludzką często cierpliwość. Właściwie chyba niezależnie od dziedziny życia początek zawsze jest trudny i siermiężny. Energia konieczna do zrobienia pierwszego kroku jest niewyobrażalnie duża, wręcz przerażająca i blokująca.

Pamiętam jak zaczynałam chodzić na siłownię. Samo wejście do budynku i rejestracja przekraczała moje możliwości przez wiele miesięcy. A przecież fizycznie to kilka kroków i wyjęcie karty płatniczej. Tematy osobiste wydawały mi się absolutnie niemożliwe do ogarnięcia. Doktorat – z pozoru kilka lat pracy. Tyle, że to niemal wolontariat. Później napisanie pracy, egzaminy, obrona. Zakładanie firmy, rozkręcanie marki, inwestycje finansowe. W najgorszym z możliwych momentów życiowych. Kiedy na głowę zwaliło mi się właściwie niemal wszystko co może się człowiekowi zwalić na ryj. Gdy poziom stresu i rzeczy na barkach jednej osoby przekracza ludzkie możliwości i mózg w pewnym momencie odcina zasilanie – jedziesz na autopilocie, żeby nie zwariować. Do dziś nie pamiętam jak ja właściwie to wszystko zrobiłam mając 24h dziennie do dyspozycji. Ale zawsze – w każdym przypadku – najpierw był proces decyzyjny. Czy i co. Jak i gdzie. I zrobienie pierwszego – najtrudniejszego kroku. Myślisz, że szło jak z płatka? Do niektórych decyzji dojrzewałam miesiącami. Do innych latami. Nie byłam gotowa.

Zacznij.

Ludzie często zazdroszczą siły widząc wyróżniające się jednostki, wybitnych sportowców, fenomenalnych managerów, skutecznych nauczycieli ale nikt nie pamięta o tym, że wszyscy zaczynaliśmy w sumie tak samo. Od wydrapywania swojej drogi. Początkowo nie każdy jest przygotowany na uderzenie, nie wie jak bardzo ciężko może być – to normalne i naturalne. Wąską ścieżkę wydrapuje się paznokciami. Później kupujemy narzędzia i można zacząć dłubać konkretniej. Ciężko sobie wyobrazić to, że wielu osobom było na początku naprawdę trudno zrobić ten pierwszy krok. Tak jak być może Tobie teraz. Mnie było trudno. Z bardzo prostego powodu.

Strach to zły doradca.

Wiele rzeczy mogłam wcześniej, lepiej, bardziej. Tylko niestety nie miałam odwagi. Z wielu różnych przyczyn. Jedną z nich było słuchanie frazesów typu „a co, jeśli”, „nie dasz rady”, „robisz to źle”, „to nie ma sensu”, „to zły pomysł”, „po co Ty to robisz”. Oczywiście, że warto słuchać mądrzejszych od siebie. Niestety każdy mierzy drugiego wedle swojej miary, więc komuś wydawało się, że „nie dam rady” bo ta osoba faktycznie nie dałaby rady. To naturalny system oceny, ciężko go zmienić. Ale można to olać, po prostu. Strach – nasz własny – też jest czymś naturalnym. Można się poddać i stać w miejscu, można też oswoić go i zacząć zadawać pytania, po kolei niwelując hipotetyczne problemy. 

No i…?

A jak się nie uda to co? Nic. A jak się przewrócę to co? Nic. A jak to nie wypali to co? Nic. Naprawdę nic. Trzeba będzie otrzepać się i iść dalej. Cóż, nie udało się. Trudno.

Najważniejsze to zdać sobie sprawę z kilku kluczowych tematów.

  • Nie każdy musi być superbohaterem, mieć superdom, superrodzinę, supersamochód, superpsa i superpracę. To nie jest społeczny wzór obowiązkowy. Gdy cena sukcesu ustalonego wedle norm społecznych jest abstrakcyjna, może jest to dla Ciebie znak? Chyba warto żyć przede wszystkim po swojemu, stworzyć swój własny świat, gdzie jesteś szczęśliwa.
  • Jesteś wystarczająco wartościową osobą aby stworzyć sobie odpowiednie, wystarczająco fajne życie. To nienormalne, gdy ktoś stawia Ci warunki w miłości czy przyjaźni. Nie trać czasu i energii na uczucie, związek, relację, gdzie brakuje akceptacji, szacunku i bezwarunkowej miłości. Twój stan majątkowy, wygląd i wykształcenie są wystarczające, abyś zasługiwała na szacunek i świeże powietrze każdego dnia.
  • To, że koleżance albo pani z TV się udało nie znaczy, że Tobie też się uda idąc identyczną drogą. Każdy jest inny, wiadomo. Warto poszukać własnej drogi, ale śmiało korzystaj z dobrych przykładów. Nie zawsze ciężka praca oznacza sukces. Pot i łzy nie gwarantują niczego, ale znacznie zwiększają prawdopodobieństwo tego, że się uda. To trochę jak z odpowiednią dietą, prawda? To, że dobrze się odżywiasz nie zagwarantuje Ci 100% zdrowia przez całe życie. Ale dość istotnie zwiększa prawdopodobieństwo lepszego samopoczucia, wyglądu oraz może troszkę uchronić nas przed pewnymi chorobami.

Po prostu idź.

Jeśli nie jesteś gotowa i cena sukcesu jest póki co zbyt wysoka – nie spiesz się, nie rzucaj się na głęboką wodę. To naturalny etap. Trzeba się oswoić. Poczekaj, obserwuj, zbieraj siły. Zmiana nawyków żywieniowych, wyjście z toksycznej relacji z partnerem, koleżanką, rodzicami czy zmiana fatalnej pracy na inną to momenty, gdy energia potrzebna do pierwszego kroku jest niezwykle wysoka, cena nas przeraża ale przeważnie warto ją zapłacić. Pod jednym warunkiem – że jesteśmy na to gotowi. Jeśli nie – trzeba chwilkę poczekać.

Jeśli jesteś gotowa – nie trać czasu. Każda minuta się liczy. Zbierz się, przechyl i skocz. Będzie cholernie ciężko i trzeba być na to gotowym, ale miej zawsze z tyłu głowy, że za jakiś czas – może miesiąc, może rok – zobaczysz błękitne niebo i weźmiesz głęboki oddech.

Co dalej…?

Zrobiłaś pierwszy krok – fajnie. Tylko, że teraz wcale nie będzie z górki i musisz zdawać sobie z tego sprawę. Z górki będzie za chwilę, tymczasem z czegoś musisz zrezygnować. Z czasu dla siebie, wieczoru z partnerem, ulubionego brownie, z książek, kina, sushi, imprez, odpoczynku, czasu ze znajomymi, zakupów pod wpływem chwili, restauracji, nowej torebki, pięknej pogody, fajnego wyjazdu, pszennych bułeczek, nowego sprzętu, lepszego samochodu, deski serów o 23, wakacji, większego domu, kawy na mieście, alkoholu – co jesteś w stanie wykreślić?  

A teraz wykreśl WSZYSTKO. Fajnie?

Obojętnie czy będzie luz, nie będzie tak źle, czy może będzie dramat – kiedyś ten etap przejściowy zakończy się ale sam proces nie kończy się chyba nigdy. Wszystkie osoby, które ciągle chcą więcej, zawsze będą szukały coraz lepszych narzędzi do coraz wydajniejszej pracy. Elementy rezygnacji też będą się przewijały od czasu do czasu. Z resztą cel zawsze jest gdzieś przed nami, a gdy go ostatecznie osiągniemy – pojawia się nowy. Oczywiście nie chodzi o cel, tylko o drogę, którą idziemy. To, czego uczymy się codziennie: poznajemy nowe techniki czołgania, chodzenia, biegu. Ludzie, których poznajemy po drodze – ich wsparcie i dobra energia, dzięki której rośniemy albo pasożytnictwo, które nas bezgłośnie zabija. Trzeba być na to gotowym i zdawać sobie sprawę z ceny, którą przyjdzie nam zapłacić. Dlatego najpierw wycisz się, poczekaj, zbierz siły. Później zaplanuj, zaakceptuj, padnij, powstań, otrzep się i spokojnie idź dalej.

Warto.

 

Kategorie: Inne
dzieci

Nie truj siebie, nie truj dzieci.

Lato. Sezon grillowy w pełni. Co wrzucasz na ruszt? Co dla dzieci? Kiełbaski? Paróweczki? Karkóweczka z tacki? Gotowa, przyprawiona, zapakowana – luksusowo. Wystarczy otworzyć opakowanko i przypiec. Na różowo? Na czarno? Poczęstujesz tym swoje dziecko?

To jest złe. Tym bardziej dla dzieci.

Spalone na węgiel czy nawet lekko przypalone mięso jest szkodliwe. Palone na ognisku kiełbachy są szkodliwe. Opiekane w ogniu grilla mięsa są szkodliwe. A wszystko przez zestaw tych cudownych substancji, wśród których są WWA (wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne), które razem z setkami innych substancji tak bardzo nam smakują, ale niestety są naprawdę szkodliwe.

Plus mięso.

Tak, ma znaczenie co wrzucisz na grilla. Jeśli kupujesz produkt dla dzieci, możesz się srogo zdziwić. Przykładowo to coś, zawiera zaledwie 54% mięsa. Reszta to długa historia o niczym.

 

dzieci

 

dzieci

 

Tu kolejna ciekawostka – kabanosiki drobiowe – w domyśle dla dzieci. A w składzie bęc! Oprócz oczywistości – tłuszcz zwierzęcy. Czyli coś, czego Twoje dziecko TOTALNIE NIE POTRZEBUJE w swojej diecie. Tak jak dodatkowej porcji azotynu sodu.

 

dzieci

dzieci

 

A może masz ochotę na domowego hamburgerka z rusztu…?

 

dzieci

 

Ale tak serio hamburgerka czy MOM z wodą, olejem i bajerami…? To chyba trochę taka parówka w kształcie hamburgera, jak myślisz?

 

dzieci

 

Jak żyć?

  1. Wybieraj warzywa – warzywa też można grillować. NAPRAWDĘ!
  2. Jeśli kochasz mięso – kupuj prawdziwe i chude mięso od dobrego dostawcy oraz przyprawiaj samodzielnie naturalnymi składnikami i warzywami.
  3. Nie pal produktów na węgiel. Możesz przecież używać tacek lub specjalnych naczyń.
  4. Nie opiekaj w ogniu, raczej nad rozżarzonym materiałem lub na grillu elektrycznym.
  5. Jeśli musisz kupić jakiś produkt – kup coś z lepszym składem. Jak musi być mięso dla dzieci, kup chudy kawałek i duś z warzywami w odpowiednim naczyniu na grillu lub zrób dziecku kanapkę z plasterkiem wędliny z wysoką zawartością mięsa i bez konserwantów + zaproponuj do tego grillowane warzywa w postaci szaszłyka i banana bio z grilla na deser.

 

dzieci

 

Jeśli chcesz wiedzieć więcej:

Jeśli chcesz dowiedzieć się jak wybierać parówki zajrzyj tu (klik).

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat odżywiania się dzieci i niemowląt, zajrzyj tu (klik).

FAK of The Year

FAK of The Year – Lipiec

Lipcowa nominacja do nagrody FAK of The Year trafia do Family Fish – Figurki Rybne. Za to, że producentowi chyba coś się pomyliło jeśli chodzi o własne produkty. 

 

FAK of The Year

 

Na opakowaniu ślicznie uśmiechnięte dzieci, cudne info o „naturalnym smaku” i braku syfu – ok.

Niestety prostego surowca rybnego jakim jest filet – zabrakło. Dzieci dostaną 65% farszu rybnego, z którego to 80% stanowią mechanicznie odkostnione produkty rybołówstwa (tu mielone mięso z plamiaka). Plus panier oczywiście. 

 

FAK of The Year

 

Jasne – nie ma co siać paniki – ryba to ryba. Ale ciekawe jest, że firma ma w portfolio piękne paluszki z fileta – w składzie 65% fileta jak Bóg przykazał, proste opakowanie i super! Ale dla dzieci niestety fileta zabrakło. 

 

FAK of The Year

 

Tak, cena jest inna – niższa o ok 1.5-2pln. Czasem mielone jest tańsze od fileta. I wiadomo, że wymyślne kształty łatwiej zrobić z papki, a najlepiej z pasztetu ale kurde czy rzeczywiście o kształty tu chodzi czy raczej o to, żeby dzieciak zjadł w końcu tę cholerną rybę? Przecież kształt kotleta można dobrać pod rodzaj ryby. Inni producenci jakoś dają radę.

 

ryba abramczyk

 

Kurczę, mnie się zawsze wydawało, że jak coś jest dla dzieci – a zarówno kształt jak i foto na opakowaniu sugeruje, że jest to produkt dla dzieci – to musi być top of the top. 

Ale nie.

Niestety wielu producentów przeróżnych produktów dla dzieci (np. nabiału, płatków) ma totalnie w dupie jakiekolwiek zalecenia czy wytyczne. Z resztą wystarczy spojrzeć na FAK of The Year z poprzednich miesięcy (kliknij tu). Ba! U niektórych producentów zdarza się syf do tego stopnia, że proszę rodziców aby omijali półki z jedzeniem dla dzieci bardzo szerokim łukiem.

Przyznam, że %$&* mnie trafia, jak widzę takie sytuacje i mam zamiar po kolei obnażać tę idiotyczną HIPOKRYZJĘ wszechobecną w produktach dla dzieci. Bo jeśli dorośli dostają jedzenie, a dzieci popłuczyny albo przesłodzony syf, jest to żenująca hipokryzja – nazywajmy rzeczy po imieniu.

Gwoli ścisłości, tu powinien znaleźć się równolegle ten produkt, który dla mnie ma również dramatyczny skład:

 

 

A wracając, w tajemnicy powiem, że jak rodzic sam je ryby, to od małego proponuje też rybę dziecku. A jak się dziecko od małego nauczy albo jak się nie nauczy ale latami obserwuje jedzenie ryby w domu, to zwykle w końcu samo zacznie jeść. Ciężko jest wyskoczyć młodemu nagle z rybą – bo się okazało, że zdrowa – jak nigdy nie obserwował ryb w domu. To trochę jak lądowanie ufo na talerzu. 

Dodatkowo nie polecam podawać dzieciom panierowanych gotowców. Jeśli dziecko jest zbyt małe i nie pogryzie fileta, to z pewnością nie jest w wieku odpowiednim do zjedzenia panierowanych, przetworzonych produktów. Warto kupować tłuste ryby morskie – ich mięso bogate jest w cenne kwasy tłuszczowe niezbędne w rozwoju dziecka, a dodatkowo konsystencja jest na tyle odpowiednia, że można śmiało wmiksować kawałek w dowolny obiadek. RAZ W TYGODNIU.

W przypadku miłości do panierowanych produktów – nigdy nie polecam ich jako standard. Jako urozmaicenie, rzadkość na stole – ok. Ale na pewno nie w nagrodę czy jako niesamowity rarytas.

No bo umówmy się, nie ma co robić z produktów zawierających minimum 35% smażonego pszennego paniera „rarytasów”, prawda?

kaszka

Kaszka dla niemowląt? Dramat.

Która kaszka to dramat? Myślisz, że poleje się krew? Że polecą inwektywy? Że idę na wojenkę z wielkim koncernem?

Jeśli weszłaś tu tylko dla jatki – muszę Cię rozczarować. Moja działalność w internecie to naświetlanie problemów, próba dokonania zmian w myśleniu konsumentów, zwiększenie świadomości, pomaganie ludziom w podejmowaniu wysiłku, jakim jest praca z nawykami.

Nie jestem Wodzirejem Gównoburzy i nie zależy mi na popularności opartej na konfliktach z markami. Nie hejtuję marek, chociaż nie ukrywam, że mam ulubione oraz takie, za którymi nie przepadam (ze względu na słabe składy produktów). Ale w dyskusji ZAWSZE chodzi o konkretny PRODUKT i o to, czy skład jest lepszy czy gorszy, a nie o rzucanie mięsem czy oczernianie marki. Nie interesują mnie clickbaitowe nagłówki i granie na skrajnych emocjach Czytelników. Chodzi o to, żeby się czegoś dowiedzieć, poznać inny sposób widzenia, o to żeby wyłapać błędy i wspólnie zastanowić się nad rozwiązaniem.

Dla mnie liczy się PRAWDA, a celem działań jest ZMIANA. No ale do rzeczy.

O co chodzi?

Na warsztat wzięłam „Porcja zbóż, mleczna kaszka bez dodatku cukru”, która wedle tabeli zawiera 41g cukrów prostych na 100g produktu. Sporo, nawet jak na naturalne cukry.

kaszkakaszka

Podobna kaszka z dodatkiem cukru zawiera ok 24g cukrów (naturalny + dodany) na 100g produktu. Zatem jak to możliwe i która jest lepsza?

kaszkakaszka

O komentarz dotyczący zawartości cukru w „kaszce bez dodatku cukru” poprosiłam Bobovitę, czekam na ich odpowiedź, tymczasem…

Zalecenia zaleceniami, a skład jaki jest – każdy widzi.

Generalnie w produktach dla niemowląt najlepiej W OGÓLE NIE DODAWAĆ CUKRU (ani soli).  Kaszka z dosypanym cukrem to dla mnie dyskwalifikacja. To jest budowanie niebezpiecznego nawyku i to już w pierwszych miesiącach życia. Dziecko chętniej zje słodkie, ale czy warto…?

Jak żyć?

Po pierwsze nie skreślam Bobovity bo nie widzę na razie powodu. Jak się powód znajdzie to dam znać. W rozmowie telefonicznej Pani z Bobovity obiecała odpowiedzieć na moje dość szczegółowe pytania drogą mailową, zatem czekam cierpliwie na rozwiązanie tej zagadki.

Bardzo podoba mi się linia bezcukrowych kaszek, nie tylko Bobovity, ale też innych firm – jest ich już sporo na rynku! Poszukaj, wystarczy wpisać „kaszka bez dodatku cukru” – myślę, że to fajne rozwiązanie jeśli chodzi o błyskawiczny posiłek dla dziecka. Oczywiście można też ugotować płatki czy kaszę i zblendować – super rozwiązanie.

A wracając ogólnie do żywienia niemowląt i kaszek – zawsze wybieraj jogurty, kaszki itp. BEZ dodatku CUKRU.

Nie kupuj herbatek granulowanych, docukrzanych napojów owocowych i innych badziewi. Niemowlę, ale też starsze dziecko, naprawdę nie potrzebuje docukrzania. Więcej w tym temacie przeczytasz w tym tekście (kliknij).

Nie funduj zwiększonego ryzyka chorób swojemu kilkumiesięcznemu dziecku. Tony zabawek i góra pieniędzy nie pomogą później w odwracaniu zmian zdrowotnych i fatalnych nawyków, choćbyś nie wiem jak bardzo chciała.

Bądź „wariatką”, „niszcz dzieciństwo” – z premedytacją.

Nie patrz na przyjaciółki, rodzinę, znajomych. Patrz tylko na swoje dziecko. Widzisz je? Widzisz jego przyszłość? Niech będzie fajna, tak zdrowa jak tylko się da, radosna. Niech będzie BEZ dodatku CUKRU.

FAK of the year

FAK of The Year – półmetek.

FAK of The Year ! 

To nagroda przyznawana za wybitne osiągnięcia marketingowe  w sferze komponowania składu, dizajnu opakowań oraz prezentowanego w mediach przekazu dotyczącego często wręcz magicznych właściwości produktu. Prawda jednak jest taka, że wszystko to najczęściej ma się NIJAK do potencjalnego efektu zdrowotnego całości.

Styczeń – Mlekosmyki Nimm 2.

Nazwa związana z mlekiem, na obrazku 'witaminy dla rodziny’ – czyli prawie mleko z witaminami i to w postaci żelków.

Na odwrocie opakowania pieczątka i odręczny podpis licencjonowanego RZECZOZNAWCY ds. badań składu chemicznego – doktora nauk przyrodniczych. Jest pieczątka i podpis to przecież muszą być dobre!

W składzie głównie syrop glukozowy z cukrem.
Odtłuszczone mleko w proszku (uwaga, uwaga!) 5.5%.

Cukru ponad 50% czyli jakieś 9-10 łyżeczek w paczce. Bo to 90g, a nie 100 – ot taki drobny drobiazg.

Dalszy komentarz jest chyba zbędny – nominacja do FAK of The Year w pełni zasłużona.

FAK of The Year

Luty – Czekomety Mieszko.

W składzie chyba wszystkie popularne 'rodzaje’ dosładzaczy, częściowo utwardzony olej palmowy, aromat. Do tego sformułowania 'pożywny’ oraz 'junior’.

W rzeczywistości jest to spora dawka cukru, nawet jak na takie słodycze.

Wszystko jest dla ludzi, tak. Ale pisanie na produkcie z taką zawartością cukru, częściowo utwardzonym olejem palmowym i stosunkowo niewielką innych cennych składników, że jest 'pożywny’ i dodanie słowa 'junior’ może wprowadzać lekko w błąd niektórych Rodziców, nie wspominając już o Dziadkach, którzy zwykle z wielu względów nie czytają etykiet.

FAK of The Year

Marzec – Mini ptasie mleczko.

Opis na opakowaniu sugeruje lekko, że produkt jest fajnym źródłem wapnia (i mleka) dla dzieci (szkolnych).

W rzeczywistości jest to cukier (49%) w różnych postaciach z dodatkami oraz aromatem i konserwantem.

I o ile do składników jako takich nie będę się przyczepiała bo to jeszcze nie jest niskie dno, to do zawartości węgli już muszę.
Spożywając jedno opakowanko aplikujemy dziecku 5 łyżeczek cukru. Nie każde dziecko ma na co dzień tyle sportu aby to 'wybiegać’ (nie wspominając już o tym, że dziecko wcale nie musi spożywać cukrów prostych dodanych a jak już, to orientacyjnie nie więcej niż 3 łyżeczki dziennie).

Poza tym znam trochę lepsze źródła wapnia niż 5 łyżeczek cukrów prostych dodanych, serio.

FAK of The Year

Kwiecień – Kubuś Waterr Truskawkowy.

Firma nadal upiera się przy nazwie WATERRR, wprowadzającej niezbyt szczęśliwe skojarzenie ze słowem 'woda’ po angielsku (water).

Z pewnością niektórzy nie zdają sobie sprawy z tego, że ten Łoterrr to prawie 16 (SZESNAŚCIE) łyżeczek cukru (1.5L). Naprawdę. Silny zawodnik do wyścigu o FAK of The Year.

Prawdziwy water, drogi kubusiu, ma 0 (ZERO) cukru. Tak, gdybyś nie wiedział. 

2 lata temu opublikowałam List otwarty do Kubusia. Mieliśmy ostrą dyskusję z Producentem, niestety firma nie zgodziła się na publikację. List możecie przeczytać, nadal jest na blogu, o tu (kliknij).

Przez dwa lata Producent nadal leci z brandem, zamiast zostawić zwykłą wodę, którą też ma w ofercie, a przy napojach zmienić. Tak jak słusznie zrobili to inni. No BETON.

FAK of The Year 

Maj – Płatki Oats z żurawiną.

Być może jest to jakiś etap przejściowy między cheerios a owsianką, ale mimo to jak dla mnie przekaz jest niespójny.

Mamy bajeczkę o dobrym beta-glukanie czyli robi się całkiem fajnie i miło.

W składzie ziarna zbóż (68,3%) [płatki owsiane pełnoziarniste (57,9%), mąki pełnoziarniste [owsiana (3,8%), pszenna (3,8%), jęczmienna (2,2%), kukurydziana (0,3%), ryżowa (0,3%)]] i w tym momencie przestaje już być miło.

Dalej mamy litanię (przypominam, że produkt proponowany jest w walce z cholesterolem):
– cukier,
– żurawiny suszone słodzone (całe 6%) [żurawiny, cukier, substancja utrzymująca wilgoć (glicerol), regulator kwasowości (kwas cytrynowy)],
– jest też (a jakże!) syrop glukozowy,
– ekstrakt słodowy jęczmienny oraz
– syrop cukru inwertowanego.

Za mało Ci słodko biedny Człowieku z Wysokim Cholesterolem?

Nie martw się! Jest też

– miód i
– melasa cukru trzcinowego.

Reszty nie chce mi się czytać. Szkoda? Nie sądzę.

A teraz fakty.

Porównajmy zawartość cukrów prostych w Oats ze zwykłymi płatkami za 1.6 pln.

Płatki zawierają ok 1.8g / 100g.
Oats 25.5g na 100g produktu czyli JEDNA CZWARTA tego co sypiesz do miseczki to CUKIER.

Masz wysoki cholesterol? Chcesz beta glukan? Słusznie.
Zatem sypnij kilka łyżek ZWYKŁYCH płatków owsianych (można ugotować na wodzie nawet poprzedniego dnia).
Za mało słodko? Dodaj łyżeczkę miodu (ponad 70% skladu to cukier). A nawet dwie – nie przebijesz oats zawartością cukru w porcji a będzie słodko, gwarantuję. Do tego cenne wartości miodu w gratisie.

Kupujesz oats?
Zastanów się za co płacisz – prawie 60% składu to płatki owsiane, które są całkiem spoko i nie trzeba ich podrasowywać 6 słodzidłami. ZWŁASZCZA jak walczysz z cholesterolem.

FAK of The Year

Czerwiec – Żelki (i gumy) dla dzieci i dorosłych.

Nie ukrywam, że są to moi faworyci do statuetki FAK of The Year. Istna plaga na rynku – magnez, witaminy, bakterie kwasu mlekowego, kwasy omega. Teraz jest moda na 2 w1 czyli kochamy żelki + potrzebujemy witamin. Problem w tym, że osoba dorosła nie ma raczej problemów z odcieniami szarości i zdaje sobie sprawę, że żelki są trochę jak cukierki. A cukierki to CUKIER. I oczywiście możemy oszukiwać samych siebie, że robimy sobie dobrze ale nadal wiemy, że to troszkę jak strzał w kolano. Dzieci (małe zwłaszcza) często postrzegają świat zero-jedynkowo, dlatego tu sytuacja wygląda fatalnie, o czym pisałam wielokrotnie, np. tu (kliknij).

Budowanie u dziecka przeświadczenia, że wysokoprzetworzony produkt wysokocukrowy może w jakimkolwiek stopniu być 'zdrowy’ może mieć bardzo poważne konsekwencje zdrowotne, zwłaszcza, że niektóre żelki czy gumy (apteczne!) mają wręcz TRAGICZNY skład. 

FAK of The Year

Przkładowo Gumy Zizz (Plusssz) to głównie syrop glukozowy z cukrem i częściowo utwardzonymi tłuszczami roślinnymi – bardzo słabo. Producent pisze coś o układzie odpornościowym i za chwilę zaleca do 6 (SZEŚCIU) GUM DZIENNIE! 

 

fak of the year

fak of the year

 

Dla mnie to jest niepojęte, jak można zalecać komukolwiek (a zwłaszcza dziecku) takie dawki cukru tłumacząc, że na coś tam pomogą.

Jak żyć?

Zatrzymajmy ten niebezpieczny ciąg wydarzeń. Nie kupujmy sobie, a już na bank nie kupujmy dzieciom tych ton cukru pod płaszczykiem wartościowych składników. Witaminy, składniki mineralne i inne wartościowe substancje znajdziemy w produktach naturalnego pochodzenia – nie dość, że w tańszej, to jeszcze naturalnej konfiguracji ułatwiającej czasami wchłanianie oraz bez dodatku kosmicznych ilości cukru, syropu (oraz tłuszczów utwardzonych), których permanentny nadmiar w naszej diecie kończy się zazwyczaj w gabinecie lekarskim i/lub u psychologa.

Półmetek.

Co dalej? Ciąg dalszy FAK of The Year – jak zwykle nominacja raz w miesiącu. Pytanie do producentów czy zrobią cokolwiek w temacie? Kubuś wprowadził nowe opakowania zwykłej wody – butelki dla młodszych i starszych dzieci. A reszta? Przekonamy się za kilka miesięcy.

kanapki

Kanapki – cała prawda.

Jeśli kupujesz kanapki, musisz wiedzieć jedno – czytanie składu w pewnych przypadkach nie ma sensu. Tak, dobrze czytasz. Zobacz dlaczego.

Krótki skład.

Sformułowanie „krótki skład” jeśli chodzi o kanapki z kilkudniowym terminem ważności raczej nie istnieje.

Są kanapki, które mają prosty skład ale to te robione na świeżo, które trzeba zjeść teraz:

  • chleb: 3-4 składniki,
  • ser: 2-4 składniki,
  • masło,
  • warzywa.

Jak widać z opisu może być: „chleb, ser, masło, sałata”- fajnie. Ale w rzeczywistości i tak zamykamy się w 10-12 składnikach w sytuacji najbardziej luksusowej.

Cała prawda o kanapkach.

Dla jasności – moim celem nigdy nie jest niszczenie marki czy producenta. Zawsze naświetlam problem, oczywiście na konkretnych przykładach ale tylko dlatego, że chcę pokazać Ci na co należy zwrócić uwagę.

Oto etykieta popularnych kanapek:

kanapki

Wygląda fajnie, prawda? Całkiem prosto i gdyby brać życie tak prosto, to żyłoby nam się o wiele łatwiej.

Niestety tak nie jest. Kupując takie kanapki, w rzeczywistości jesz to:

kanapki

Ale jak to?

Myślisz, że oni są tacy źli i niedobrzy? Tak wygląda skład niemal wszystkich kanapek więc nie ma sensu wieszać psów na konkretnej marce. Jedyna moja uwaga to fakt, że niektórzy producenci podają total skład jak należy, a innym „nie starczyło miejsca”. I o tyle o ile znam przepisy i wiem, że na etykiecie bochenka chleba, czyli papierku wielkości 2 cm kwadratowych faktycznie czasami się NIE DA, o tyle wiem, że niektórzy jednak na tak małym świstu dają radę – bo to zależy od składu i CHĘCI.

I tu jest pies pogrzebany, bo skład to czasami litania, plus tych chęci jak widać niektórym brakuje.

Co teraz?

To nie jest koniec tej sprawy, jak wiesz. Chcę dowiedzieć się więcej, chce sprawdzić, czy faktycznie nie da się NIC zmienić, mam przeczucie, że się da.

Nie walczę z firmami, markami, nie tępię, nie niszczę – nie mam na to ani ochoty ani czasu.

Zależy mi na odgórnej zmianie, grzebaniu w przepisach oraz budowaniu świadomości konsumenckiej. Bo tak serio to MY, konsumenci, mamy bardzo dużo do powiedzenia, tylko Ty jeszcze o tym nie wiesz.

Ale nie martw się, ja Ci to wszystko wytłumaczę.

słodycze

Ferrero Collection – co wybrać? Jak żyć?

Słodycze.

Kto ich nie lubi. Jest dla nich miejsce w świecie świadomego konsumenta. Jeśli potrafisz mądrze zbilansować to co jesz i połączyć to z aktywnością sportową – czemu nie zjeść czasem czegoś słodkiego.

Natomiast jestem wrogiem produktów z wysoką zawartością cukru, gdzie producent dorabia jakąś niesamowitą ideologię prozdrowotną. To jest nie fair, to są słodycze i jest to oszukiwanie ludzi. Na takie praktyki radzę uważać.

Marka Ferrero nie dorabia prozdrowotnej ideologii. Słodycze to słodycze. Dorabia oczywiście inne, ale żadna z nich nie sugeruje mnie – jako konsumentowi, który nie ma obowiązku być absolwentem dietetyki – że jak zjem kulkę z cukrem i tłuszczem to zacznie się odżywcza magia. No, może z tą lekkością Raffaello bym w reklamach nie przesadzała ale ok, przyjrzyjmy się faktom. 

Fakty.

Zawartość tłuszczu i cukru podaję na 100 g produktu.

Ferrero Rondnoir – udziałowiec: czekolada deserowa (40.5%), tłuszcz 35 g, cukier 43.4 g.

Ferrero Rocher – udziałowiec: orzechy laskowe (28.5%), tłuszcz 42.7 g, cukier 39.9 g.

Ferrero Raffaello – udziałowiec: kokos (25.5%), migdał (8%), tłuszcz 48.6 g, cukier 33.3 g.

Typowe słodycze – mamy tu sporo cukru, olej palmowy, mąkę pszenną, spulchniacze, wanilinę. Czyli zero zaskoczenia.

Jak żyć?

Jak jem słodycze, staram się przemycić w tym jakieś plusy. Do czekolady dorzucam orzechy lub migdały albo wybieram taką dobrej jakości – gorzką z laskowymi.

Z tych trzech propozycji do wyboru wzięłabym Raffaello. Sporo tłuszczu – to fakt. Ale pochodzi on częściowo z kokosa i migdała. Poza tym ma najmniej cukru, aż o 10 g mniej niż Rondnoir.

Roche też ma fajny składnik i to prawie 30% – orzechy laskowe.

Najmniej korzystnie wypada Rondnoir, nie ma właściwie nic wartościowego na tle dwóch pozostałych za to najwięcej cukru.

A jedną mogę?

Jeśli jesz od dzwonu jedną sztukę – bierz co chcesz. Jak więcej to bierz Raffaello lub Roche i dorzuć dodatkowo coś wartościowego. Wtedy zjesz mniej czekoladek bo nasycisz się orzechami lub migdałami. Wilk syty i owca prawie cała.

Ile ma jedna sztuka?

Dla prostego rachunku i małej ilości obliczeń można przyjąć, że w okolicach jednej łyżeczki tłuszczu i jednej cukru.

słodyczesłodyczesłodycze

Zatem jak zjesz 5 czekoladek – robi się z tego zalecana dawka cukru dodanego dziennie. A co z resztą rzeczy które jesz…? No właśnie.

Pamiętaj.

Jedna czekoladka w tą czy w tą – ok. Ale jeśli to jest jedna czekoladka + słodki jogurt + napój + batonik + kawa z syropem… Przekraczasz zalecaną ilość w ciągu dnia, a w dłuższej perspektywie ma to swoje konsekwencje. Zapisuj sobie wszystko co jesz i zobacz ile realnie zjadasz cukru (tego ukrytego też!) dziennie.

Jeśli permanentnie spożywasz nadmiar cukru, a mimo to wyglądasz super i czujesz się doskonale – to nie oznacza, że wszystko jest ok. Pewne zmiany w organizmie zachodzą powoli, po cichu.

Jeśli kochasz słodycze i pożerasz bez kontroli – zacznij uprawiać sport! Albo powoli pomyśl nad ograniczeniem obecności cukru, (zwłaszcza tego ukrytego) na co dzień.

Jeśli potrzebujesz pomocy, zajrzyj tu (klik). Od 4.06 będę prowadziła akcję „Cukier – jedz świadomie„, gdzie możesz dołączyć do grupy lub pracować samodzielnie ale jedno jest pewne. Zabierz się za ten temat, nie zostawiaj tego bo samo na pewno się nie zrobi.

Kategorie: Porównanie
żłobek

Żłobek – zobacz co je Twoje dziecko.

Bulisz za prywatny żłobek.

NIEMAŁO.

A może udało się z państwowym? Jadłospis gdzieś wisi, chyba jest ok. Czasem nawet ma jakąś pieczątkę dietetyka – czyli wygląda nieźle.

Tak myślisz?

No to teraz patrz.

  • wszechobecna żywność przetworzona – płatki śniadaniowe, napoje, słodzone jogurty i pseudo jogurty, ciastka z fatalnym składem itd. – brak normalnego jedzenia (np. płatków owsianych, jaglanych, jogurtów naturalnych, kaszy jaglanej, WODY do picia),
  • przypalone, smażone, tłuste potrawy – kompletnie nie nadające się dla starszych dzieci, a już na bank nie dla żłobkowych,
  • produkty niskiej i bardzo niskiej jakości – np. wędlina z niską zawartością mięsa, dżem z fatalnym składem itd.,
  • faktyczny jadłospis niezgodny z podanym na kartce, np. było napisane „jogurt”, dzieci dostały przecukrzony deser wyglądający jak jogurt (tak, ten truskawkowy za 59 groszy).

Do tego jedzenie totalnie niedostosowane dla tych najmłodszych dzieci (żłobek) – np. kawały ogórka kiszonego ze skórą, twarda fasola, papryka ze skórą w sporych kawałkach, niepokrojona kapusta kiszona, chleb z pestkami i ziarnami (np. duże kawałki soi) itd. – dla starszego dziecka może nie stanowić to problemu, dla młodszych – tu bywa różnie,

To tylko przykłady moich zastrzeżeń z nalotów na jeden z prywatnych żłobków (zdjęcia mają słabą rozdzielczość i nie zawsze widać problem – były robione ukradkiem).

żłobekżłobekżłobekżłobekżłobek

[Spalone racuchy]

Tu powinno być zdjęcie spalonych, ociekających tłuszczem racuchów ale gdzieś mi uciekło. Jak znajdę to dodam do tego wpisu.

To są autentyczne zdjęcia, które zrobiłam jakiś czas temu (żłobek – jeden z prywatnych w Trójmieście). Każdej z tych potraw próbowałam sama. Większość posiłków nie nadawała się dla małych dzieci (żłobek), niektóre były słabe również dla przedszkolaków, a kilku nie podawałabym nawet dorosłym.

Co na to dyrekcja?

Na moje pytanie dotyczące jedzenia (i powyższe uwagi) Pani Dyrektor powiedziała, że mają wspólne jedzenie z przedszkolem i „tak wyszło”. 

Poza tym popularną odpowiedzią jest „bo dzieci nie chcą tego jeść”. Czy wszystkie dzieci w wieku żłobkowym nie chcą jeść prawdziwego jedzenia i pić wody? Dlatego cała grupa dostaje napoje CODZIENNIE do picia? Jakie to jest słabe.

Czy da się coś zmienić?

Czasem dostaję maile od Czytelników z opisem sytuacji, czasem z menu, jedna z Czytelniczek poprosiła mnie wczoraj o pomoc bo wchodzi na drogę sądową z jedną z placówek prywatnych, która ewidentnie wprowadza rodziców w błąd. Dla niej próby negocjacji zakończyły się usunięciem dziecka ze żłobka – to jest NIENORMALNE. 

Da się.

Zanim zapiszesz dziecko do przedszkola czy żłobka – zobacz menu, zajrzyj do kuchni jeśli masz możliwość.

Moja interwencja w jednym z państwowych przedszkoli w Trójmieście odniosła pozytywny skutek. Pani Dyrektor była otwarta na zmiany, zastrzegła, że mają ograniczony budżet ale że się POSTARAJĄ. I wiecie co? Naprawdę się udało. Wiedziałam, że nie uda się przeforsować wszystkich zmian ale byłam pod wrażeniem, że zrobili sporo w granicach swoich możliwości. CZYLI DA SIĘ. Nawet w państwowej placówce. Są prywatne żłobki i przedszkola gdzie jadłospis jest fenomenalny, poszukaj.

Co mogę zrobić?

Sprawdzaj, kontroluj, pytaj, rozmawiaj – nie poddawaj się. W ostateczności samodzielnie przygotowuj posiłki lub możesz zawsze zabrać dziecko z placówki – to są trudne rozwiązania, wiem. Plus oczywiście zgłoś sprawę odpowiednim władzom w swojej miejscowości lub nagłośnij temat. Nawet jeśli to mała miejscowość. Jeśli wszyscy będą siedzieć sicho – nic się nie zmieni.

Pamiętaj.

Pierwsze 36 miesięcy w życiu Twojego dziecka to takie trochę „programowanie żywieniowe”. Ten okres będzie rzutował na całe życie Twojej Pociechy. Zrób wszystko co w Twojej mocy, żeby uniknąć błędów żywieniowych – nie kupuj przesłodzonych produktów, fastfoodów, kolorowych napojów – generalnie stawiaj na żywność nieprzetworzoną jak najczęściej. Na spróbowanie czy na zasadzie pokazania jakiegoś dziwoląga – tak. W razie awarii czy sytuacji wyjątkowej – tak. Ale nigdy w standardzie. 

Prywatne żłobki to szersze pole do popisu. W Państwowych też da się coś zrobić, ale potrzebne są chęci.

To co jest dla mnie najsmutniejsze, to totalne zlanie tematu ciepłym moczem w niektórych placówkach. Władze czasem mają w dupie – jest wspólna kuchnia i tyle. Albo na kartce wisi co innego, a dzieci dostają co innego. I o tyle o ile mogę jeszcze zrozumieć związane czasem ręce w placówkach państwowych (co też jest dla nie realnym dramatem), kompletnie nie rozumiem samowolki w prywatnych żłobkach. Kiedy ludzie w końcu zrozumieją, że dzieciom (zwłaszcza tym malutkim) NIE WOLNO DAWAĆ BYLE CZEGO DO JEDZENIA? Strasznie mi szkoda tych Maluchów.

Takie działania są niedopuszczalne i jeśli widzisz problem – nie czekaj. Jeśli potrzebujesz pomocy – pisz, podpowiem, pomogę na tyle ile mogę.

Pora coś z tym zrobić. TERAZ. 

 

Niespodzianki z mcdonalds cz.I.

Lubisz fasfoody. Wiesz, że to nie jest super zdrowe ale jesz. A może nigdy nie jadasz w mcdonalds? Przecież to syf. Wpadasz na kawę, lub lody. Jeśli tak, zobacz jakie dziś ciekawostki wybrałam dla Ciebie z tabeli wartości odżywczych, którą znajdziesz w każdym mcdonalds.

Tabela.

Jest wszędzie, dość szczegółowa. I za to trzeba maka pochwalić! Tak jak za niezłą kawę jak na sieciówkę (tak, wpadam do maka na kawę. Do tego uwielbiam ich piękne zimowe wersję kubków!). Tak powinno być w każdej knajpie.

mcdonalds

Napoje.

Zapewne nie zdziwi Cię fakt, że zawierają cukier. Ale ile?

Mały napój to średnio 5 łyżeczek cukru, duży nieco ponad 10 (DZIESIĘĆ).

Shake.

Dobrze zastanów się nad szejkami. Mały shake to średnio 6 łyżeczek cukru, duży prawie 11 (JEDENAŚCIE).

Lody.

Małe lody to 3.5 łyżeczki cukru, duże  z polewą średnio 8 łyżeczek cukru. Rekordziści to oczywiście McFlurry: 11 – 12 łyżeczek cukru w porcji.

Ale nie, Ty w mcdonalds bierzesz tylko kawusię.

A jaką? Czarną? Z mlekiem? To dobrze, bo duże Iced Frappes Karmel to 11 (JEDENAŚCIE) łyżeczek cukru. I jeśli myślisz, że w innych kawiarniach kawa z syropami, bitą śmietaną i dodatkami jest lżejsza – bardzo się mylisz. Jeśli masz ochotę na taką kawę – traktuj ją jako deser.

Podsumowując.

Wpadając do mcdonalds na kanapkę, frytki, duży napój, i dużą kawę z lodami możesz w tej bardzo niekorzystnej konfiguracji przyjąć np. 32 łyżeczki cukru, czyli trochę totalny kosmos dla Twojego organizmu jak na pojedynczy strzał.

Jak żyć?

Tu był wpis z porównaniem kanapek w mcdonalds (kliknij by przeczytać). Dla niektórych osób chyba nie ma zaskoczenia, innym pewnie przydadzą się cyferki na piśmie. Z menu warto wybierać świadomie – jak deser to deser. Kaloryczna kawka, shake czy napój to solidne porcje cukru i jeśli uprawiasz sport – śmiało możesz sobie na nie pozwolić. Pracując przy biureczku, wybieraj raczej małe lody, czarną kawę i wodę. Chyba, że chcesz wyglądać jak klaun z maka, wtedy jedz wszystko jak leci.

 

Kategorie: Odżywianie
książe

Książę z bajki nie przybędzie. 

Zdziwiona? Tak może się zdarzyć, naprawdę.

Gdy tylko…

Zrobię nos, cycki, zęby, schudnę 5 lub 50 kilo… Wszystko fajnie, ale to tak nie działa. Zawsze będzie coś do poprawy, zawsze można coś mieć, zrobić lepiej, ładniej ALE gdy będziesz desperacko go szukać on nie przyjdzie, albo wpadnie tylko na chwilę. Gdy nie będziesz miała swojego życia, swoich znajomych, swoich zainteresowań. Gdy nie będziesz dbała o siebie, swoje zdrowie, bo po co, Książę będzie omijał Cię szerokim łukiem. Ot, cała oczywista prawda. 

Ile razy coś takiego czytałaś? 

A ile razy cokolwiek zrobiłaś? Najłatwiej jest siedzieć i marudzić, że smutno, że samotno, że wino, że makaron, że czekolada, że kot, pies, mrówki i patyczaki. Postawa typu „siedzę cichutko na wieży i czekam” nie jest dobra, tak samo jak Wyniosła Królewienka, która łaskawie okazuje litość zaszczycając spojrzeniem czy odpowiedzią. To też nie jest fajne. 

I co? Siedzisz na górze, w wieży? Fajnie tam?

Chciałabyś aby ktoś wpadł do Ciebie, potrząsnął i wyrwał z marazmu? Ożywił martwą naturę? Tchnął życie w czaszkę? Puścił krew w żyłach? Jeśli będziesz szukała kogoś, kto ma cokolwiek wypełnić w Twojej głowie czy żyłach – taka implantacja może źle się skończyć. Udane związki zwykle zaczynają się od porządków mózgowych + uzupełniania wszelkich umysłowych luk indywidualnie, nie w parach. Proponuję też spróbować dostarczyć sobie ulubionych emocji samodzielnie, na dobry początek. Najtrudniej zrobić pierwszy krok. Później już jakoś leci. 

Halo, czy tu Książę…?

Nikt chyba na starcie nie lubi zaglądania w twarz z pytającym spojrzeniem typu ’czy to ten jedyny?’. Chyba byłoby mi słabo na miejscu faceta, gdybym na każdym lub co drugim kroku była poddawana testom na potencjalne ojcostwo lub przynajmniej mężostwo. Poza tym czy każdy związek musi kończyć się ślubem…? Przecież nie z każdym musisz od razu zakładać rodzinę, prawda? Można się spotykać bo ktoś jest fajnym Partnerem, kolejnym Nauczycielem w Twoim życiu. Kimś, kto pokaże Ci co lubisz oraz dzięki komu zrozumiesz czego nie chcesz, czego nie potrzebujesz. Zapewne pomyślisz teraz…

’Ależ szkoda czasu na takie związki’.

Czyżby? Czasem nasz wymarzony, upatrzony Partner może okazać się wielką niesmaczną niespodzianką. Czasem ktoś skreślony na starcie okazuje się drugą połową. Ludzie czasem się zmieniają, bo pewne wydarzenia zmieniają rzeczywistość. Nigdy nie wiesz do końca jak człowiek zachowa się w krytycznej sytuacji, nawet gdy go doskonale znasz.

Naucz się być sama ze sobą. 

Czy lubisz siebie? Jeśli nie, pora to zmienić. To w sumie banalne: zlokalizuj problem, napraw lub ZAAKCEPTUJ, idź dalej, DO PRZODU. Ani więcej ani mniej. Szkoda czasu na zamartwianie się lub rozważania o czymś, na co nie masz wpływu. Ale też szkoda czasu na czekanie aż detale, które możesz zmienić, cudownym trafem zmienią się same. Nie zmienią.

Znajdź to.

Sport, lepienie garnków, szydełkowanie, podróże, czytanie książek, gotowanie, studia podyplomowe – nic nie jest gorsze czy lepsze. Znajdź grupy ludzi, którzy mają podobne zainteresowania. Udzielaj się na spotkaniach, forach, zlotach, whatever – w końcu podobieństwa się przyciągają.

Znajdź coś, czego nigdy nie robiłaś. Coś, co Cię niespecjalnie interesowało. Spróbuj nowości, skocz w nieznane. Udzielaj się na spotkaniach, forach, zlotach, whatever – w końcu przeciwieństwa się przyciągają.

Daj szansę.

Losowi, szczęściu, czemukolwiek – samo się nie zrobi, nie znajdzie. Ale złap balans i unikaj desperacji – poluj na fajnych ludzi, nie na męża, nawiązuj przyjaźnie zamiast oceniać geny. Gdy zajmiesz się swoimi sprawami, postawisz na rozwój, zainteresowania pozostając jednocześnie otwartą na ludzi osobą – miły Pan Książę szybko się znajdzie. Może nie od razu ten Jeden Jedyny, może za trzy egzemplarze dopiero, może za trzynaście. A może od razu…?

Kategorie: Inne
musy owocowe

Musy owocowe – miarka się przebrała.

Tego już za wiele.

Czekałam i obserwowałam w którą stronę pójdzie temat musów owocowych. Niestety sytuacja skręca w bardzo złym kierunku, trzeba więc reagować.

Ogłupiające reklamy.

Kiedyś latały po sieci fajne, chwytliwe hasełka. Później wszedł do maka mus zamiast jabłka. Teraz widuję wszędzie reklamy i plakaty o wygodzie. W telewizyjnej wersji kobieta wyrywa dziewczynie świeże jabłko i wciska w rękę mus. To chyba żart. Powinno być dokładnie odwrotnie!

Rozumiem grę słów, sytuację itp. ale sugestie, aby wybierać musy owocowe zamiast świeżych owoców uważam za szkodliwą społecznie, w dużej mierze ze względu na nieświadomych i/lub młodszych odbiorców. 

Czy musy owocowe to zło?

Nie, to po prostu przetworzone owoce i/lub warzywa. No właśnie – przetworzone. Na pewno jest miejsce na rynku spożywczym dla przetworów warzywno-owocowych i wcale nie mam zamiaru krytykować pasteryzacji (która ma wady i zalety). Robimy przetwory z sezonowych produktów, aby poza sezonem cieszyć się smakiem i właściwościami wartościowych owoców czy warzyw. Czasem przetwory są bardziej wartościowe pod pewnymi względami niż surowizna (np. przetworzone pomidory), a czasem mniej (np. kosmiczny cukier w dosładzanych dżemach, utrata niektórych witamin w przetworach itd.).

ALE nikt nigdy nie sugerował, aby do szkoły czy pracy zamiast jabłka brać słoik dżemu. Do dziś.

Gdzie jest miejsce musu w moim jadłospisie?

Pozycjonowanie musu to ciekawa sztuka. Znajduje się on gdzieś między marsem, a świeżymi owocami. Czyli jeśli chcesz do pracy czy w podróż kupić słabego batona – może faktycznie lepiej mus ALE (!) lepszy baton ma tłuszcz i czasem jakieś zboża, które sycą (co prawda może być to słaby tłuszcz utwardzony i wtedy odpada totalnie ale są też batony z lepszymi tłuszczem). Musem się nie najesz, bo nie ma on hurtowych ilości błonnika i warto o tym pamiętać. W tej samej cenie dostaniesz bardziej sycącą przekąskę. Musy owocowe to alternatywa w sytuacji podbramkowej, gdy nie masz dostępu do świeżych produktów. Nie ma nic złego w urozmaiceniu. Mus możesz stosować tak jak inne przetwory, jak np. dżem. ALE jeśli masz wybór i możliwowść – ZAWSZE wybieraj świeże produkty. Wystarczy pokroić jabłko na kawałki, czy obrać skórkę i do pudełka. To naprawdę nie jest problem w wielu sytuacjach.

Musy owocowe dla dzieci.

Mus jako alternatywa? Różnorodność? Gdy nie ma innej opcji bo jest kryzys? Dodatek do kaszki? Czemu nie. Natomiast 100 g mus w łapkę jako obowiązkowa codzienna przekąska np. dla niemowlaka? Jestem na nie.

Jakie musy wybierać?

Jeśli kupujesz regularnie – wybieraj musy owocowe z dodatkiem zbóż, jogurtem, z dodatkiem warzyw, z mniejszą zawartością cukru. Rozstrzał bywa spory, np. od 7 – 15g cukru na 100g. Owocowy, nie dodany – wiem. Ale fajnie gdy jest coś jeszcze oprócz samego cukru. A jeśli stosujesz sporadycznie – wybieraj jakie chcesz.

Bądź świadomym konsumentem.

Nie oglądaj reklam, nie patrz na autobusy. Nie daj sobie wcisnąć kitu, jak w przypadku Łoter z siugar, o którym pisałam na facebooku i instagramie (kliknij). Wygoda jest ważna, to prawda. Ale jak tak dalej pójdzie, do pracy czy w podróż będziemy brać tubki dla astronautów – czy na pewno o to chodzi…?

Jak dla mnie wygodniej jest być zdrowszym niż kiedyś latać po lekarzach. Taka wygoda to MUS. Ale nie ten owocowy.

Kategorie: Odżywianie
ciastka

Ciastka na śniadanie, czyli o tym jak zrobić z kogoś idiotę.

Śniadanie. Zboża + mleko. 5 zbóż nawet.

Na rysunku szczyt technologicznej finezji zdobnictwa cukierniczego czyli zbożowo rzeźbione ciastko oraz kubek plus jakiś dzbanuszek (?) i kłos. Grafik się postarał, chociaż nie do końca rozumiem co miał na myśli, jeśli chodzi o kompatybilność ze składem.

Spojrzałam na opakowanie okiem spieszącego się Konsumenta.

Wysoka zawartość, wyselekcjonowane, wartościowe, jedyne takie, witaminy – te hasełka robią robotę. Wygląda na to, że cztery ciastka załatwią mi czasowo i zdrowotnie „cały poranek”. Hehe.

Ciastka prawie zdrowe.

Opisy na opakowaniu sprawiają, że ciastka wyglądają na, hmm, niemal prozdrowotne. Niektórzy mogą odnieść wrażenie, że to pełnowartościowy posiłek. Zwłaszcza gdy ktoś nie ma czasu lub możliwości, żeby wyjąć lupę i czytać co producent miał na myśli pisząc 'pełnowartościowy posiłek’ tym drobnym druczkiem. Jak zatem podejść do tematu śniadaniowych ciastek?

Fakty.

Jak kupujesz ciastka to patrz zawsze na zawartość zbóż, cukier i jaki dodano tłuszcz. Tu jest 47% zwykłej pszenicy, czyli prawie połowa składu. Pełnoziarnistych zbóż 22.6% – nieco ponad 1/5 składu. I teraz uwaga. Akurat w tym konkretnym przypadku producent zlitował się i napisał jak jest – czyli dał total w produkcie. Niestety często bywa inaczej i należy mieć ze sobą kalkulator, aby dowiedzieć się ile tak naprawdę jest czego. 

Standardowe zagranie.

Wizualnie wygląda super, po obliczeniu już niestety gorzej. Czyli operowanie procentem procenta.

Jeśli producent Twoich ciastek użył takiego zagrania, to zboża stanowią X % składu i dopiero z tej wartości trzeba wyliczać dalsze procenty, zatem zwykłej pszenicy jest Y % z X %, czyli total wychodzi  Z %.  SERIO. Podobnie jest z owocami w jogurtach owocowych. Mamy wsad owocowy, i w tym wsadzie dopiero jest ileś owoców czyli ułamek ułamka.

A wracając – zbóż pełnoziarnistych innych niż pszenica jest w tych konkretnych ciastkach zaledwie ok. 16.4%, głównie płatki owsiane (6.3 %) i grys gryczany 4.3%. To się nazywa „wielozbożowość” i tak jest w większości wyrobów.

Tłuszcz.

Nie kupuj ciastek zawierających oleje/tłuszcze utwardzane/uwodornione. Koniec kropka. Palmowy: jeśli podane jest źródło pochodzenia (pozyskiwanie z odpowiednich terenów) – ok. Kokosowy, rzepakowy – ok. Różnorodność tłuszczów jest ok. Jedzenie ciągle tego samego nie jest ok. W tych ciastkach jest rzepak.

Ciastka to ciastka.

Czyli oprócz pszenicy i tłuszczu (tu olej rzepakowy, ale w innych wersjach jest też palmowy), producent dodał cukier, dorzucił wypełniacz, spulchniacze, aromaty i galante.

Gdyby ktoś szukał mleka…

To jest, owszem – narysowane na opakowaniu. Do tego być może jakiś aromat oraz 0.8% pełnego i jakaś śladowa ilość odtłuszczonego w składzie.

Podsumowując.

W tych ciastkach prawie 1/2 składu to zwykła mąka pszenna. Po prostu.

1/5 składu to cukier. W większości ciastek cukru jest > 30%.

1/7 składu to tłuszcz. W większości ciastek tłuszczu jest > 30%.

Jednym słowem te na foto to lekko podrasowane i lekko odchudzone zwykłe ciastka. Owszem, jest w nich trochę mniej tłuszczu i cukru niż w przeciętnych ale dorabianie jakiejś niesamowitej ideologii czy śniadaniowej magii do CIASTEK jest nie tyle zabawne co niebezpieczne. Zwłaszcza dla mniej świadomych konsumentów, a już na pewno dla dzieci.

A magnez!?

Ale w sensie, że magnez ma się wchłaniać z węglanu magnezu z 4 ciastek? LOL.

Czy ciastka to jest dobre śniadanie?

Nie jestem fanem żywności mocno przetworzonej, zwłaszcza takiej gdzie jest większa lub mniejsza dosypka cukru i bajerów. Jeśli potrzebuję cukru, lub gdy mam określoną (podbramkową) sytuację – takie i inne ciastka mogą mieć zastosowanie. 

Codziennie? Przekąska do biura? No fcuking way.

Dlaczego producenci to robią?

Bo mogą.

Bo Ty to kupujesz.

Bo to się opłaca.

Jak żyć?

Jak muszą być koniecznie ciastka – zrób sama. Owsiane to banalna, tania i zdrowsza alternatywa. 10 min roboty, 15-20min pieczenia i spokój na kilka dni.

Jak musisz kupić – wybieraj mądrze. Jak najwięcej składnika pełnoziarnistego i nie tylko ciągle ta nieśmiertelna pszenica. Cukier czerp z owoców, miodu itp. ALE NIE SAMYCH OWOCÓW. Stawiaj na węgle złożone z owocami i np. orzechami czy kakao. Bez dodanego cukru. Da się. 

Nie zgadzaj się na przecukrzanie syropami na potęgę. Dodatek suszonych owoców jest zdecydowanie lepszą alternatywą. Zwracaj też uwagę na bajery – im mniej tym lepiej. Na cholerę Ci farbowane, aromatyzowane gówna? Jak potrzebujesz coś kolorowego i pachnącego – wejdź do pierwszego z brzegu warzywniaka. Witaminy i składniki mineralne w cenie.

Nie pozwól robić z siebie idioty i nie czekaj na lepsze jutro.

Jak będziesz kupowała świadomie – bylejakości będzie coraz mniej na półkach. I nie, nie od jutra. Zacznij dziś, teraz. To idealny moment. Lepszego nie będzie, bo (do znudzenia będę to powtarzała, aż zrozumiesz) lepsze jutro zaczyna się dziś.